Brakuje tu Lema

czyli o naszych albo cudzych autorach i ich dziełach - wszystko co chcielibyście wiedzieć, a o co (nie)boicie się zapytać

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » śr, 07 sty 2009 14:25

flamenco108 pisze:Najsampierw były "Bajki robotów", które spowodowały, że po praz pierwszy w życiu dostałem łatkę dziwaka, bo jako jedynemu w klasie się mi to podobało. Miałem wtedy, ech z 10 lat...
W mojem wypadku gorzej było. Też czytałem za lat szkolnych ("Trzej elektrycerze", "Wielkie lanie", "Doradcy króla Hydropsa" i "Bajka o królu Mudrasie") i jakieś takie zbyt groteskowe, epatujące watdami bohaterów i przyciężkie mi się wydawały (ceniłem w ine lata niezłomnych gierojów a'la Clarke, i ich sieriozność). Dopiero gdy jako szesnasto- czy osiemnastolatek zacząłem z nudów przeglądać stojącą w domowej biblioteczce "Cyberiadę" doceniłem, i zdumiałem się jakże tępym musiałem być bachorem ;-).

(Natomiast "Test" jako dziecię przyprawił mię o solidny dyskomfort, już to ciężkością stylu, już to opisem astronautycznych niedoli; i do dziś niezbyt za nim przepadam mimo wielkiej miłości do "Pirxa" jako całości.)
flamenco108 pisze:Cały czas mam do przeczytania "Katar", "Szpital przemienienia" (widziałem film)
"Katar" choć niepozorny, cholernie do myślenia daje. Znam oobę, która po przeczytaniu poczuła, że światopogląd jej się przemodelował.

A "Szpital..."? "Szpital..." to dla mnie - jeśli idzie o metodę - drogowskaz dla współczesnego mainstreamu (drogowskaz nie dostrzeżony przez autorów wolących błądzić manowcami alegoryzmu, postmodernizmu, autotematyzmu, oniryzmu etc.). Wzorzec jak łączyć starą humanistyczną tematykę z aktualnymi, a istotnymi dla człowieka myślącego, ustaleniami nauk ścisłych i przyrodniczych (czego bardzo mi u wielu wybitnych - nawet nagrodzonych Noblem - autorów brakuje, przez co literatura kręci się za własnym ogonem).(Inna rzecz, że nie jest to najwybitniejsza z powieści Mistrza, i nawet chwilami widać, że dopiero się rozkręcał.)
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

Awatar użytkownika
Keiko
Klapaucjusz
Posty: 2200
Rejestracja: wt, 22 sty 2008 16:58

Post autor: Keiko » wt, 13 sty 2009 16:59

a mnie w okolicach końca szkoły podstawowej zauroczyła "Wizja Lokalna" i "Pamiętnik znaleziony w wannie" - znalazłam u rodziców na półce (w jednym wydaniu było); i co ciekawe, żadne jego dzieło, która później czytałam, nie wzbudziło takiego zachwytu jak to pierwsze - aż się boję do tego wrócić, aby nie zepsuć wspomnień :)

edit: doprecyzowanie

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » wt, 13 sty 2009 17:28

Keiko pisze:aż się boję do tego wrócić, aby nie zepsuć wspomnień :)
Bez lękowia, ta proza zyskuje przy każdym kolejnym czytaniu. Wiem z autopsji.

Warto sobie przypomniać, że gwiazdy nadają szyfrem... ;-)
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

Awatar użytkownika
Feline
C3PO
Posty: 840
Rejestracja: pt, 01 sie 2008 11:06

Post autor: Feline » wt, 13 sty 2009 17:30

Q pisze:gwiazdy nadają szyfrem... ;-)
Jedno z piękniejszych zdań Lema. No i jedna z perełek tej powieści - obok maszynki do deszyfrażu totalnego oraz rozważań nad własnością brzytwy ;)

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » wt, 13 sty 2009 17:37

Nie zapominajmy też o:

"W dniu N o godzinie entej, w entym sektorze entego rejonu zostaniecie wyentowani z pokładu jednostki N."
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

Awatar użytkownika
flamenco108
ZakuŻony Terminator
Posty: 2555
Rejestracja: śr, 29 mar 2006 00:01
Płeć: Mężczyzna

Post autor: flamenco108 » sob, 08 sie 2009 21:58

Czytam właśnie przez uszy "Opowieści o pilocie Pirxie" i jestem zdumiony. Poprzednio połknąłem to jako wczesny nastolatek, ale najwyraźniej nie wyłapałem tych smaczków, którymi rozkoszuję się teraz. Mistrz stworzył na użytek tej opowieści własną technologię, by później opisywać pojawiające się w niej problemy (np. "Patrol").

