Adwokat

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Gigant
Sepulka
Posty: 6
Rejestracja: pt, 26 maja 2017 00:36
Płeć: Mężczyzna

Adwokat

Post autor: Gigant » sob, 27 maja 2017 20:34

Wrzucam pod ocenę mój ostatni tekst. Nie było ich do tej pory zbyt wiele, staram się jednak z każdym nowym tekstem podciągać swój warsztat.

1. ON
Całe jego życie emocjonalno-erotyczne było pasmem niekończących się porażek. Bał się relacji z kobietami, lęk skutecznie przesłaniał chęć do ich zdobywania, adorowania, wynoszenia ich na piedestał, umieszczania wyobrażeń o nich w Arkadii swoich uczuć. Dominowała kurtyna, za którą wypchnął już tak dużo, że ten cały śmietnik powracał powoli, domagając się umiejętności rozwiązania stanu obecnego. On nie potrafił. Jego strach całkowicie nie odzwierciedlał jego wizerunku zewnętrznego, jego okładki, jego rzemienia opinającego pergamin, jego pieczęci lakującej list. Dbał o swoje ciało, nie należy jednak stosować mylnej interpretacji słowa dbałość. Nie był typem regularnego bywalca siłowni, odrzucały go tłumy ludzi modelujących swoje sylwetki tylko w jednym, jasno określonym celu - aby spodnie od dresu i ładnie opasająca ciało koszulka na ramiączkach idealnie komponowały się z tą przypadkowo, bez żadnego zaplanowanego reżimu treningowego przygotowaną, zwalistą górą mięśni. Oczy jego wyobraźni dalece wybiegały w tych sytuacjach poza sam budynek siłowni. Widział kilogramy odżywek zapakowane w plastikowe, ładnie i kolorowo opisane, pojemniki. Opakowania poukładane rządkiem, etykietami do przodu, czytelnie, według jasno określonego harmonogramu. Ten ład miał na celu tylko jedno. Niedoprowadzenie do tego, aby ich właściciel, przez przypadek, nie zażył 3 razy Glutaminy skoro powinien jeszcze zażyć razy czy dwa razy BCAA oraz Kreatyne, jakkolwiek ta kolejność miałaby nie wyglądać. Nie widział w tych ludziach nic z herosów. Nie mieli w sobie za grosz rycerskiego honoru, etosu, mieli tylko ten bezład mięśni, tak jak powtarzający się prosty cykl któremu ulegali: biceps, triceps, plecy, rozpiętki... biceps... itp itd. Kompletny brak polotu, żadnej finezji, przewidywalność, nuda, szarzyzna, pokaz. On dbał o swoje ciało z zupełnie innego powodu, robił to jednak w zaciszu, wypracował sobie swój własny rytm oraz plan ćwiczeń.Z jasno określonych powodów nie chciał robić z tego publicznego show dla gawiedzi, tak samo jak i z trudnego do wyjaśnienia ogółowi powodu po każdej prawie nocy przybywało mu pasmo siwych włosów, mimo iż nie skończył jeszcze czterdziestego roku życia. Mimo iż prawie każdego poranka starał się tuszować siwiznę nową warstwą farby, to z tylko jemu znanego powodu, tych siwych pasemek przybywało kilka razy w tygodniu. Z tego samego powodu budził się sam, sam też usilnie starał się o to, aby jego życie emocjonalno-erotyczne po prostu kulało. Starał się być dyskretnie odpychający, wręcz zniechęcający kobiety do wkraczania w jego sferę prywatną. Sarkazm, często gburowate poczucie humoru, udawane kompletny oraz komletny brak empatii sprawiały, że trzymał gatunek ludzki, zwłaszcza piękną jego część, z dala od siebie. Wiedział co robi. Wiedział, czym może zakończyć wpuszczenie kobiety do jego sanktuarium. Jego strach przed adorowaniem i zdobywaniem niewiast nie był więc czymś, z czym zapewne nie poradziłby sobie ale jednocześnie wolał żyć w przeświadczeniu, że strach przed płcią piękną będzie lepszy i dla niego i dla tych, które próbowałyby się do niego zbliżyć. Co czynilo ten smietnik jeszcze wiekszym.

- Kiedyś się to zmieni - mruczał pod nosem - kiedyś... - nie miał jednak pewności co do tego, kiedy i czy to magiczne słowo "kiedyś" stanie się faktem. Nie mógł tego przewidzieć, oni nie pozwalali mu o tym zapomnieć, oni nie pozwalali mu zaznać spokoju.

Dbał o pełną koncentrację. Joga, medytacja pozwalały mu utrzymać idealną równowagę ducha i czysty umysł, jedyne dwie rzeczy, poza ziemskimi podstawowymi potrzebami, ktorym holdowal. Mimo iż funkcjonował samotnie, coś nie pozwalało mu pozostawać przez cały czas w odosobnieniu. Zmuszało go do nadmiernej aktywności, o zgrozo, akurat wtedy, gdy najmniej sobie tego życzył.

Był fotografem, chociaż to zbyt mocne określenie. Trafniej można powiedzieć, że parał się fotografią. Nigdzie na etacie nie pracowal. Fotografia pozwalała mu na zajmowanie się wolną profesją. Sam był sobie sterem, okrętem, żeglarzem. Wybierał daty, godziny, sekundy. Nikt nie narzucał mu terminów, on po prostu robił zdjęcia. Nie jakieś tam portetowe, czy fotoreportaże. Brzydził się tym, brzydził się upartym poszukiwaniem tematu, po części też nie miał na to po prostu ochoty. On chciał się bawić fotografią, chciał poszukiwać obiektu, celu dla obiektywu. Marzeniem jego było zrobienie tego jednego, ale naprawdę piekielnie dobrego zdjęcia. Czasem przemierzał miasto długimi godzinami, zanim zatrzymał się na chwilę aby dobrze skadrować obiekt, zastanowić się nad tym, czy warto coś utrwalić. Nierzadko nie wykonał żadnego zdjęcia w ciągu dnia, tak bywało. Potem nagle, jak grom z jasnego nieba, trafiało mu się coś, na co czekał całymi godzinami, dniami nawet. Drżącymi dłońmi wyciągał wtedy aparat, ustawiał opcję "czerń i biel" i uwieczniał. Uwielbiał zdjęcia czarno-białe. Uważał, że wyciągną one duszę ze zdjęcia, że nadadzą fotografii tę niepowtarzalność, unikatowość, to coś, czym żadna inna fotografia poszczycić się nie będzie mogła. Nie chciał też nigdy robić zdjęć portetowych, zostawiał to podrzędnym fotografom w ich małych zakładach fotograficznych. Zostawiał im robienie zdjęć, za które klient ma zapłacić z radością, bo sam klient, albo jego pociecha, wyszli na zdjęciach nadspodziewanie ładnie. Podrzędny fotograf musi się przy tym nagimnastykować ustawiając obiekt portetowany:

- Proszę przechylić głowę troszkę w prawo, ma Pani zdecydowanie lepszy właśnie ten profil.... - wypowiadając te słowa myśli sobie "ty stara raszplo, nawet jeśli zrobię Ci zdjęcie z tego właśnie profilu, to nie myśl sobie, że faktycznie wypadniesz korzystniej, masz się po prostu lepiej poczuć i zapłacić mi taką cenę, jaką sobie zażyczę.".

Nie stać go było na taką dawkę obłudy, skoncentrował się więc na zdjeciach artystycznych i basta. Pracownię łączył ze spartańsko urządzonym apartamentem. Nie lubił przepychu. Brak mu było wiary w dobra doczesne. Wiedział, chyba lepiej niż ktokolwiek mu znany, że żywota można dopełnić w każdej chwili. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ścieżka życia może nagle zostać przecięta i spadniemy z łoskotem w otchłań zawieszoną pomiędzy dwoma światami - łez padołem i światem, gdzie rządzą demony. Demony z natury okrutne i bezkompromisowe. To co było duszy pisane na końcu drogi, to ją na pewno spotka. Czasem, z rzadka, można było próbować targu z demonami, ale trzeba było mieć tuzy w ręku, aby targ miał jakikolwiek sens.

Przez bardzo długi okres czasu zajmował się tylko fotografią artystyczną, do tego pamiętnego dnia. Dnia w którym ona jak zwykle wyszla do pracy. Dnia, w którym od samego rana coś wisiało w powietrzu. Sposób w jaki chwyciła kubek z kawą, bez mleka i cukru. Zawsze lubiła kawę w czystej, wręcz surowej postaci. Sposób w jaki go stłukła, obryzgując sobie czarną cieczą nogi, zmuszając się do pozostania w domu chwilę dłużej. Potem nastąpił następujący ciąg zdarzeń, wyszła z domu później niż zwykle, w pośpiechu zrobiła jeden krok za duzo, nie zauważyła nadjeżdżającego pojazdu. Z poważnymi obrażeniami trafiła na oddział intensywnej terapii w pobliskim szpitalu. Lekarze mówili, żeby nie robić sobie zbytniej nadziei. Mało kto mógł przeżyć wypadek z półciężarówką, jadącą z prędkością 80 km na godzinę. Za zgodą lekarzy przyniósł do szpitala aparat. Chciał ją uwiecznić. Pierwszy, ale nie ostatni raz, o czym miał przekonać się niedługo, robił tak znaczące zdjęcie. Światło w pokoju było słabe, długo zajęło mu takie ustawianie opcji apratu, aby ująć całe jej piękno, blask w jakim na codzień ją oglądał. Kiedy już zrobil zdjecie, spojrzał na wyświetlacz swojej cyfrówki. Było zamazane, zamglone, jakby od czubka głowy aż do ramion pokrywał ją jakiś obłok. Zrobił zdjęcie jeszcze raz, być może jakaś wada aparatu spowodowała nieostrość zdjęcia, następna fotografia wyglądała tak samo. Postanowił sprawdzić to potem w domu, póki co nie mógł dłużej przebywać w jej pokoju. Nie miał więc czasu na wykonanie lepszego zdjęcia. Przed wyjściem ucałował ją w czoło. Szepnął jej do ucha że przyjdzie jutro. Było dość późno, wyszedł ze szpitala z zamiarem natychmiastowego pójścia do łóżka. Był skrajnie wyczerpany wydarzeniami całego dnia. Wiedział, że sam nic nie może zrobić, aby jej pomóc. Lekarze starali się podtrzymywać go na duchu, on też wolał wierzyć w perspektywę jej powrotu do zdrowia. Starał się nie popadać w czarnowidztwo. Lekarz prowadzący mówił tylko o długotrwałym procesie przywracania dawnej sprawności, pozostawiał organizmowi spoey procent szans na skuteczna walke z obrazeniami. To byl dobry prognostyk.

Dotarł do domu, po skromnej kolacji położył się spać. Spałby dobrze gdyby nie koszmar senny. Widział we śnie zakapturzone postacie, siedzące przy okrągłym kamiennym stole. Nie był w stanie rozpoznać twarzy, słyszał wyraźnie dźwięk, który z siebie wydawali. Coś podobnego do syku łączonego z przeraźliwym piskiem.

- Widziałeś zdjęcie, widziałeś, prawda synu człowieczy. Widziałeś jak zachodzi mgłą, widziałeś, prawda synu człowieczy? Ona należy już do nas... do nas... - potem już tylko chichot.

Nad ranem odebrał telefon ze szpitala. Nie przetrwała nocy, obrażenia były poważniejsze, niż zakładał lekarz.

Nie przykładał wtedy wagi do tamtego snu. Potraktował to tylko jako przypadkowy obraz zapisany w jego mózgu, który aktywował się pod postacią koszmaru sennego. W końcu każdy z nas koszmary miewał. Ktoś kiedyś powiedział mu, że sny to tylko śmietnik w naszej głowie, tej teorii się trzymał. Jej pogrzeb był ceremonią bardzo skromną, nie miała zbyt wielu znajomych i przyjaciół. Poza nim i jej rodziną nie było nikogo. Pogoda pod psem, szaro i buro, delikatny deszcz pokrywał wszystkich zebranych żałobników. Tak jakby Bóg, w którego nie wierzył, delikatnie zapłakał nad jej zejściem z tego padołu. Stypa była skromna, rodzice chcieli zabrać na koniec jej ostatnie zdjęcia ze szpitala. Patrzyli troszkę z przekąsem na te "zniszczone" fotografie, on zaś nawet słowem nie bąknął na temat koszmaru sennego, jak odbierał wtedy ten nocny przekaz. Jedyne czego nie uczynił, to nie dotknął aparatu przez kilka tygodni od dnia jej śmierci. Dopadła go jakaś bliżej nieokreślona blokada, niemoc twórcza, brak instynktu poszukiwacza celu, obiektu. Dopadła go fotograficzna czarna dziura. Gdzie się nie obejrzał, nie widział nic godnego uwiecznienia.

Po wadliwych, w jego mniemaniu, zdjęciach wykonanych w szpitalu, sprawdzał kilkukrotnie aparat. Doszedł do wniosku, że o usterce mowy być nie może. Zdjęcia przedmiotów w jego domu nie miały bowiem żadnych skaz. Najwyraźniej źle ustawione światło w sali szpitalnej dało taki efekt. Przez kilka tygodni porządkował swoje życie, wyrzucał rzeczy po niej. Zostawił sobie tylko kilka fotografii, reszta znalazła się w koszu na śmieci. Nie był fanem ołtarzyków, przyjmował dary, te mniej lub bardziej chciane, z godnością, pewną nutą pokory i zrozumienia. Wiedział doskonale, że podróż poza granicę życia doczesnego czeka nas wszystkich, niezależnie od zasług, win, śmierć to takie przejście z jednego świata równoległego, do drugiego. Nie zdawał sobie z tego wcześniej sprawy, miał się o tym dopiero przekonać. Tak jak wszystkim żałobnikom wydaje się, że z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, oznacza początek i kres, pomijając oczywiście aspekt wiary w Boga, tak samo i jemu się wydawało. Przez dłuższy okres czasu niepojęte dla niego było przejście z jednego świata do drugiego, pełnego pułapek, tajemnic, wieczności, jaką ona by nie była. To wszystko miało ulec zmianie.

Tamtego wieczora położył się spać około północy, mniej więcej. Lato było dość parne, więc zostawiał na noc otwarte okno. Zapadł w sen, nie mógł poczuć więc spadku temperatury w pokoju, nie mógł także dostrzec kordonu cieni, cieni, które pojawiły się nagle, z nikąd, w niewyjaśnionych okolicznościach przy jego łóźku. We śnie (tak mu się przynajmniej wydawało) zobaczył kolejną postać. Postać miała narzucony na głowę kaptur, w miejscu w ktorym powinna znaleźć się twarz, znajdowała się maska. Usta częściowo wygięte były w grymas zatroskania, częściowo w grymas delikatnego uśmiechu. Tak jakby nieudolnie połączono ze sobą maski teatralne obrazujące komedię i tragedię, nadawszy im nieco zmienione kształty. Głos mówiący do niego we śnie był łagodniejszy, niż ten poprzedni. Nie był tak piszcząco-syczący. Dało się w nim poczuć nutę strachu, zatroskania, ale jednocześnie był to głos, który ponaglał.

- Chwyć za aparat, synu człowieczy. Podróżni Cię potrzebują. Musisz się o nich targować, inaczej wszyscy trafią tam, gdzie nikt nie chce trafić. Będą cierpieć cierpieć częściowo przez twoje zaniechanie. Jesteś jednym z niewielu, którzy mogą ocalić tak niewielu. Pamiętaj o tym.

Po tej sesji sennej cienie umknęły, temperatura w pokoju wróciła do normy. Znowu panował letni, nocny upał. Wszystko wróciło do starego ładu. Poza jednym. Rano, zaraz po przebudzeniu poszedł do łazienki. W swoim lustrzanym odbiciu dostrzegł wyraźne pasemko siwych włosów, którego jeszcze wczoraj tam nie było.
- No co jest do diaska? - zaklął pod nosem, przeglądając sie z niedowierzaniem w lustrze.

Doszedł do wniosku, że za wcześnie na siwienie. Kupił farbę do włosów, nie chciał pokazywać, że za szybko dopada go ząb czasu. Owszem, szpakowatość czasem może przydać mężczyźnie, ale kto widział szpakowatego człowieka z jednym tylko siwym pasmem włosów? Po dłuższej niż zazwyczaj toalecie i zjedzonym w skupieniu śniadaniu spojrzał na zegarek. Nie jakiś tam zwyczajny zegarek, ale na zegarek kieszonkowy na łańcuszku, pamiątkę jeszcze po dziadku. Według jego wyczucia czasu powinno być około 10 rano, może 10.30, zegarek nie wiedzieć czemu zatrzymał się na godzinie 6.00. Włączył radio, jeden z popularniejszych,cały czas, polskich zespołów rockowych, rozpoczyna właśnie coroczną, jesienną trasę koncertową. Radio z tej okazji puszczało ich piosenki częściej. Do uszu jego dotarł fragment tekstu:

"Znowu dziś widzę zachód słońca
znowu udało się doczekać końca.
Mniej szczęścia mieli, ilu ich było
Wielu, nawet ich nie liczyłem."

Temat przemijania mimochodem zaczął częściej przewijać się prze jego myśli, zaczęło się to chyba równocześnie z jego sennymi koszmarami, jak to sobie dalej tak tłumaczył. Ubrał się niespiesznie, wziął aparat i ruszył na łowy. Dawno już nie zrobił żadnego zdjęcia, a nie mógł pozwolić oku wyjść z wprawy. Nie mógł pozwolić instynktowi łowcy utracić czujności. Nie mógł sobie pozwolić na bezczynność, musiał wybić się z marazmu, który dopadł go po jej śmierci. Pogoda za oknem była pod psem, szukał czegoś wygodnego, co nie przemoknie po 30 minutach. Dotarło do niego, jak uboga jest jego garderoba. Powinien w końcu przełamać swoją niechęć do zakupów i uzupełnić stan szaf. Tyle drobiazgów na głowie, a on nie umiał wykrzesać z siebie choć drobnej iskry napędzającej maszynę jego istnienia. Aura na dworze zniechęcała wręcz do spacerów, marazm w jaki jednak popadł ostatnio był niepokojący. Zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Wyszedł z budynku, w którym mieszkał. To była dobrze utrzymywana kamienica, biorąc pod uwagę stan budynków w okolicy, należałoby ją uznać za luksusową. Właściciel zainwestował ogromną kwotę pieniędzy w remont, czym mocno odbiegał od stereotypu współczesnego kamienicznika-dorobkiewicza. Elewacje zostały gruntownie odnowione, tak samo jak i klatka schodowa. Instalacje: wodna, elektryczna i gazowa sprawdzane są regularnie, raz do roku. Do tego jeszcze ta błoga cisza, czyli to, czego najbardziej potrzebował. Dom miał być azylem, oazą spokoju. Na sąsiadów nie mógł narzekać, widać było gołym okiem, że wszyscy byli dobierani według jakiegoś ściśle określonego klucza. Selekcja była na tyle rygorystyczna, że można było odnieść wrażenie, iż w domu tym nikt nie mieszka. Z zasady panowała cisza jak makiem zasiał.Ruszył przed siebie, szukając pomysłu. Miał ochotę na zdjęcie niebanalne, coś takiego jak trafienie piorunem w punkt lub koliber zawieszony przed kwiatostanem. W miejskich warunkach ciezko o tak dobra fotografie, ale zawsze można postarać się o jakiś dobry obiekt. Szedł zlanym deszczem chodnikiem, raz na jakiś czas mijał ludzi, chowających się w bramach i pod gzymsami, przed nieprzyjemnie tnącym deszczem. Nie zrażało go to nic a nic, wiedział, że bez celu nie wyszedł i bez trofeum nie wróci. Mijał kolejne kałuże, stawiał kroki tak, żeby w nie nie wejść. Przeglądał swoje zmącone oblicze, myśląc sobie, jak to brzydko matka natura go potraktowała. Nie był specjalnie szpetny, ale też i zbyt urodziwym nazwać go nie można było. Głęboko osadzone oczy, wąskie usta złożone w takim grymasie, jakby był wiecznie niezadowolony. Troszkę odstraszało to tych, którzy go nie znali. Ci, którzy jednak znali go troszkę lepiej, wiedzieli, że potrafi być naprawdę pogodny. Potrzeba tylko jakiegoś niebanalnego bodźca, aby jego mocno pokręcone poczucie humoru dostało impulsu do działania. Mijając kolejną kałużę dostał olśnienia. Czy ktoś kiedykolwiek próbował zrobić odbicie kropli deszczu, zanim ta wpadnie do kałuży ? Nie znał nikogo, komu ta sztuka udałaby się. Kucnął, pobawił się migawką, sprawdził jak szybko może robić zdjęcia seriami i zaczął instynktownie robić zdjęcia.. pstrk, pstrk... i tak w nieskończoność, wydawałoby się. Po mniej więcej pięciu minutach udało mu się osiągnąć pożądany efekt. Wstał, przejżał wykonane zdjęcia, w końcu uśmiechnął się pod nosem:
- Noo, to jest naprawdę coś. Takiego zdjęcia już długo nie powtórzę - mruknął iście zadowolony z siebie.

Już podnosił aparat, już miał go chować do futerału, gdy nagle wpadł na niego przypadkiem jakiś czlowiek. Mężczyzna w wieku około 50 lat, troszkę niższy od niego. Opatulony w kurtke z kapturem lekko naciągniętym na głowę. Wpadł na niego z impetem, najwyraźniej szukając miejsca niezroszonego deszczem. Przypadkiem zostało wykonane zdjęcie. Nie było w tym nic zamierzonego, ot po prostu, palec przypadkiem wykonał fotografię. Nieznajomy w końcu skrył się przed deszczem, fotograf zaś zerknął na zdjęcie, i zdębiał. Twarz przechodnia była mocno zamglona.
- Ocho, znowu chyba coś nie tak z aparatem - warknął, nie wiedząc, jak bardzo się mylił w ocenie sytuacji.

Czytał wcześniej o tak zwanym świadomym śnie. Kiedyś, podczas surfowania po internecie, trafił przypadkiem na informację o definicji holenderskiego psychiatry Frederika van Eedena, która określa świadomy sen jako ten, w którym śniący ma pełną pamięć swojego żucia na jawie oraz wolną wolę. To że trafił na taką wzmiankę, nie oznaczało oczywiście, że wierzył iż kiedykolwiek taki sen mu się przytrafi właśnie. To jednak nadchodzącej nocy miało ulec zmianie. Położył się wcześniej niż zwykle, chodzenie po mieście z aparatem, aura za oknem, to wszystko sprawiło, że czuł się bardziej wyczerpany niż zwykle. Organizm po prostu domagał się regeneracji. Zapadł w sen, na tyle głęboki, że znowu nie poczuł nagle spadającej temperatury w pokoju. Nic a nic nie było go w stanie tej nocy, od tak sobie, obudzić. Nagle poczuł się tak, jakby faktycznie otworzył oczy. Pierwszy bodziec z zewnątrz przyprawił go o gęsią skórkę. Ponoć w środku trąby powietrznej panuje flauta, kompletny brak ruchu powietrza. To samo odbierały jego sensory. Stał po środku ... niczego. Po środku czegoś, co przy kompletnej flaucie było pełne unoszących się drobinek beżowego pyłu, poza ktorymi nie było tu żadnej innej barwy. Zrobił krok do przodu, gdzieś przed sobą usłyszał, dobrze już znany, syczący głos:
- Podejdź bliżej synu człowieczy, spełnij swoje przeznaczenie. Nie lękaj się nas. Ty, póki co, nie musisz.

Póki co, dziwnie to zabrzmiało w jego uszach, i jeszcze dziwniej zostało odebrane przez jego zdolności percepcyjne. Dalej nie mogąc odnaleźć się w zaistniałej sytuacji, wykonał kilka kolejnych kroków na przód. Oczom jego ukazały się niewyraźne kształty, jakby zarysy trzech zakapturzonych postaci. Przypomniały mu się poprzednie wizje senne. Czyżby jednak nie były przypadkowe? Tej nocy miał otrzymać odpowiedzi na wszystkie pytania związane z tamtymi dwoma incydentami. Stawiał małe kroczki w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. Jedynym kolorem, jaki do tej pory dostrzegał, był bezkresny beż. Jakby brodził w fali kawy z mlekiem, której nie cierpiał, ale żadna kropla z tej ochydnej mazi nie zostawała na nim samym.

Zastanowiła go część zdania, informująca o tym, że nie musi się póki co obawiać. Jaka była jego rola w tym wszystkim? Chęć poznania przenikała się ze strachem, które z uczuć było silniejsze? Nie znał odpowiedzi. Próbował zawrócić, ale dotarło do niego, że znalazł się tutaj w niewyjaśnionych okolicznościach. Po prostu usnął, jak więc się obudzić? Czy jak uda mu się obudzić, to wróci do własnego łóżka, azylu, którym było jego mieszkanie?

- Nie śpisz, nie łudź się. Czytamy w twoich myślach i lękach. Chodź do przodu, chodź do nas - jęknęły głosy, które już wcześniej słyszał.

Zignorował je, odwrócił się jeszcze raz w kierunku, z którego, jak mu się wydawało, przyszedł. Próbował zrobić krok, już praktycznie wykonał pół kroku do przodu, ale jego palce zatrzymały się na niewidzialnej ścianie, jakby uderzyły o granitową powierzchnię.

- Mówiliśmy Ci, próba odwrotu nic nie da. Chodź do nas. Nie lękaj się - dalej syczały te głosy.

Wykonał kilkadziesiąt kroków przed siebie. W oddali widział coś na wzór pasków, unoszących się w beżowym niczym. Część z pasków miała kolor szkarłatnej czerwieni, część czerni, część zaś była szara, ledwo dostrzegalna na wszechobecnym, jednolitym tle. Niepewnie szedł w kierunku, z którego dobiegał głos. Stawiał bardzo ostrożnie kroki, obawiając się tego, że jego podróż zakończy się w dziurze równie beżowej jak i cała sceneria dookoła. Z każdym wykonanym krokiem paski przed nim układały się w ciąg liter, ciąg liter z czasem układał się w wyrazy a wyrazy w zdania. Wytężył wzrok, aby przeczytać najbliższy mu czerwony pasek "okradł swojego ojca i wydał na hazard i alkohol jedyne jego oszczędności". Brzmiało to jak oskarżenie, lub wytknięcie grzechu. Mijał niepewnie następne frazy. Przysiągłby że z kazdym krokiem temperatura otoczenia obniżała się, a na jego twarzy mozna bylo odczuć delikatne podmuchy wiatru, a może to tylko złudzenie, przecież ciągi wyrazów utrzymywały sie nieruchomo w otaczającej go przestrzeni.