Jednocześnie uderzające są nie oczywiste anachronizmy, typu walizki, kapelusze, taśmy z danymi, cybernetyka, superinteligentne (wg dzisiejszych standardów) roboty do prac murarskich ("Terminus") i głupiutkie kalkulatory wspomagające pracę cyrkla i linijki podczas nawigacji. Bardziej uderzają mnie dziwne niekonsekwencje w technologii, które nie wiem, skąd się biorą. Exemplum, na początku opowiadania "Terminus" Pirx szwenda się po płycie kosmodromu oglądając rakietę, którą zaraz ma polecieć i z dala widzi brygadę techników wlokącą ręcznie (sic!) wąż paliwowy. Mam wrażenie, że na lotniskach zaprzestano ręcznego ciągania węży jeszcze w czasie ostatniej wojny światowej. A tu mowa o ogromnej płycie kosmodromu, a wąż ciąga cała brygada, czyli duży i ciężarny. Tym bardziej, że płyta kosmodromu musi być naprawdę wielka, bo zaopatrzona też w betonowe schrony przeciwodrzutowe, oraz inne urządzenia. W opowiadaniu "Test" prezentuje niesamowity wprost symulator, który nawet grawitację potrafi oszukać, w "Patrolu" głównym bohaterem jest tajemniczy ekran, a z drugiej strony kalkulator mieli cyferki z blaszek (z trzaskiem i szumem, jak napisano), w supernowoczesnym Transgalactiku "Tytan" (na użytek turystów symuluje się nawet chłód i wiatr na pokładzie widokowym) siedzą radiotelegrafiści klepiący komunikaty Morsem i przekazujący radiogramy na papierowych formularzach ("Albatros"). To z resztą standard w Kosmosie - wszyscy mają mnóstwo czasu na komunikację Morsem, a po godzinach wysiadują przed telewizorem (sic!) ("Terminus").

Inny przykład, to zadziwiające niemożności na Księżycu. Z jednej strony potrafią wydatkować ogromne środki, posiadają specjalistyczny sprzęt itp., żeby zbudować kilkuosobową bazę w celu robienia zdjęć promieniom kosmicznym ("Odruch warunkowy"), z drugiej wysyłają amatorów z jakimiś górniczymi laserami na piesze polowanie na zbuntowany, superinteligentny i uzbrojony automat ("Polowanie"). Nad dziwnym przeskokiem technicznym ku międzygwiezdnym lotom we właśnie słuchanym opowiadaniu "Wypadek", z którego wynika, że eksploracja odległego kosmosu to aktualnie normalka, nie będę się rozwodził. Ma to zapewne coś wspólnego z niekonsekwencją fabularną (która jest fajna) między "Opowieściami" a "Fiaskiem".

Tak czy owak, czuję się, jakbym wracał do domu, czytając starą, twardą S-F.
Nondum lingua suum, dextra peregit opus.

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » pn, 10 sie 2009 17:21

flamenco108 pisze:Czytam właśnie przez uszy "Opowieści o pilocie Pirxie" i jestem zdumiony.
Heh... Ledwie co "Pirxa" wychwalałem...
flamenco108 pisze:Nad dziwnym przeskokiem technicznym ku międzygwiezdnym lotom we właśnie słuchanym opowiadaniu "Wypadek", z którego wynika, że eksploracja odległego kosmosu to aktualnie normalka, nie będę się rozwodził.
Lubię (choć komiksami pachnie) wyjaśnienie popularne wśród fanów niektórych, że wskrzeszony we "Fiasku" to był Parvis, a potem rozwinęli ożywieńczą technikę jeszcze lepiej, i odnalazłszy - przy jakiejś kolejnej okazji - Pirxa ożywili i jego, by mógł się potem po planetach ekstrasolarnych ;) błąkać.

(Lubię, bo się do bohatera przywiazałem.)
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

Awatar użytkownika
Ebola
Straszny Wirus
Posty: 14482
Rejestracja: czw, 07 lip 2005 18:35
Płeć: Nie znam

Post autor: Ebola » pn, 12 wrz 2011 11:04

Jedz szczaw i mirabelki, a będziesz, bracie, wielki!
FORUM FAHRENHEITA KOREĄ PÓŁNOCNĄ POLSKIEJ FANTASTYKI! (Przewodas)
Wzrúsz Wirúsa!