Dostrzegł przed sobą trzy postacie o mglistych jeszcze kształtach. Głowy ich, zakończone szpiczastymi kapturami, przypominały gościa, który ukazał mu się we śnie. Nie mógł dostrzec tylko masek. Sylwetki z dala wyglądały na przygarbione, lub po prostu dość niskiego wzrostu. Podszedł na tyle blisko, aby obraz stal sie wyraźniejszy. Trzy zakapturzone osoby siedziały na kamiennych taboretach. Przed nimi znajdował sie grafitowo-szary stół, wypełniony po brzegi jakimiś aktami. Jedna z siedzących postaci zauważyła idaącego i zaprosiła go bliżej, wykonując powolny ruch długą, kościstą ręką.
- Podejdź bliżej, usiądź, nie lękaj się - głos brzmiał łagodnie, było w nim jednak coś budzącego grozę, jakby nie pochodziło ze swiata ludzi żywych, było martwe.

Przy stole znajdowało sie jeszcze jedno miejsce do siedzenia, najwyraźniej przeznaczone dla niego. Postawione zostało naprzeciw pozostałych trzech. Usiadł, maski budziły w nim grozę. Zwłaszcza ta jedna, uformowana w tym grymasie częściowego usmiechu i częściowego zatroskania. Nic nie dalo sie z niej wyczytać. Pozostałe dwie byly bardziej wyraziste, jedna przedstawiała delikatnie usmiechające się oblicze, ostatnia zas musiała być uformowana na oblicze samego pana ciemności. Była groteskowo powyginana, w głęboko osadzonych oczodołach widać było dwa, czerwone, intensywnie żarzące sie punkciki.
Postacie, już widziane przez niego w pełnej krasie, odziane były w czarne szaty, zakończone szpiczastymi kapturami. Przypominały katow oczekujących kolejnej ofiary. Ciężo było ocenić ich sylwetki, bowiem szaty spływały po nich luźno, tak jakby były zbyt obszerne. Jedyną widoczną czescią ciała były ich kościste dłonie, ułożone płasko na blacie stołu. Usiadł

- Kim jesteście? - zapytał lekko zmieszany niecodziennością - o tak, to zdecydowanie dobre słowo - tej sytuacji. Głos uwiązlł mu w gardle, starał sie szybko opanować pierwsze oznaki ogarniającego go zdenerwowania.
- Sędziami, ale to nie nasza rola jest tutaj najważniejsza - odezwał się łagodnie głos skrywający sie za maską pół uśmiechu, pół przerażenia.
- Sędziami? Wyglądacie jak władcy życia i śmierci, sędziowie powinni wyglądać, ekhm, łagodniej.
- Jak już wspominałem, nie nasza rola jest tutaj najważniejsza, my tylko podejmujemy ostateczną decyzję, nie marnuj wiec czasu, człowieku - głos z łagodnego przeszedł w tonację lekko poirytowanego.
- Czyja rola jest zatem najważniejsza? - zapytał bardziej stanowczo, starając się powoli odzyskać rownowagę psychiczną.
- Twoja oczywiscie. Zadałeś sobie kiedyś pytanie, jak desperacko byłbyś w stanie walczyć o los kogoś, kogo praktycznie nie znasz?
- Czy dostrzegałbyś w nich głównie pierwastek dobra? - tutaj glos dobiegł zza maski przedstawiającej delikatny uśmiech.
- Czy tylko zła? - zasyczał głos należący do postaci w masce symoblizującej szatana.
- Tak na dobrą sprawę nigdy sie nad tym nie zastanawiałem, czyżbym był jakimś adwokatem w tym całym teatrzyku?
- O tak, i masz być niesamowicie zręcznym adwokatem, reprezentujesz ludzi zagrożonych najcięższym z możliwych wyroków, nie zapominaj o tym - glos dobiegł zza maski o podzielonym grymasie.
Kątem oka spojrzał na stoł zasypany stertą akt. Na jednej z teczek znajdowało sie zdjęcie mężczyzny, ktore wykonał ostatnio. Nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia, jakim cudem to zdjęcie znalazło sie na tym właśnie stole, ktoś mu to pewnie niedługo wyjaśni. Nie umiał się jednak powstrzymać przed zadaniem następującego pytania:

- Skąd macie to zdjęcie? Zrobiłem je dziś, niemożliwe też jest, aby ktoś wszedł w jego posiadanie.
- Pewne zdjęcia sam nam dostarczasz, nawet o tym nie wiedząc - odparł głos zza uśmiechniętej maski.
- Nawet o tym nie wiedząc? Dziwne, o ile wiem, to ja sam decyduję o tym, kto, gdzie i kiedy otrzyma i bedzie oglądał moje zdjęcia.
- Nie wszystkie, powiadamy nie wszystkie - trzy glosy zlały sie w jeden - i nie marnuj więcej czasu. Odpowiedzi na wszystkie pozostałe pytania poznasz w najbliższym czasie.
- Na jakie pytania? - udal ze nie rozumie, chociaz w glowie rozbijaly mu sie o siebie tysiace pytan.
- Nie marnuj czasu, bierzmy się do pracy.

Nagle większość akt rozplynęła sie w beżowej nicości, na kamiennym stole pozostały tylko jedne , opatrzone zrobionym ostatnio zdjęciem.
- To co, zaczynamy? - syknęła postać z diabolicznym wizerunkiem, zacierając w geście wyraźnego zadowolenia, swoje kościste dłonie.
- Nie ciesz sie, on jeszcze do ciebie nie należy. Proces dopiero sie zaczyna, a ty juz masz nadzieję na kolejna dusze do swojej kolekcji - odparła postać o podwójnym grymasie.
- Alez spójrzcie na jego imponującą kartotekę - na potwierdzenie jego słów akta same się otworzyły i trzy, obficie zapisane strony, ulożyły się karnie na blacie. Część tekstu była napisana czerwonym drukiem, część czarnym, część zaś zielonym. Kartki odwróciły się w kierunku fotografa.
- Postudiuj je spokojnie, zapoznaj się, przygotuj szybko linię obrony - syknęły głosy.

Zerknął na zapisane karty, wyglądało to na wykaz grzeszków, uczynków dobrych oraz tych, w miarę neutralnych, co do ktorych ciężko o werdykt. Najpierw omiótł wzrokiem te zaznaczone na czerwono, które grzechami prawdopodobnie były: "zwolnił bezdusznie pracownika, będącego jedynym żywicielem rodziny", "wbrew wcześniejszym zapowiedziom wycofał obietnicę podwyżek przez 5 kolejnych lat z rzędu", "nie dbał kompletnie o współtworzenie ogniska rodzinnego". Do tej listy dołączono jeszcze pojedyńcze określenia, takie jak "sobek", "choleryk", "egoista". Na pierwszy rzut oka nie były to ciężkie grzechy, zwykłe ludzkie słabości i tendencje do kłamstewek. Zarzuty dotyczące złego traktowania pracowników też zapewne jakoś można było racjonalnie wytłumaczyć. Musiał to rozważyć. Dla równwagi zerknął też na listę pozytywów. Nie było ich zbyt wiele, co nie stawiało sądzonego w pozytywnym świetle. Na szczególną uwagę mogły jednak zasługiwać dwa istotne zdarzenia.

Jedno z nich dotyczyło bardzo wczesnej młodości nieznajomego. Grupka dzieciaków wybrała się popluskać nad rzekę, która zdawała się mieć łagodny nurt. Oznaczało to, że podczas kąpieli w niej nic nikomu zdarzyć sie nie mogło. Wiadomo jednak, że nadmiar zaufania do matki natury jest częstą przyczyną tragedii. Młody chłopak, pewien wiary we własne umiejętności pływackie, postanowił udowodnić reszcie, że jest w stanie przepłynąć rzeczkę, nie był to bowiem zbyt szeroki pas wody, w rekordowym tempie. W innych okolicznościach brawura zapewne pozbawiłaby go życia. Tutaj jednak los był bardziej łaskawy. Temperatura powietrza była wysoka, woda przyjemnie chłodziła ciało. Pływak całkowicie lekceważył zagrożenie, jakie niesie za sobą przesadna wiara we własne umiejętności. Przepłynął połowę dystansu, na środku rzeki nurt jednak był silniejszy, i chojraka zaczęło znosic niebezpiecznie w dół rzeki. Nie miał już na tyle siły, aby pokonać chociaż dwa albo trzy metry i płynąć dalej, tylko poddał sie wodzie i zaczął dryfować. Głos uwiązł mu w gardle, w geście rozpaczy zaczął wymachiwać rękami, z nadzieją na to, że ktoź z towarzyszących mu kolegów to zauważy. Kiedy już zaczął dostrzegać swiatło na końcu tunelu i mięśnie traciły siły do walki. Kiedy psychika zaczęła poddawać sie myśli, że to już koniec, że to byla ostatnia kąpiel w jego życiu, wtedy ktoś chwycił go, położył na plecach i zaczął holować do brzegu. Wyciągnięty na plażę, niedoszły topielec, ujrzał nad sobą twarz zdyszanego, w przemoczonym ubraniu, kolegi. Przypadkowym ratownikiem był sądzony.

Drugim ważkim faktem, który należało wziąć pod uwagę podczas obrony, była sytuacja sprzed dwóch dekad, mniej więcej. Poddawany ocenie miał do wyboru, zainwestować duża kwotę pieniędzy w rozwój drugiego, niedawno powstałego zakładu produkcyjnego, lub udzielić bratu pożyczki. Bracia nie utrzymywali ze sobą kontaktu od dłuzszego czasu. Nie dzielił ich żaden konflikt, po prostu odleglość między nimi, i obowiązki obu stron nie pozwalały na podtrzymywanie regularnych relacji rodzinnych. Pewnego dnia jeden z braci niespodziewanie odzwiedził drugiego. Byłoby to najzwyklejsze spotkanie po latach, gdyby nie pilna potrzeba pożyczki. Człowiek proszący o wsparcie stracił pracę, mieścina, w której mieszkał, nie stwarzała większych perspektyw na zatrudnienie. Miał jednak pewien pomysł na życie, który wymagał wkładu finansowego. Tego akurat brakowało, a żaden bank nie chciał udzielić kredytu osobie, która nie uzyskuje dochodu. W akcie desperacji postanowił poprosić brata o pomoc, nie wiedząc z jaką odpowiedzią przyjdzie mu się spotkać. Pożyczka miała opiewać na kwotę, którą przedsiębiorca chciał zainwestować w rozwój drugiego zakładu. Bezkompromisowy i bezduszny, jak brzmiał jeden z zarzutów obciążających jego duszę, kapitalista, zainwestowałby pieniądze w zakład. Ten jednak, nie dość że udzielił bratu pożyczki, uczynił ją także bezzwrotną. To miało zapewne wpływ na wstrzymanie podwyżek, ale to tylko dalece idące domysły.

Konieczność dokonania sądu na podstawie takiej garści informacji spowodowała u niego nagły skok adrenaliny. To tak, jakby w ciągu pół godziny wypił dwie espresso i organizm gwałtownie zareagował na taką dawkę kofeiny. Pierwszy raz w życiu bluźnierczo miał przyjąć pozycję Boga lub czegoś pomniejszego, czemu wsadzono do ręki iluzję boskości. Miał zadecydować o losie cudzej duszy, o skazaniu na wieczne potępienie,na cos co moze byc odpowiednikiem czyśćca lub moze wyslać duszyczkę na wakacje na niebiańskie Karaiby, z opcją all inclusive.

Podrapał się po czole, starannie skladał zdania w myślach. W końcu się odezwał.

- To co nazywacie grzechami miało negatywny wpływ na życie jego pracowników, ale może być spowodowane pożyczką jakiej udzielił bratu. Widzę tu więc prosty związek przycznowo - skutkowy.
- Zwróć uwagę, że bezdusznie zwolnił pracownika. Zruinował mu życie - ponownie zaczął radośnie zacierać ręce ten o diabolicznym obliczu.
- Wcześniej jednak uratował życie, uważam że tamto wydarzenie zdecydowanie przemawia na jego korzyść. Możemy się też spierać o jego grzeszki pomniejsze, ale w moich oczach nie zasługuje on na potępienie. Na raj też, więc wnioskuję o wysłanie go do miejsca pośredniego.
- Oddalimy się na chwilę i przemyślimy twoje słowa - syknęły jednocześnie wszystkie trzy głosy.

Postacie uniosły się z miejsc, bezszelestnie przeszły za coś, co przypominało kotarę. Zza kotary słyszał wyciszone głosy:
- Zabiera nam go, jak tak dalej pójdzie, to nikt do nas już nie trafi.
- Trafi, ale w tym przypadku mądrze mówi, ta dusza nie zasługuje na potępienie wieczne, należy jej się szansa.
- Tym razem nie bedę się kłócił, ale następnemu juz nie przepuszczę i będę podważał linię obrony przy każdym z grzechów, tak długo, az przekonam go do braku sensu jego starań.
- Czyli kraina środka?
- Tak, kraina środka, niech tak będzie.

"Adwokat" nie byl w stanie uslyszeć nawet jednego słowa, ktore padło za wirtualną kotarą. Nie zadał sobie nawet tyle trudu, aby odpowiedzieć na oczywiste pytanie, jak ta kotara tam powstała, jak oni właściwie się za nią znaleźli. Po prostu nagle wyrosła i już. "Zakapturzeni", tak zaczął ich nazywać w myślach, wrócili. Powrócili z tymi samymi, groteskowymi kształtami masek. Równie groteskowa mogłaby być śmierć, gdyby nie nadawano jej, od wieków, wizerunku kostuchy, który z naturalnego ogniwa w procesie narodziny - życie - umieranie, uczynił z niej bezdusznego potwora, który i tak po kazdego przyjdzie. Siedli przy stole.
- Umiesz sie targować. Zaskakuje nas to, że targujesz sie o człowieka, którego kompletnie nie znasz.
- Taką rolę mi przypisaliście, takiej roli trzymał sie będę - odparl oschle.
- Pójdzie do nas - głos dobiegł zza maski częściowo uśmiechniętej.
- Czyli do czegoś, co nazywają czyśćcem ?
- Tak, tam dokładnie. Bądź też gotowy, bo nigdy nie wiesz kiedy znowu sie spotkamy i czyjej duszy bronił będziesz. Odejdź już.

W tym momencie stół zniknął, zakapturzone postacie też. On zaś obudził się we własnym łóżku, z kolejnym siwym pasemkiem. Wiedział już jednak, że to nie były sny.

- Dlaczgo ja? - mruknał pod nosem lekko zdziwiony. Dookoła nie bylo nikogo, kto umiałby udzielić mu dobrej odpowiedzi na to pytanie.



ONA.

Obudziła się w pustym, od kiedy on wyparował z jej życia, mieszkaniu. Nie była to duża, biorąc pod uwagę jego kłamstwa oraz tryb życia, strata. Ona jednak musiała uczyć się żyć od nowa. Pobudki były mniej męczące dla gałek ocznych i całego organizmu. Nikt nie przychodził, w oparach alkoholu i pod wpływem narkotyków, do domu w godzinach bardzo wczesno porannych. Godziny bardzo wczesno poranne, to w jej rozumieniu, trzecia a może i czwarta nad ranem. Kiedy ona smacznie spała, jej partner docierał dopiero do domu. Przyzwyczajenie się do nowego punktu na mapie jego zamglonej świadomości zabierało około pół godziny, potem opadał bezwładnie na łóżko. Tak wyglądały jej noce przez ostatnich kilka miesięcy, potem znaleziono jego zwłoki. Ponoć ktoś wyrównał rachunki za jakieś niespłacone długi.

Od początku jednak. Trafiła do miasta z jednego z tych zadupi w Polsce. Małej mieściny, w której jedynymi perspektywami były uprawa roli, popadanie w alkoholizm, bądź też wykrzesanie z siebie resztek sił, zastanowienie na tym co robi się naprawde dobrze w życiu i szukanie szczęścia w wielkim świecie. Ona miała talent plastyczny. Samorodek, od dziecka miała dryg do rysowania. Zaczynała od prostych szkiców, potem próbowała swoich sił przy portretach. Po dziś dzień jej rysunki wiszą w domu rodziców. Jedyne rzeczy, których ojciec nie odważyłby się sprzedać za alkohol. Był dumny z córki, chociaż nie umiał tego okazać. W wieku 19 lat powiedziała sobie i zapowiedziała światu że wyjeżdża. Jej marzeniem był indeks Akademii Sztuk Pięknych. Nikt specjalnie nie oponował, rodzice wręcz motywowali ją do wyjazdu. Mieli pełną świadomość tego, że powinna wywalczyć sobie lepsze, niż oni mają, miejsce w świecie. Miała w mieście koleżankę i wiedziała, że znajdzie u niej lokum. Póki nie znajdzie pracy, nawet na pół etatu, mogła mieszkać za darmo. W perspektywie wszystko wyglądało cudownie, wielki świat czekał na nią, a ona musiała go tylko ujarzmić, czego więcej chcieć.

Jej koleżanka miała dwupokojowe mieszkanie w blokowisku, na obrzeżach Był to klasyczny relikt pogierkowski. Bloki budowane według sztampy, z płyt. Wszystkie budynki wyglądały jednakowo, szaro-buro, nijako. Ważne, że miała coś na start. Papiery do ASP wysłała jeszcze przed przyjazdem. Przywiozła ze sobą teczkę z pracami, dość długo je selekcjonowała. W dniu rozpoczęcia egzaminów nawet pogoda była po jej stronie. Słońce prażyło, delikatny, ciepły wiatr otulał jej twarz. Pomyślała, że przy takiej aurze egzaminy mogły nawet odbywać się w plenerach, ASP otoczona była bowiem pięknym parkiem, który można było wykorzystać jako salę egzaminacyjną. Chętnych na jedno miejsce było wielu, jej jednak nie przerażała konkurencja, znała swoją wartość i była zdeterminowana.

Dzień rozpoczęcia egazminów przywiódł tłumy przyszłych, potencjalnych artystów w dziedzinach wszelakich. Gmach Akademii zamieniono w wielki plac ćwiczeń intelektualnych dla tej biednej młodzieży, która chciała być egzaminowana. Każdy z wpadających w szpony belfrów przychodził tutaj z przeświadczeniem o własnych niesamowitych i wyjątkowych zdolnościach. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że może nie dostać się na wyśniony, wyrysowany, wymalowany gdzieś w zaciszu własnego pokoju, ganku czy mieszkania, kierunek. Każdy z potencjalnych studentów śnił już na jawie o chwale, glorii, wernisażach, wystawach, hymnach pochwalnych na temat jego lub jej geniuszu. Nikomu nie przyszło do głowy, że ktoś może być lepszy, każdy chciał być drugim Matejką, Picassem i Bóg jeszcze raczy wiedzieć kim. Ona też chciała, chciała ziścić swoje marzenia. Chciała dowieść samej sobie, że jest tak dobra, jak faktycznie uważa. Egzamin składał się z tech etapów. Pierwszym była ocena prac przyniesionych przez kandydata. Tutaj komisja bardzo przychylnie wyrażała się o jej pracach, że bardzo dobre, że bardzo dojrzała kreska, że swietne wyczucie światło-cieni, dobra perspektywa. Etap kojelny, dla niej opłakany w skutkach, polegał na tworzeniu własnych prac w ramach egzaminu. Zjadła ją trema. Nigdy do tej pory nie musiała rysować przed komisją, do tej pory zawsze rysowała w zaciszu i samotności. Tutaj nagle sparaliżował ją strach, nie była w stanie stworzyć nic sensownego. Zrezygnowana spojrzała w kierunku egzaminatorów i wyszła. Za drzwiami zalała się łzami. Przecież była taka dobra, nie przewidziała zwycięstwa przeciwnika, jakim była trema. Usiadła pod scianą, schowała głowe w ramiona. Porażka z własnymi słabościami bywa naturalna, tutaj jednak odniosła wrażenie, jakby przegrała swoje życie. Po kilkunastu minutach poszła w kierunku łazienki, obmyła twarz. Nie chciała, aby ktokolwiek na ulicy widział ją z podpuchniętymi od płaczu oczami. Nikt za nią też nie wyszedł po jej prywatnej klęsce, cóż, o przegranych nikt nie pamięta.

Po drodze do domu wyrzuciła na śmietnik wszystkie swoje prace. Zanim dotarła na przystanek tramwajowy, weszła jeszcze do sklepu i kupiła butelke wina. Nigdy nie probowała mocniejszych trunków, a miała wielką ochotę się upić. Zapomnieć o tym dniu, o tej porażce. Mieć rano ogromnego kaca, byle nie moralnego. Swojej współlokatorce mogła powiedzieć o wszystkim, a to co było powiedziane między nimi, między nimi zostawało. Zatrzymała się jeszcze w drzwiach sklepu, zawróciła i kupiła jeszcze jedno wino. Jedno może być za mało na płaczliwy, pijacki, pełen żali babski wieczór. Dojechała do domu, Julka otworzyła jej drzwi. Już miała zapytać jak poszły egzaminy, ale wina niedoszłej artystki plus dwie butelki wina w reklamówce mówiły wszystko. Rano obie obudziły się z ogromnym kacem i zaczęły rozmyślać o tym, jak dalej będzie kształtowała się przyszłość wielkiej przegranej z samą sobą.

- Nie ma innego wyjścia, trzeba Ci znaleźć pracę. Przecież nie wrócisz do domu z podkulonym ogonem - stanowczo rzekła Julka.
- No masz rację, tam lepsza przyszłość na pewno mnie nie czeka. Za rok spróbuję jeszcze raz podejść do egzaminów, a póki co jakoś trzeba sobie radzić.
- No to odpalamy komputer i piszemy Ci CV. Właśnie, a co ty mogłabyś robić?
- Nie wiem, może kelnerka, może bar. Tak naprawdę póki co jakakolwiek praca mnie urządza. Nie mogę przecież mieszkać cały czas na twoim garnuszku.
- Nie gadaj głupot. Przestań już z tym garnuszkiem. Głowa do góry i do przodu.

Pracę znalazła nadzwyczaj szybko. Nie był to szczyt jej marzeń, bo kto mogłby pochwalić się pragnieniem o pracy na zmywaku. Na początek zawsze to jednak coś. Praca była w orientalnej restauracji, z dala od klientów. Pozwoliło jej to, póki co, na pogodzenie się z porażką, ułożeniem sobie od nowa planu na rok następny. Mimo wszystko zmywak to był dół piramidy, do szczytu droga była naprawdę daleka. Zacisnąć zęby, zakasać rękawy. Praca od poniedziałku do piątku, dodatkowo co druga sobota. Nie mogła pozwolić sobie na nieróbstwo, nie mogła przecież mieszkać u Julki za darmo. Praca miała niekorzystny wpływ na rozwijanie talentu, który miała, tak jej się przynajmniej wydawało. Obolałe palce, ogólna apatia nie pozwalały jej skupić się na grafikach. Taki stan trwał około trzech miesięcy. Po trzech miesiącach szefowa zaproponowała jej zastępstwo za barem, barman wziął dzień wolny na rządanie. Choroba dziecka, po prostu tego dnia nie mógł dotrzeć do pracy. Ewa ucieszyła się, potraktowała to jako awans, z uśmiechem na duszy wracała tego dnia do domu. Julka zdążyła dostrzec cień uśmiechu na jej twarzy, ale o nic nie zapytała. Mimo tego, iż w mieście była najbliższą Ewie osobą, nie naruszała lawiną pytań prywatności współlokatorki. Następnego dnia Ewa, cała w skowronkach poszła do pracy na nowym, chociaż tylko zastępczym, stanowisku pracy. Praca za barem w restauracji nie należała do najtrudniejszych. Klienci oprócz soków i wody mineralnej zamawiali kawy, herbaty, czasem piwo i mocniejsze trunki. Nie było tam jednak wyspecjalizowanych i skomplikowanych drinków. Technicznie więc mogła to opanować, więcej obaw powodowała perspektywa kontaktu z klientem. Cały czas nosiła w pamięci wydarzenia z egzaminu wstępnego, paraliżowało ją to. Wiedziała jednak, że musi przekroczyć kolejną barierę. Tak zostałą tymczasową barmanką. Pierwszy dzień nie był najgorszy, okazało się, że kontakt z klientem nie był bezpośredni. Ogniwem łączącym był kelner, więc ona mogła pracować "incognito". Jedyną pozytywną zmianą była możliwość wyrwania się z jej kanciapy ze zmywakiem i wyjście do ludzi. Ludzi, których już dawno nie oglądała. Mijała ich na ulicach, w sklepach, w tramwajach i wszędzie tam, gdzie w tak dużym mieście mogła ich mijać, ale nie przyglądała się im. Starała się być szara, niewidzialna, przezroczysta. Jak kameleon, wtapiać się w tło, takie było jej marzenie.