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » wt, 04 paź 2011 01:23

forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

mc
Sepulka
Posty: 97
Rejestracja: czw, 31 maja 2007 15:38

Post autor: mc » wt, 11 paź 2011 11:30

"Głos Lema" w księgarniach za tydzień-dwa, tu linkuję fragment pierwszego z opowiadań, jeśli ktoś zainteresowany :]

Awatar użytkownika
savikol
Dwelf
Posty: 502
Rejestracja: pn, 27 mar 2006 08:04

Post autor: savikol » wt, 11 paź 2011 11:50

Smakowity fragment, jestem oszołomiony. Piskorski wymiata.

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » ndz, 16 paź 2011 17:36

Samakowity, ale... brzmi raczej jak... głos Dukaja.
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

mc
Sepulka
Posty: 97
Rejestracja: czw, 31 maja 2007 15:38

Post autor: mc » pn, 17 paź 2011 10:52

JD też z Lema ;]

A poniżej - kolejne dwa fragmenty; tym razem teksty Dabliu i Wawrzyńca Podrzuckiego.


Głos Lema 2

"Na Księżyc dotarliśmy pod wieczór, zaraz po dopiciu popołudniowej herbatki. Zamczysko postawiliśmy na rozległej równinie, żółtej i w całości porośniętej dziwnymi, niskopiennymi roślinami przypominającymi drewniane kołki, jakimi zwykło się mocować liny utrzymujące namioty. Te tutaj sterczały jednakowoż zupełnie bez widocznej przyczyny, jakby po prostu samoistnie powyrastały z księżycowej gleby, dlatego też wziąłem je za miejscową florę. Podjąłem natychmiast decyzję, iż udam się na zewnątrz, w celach badawczych. Zanim jednak zdążyłem wyrychtować niezbędny do takich eskapad ekwipunek, do bram zamku jęli dobijać się tubylcy. Rozkazawszy więc Terpeklesowi opuścić most zwodzony, podnieść kratę i rozewrzeć wrota, rozsiadłem się w audiencyjnej komnacie, by podjąć tam godnie naszych gości. Na wypadek zaś, gdyby okazali się oni przedstawicielami miejscowego gminu – albowiem brałem pod uwagę i taką możliwość – wziąłem ze sobą Słownik terminów plebejskich i Almanach wieśniaczej retoryki, oba autorstwa znamienitego lingwisty-organisty Montreya.



Wreszcie drzwi otworzyły się i do komnaty weszli czterej osobnicy o dość egzotycznej aparycji. Otóż przypominali oni równo ścięte, długie na metr pniaki, okryte gładką korą piaskowej barwy i poruszające się w postawie pionowej dzięki trojgu podobnych do korzeni odnóży. Z górnej części wyrastały im giętkie gałęzie, również w liczbie trzech, przycięte na jednakową długość, pozbawione mniejszych gałązek czy choćby widocznych zgrubień lub wystających sęków. Wszyscy oni – a w mej komnacie zjawił się już cały tuzin owych istot – zdawali mi się identyczni, wręcz nie do odróżnienia.



— Witojta, miesiączne kumy — podjąłem, w każdej dłoni dzierżąc stosowne tomiszcze. — Tamój mata stągiew przedniej pomby, dyć ona zamorska, spróbujta. A siadajta podle stołu, przeciech wy w moje progi, kiej te janioły-pielgrzymi, dyć i ja was z leda powodu nie ukrzywdzę, a ugoszczę. Tyla tego, kiejby dla całej gromady. Żechbyście, kumy, nie gadali, że książę Kordian ma wiater we śpichrzu".


„Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia”, Rafał W. Orkan


----
Głos Lema 3

„— A może to jest wiadomość? — głos Saito wyrwał kapitana z zadumy. — Może już o nas wiedzą i to jest forma powitania? Ewentualnie testu. I dopiero kiedy go rozwiążemy, zostaniemy uznani za wartych rozmowy. Czy w ogóle wpuszczenia za próg.

— To jeszcze mi z łaski swojej powiedz, jak mielibyśmy im to zakomunikować? — spytał Hindus.

— Co?

— No, rozwiązanie.

— Nie wiem. — Saito rozłożył ręce. — Taka po prostu przyszła mi do głowy myśl.

Według Mirskiego była to myśl niegłupia, a przynajmniej dawała jakiś punkt zaczepienia. Kapitan pstryknął palcami.