Jeden dzień za barem szybko przekształcił się w cały tydzień. Okazało się bowiem, że choroba syna barmana jest cięższa, niż na początku przypuszczano i malec potrzebuje stałej opieki. Ewa coraz lepiej radziła sobie z nowymi obowiązkami, więc nie było sensu przesuwać jej na poprzednie stanowisko. Zmywakiem zajął się tymczasowo ktoś inny. Ewa przez pierwsze trzy dni starała się nie zwracać uwagi na klientów. Wydawali się tacy sami w bezładnej masie ludzi, przychodzili na chwilę, coś zjeść, usiąść na moment. Zachowywali się jak rozpędzone elektrony, które na moment tylko zastygały w bezruchu po to, aby potem znowu pędzić w tylko sobie znanych kierunkach. On jednak był inny, dostrzegła to bez trudu. Zaglądał tam każdego dnia, na początku niepewnie, mimo wszystko zdawał się delektować tą chwilą odpoczynku. Zawsze siadał na uboczu, w zaciszu, był taki jak ona, niewidzialny. Następnego dnia ich spojrzenia na chwilę się spotkały, uniósł kąciki ust w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. Odwzajemniła ten niezwykły, jak na to miejsce, gest. Mało kto z klientów zauważał obecność barmanki, oni tu przecież przychodzili zjeść. Po dwóch następnych dniach dosiadł się do baru. Wydawał się być inny, niż większość mężczyzn, jakich poznała do tej pory. Miły, czarujący. Starał się ją ośmielić, po kilku rozmowach zaprosił ją na kawę. Miała pewne opory, mimo wszystko po dłuższym namyśle zgodziła się. Nic nie miała do stracenia, poza tym to tylko kawa. Tak sobie to wtedy tłumaczyła. Za pierwszą kawą pojawiła się propozycja następnego spotkania, i kolejnego. Był niesamowity, słuchał jej, zgadzał się z nią. Nigdy się nie kłócili. Taki książę z bajki, myślała że Boga za nogi złapała. Julce nie podobał się gwałtowny rozwój wydarzeń, martwiła się o współlokatorkę, ale nie umiała przemówić jej do rozsądku. Wiadomością, która była jak grom z jasnego nieba, była informacja o przeprowadzce do niego.

- Ewka, dziewczyno, rozum Ci odjęło? Jak długo ty go znasz, dwa tygodnie? - Julka starała się jak mogła wybić koleżance z głowy tę szaloną decyzję.
- No dwa, i co z tego? Jestem dorosła i przed nikim nie muszę się tłumaczyć - odburknęła Ewa, pakując walizkę.
- Żebyś tylko potem nie wracała z podkulonym ogonem. Nie mam do niego za grosz zaufania. Co ty o nim wiesz? - Julka próbowała dalj.
- Wystarczająco dużo - odburnkęła Ewa, miasto szybko przeobraziło przerażoną trusię w "damulkę" pełną gębą.

Drzwi trzasnęły, Ewa z walizką wtarabaniła się do samochodu "ukochanego", i tyle ją było widać. Teraz miała zacząć się jej sielanka, idylla, nowy etap życia w "wielkim" mieście. Na początku wszystko było jak w cudownym śnie. Pierwszych kilka tygodni było cudowne. Mężczyzna jej życia był zawsze przy niej, wspierał ją. Miała swoją własną pracownię, w której mogła przygotowywać się ponownie do egzaminów. Nie chciała i nie musiała też rezygnować z pracy. Barman, którego zastępowała, odszedł z pracy na własną prośbę. Choroba syna okazała się poważniejsza, niż wydawałoby się na początku. Ewa czuła się za barem naprawdę pewnie, można powiedzieć, że ta praca stała się jej pasją. Los bywa jednak kapryśny. Partner wracał do domu coraz częściej pod wpływem alkoholu, znalazła też w domu narkotyki. Pytany o pochodzenie nie odpowiadał, lub po prostu wszczynał awantury o nic. Nauczyła się milczeć, nie odzywać, mieszkać obok. Nie odbiło się to na jej pracy, starała się rozdzielać życie prywatne od życia zawodowego. Jakimś cudem idealnie jej się to udawało. On zaś pewnego dnia nie wrócił do domu, policja zaś nad rzeką znalazła jego zwłoki. Był zmasakrowany, podejrzewano, że to były bandyckie porachunki. Nigdy nie dowiedziała się, dlaczego właściwie zginął. Jej życie prywatne znowu stało się pustym pomieszczeniem.

SĄD.

Po jego śmierci Ewa jeszcze jakiś czas mieszkała w tamtym mieszkaniu. Czynsz był uregulowany na trzy miesiące do przodu, jej samej nie stać by było na to lokum. Pensja w restauracji była niska, starczała na opłacenie pokoju u Julki. Mieszkanie po ostatnim parnterze miało duży plus. Było wielkie, ogromne wręcz. Szybko zaaranżowała jeden z pokojów na potrzeby pracowni. Musiała ćwiczyć, chciała rysować, przez jedno niepowodzenie nie chciała zaprzepaszczać swoich marzeń. Kiedy padało, siedziała w pracowni i ćwiczyła martwą naturę oraz rysowała wyimaginowane pejzaże. W dni, kiedy przez okna przebijały się promienie słońca, zabierała rzeczy i szła rysować w plener. Takie warunki zdecydowanie bardziej jej odpowiadały. Wychowała się na wsi i dużo łatwiej i przyjemniej rysowało się jej na dworze. Tak rysowała od kiedy pamięta i nie miała zamiaru porzucać starych nawyków. W bliskim sąsiedztwie domu znajdował się park, który dawał jej namiastkę atmosfery ze stron rodzinnych. Kończyło się lato, które było wyjątkowo łaskawe w tym roku. Bez ukropów, mało deszczu, dużo słońca, co pozwalało na częstsze wychodzenie w plener. Miała zamiar w ciągu najblizszych dni zakończyć serię obrazków, które układały się w pewną całość. Przedstawiały odbicia słońca w tafli stawu o różnych porach dnia. Teraz przyszedł czas na popołudniowe i wieczorne sesje. Znalazła ustronne miejsce, nikt jej tam nie przeszkadzał. Postawiła przed sobą dość trudne zadanie, bowiem cała seria miała być wykonana tylko w czerni i bieli. Owszem, łatwiej byłoby użyć pełnej gamy kolorów, ale chciała wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Kończyła akurat obraz późnego popołudnia powoli przechodzącego w wieczór, gdy nagle usłyszała za plecami męski głos:

- Świetna kreska, chociaż dużo lepiej wyglądałoby to w kolorach.

Odwróciła się. Stał za nią mężczyzna w wieku, mniej więcej, 40 lat. Dość przystojny, z pociągłą twarzą, łagodnymi, szafirowymi oczami. Coś niepokojącego było w rysach jego twarzy, jakby skrywała tajemnicę, której świat ujrzeć nie chciał. Co od razu rzuciło jej się w oczy, to to jedno siwe pasemko na jego głowie, które niedawno chciał nieudolnie ukryć, ale kolor nie dość dokładnie został położony na włosy. Stał opierając brodę o dłoń, uważnie studiował rysunek. Kiwał głową z uznaniem.

- Ja robię zdjęcia, też w czerni i bieli. Są bardziej artystyczne i wymagają więcej zadumy od widza, jak sądzę.
- Ja szykuję się do egzaminów na ASP za rok. W tym roku oblałam niestety. Za rok musi mi się udać.
- Jeśli będzie Pani rysowała z taką samą pasją jak teraz, to na pewno się uda i wielki świat o Pani usłyszy.
- Pani? Mam na imię Ewa - wyciągnęła rękę do uścisku.
- Piotr - znowu się uśmiechnął, ściskając delikatnie jej dłoń - świetnie uchwyciłaś te refleksy na wodzie. Ręka godna mistrza.
- Nabijasz się, nie jestem do końca zadowolona.
- Jakże bym śmiał, naprawdę świetna kreska.

Stali tak i rozmawiali jeszcze przez kilkanaście minut, Ewa zdążyła dokończyć rysunek. Piotr zaproponował że ją odprowadzi pod dom. Niechętnie, ale się zgodziła. W końcu w odprowadzeniu do domu nie ma nic złego. Pod klatką umówili się na dzień następny. Ewie zostały jeszcze dwa lub trzy rysunki do zakończenia projektu, a rozmowa z nim relaksowała ją. Poza tym przygotowywała się do pracy w towarzystwie widza. Umówili się następnego dnia na godzinę 18, Piotr zaproponował, żeby spotkali się już w parku, w miejscu, w którym dziś ją zobaczył po raz pierwszy. Następnego dnia zabrał ze sobą aparat, Ewie na początku troszkę to przeszkadzało. Pomyślała, że może ją rozpraszać. Poza tym nie życzyła sobie, aby ktokolwiek robił jej zdjęcia podczas prób pracy twórczej. W końcu jednak dała się przekonać, Piotr obiecał jej, że jedynymi właścicielami zdjęć będą on - autor oraz ona - model fotografowany. Nikt więcej miał tych zdjęć nie zobaczyć. Tych akurat nie, ale ani Piotr tego nie przypuszczał, a ona miała o tym nie wiedzieć. Zdjęcia wyszły całkiem niezłe, Ewie udało się zachować spokój podczas pracy, on też za mocno nie chciał jej rozpraszać. Po sesji przejżeli tylko zdjęcia i zdecydowali, które zostaną zachowane. Na koniec poszli na krótki spacer i odprowadził ją pod dom. Udało mu się namówić, aby zostawiła mu swój numer telefonu, obiecał że zadzwoni dopiero po wydrukowaniu zdjęć. Ten argument ją przekonał, poza tym chciała przekonać się, czy aparat ją "lubi", nie uważała się za osobę przesadnie atrakcyjną ani też mocno fotogeniczną. W samym Piotrze było też coś ujmującego oraz ten jego stoicki spokój. Tak jakby kompletnie oderwany był od świata, tak jakby istniał on i osoba, której akurat poświęca czas. Podobało jej się to, w poprzedniej relacji z mężczyzną nie czuła się tą jedyną, tą najważniejszą. Z zasady była tylko dodatkiem do świata zewnętrznego. Tutaj hierarchia ważności została zmnieniona na jej korzyść.

Nie dawała tego po sobie poznać, ale czekała na telefon od niego, w pracy była lekko rozkojarzona. Zwróciło to uwagę szefowej, ale ta, może przez grzeczność, postanowiła nie reagować. Mała niedyspozycja mogła przytrafić się każdemu, więc nie było w zachowaniu Ewy nic niepokojącego. Klienci byli obsługiwani tak samo profesjonalnie, jak przed pierwszym spotkaniem z Piotrem, do niczego więc nie można było się przyczepić. Zadzwonił pod koniec tygodnia, miał już gotowe zdjęcia i chciał je jej oddać. Zaprosił ją do siebie. Odczuwała mały opór, ale w końcu zgodziła się. Nie widziała w tym nic złego, poza tym Piotr był ujmujący, miała do niego zaufanie, ograniczone z uwagi na krótkotrwałą znajomość, ale jednak zaufanie. Postanowiła dać się porwać instynktowi, który podpowiadał jej "idź, ile możesz siedzieć sama w domu, idź...:. Poszła. Same zdjęcia wyszły niesamowicie. Odkrywały w niej kobiecość, cechę której ona sama starała się w sobie nie dostrzegać. Po ostatniej klapie miłosnej starała się wręcz ją ukrywać. Tak jak głosiło jej motto życiowe, chciała być niewidzialna, szara, nijaka w świecie. Piotr pokazał, że mogło być inaczej. Piotr obudził w niej pozytywnego demona, którego żadna siła nie była w stanie powstrzymać. Tego wieczora umarła stara Ewa, narodziła się nowa, ta nowa coraz bardziej się sobie podobała. Znajomość z Piotrem rozkwitała, Ewa chciała się do niego wprowadzić. Mimo to Piotr wzdrygał się na myśl o tym, podawał mętne tłumaczenia. Ewa nie zadawała dodatkowych pytań, powoli nowa Ewa cofała się za kurtynę. Piotr, będąc całkiem bystrym obserwatorem, postanowił po kilku tygodniach zaryzykować. Bał się utraty drugiej osoby. Martwiło go tylko to, w jaki sposób ukryje symptomy i skutki swoich nocnych "eskapad", które występowały regularnie. Jeśli nie robił zdjęć, to "sędziowie" sami przypominali o sobie w snach. Chcąc nie chcąc, bardziej zaś nie chcąc robił kolejne zdjęcia ludziom. Targi nocne przynosiły różny skutek, część z tych nieszczęśników trafiała prosto do "piekła". Tych najbardziej mu było żal, chociaż kilku z nich ewidentnie powinno tam trafić bez sądu. W kilku przypadkach zabrakło mu siły przebicia, nie zawsze szło tak prosto. Czasem sędziowie sami wcześniej, za jego plecami podjemowali wyroki, pozwalając mu się gimnastykować przy stole. Gdyby tylko wtedy o tym wiedział.

Ewa wprowadziła się do Piotra, znalazła kąt na pracownię, dalej pracowała w restauracji. Piotr zaczął brać jakieś chałtury, żeby tylko poprawić swoje zarobki. Nie był tym specjalnie zachwycony, czuł się jakby sprzedał duszę diabłu materializmu. Znienawidził siebie za to, tracił poczucie własności artystycznej na rzecz najbardziej banalnej rzeczy na świecie, pieniądza. Fotografował wszystko, festyny, koncerty, wszelkiej maści imprezy masowe, cokolwiek, co mogło dać mu pieniądze. Unikał, z przyczyn jemu tylko wiadomych, takich imprez jak śluby, komunie, imprezy dla pracowników korporacyjnych. Miał dość sądów po robieniu zdjęć ludziom przypadkowo spotkanym na ulicy. Poza tym, niezręcznie byłoby, gdyby wziął wynagrodzenie za fotografie z imprez, na których nagle część twarzy znalazłaby się za mgłą. To tak, jakby świadomie robić zdjęcia podsądnemu, którego potem będzie się bronić. Wolał unikać takich przypadkowych konfrontacji, jak i wolał unikać tłumaczenia się z tego, że niektóre zdjęcia są wadliwe. Wiadomo, niezawdowolony klient zrobi antypromocję, co przyniesie utratę potencjalnych zarobków w przyszłości.

Tak upłynął prawie cały rok, Ewa przygotowała się ponownie do egaminów, złożyła dokumenty jeszcze raz. Piotr chciał uwiecznić moment przed rozpoczęciem ponownych egzaminów, zrobił Ewie sesję zdjęciową. Pierwsze zdjęcie było zamglone, zdębiał. Na jego twarzy pojawiły się kropelki potu. Ewa uznała, że to przez zbyt wysoką temperaturę, lato tego roku było upalne. On zaś doskonale wiedział, czym to się skończy. Wiedział także, że może być to najdłuższa i jednocześnie najważniejsza noc jego życia. Ewie umykały jej nocne "eskapady". Spała jak zabita i nawet nagły spadek temperatury w mieszkaniu nie był w stanie jej wybudzić. Bał się pierszych sesji nocnych, potem upewnił się, że nie nic nie dostrzegała, co za tym idzie, nie zadawała żadnych pytań. Spać położyli się wcześniej, Ewa przygotowała materiały na egzaminy. Zasnęli. On obudził się w beżowej nicości. Tak jak zawsze, panował bezruch w powietrzu. Szedł znanym już śladem, prosto, dopóki nie zobaczył swoich trzech "przyjaciół". Obecna sprawa, wiedział bowiem, czyje akta będą przeglądane. Zawsze brano pod uwagę teczkę ostatnio fotografowanej osoby. Siadał do stołu z sercem w gardle. Tym razem postanowił rozegrać to inaczej, po swojemu, zagrać o najwyższą stawkę. Nie mógł pozwolić sobie na wertowanie teczki, wiedział bowiem, że w chwili ustalenia wyroku model fotografowany był martwy. Nie chciał jej stracić, nie mógł utracić kolejnej bliskiej mu osoby, nie tak bliskiej.

- Witam.
- Ach, to ty. Ponownie. Coż za zbieg okoliczności - odezwała się ironicznie postać z maską diabła.
- Nie nazwałbym tego zbiegiem okoliczności, i ta rozmowa będzie wyglądać inaczej niż poprzednie - odparł stanowczo.
- Jak to inaczej? Będzie wyglądać tak jak poprzednie, zapominasz chyba o swojej roli człowieku - głosy syknęły jednocześnie.
- Nie zapominam, ale w tej sprawie nie będę adwkatem. Wiemy wszyscy jaki będzie finał tej rozprawy.
- Nie wiemy, nie wiemy gdzie ona trafi synu człowieczy - znowu jednocześnie syknęły głosy.
- Zostanie na ziemi.
- Ha ha ha, myślisz, że tę zdołasz ocalić? Poprzedniej Ci się nie udało, a tę uważasz, że dasz radę uratować? Nie igraj z nami.
- Jak to poprzedniej? - sięgnął do zakamarków pamięci. Przypomniał sobie historię pierwszego zdjęcia. Faktycznie, jego poprzednia ukochana miała zamglone fotografie. Jak mógł przeoczyć ten fakt.
- Ano poprzedniej, jedną Ci zabraliśmy. Ekhm... jedna trafiła tutaj bo musiała - poprawiły się głosy.
- Zabraliście, zagraliście ze mną?
- Jakoś musieliśmy skłonić Cię do współpracy. Taka mała sztuczka z naszej strony, mamy nadzieję, że nie masz do nas o to żalu. Widzimy, że zdążyłeś już odżałować tę stratę - ironicznie współbrzmiały głosy jeszcze raz.
- Ile razy jeszcze mną zagraliście? - tracił zaufanie do własnej roli w tym teatrzyku, tak samo jak i tracił zaufanie do "sądu najwyższego".
- Noooo, pare razy wyroki zapadły zaocznie, twoja rola po prostu musiała być odegrana synu człowieczy. Pamiętaj, NIKT nie targuje się ze śmiercią.
- Tym razem będzie inaczej, wnoszę o wielodekadowe odroczenie wyroku, nie proszę nawet, ale żądam. Biorąc pod uwagę wasze poprzednie oszustwa mam do tego prawo.
- Prawo? Ty chyba zapominasz o tym, że już dawno ktoś inny mógł wykonać Ci zdjęcie. Wtedy nie siedziałbyś przed nami - syknął ten o twarzy pół uśmiechniętej.
- Nie zrobię żadnego zdjęcia więcej. Co wtedy?
- Ty musisz robić zdjęcia, my musimy mieć duszyczki od Ciebie.
- Odroczcie wyrok, a będę dalej współpracował.
- Targuje się z tobą ciężko, ale dobrze. Ten jeden raz pójdziemy Ci na rękę. Ten jeden jedyny raz. Nie możemy stracić tak dobrego fotografa. Robimy wyjątek z jeszcze jednego powodu.
- Jakiego?
- Pamiętasz, podczas naszej pierwszej sesji powiedzieliśmy Ci, że jesteśmy ciekawi, jak żarliwie będziesz bronił tych, których nie znasz. Jak żarliwie będziesz to robił bez wynagrodzenia.
- Hmmm, pamiętam. Co z tego?
- Zaskoczyłeś nas synu człowieczy. Myśleliśmy, że adwokat, bo taką rolę dostałeś, bez wynagrodzenia okaże całkowity brak zainteresowania swojemu "klientowi". Ty obaliłeś ten pogląd. Dlatego też łaskawie decydujemy się na wielodekadowe odroczenie tej sprawy. Stawiamy jednak dwa warunki.
- Jakie?
- Nie wspomnisz jej nawet słowem o tej i innych sprawach.
- Jaki jest drugi warunek?
- Będziesz dalej robił zdjęcia. W innym bowiem przypadku ktoś przyniesie tu przedwcześnie twoje zdjęcie.

Tak czy siak mieli go w garści. Zgodził się na obydwa warunki, akta Ewy zniknęły, zdjęcie też. On zaś obudził się we własnym łóżku. Gorączkowo sprawdził w lustrze. Nie było pasemka. Ewa zdała śpiewająco egzaminy do Akademii Sztuk Pięknych.

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 91
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Adwokat

Post autor: sprutygolf » pn, 29 maja 2017 16:46

Na dzińdybry taki kfiatek:
Na jakie pytania? - udal ze nie rozumie, chociaz w glowie rozbijaly mu sie o siebie tysiace pytan.
OSIEM!!! Baboli!!! W jednym zdaniu. A w całym tekście jest tego na TONY! Żenująco dużo. I jak Cię traktować poważnie, Autorze, skoro aż tak lekceważysz Czytelnika? Nie stać Cię na autokorektę? Popraw się albo nie zawracaj głowy...
ochydnej mazi
Strraszny babol ortograficzny. Podstawówka...
dzień wolny na rządanie.
przejżeli
Grrr, to samo!
Młody chłopak, pewien wiary we własne umiejętności pływackie
Pełen tej wiary był raczej chyba?
w geście rozpaczy zaczął wymachiwać rękami, z nadzieją na to, że ktoź z towarzyszących mu kolegów to zauważy.
Ktoź??? Takiego wyrazu jeszcze nie widziałem, dzięki;) A ten gest w postaci wymachiwania rękami też jest niezły;)
Ten jednak, nie dość że udzielił bratu pożyczki, uczynił ją także bezzwrotną.
Fajnie:) Taka bezzwrotna pożyczka ma nawet swoją nazwę: darowizna.
Zruinował mu życie
Piękne, nowe słowo, podkreślające gatunkowy ciężar ruin! :)
Zza kotary słyszał wyciszone głosy:
"Adwokat" nie byl w stanie uslyszeć nawet jednego słowa, ktore padło za wirtualną kotarą.
Grunt to konsekwencja;)
Kiedy ona smacznie spała, jej partner docierał dopiero do domu. Przyzwyczajenie się do nowego punktu na mapie jego zamglonej świadomości zabierało około pół godziny, potem opadał bezwładnie na łóżko.
Co znaczy to zdanie? KOMU zabierało pół godziny przyzwyczajenie się do punktu na mapie zamglonej świadomości?? Co to za punkt, jaka znowu mapa??
Rano obie obudziły się z ogromnym kacem
Ty, Kolego, masz troszku pojęcia o metabolizmie ankoholu? Bo raptem 2 wina na 2 dziouchy i nagle rano ogromny kac? JAKIM CUDEM? Chyba, że to Azjatki były z upośledzonym działaniem dehydrogenazy ankoholowej, bo Polki 2 wina w wieczór to wciągają nosem. A potem węszą za trzecim;)
Największy zarzut:
GADULSTWO GADULSTWO GADULSTWO GADULSTWOOOO!
Bez szkody dla treści można czterokrotnie skrócić ten tekst. 4-krotnie! Można i należy pozostawić nie więcej niż 25%. Precz z opisami!
Np.
Następnego dnia zabrał ze sobą aparat, Ewie na początku troszkę to przeszkadzało.
[potem zapewne przestało, och, ale dlaczegóż? no nooo, tylko sobie żartuję, bo nasz Autor gotów to wyjaśniać do końca Wszechświata;)]
Pomyślała, że może ją rozpraszać. Poza tym nie życzyła sobie, aby ktokolwiek robił jej zdjęcia podczas prób pracy twórczej. W końcu jednak dała się przekonać, Piotr obiecał jej, że jedynymi właścicielami zdjęć będą on - autor oraz ona - model fotografowany.
[on – autor, oraz ona – model. Poprosimy o jeszcze więcej tak niezbędnych szczegółów, bo nie zaśniemy w nocy...]
Nikt więcej miał tych zdjęć nie zobaczyć.
[No w życiu bym się nie domyślił, że skoro jedynymi właścicielami zdjęć itd., to nikt inny zdjęć nie zobaczy]
Tych akurat nie, ale ani Piotr tego nie przypuszczał, a ona miała o tym nie wiedzieć. Zdjęcia wyszły całkiem niezłe, Ewie udało się zachować spokój podczas pracy, on też za mocno nie chciał jej rozpraszać. Po sesji przejżeli tylko zdjęcia i zdecydowali, które zostaną zachowane. Na koniec poszli na krótki spacer i odprowadził ją pod dom. Udało mu się namówić, aby zostawiła mu swój numer telefonu, obiecał że zadzwoni dopiero po wydrukowaniu zdjęć. Ten argument ją przekonał, poza tym chciała przekonać się, czy aparat ją "lubi", nie uważała się za osobę przesadnie atrakcyjną ani też mocno fotogeniczną.
TAAAAki opisss, mający przekazać, że sobie Ewa i Piotrek parę zdjęć natrzaskali??!
LITOŚCI! Czytelnik wszak umrze z nudów! A najsampierw pierd...nie "opowiadaniem" w ścianę...
Naprawdę, GIGANT przynudzania. Skróciiiić:)
Nie chciał jej stracić, nie mógł utracić kolejnej bliskiej mu osoby, nie tak bliskiej.
Ja wiem, o co Ałtoru chodziło, ale ktoś może poczuć dysonans: no to bliskiej czy nie tak bliskiej?
A wystarczyłoby: nie TAK bliskiej... Hm? ;)
głosy syknęły jednocześnie
Czy te chol..ne głosy zawsze muszą sykać JEDNOCZEŚNIE??? Nigdy się im nie zdarza, że jeden syknie, drugi kwiknie, a trzeci jak raz wyszedł... wyrzucić śmieci? ;)

Widzę jedno: włożyłeś dużo pracy w opowiadanie (no, to już np. Lady Małgorzata oceni, opowiadanie popełniłeś czy coś mniej... więcej;),
ale zbyt mało w jego wyeksponowanie: te proste błędy, te dziewoje (zbyt?) hoże, no... sorry, popraw to Autorze! ;)

Gigant
Sepulka
Posty: 6
Rejestracja: pt, 26 maja 2017 00:36
Płeć: Mężczyzna

Adwokat

Post autor: Gigant » pn, 29 maja 2017 18:26

Poprawie, dzieki za konstruktywna krytyke :)

Awatar użytkownika
Siekierka
Pćma
Posty: 248
Rejestracja: pn, 22 kwie 2013 18:38
Płeć: Kobieta

Adwokat

Post autor: Siekierka » pn, 29 maja 2017 20:00

Wybacz, Autorze, nie dałam rady przebrnąć przez ten tekst... Jak powiedział sprutygolf - jest on za długi. Poza tym, odstraszyły mnie błędy ortograficzne. Sama nie jestem najlepszą osobą do przeprowadzenia analizy, dlatego poczekam, aż zabiorą się za to specjaliści. W każdym razie - nie poddawaj się, bo każdy uczy się na błędach.

e.ort
Ostatnio zmieniony pn, 29 maja 2017 20:22 przez Siekierka, łącznie zmieniany 1 raz.
Każdego dnia głupieję do reszty, ale i tak nie dogonię społeczeństwa

Gigant
Sepulka
Posty: 6
Rejestracja: pt, 26 maja 2017 00:36
Płeć: Mężczyzna

Adwokat

Post autor: Gigant » pn, 29 maja 2017 20:05

Nie mam zamiaru się poddawać. Błędy ortograficzne już poprawiłem i faktycznie muszę nauczyć się skracać teksty, długa droga jeszcze przede mną.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 16968
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Adwokat

Post autor: Małgorzata » sob, 06 sty 2018 03:48

Dawno tego nie robiłam. Normalnie, muszę sprawdzić, czy nie zapomniałam. :X
Ha! Do dziełła!
Proszę wybaczyć te wykrzykniki, to z ekscytacji. Po tak długiej przerwie jatka budzi we mnie mnóstwo emocji. Mam wrażenie, że zaraz pęknę...