Dwa z niewidzialnych botów – choć teraz Mirsky nie miał już co do tego stuprocentowej pewności – wspięły się na wysoki pułap i jak para jastrzębi zaczęły krążyć, przeczesując równinę swoimi elektronicznymi oczyma. Z takiej perspektywy, w rozległym rzucie pionowym, koronkowy deseń wyglądał jeszcze wspanialej, stracił jednak pierwotną geometryczną regularność na rzecz innej, o wiele bardziej znajomej.

— Mandelbrot... — zaryzykował porównanie Karlsson.

Było to raczej z jego strony stwierdzenie symboliczne, bo wzór stanowił złożenie trzech odrębnych fraktalnych rozwinięć. Z jednym punktem startowym dla wszystkich – miastem, które na podobieństwo miniaturowej spiralnej galaktyki tkwiło pośrodku wielobarwnej pajęczyny z odnogami sięgającymi hen, poza zasięg kamer autobotów. Żeby ogarnąć całość, musieliby wezwać w sukurs instrumentarium orbitującego Koryfeusza".


„Zakres widzialny”, Wawrzyniec Podrzucki

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1513
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Post autor: Q » pn, 17 paź 2011 13:40

mc pisze:JD też z Lema ;]
A oto sa dzieje rodu lemowego. Zrodził Lem Dukaja, a Dukaj zrodził Piskorskiego..?

(NMSP.)

ps. w temacie fragmenty - Dabliu serdecznie mnie ubawil tym "Almanachem wieśniaczej retoryki" :D
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

mc
Sepulka
Posty: 97
Rejestracja: czw, 31 maja 2007 15:38

Post autor: mc » pt, 21 paź 2011 12:12

"Głos Lema" ma dziś premierę, przyjemna chwila... W ramach "informacji zbiorczej" uzupełniam fragmenty opowiadań, które pojawiły się już na profilu Poweru na fs (zanim mnie Generał popędzi, że się pojawiam tylko "reklamowo"... ;-)

----
„Lecieli zwiększonym ciągiem, przyspieszenie wzrosło
w stosunku do tego, przy którym kładł się spać kilka
godzin temu. Szedł zatem pewnym krokiem przez lekko
zaciemniony pokład, upstrzony tylko mdłym światłem
rozwieszonych co kilkanaście metrów jarzeniówek. Liny
nieważkościowe, ciągnące się wzdłuż ścian i pokryte
samoświecącą farbą, też dawały matową poświatę. Mógł
wydać polecenie zapalenia oświetlenia głównego, ale nie
chciał burzyć na „Porywie” porządku pokładowej nocy.
Szybkim krokiem doszedł do schodów i wbiegł do góry,
raz tylko dotykając zimnej poręczy.

„Wejście tylko dla personelu gwiazdowego”, przeczytał
napis na tabliczce. Nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Wiedział, że ten tekst ma zrobić wrażenie na pasażerach
„Porywu”, którzy – jak tylko on i jego ludzie przetestują
statek – zaludnią jego kabiny, apartamenty i korytarze.
Personel gwiazdowy – tak, to musiało robić wrażenie na
dzieciakach czy panienkach, które by tutaj zbłądziły, snując
się po meandrach pokładów.

Drzwi rozsunęły się, kiedy tylko przed nimi stanął,
nawet nie zdążył wyciągnąć klucza. Wezgłowia trzech
z siedmiu foteli wieńczyły głowy. Siedzieli w nich Sunne,
Omut i Blanco, a Vallaverdi stał przed ekranem optycznym.
Ci pierwsi odpięli rękawy z mundurów Transgalaktiku
i kłuli go w oczy karaibską opalenizną. Tylko Vallaverdi
miał długie rękawy. No i on, Larsen. Jego zastępca skinął
mu głową i wskazał drogę do kabiny łączności radiowej,
przylegającej do sterowni. Tam zastali Janssena, który
pochylał się nad Marwajkiem, a raczej nad jego plecami.
Tamten z kolei, ze słuchawkami na uszach, notował coś
na kartkach. Ktoś nadawał morsem? Larsen spojrzał na
Vallaverdiego.

— „Albatros” wzywa pomocy. Jesteśmy dość blisko...

— Rozumiem”.