Autorze, ten tekst jest za długi.
Znaczy, nie ma wyrazistych ograniczeń dotyczących długości tekstu, ale gdy się przyjrzeć treści i liczbie słów, wyraźnie wychodzi, że faworyzujesz to drugie. W dobrym tekście słowa i treść występują w proporcjach mniej więcej równych, w najlepszych słów jest zawsze mniej niż treści.
Moja pierwsza rada: waż każde słowo.
<Tak w ogóle to mało mi przeszkadza, że tekst jest długi, bo mogę sobie pogadać i nie obawiać się, że komentarz będzie dłuższy od prezentowanego tekstu, ale z obowiązku redaktorskiego należało wspomnieć...>
Wypada wesprzeć radę stosownymi przykładami.
On po prostu robił zdjęcia. Nie jakieś tam portetowe, czy fotoreportaże. (CIACH!) Nie chciał też nigdy robić zdjęć portetowych, (CIACH!). Podrzędny fotograf musi się przy tym nagimnastykować <przecinek!> ustawiając obiekt portetowany (...)
Po pierwsze, pogrubione: PORTRET => portretowe, portretowany.
Nie czepiłabym się tego błędu, gdyby pojawił się raz (uznałabym, że to literówka), ale u Ciebie występuje regularnie, czyli to pewnie błąd "wkodowany".
Leksyka to podstawowe narzędzie pisarskie. Nie mam pojęcia, jak pisarze zdobywają sprawność leksykalną, ale podejrzewam, że jak wszyscy śmiertelnicy korzystają po prostu z SJP.
Po drugie, podkreślone, czyli styl lub logika. Gdy wymieniasz dwa pojęcia z jakiegoś zbioru (tu: fotografia/rodzaje zdjęć), należy ujednolicić te elementy => zdjęcia portretowe czy fotoreportażowe albo portrety czy fotoreportaże. Dla spójności. Inaczej masz stylistyczne niechlujstwo, Autorze.
Potem nastąpił następujący ciąg zdarzeń
Pogrubione to pleonazm, czyli masło maślane (log. tautologia). W polskiej retoryce to błąd logiczny.
Podkreśliłam też ciąg (zdarzeń), ponieważ z następowania (następujących) zdarzeń wynika, że to ciąg => por. znacznie wyrazu "nastąpić" w słowniku języka polskiego.
Właśnie tak powstaje nadmiar słów w stosunku do treści.
A przecież zawsze można uciec się do frazeologii: Potem wydarzenia potoczyły się jak lawina.
Mężczyzna w wieku około 50 lat, troszkę niższy od niego. Opatulony w kurtke z kapturem lekko naciągniętym na głowę.
Skąd wiadomo, że właśnie w takim wieku mniej więcej? Pojawiają się jakieś charakterystyczne cechy osobnicze, które pozwalają się zorientować na pierwszy rzut oka?
I jak wygląda kaptur naciągnięty na głowę lekko albo ciężko? Poproszę zdjęcia, bo nie umiem sobie zwizualizować.
A tak naprawdę kaptur, Autorze, zwykle się nosi na głowie, więc umieszczanie tego w opisie jest zbędne. Co innego, gdy np. kaptur opada tak, że oczu nie widać... Znowu - za dużo słów, za mało istotnych treści. Oczywistości się nie opisuje, zwłaszcza tak nieporadnie, oczywistości się sygnalizuje w opisie.
Lekarze mówili, żeby nie robić sobie zbytniej nadziei. Mało kto mógł przeżyć wypadek z półciężarówką, jadącą z prędkością 80 km na godzinę.
A skąd lekarze wiedzieli, z jaką szybkością ta ciężarówka zasuwała? I po co musieli to doprecyzować? Gdyby jechała ~79 km/h, szanse przeżycia wypadku byłyby większe?
No, nie, Autorze. Wszystko pogrubione powinno wylecieć z tego fragmentu, czyli robisz (CIACH!) w takich i podobnych zdaniach. Wybierasz szczegóły, które są istotne dla opisu zdarzeń => wypadek, rozpędzony samochód, ofiara przeżyła. Reszta to śmieci, które sprawiają, że w tekście masz więcej słów niż treści. Nadszczególarstwo morduje sugestywność opisu, a w rezultacie doprowadza odbiorcę do znudzenia. Nie ma nic gorszego, Autorze, niż nuda przy lekturze...
Przez bardzo długi okres czasu zajmował się tylko fotografią artystyczną, do tego pamiętnego dnia. Dnia w którym ona jak zwykle wyszla do pracy. Dnia, w którym od samego rana coś wisiało w powietrzu.
Pogrubiłam nadopis. Zadanie domowe z wagi słów, Autorze: sprawdź znaczenia wyrazów "czas" i "okres", a potem odpowiedz, dlaczego to złożenie jest błędem.
<Odpowiedź jest zawarta w poleceniu, trzeba tylko rozwinąć... :P>
Podkreśliłam okoliczniki czasu. Nie dlatego, że są błędne, ale dlatego, że jest ich DUŻO. Nie rozumiem, po co tak dokładnie określasz czasowo, rozgraniczasz wręcz, co kiedy się stało. Zwłaszcza że to, co opisujesz tymi okolicznikami, albo nie klei się z dalszą treścią, albo nie pasuje do stylu...
Napisałeś, Autorze, że do dnia wypadku Onej On zajmował się tylko fotografią. Fałsz. Kiedy robił zdjęcia w szpitalu, to jeszcze miały być one w zamierzeniu artystyczne, jak myślę, bo bohater jeszcze nie wiedział, że ma robić inne, a potem też chciał robić swoje zdjęcia, czyli, zakładam, artystyczne, bo innymi się nie zajmował. Czyli przejście wcale nie jest takie wyraziste, jak sugeruje okolicznik czasu, IMAO.
Pochyliłam "dzień - 2 x dzień, w którym", bo to zabiegi retoryczne. Dwa. Kontaminacja => ...dzień. Dzień... i powtórzenie retoryczne dzień,w którym... One nie są błędem - popisuję się swoją znajomością terminologii fachowej. Zaznaczyłam je, ponieważ to zabiegi służące do tworzenia stylu wysokiego. Styl wysoki (patetyczny) służy do mówienia o sprawach wzniosłych. A Ona szła jak zwykle do pracy i miała wypadek. Nic heroicznego się nie zdarzyło, nie odnosi się nawet wrażenia, że to było epickie (nawet w tym współczesnym znaczeniu epickości). Takie złożenie patosu do spraw przyziemnych tworzy dysonans, z którego rodzi się komizm (por. poematy tragikomiczne, np. "Monachomachia"). Nie wiem, czy Tobie udało się osiągnąć przypadkiem komizm, bo nie mam poczucia humoru, ale odnoszę wrażenie, że ten opis jest jednak śmieszny...

A skoro jestem przy śmiesznych opisach...
Zawsze lubiła kawę w czystej, wręcz surowej postaci.
Ja tam się nie znam, Autorze, ale to, co ongiś pijałam każdego ranka, było z palonych i zmielonych ziaren kawowca. Surowa kawa (inaczej: kawa w surowej postaci) to owoce kawowca, które jeszcze nie zostały poddane obróbce. Znaczy, zastanawiam się, co ta Twoja bohaterka piła, bo na pewno nie była to banalna mała czarna...
Nie był w stanie rozpoznać twarzy, słyszał wyraźnie dźwięk, który z siebie wydawali. Coś podobnego do syku łączonego z przeraźliwym piskiem.
Oni wydawali dźwięk z siebie. Bo mogli, na przykład, wydać dźwięk z kapturów?
I co to był za dźwięk? Coś podobnego do syku i pisku, czyli CO, Autorze? Świst parowozu na Dworcu Centralnym w stolicy czy wygwizdany hicior "Daj mi tę noc"?
Jak się próbuje przeflancować zabiegi retoryczne z angielszczyzny na obcy polski grunt, to właśnie takie są skutki - bo (niewiarygodne!) polska i angielska retoryka strasznie się różnią. Pogrubione to zwykła kalka językowa, którą należy wyciąć i zastąpić polskim zwrotem. Nie podpowiem Ci, Autorze, bo nie wiem - uniemożliwiłeś mi domyślenie się, o co chodzi, ponieważ zastosowałeś typowy dla języka angielskiego zabieg do wywoływania napięcia/wahania w opisie, niejasności, niepokoju, grozy - zaznaczony pochyleniem. Znaczy, użyłeś złożenia typu "coś, jakby", "coś podobnego do..." - po polsku to zwyczajne mącipole, które morduje sugestywność. Budowanie napięcia w tekście przez nieokreślone zaimki (ktoś, coś, jakiś) jest po prostu słabe, infantylne.
Dopadła go fotograficzna czarna dziura.
No, agresywna czarna dziura - czysta fantastyka. Ta dziura pewnie ganiała za onym i wołała "Zjem cię! Zjem ci aparat!"...
W tekście jest sporo bełkotu (wrócę do tego), ale ta metafura mnie zauroczyła.
Autorze, kluczem do stworzenia metafory jest wewnętrzna spójność, logika złożenia. Czarna dziura to obiekt, którego cechą dystynktywną jest przyciąganie i wciąganie wszystkiego, co miało pecha znaleźć się w pobliżu. Znaczy, czarna dziura nie dopada (a wcześniej nie goni, żeby dopaść). W czarną dziurę się wpada (i domyślnie wiadomo, że już nie można się wydostać), czarna dziura może wchłonąć/pochłonąć/pożreć nawet, w czarnej dziurze można też być, utknąć lub zniknąć => czynności są jednorazowe zwykle, generujące skojarzenia z ruchem i/lub czynnością tylko w jedną stronę, bez wyjścia i bez odwrotu. Twoja metafora z czarną dziurą musi się zgadzać z ogólną wiedzą z fizyki. Znaczy: waż słowa.
Głos mówiący do niego we śnie był łagodniejszy, niż ten poprzedni. Nie był tak piszcząco-syczący. Dało się w nim poczuć nutę strachu, zatroskania, ale jednocześnie był to głos, który ponaglał.
No, festiwal. Czegóż tu nie ma? Jest głos, który mówi. (Tak, to znowu kalka z lengłydża, po polsku głosy się słyszy, a mówią ludzie lub inne rzeczowniki osobowe wyposażone - niekiedy tylko przez autora - w aparat głosowy. Głos trudno jednak wyposażyć w aparat głosowy).
I ten gadający głos jest inny, nie piszczy i nie syczy, nie świszczy też, nie gwiżdże hiciora... Za to wyczuwa się w nim nuty jak w bukiecie starego wina co najmniej, pełne spektrum: stach+troska i na dodatek (w drugiej nucie zapewne) ponaglenie... Niech to, że też ja tak nie potrafię! Jedno mruknięcie i Progenitura już wie, że ma iść po fajki zaraz/natychmiast, a przy okazji kupić chleb i mięso, znaleźć pyłek kwiatowy do nalewki, poszukać moich ulubionych kolczyków z jin-jangiem...
Nadmiar szczegółów oszałamia. Niestety, nie wpływa to w żaden sposób na zrozumienie, jaki właściwie jest ten głos...
Za to można zobaczyć, jak Autor pastwił się nad sugestywnością. Z wyjątkowym okrucieństwem.
To bełkot jest, Autorze. Ukryty w nadmiarze słów.

Uff. Na razie koniec, bo Windows zgłosił, że mi zaraz wyłączy komputer i będzie się aktualizował... Właśnie wtedy, gdy zaczęłam się rozkręcać. Dla B.Gatesa jest specjalne miejsce w piekle...
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 16968
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Adwokat

Post autor: Małgorzata » sob, 06 sty 2018 18:43

Przespałam się, zeżarłam krwistego stejka*, więc mam siły na dalsze zmagania z tekstem.
Rzecz będzie o konsekwencji. Sprutygolff już o tym wspomniał, ale wypada rozwinąć.
Druga rada, Autorze: konsekwencja to podstawa dzieła literackiego (takiego prawdziwego, nie "dziełła", który to gatunek najczęściej występuje choćby na tych warsztatach).
Wspominam o konsekwencji na drugim miejscu, ponieważ wiąże się mocno z uważaniem na słowa - przykład rzuca się już od pierwszego zdania.
Całe jego życie emocjonalno-erotyczne było pasmem niekończących się porażek. Bał się relacji z kobietami (CIACH!)
Pierwsze zdanie tekstu i kawałek następnego. Znaczy, teza.
(...) sam też usilnie starał się o to, aby jego życie emocjonalno-erotyczne po prostu kulało. Starał się być dyskretnie odpychający, wręcz zniechęcający kobiety do wkraczania w jego sferę prywatną. Sarkazm, często gburowate poczucie humoru, udawane kompletny oraz komletny brak empatii sprawiały, że trzymał gatunek ludzki, zwłaszcza piękną jego część, z dala od siebie. Wiedział<przecinek> co robi.
Argumentacja popierająca tezę... Yyy... No, własnie. Niekoniecznie. Skoro bohater tak usilnie się starał i jego taktyka (stosowana świadomie i celowo) się sprawdzała (bohater żył w celibacie), znaczy, że osiągnął cel! Sukces!
Albo czegoś nie rozumiem, albo pojawia się ewidentna sprzeczność w opisie postaci. Bo:
1. albo bohater chce seksu i mu się nie udaje => boi się związków, reaguje pod wpływem lęku odpychająco => w rezultacie jego życie erotyczne to pasmo porażek (nie ma seksu);
2. albo bohater nie chce seksu i celowo uniemożliwia jakiekolwiek związki => w rezultacie jego życie erotyczne to opcja zerowa, bo taką świadomie wybrał.
Usiłuję powiedzieć, że porażkę ponosi się wtedy, gdy działanie, które się podejmuje, nie przynosi pożądanego rezultatu. Znaczy, albo teza jest fałszywa, albo argumenty się nie zgadzają.
No to jeszcze rozwinięcie.
Przeglądał swoje zmącone oblicze, myśląc sobie, jak to brzydko matka natura go potraktowała. Nie był specjalnie szpetny, ale też i zbyt urodziwym nazwać go nie można było. Głęboko osadzone oczy, wąskie usta złożone w takim grymasie, jakby był wiecznie niezadowolony. Troszkę odstraszało to tych, którzy go nie znali. Ci, którzy jednak znali go troszkę lepiej, wiedzieli, że potrafi być naprawdę pogodny.
No, rozumiem, wszyscy mamy/mieliśmy kompleksy. Ale z opisu nie wynika, że bohater to jakiś quasimodo, wcześniej pojawia się sugestia, że musiał aktywnie opędzać się od kobiet (najwyraźniej przejawiały zainteresowanie jego osobą wbrew nieprzyjaznej aparycji), więc skąd ten żal do matki natury? No i jeszcze wzmianka o tych, którzy go znali. Przecież "trzymał gatunek ludzki z dala od siebie", czyż nie? :P
No i jeszcze kwestia siwizny. Bohater patrzy na swoje odbicie i zauważa różne szczegóły, poza jednym...
(...)z trudnego do wyjaśnienia ogółowi powodu po każdej prawie nocy przybywało mu pasmo siwych włosów, mimo iż nie skończył jeszcze czterdziestego roku życia. Mimo iż prawie każdego poranka starał się tuszować siwiznę nową warstwą farby, to z tylko jemu znanego powodu, tych siwych pasemek przybywało kilka razy w tygodniu. Z tego samego powodu budził się sam (CIACH!)

Ten opis pojawia się wcześniej, przed przeglądaniem się Onego w kałuży. Motyw powraca jeszcze raz.
Doszedł do wniosku, że za wcześnie na siwienie. Kupił farbę do włosów, nie chciał pokazywać, że za szybko dopada go ząb czasu. Owszem, szpakowatość czasem może przydać mężczyźnie <PRZYDAĆ CZEGO?>, ale kto widział szpakowatego człowieka z jednym tylko siwym pasmem włosów?
Pomijam, że wielu siwieje przed czterdziestką (kwestia genów, jak mi się zdaje) i że można pofarbować sobie całą czuprynę, zamiast codziennie brudzić się farbą do włosów (bohater nie odkrył jeszcze szamponów koloryzujących... ech, faceci), ale nie rozumiem, dlaczego - skoro tak obsesyjnie dba o włosy - nie dostrzega tego szczegółu w swoim kałużowym odbiciu. Przecież co rano ma z tym problem, a wyraźnie jest przeczulony na punkcie własnej czupryny.
Inna sprawa, że facet równie obsesyjnie dba o swoją sylwetkę... Co prawda, nie chodzi na siłkę, ale rzeźbę ma. Rozumiem, dlaczego wybrał celibat => żadna kobieta nie powinna kalać tak pięknego ciałka. Usiłuję powiedzieć, że to klasyczny przypadek narcyzmu i to w zaawansowanej postaci. :P
A tak na poważnie, Autorze, kreacja bohatera rozłazi Ci się w szwach.
Bo za dużo gadasz i nie możesz się zdecydować, jaki ten Twój bohater jest i czego chce. Rzucasz banałami i nawet nie sprawdzasz, czy do siebie pasują.

Ten brak konsekwencji pojawia się też na innym poziomie - w narracji. Narracja standardowa (to nie zarzut), referencyjna, od wnętrza postaci. Przeczytałam pół arkusza opisów stanów wewnętrznych bohatera (ok. 20 000 znaków i żadnego dialogu, ŻADNEGO!) i natknęłam się na takie coś:
Nie przykładał wtedy wagi do tamtego snu. Potraktował to tylko jako przypadkowy obraz zapisany w jego mózgu, który aktywował się pod postacią koszmaru sennego. W końcu każdy z nas koszmary miewał.
Nie jest to jedyne takie wystąpienie, ale to akurat sobie zaznaczyłam.
"Każdy z NAS", Autorze? Znaczy, kto? Ja (czytelnik) i oni (bohater Twojego tekstu + narrator) => jak wynika z tego zaimka. Od kiedy ci dwaj są świadomi mojego istnienia? Jakim cudem znalazłam się w Twoim świecie przedstawionym, Autorze? I jakim prawem ten "on" oraz narrator ośmielają się fraternizować ze mną? Nie masz w swoim tekście żadnych wątków autotematycznych, więc wciąganie odbiorcy do tekstu jest nieuprawnione i bezzasadne, świadczy tylko, że nie panujesz nad narracją.
Staram się zaznaczyć, że narracja musi być konsekwentna. Jeżeli jest gawędziarska, możesz się zwracać do odbiorcy. Jeżeli wprowadzasz elementy autotematyczne, masz prawo uwzględniać istnienie odbiorcy w swojej kreacji. Ale jeżeli nie odwołujesz się do żadnej z tych opcji - a w tym tekście zdecydowanie tego nie robisz, jeżeli 20 000 znaków coś znaczy - nie możesz sobie pozwalać na mieszanie odbiorcy w swój tekst. Nie wtedy, gdy od początku tego nie robiłeś, a teraz nagle Ci się przydarzyło.
Tak naprawdę myślę, Autorze, że zrobiłeś po prostu zwyczajny błąd - nadgadulstwa. Wystarczyło napisać "każdy miewa koszmary" i tyle by wystarczyło. Ale nie umiałeś zapanować nad językiem. A ja uznałam, że mogę sobie pozwolić na nadinterpretację Twojego błędu, żeby pokazać jak wiele zależy od jednego słowa.
I dlatego, że nie cierpię, gdy narrator i/lub bohater ośmiela się do mnie zbliżać bez zapowiedzi. Zwłaszcza niespójny bohater i narrator-nudziarz.

No. To teraz idę upiec niepoprawne politycznie ciasto. Progenitura stoi nade mną i próbuje emocjonalnie mnie szantażować, że jak nie upiekę, będę złą matką. Jestem złą matką, bo powinnam była go w dzieciństwie nauczyć piec murzynka zamiast parzyć kawę... :/


_______
*był kulturysta, który tak mówił - spodobało mi się...
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 16968
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Adwokat

Post autor: Małgorzata » wt, 16 sty 2018 22:29

Napisałam podsumowanie i FF mi je wycięło! Ale za to mysz, która wtedy przestała scrollować, odzyskała tę zdolność. To chyba jakiś znak...
Czyli... jeszcze raz.

Przeczytałam cały prezentowany tekst. Wszystkie trzy części.
I tak sobie myślę, że to mogło być opowiadanie, gdyby wykreślić 2/3 tekstu i popracować nad resztą.
Znaczy, widzę to tak:
1. Wywalić całą część I. Dlaczego? Bo nie ma w niej nic ciekawego. Nie dowiadujemy się o Onym niczego, co choćby sugerowało, dlaczego został wybrany na adwokata dusz. Wiadomo tylko, że musi to być fotograf (artystyczny, jak się domyślam). No, ale takich nie brakuje, więc wyjątkowość Onego jest znikoma*a wyjątkowość bohatera ma znaczenie dla "fabuły", ale do tego przejdę potem. Reszta - wylew myśli głębokich jak Rów Mariański o rzeźbie, ale nie na siłce, oraz bywaniu, nie byciu, fotografem i tym podobnych jest zupełnie zbędny. Autorski onanizm i tyle.
2. Wywalić całą część II. Ona i jej historia jest jeszcze mniej potrzebna fabule niż charakterystyka Onego, ponieważ Ona jest elementem zdobniczym, fabularnie biernym. Zostaje dziewczyną Onego, a potem ginie (nie dlatego, że jest dziewczyną Onego, nie) => to są jedyne istotne informacje. Dlaczego zatem musiałam poznać jej pochodzenie, aspiracje i historię? Zwłaszcza że wszystko to jest tak do urzygu banalne... Nic ciekawego nie ma w tym biogramie, absolutnie nic.
3. Przemodelować część III.
W części I i II istotnych informacji jest tak niewiele, że można je wpleść w część III. Można nawet wpleść epizodami - zrobić retrospekcje, dzięki czemu uzyska się retardację i zapanuje nad napięciem w toku zdarzeń. Ach, czy wspomniałam, że w części III nie ma ani krzty napięcia?
No, właśnie. A powinno być, bo dzieje się rzecz tragiczna. Ona umiera i staje przed sądem kapturowym, a On ma być Jej adwokatem. On i Ona się kochają, więc to prawdziwy dramat, a dramat wymaga napięcia. Zamiast napięcia jednak Autor dał nam tylko długi rozbieg - dwie charakterystyki postaci, biogramy, które nijak się wiążą z fabułą (i ze sobą, żeby nie było), ale za to są długie i nudne.
W części III istotna jest tylko rozprawa. Cały początek (i połowa tekstu z tej części zarazem) powinno się wywalić w kosmos, bo to banalny reportaż, jak Ona i On się spotkali, zakochali i zostali parą. Notabene: Autor nareszcie dał tym dwojgu imiona. Lepiej późno niż wcale, nie?
Usiłuję powiedzieć, że gdyby Autor zaczął od sądu kapturników i zaczął retrospekcjami zdradzać odbiorcy, kim jest oskarżona, a kim jej obrońca, miałoby to więcej napięcia i na pewno było ciekawsze - choćby ze względu na kompozycję nielinearną. Przez retrospekcje uzyskałby też retardację, czyli pojawiłoby się napięcie...
Oczywiście wtedy trzeba by rozwinąć epizod z rozprawą, wydłużyć go znacząco, żeby coś się w nim działo.
Zauważyłam, że w tym tekście NIC się nie dzieje. W ogólności. W charakterystykach z zasady nic się nie dzieje, ale rozprawa to przecież akcja... ale nie tutaj. Tutaj On wkracza przed trybunał kapturników i od razu mówi, jak będzie. I tak jest. Koniec-kropka. Znaczy, On szantażuje trybunał, a trybunał ulega. Nie wiadomo, dlaczego kapturnicy są tacy ulegli - z charakterystyki Onego nie wynika, że jest wyjątkowy i niezastąpiony, więc nie znam siły jego szantażu*co gorsza, nie mam poczucia, że ten szantaż jest aktem tragicznym,
a taki przecież być powinien
i nie rozumiem, czemu kapturnicy ustąpili. Z tekstu nie wynika również, skąd On wiedział, że kapturnicy mogą przywrócić człowieka do życia (sąd odbywa się przecież po śmierci) <- autorskie chciejstwo to jest.

No, ale gdybam sobie tylko. Tak naprawdę widać gołym okiem, że pomysł i zalążek fabuły znajdują się w tym ostatnim fragmencie tekstu, w którym odbywa się rozprawa. Reszta to paplanina - infantylna, banalna i śmiertelnie NUDNA.

Autor nie wysilił się na jakieś ciekawe zakończenie - Ona zdała na studia. No, gratulacje, ale czy zdanie egzaminów wstępnych na ASP było problemem, wokół którego toczyły się zdarzenia? Bynajmniej. Przecież tytuł zwiastował, że tekst będzie o adwokacie... Yyyy... Nie był, prawda?

Ostatnia rada, Autorze: Najpierw fabuła. W utworze literackim*w sensie beletrystycznym fabule podporządkowane jest wszystko inne - układ i wybór epizodów (kompozycja), charakterystyka postaci (oparta na cechach istotnych fabularnie), początek (z tytułem, który sygnalizuje coś istotnego fabularnie) i koniec (który zamyka ciąg zdarzeń z fabuły).
Oczywiście fabuła musi być spójna. Bezwzględnie.

Znaczy, paplanie, co ślina na język, a paluchy na klawiaturę przyniosą, nie jest sposobem na napisanie czegoś ciekawego i nadającego się do czytania. Ten tekst mógł być opowiadaniem, Autorze. Gdybyś mniej gadał...
So many wankers - so little time...

ODPOWIEDZ