„Poryw”, Andrzej Miszczak


----
Wilson grzał stos, jak zwykle trochę poniżej
krzywej rozruchowej. Oficjalne zalecenie od
czasów obowiązku zimnego startu, ale Gleb
tego nie lubił, stos ma optymalne parametry i po co od nich
odstawać? Radiowiec gadał z wieżą, przyszło potwierdzenie
rezerwacji korytarza, przydział elipsy. Csabo, ziewając,
włączał agregaty podług listy kontrolnej, już niosło się
z dołu narastające wycie sprężarek. Kramer siedział spięty
z oczami na indykatorach trymu ładowni, teraz pokazywały
oczywiście zero i zero; piloci przekomarzali się z kalkulatorem
nawigacyjnym o poprawkę na wiatr. Dziesięć
minut, z wieży przyszło zezwolenie. Gleb odchrząknął.

— Do startu w chwili zero. Sześćset. — Włączył automat
odliczania.

Wilson:

— Stos moc startowa.

— Zimny ciąg całą mocą w chwili zero. — Csabo włączył
automat boosterów, do mechanicznego głosu odliczania
kontrapunktem dołączyło pikanie.

Pierwszy pilot:

— Grawimetria bez odchyleń do wejścia na krzywą.

Drugi pilot:

— Poprawki kursowe wprowadzone.

— Pasy, maski!

Szczęknęły dopinane klamry, sięgnęli w bok foteli po
śnieżnobiałe skorupy, zgrzytnęły zapięcia i zaczepy masek
tlenowych.

Automat doszczekał do dwustu dwudziestu. Nawigator
zdjął z szyi mały kluczyk, wsunął w zamek na swoim pulpicie,
przekręcił, odskoczyła klapka zabezpieczająca czerwony
przycisk. Widział, jak piloci robią to samo u siebie.

Wcisnął przycisk, przytrzymał.

— Zapłon potwierdzony do startu w chwili zero.

— Zapłon potwierdzony.

— Zapłon potwierdzony.

Pikanie automatu zapłonowego zmieniło ton, przy stu
dwudziestu z dołu dobiegł narastający szum przechodzący
w huk.

— Zapłon planowy.

— Pięćdziesiąt.

— Temperatura dysz w normie.
Przy trzydziestu zaczęło rzucać rakietą w górę i w dół,
coraz mocniej, Csabo dodał ciśnienia do amortyzatorów, na
chwilę stłumił drgania. Fotele rozłożyły się samoczynnie.

— Zero".


„Lalka”, Alex Gutsche


----
Obiekt po raz pierwszy zaobserwowano w maju, ale
opinię publiczną poinformowano dopiero pod koniec
lata. W czasie tych kilku miesięcy od maja do września
naukowcy zdołali nieco otrząsnąć się z szoku i nakreślić
kilka teorii oraz oględnych scenariuszy możliwych wydarzeń.
Powołano niezliczoną ilość komisji, składających
się ze specjalistów, wysoko postawionych wojskowych
i polityków. Kiedy więc wreszcie NASA zdecydowała się
zorganizować teraz już pamiętną konferencję prasową,
główny przekaz szczodrze okraszono uspokajającymi
informacjami. Wszystko mamy pod kontrolą – zdawała się
mówić spokojna i szczera twarz Johna Burrowa, świetnego
fizyka od dziesięcioleci pracującego dla agencji, którego
wybrano, by stanął przed telewizyjnymi kamerami.

W rzeczywistości nic nie było pod kontrolą. W rzeczywistości
nic nie wiedzieli. Jedynie tyle, że nieznany obiekt
o własnym napędzie mknie w kierunku Ziemi i w połowie
listopada, a dokładnie czternastego, wleci w jej atmosferę.
Jego zamiary były nieznane – mimo wielokrotnych prób
nie odpowiadał na próby nawiązania łączności.

W oficjalnych komunikatach od początku starannie
unikano nazewnictwa związanego z UFO. Zamiast
o niezidentyfikowanym obiekcie latającym konsekwentnie
mówiono o „obiekcie Murraya”; nazwa ta powstała od
nazwiska laboranta, który pełnił dyżur w pracowniach
agencji tego wieczoru, gdy teleskopy i instrumenty nasłuchowe
przeszły w tryb alarmowy. Starano się nie wywoływać
paniki i nawet tak drobna rzecz jak niezbyt chwytliwa
i mało sensacyjna nazwa miała znaczenie.

Histerycznym reakcjom nie dało się oczywiście zapobiec.
Pojawiły się głosy twierdzące, że najbardziej czarny
ze scenariuszy przyszłych wydarzeń, czyli totalne zniszczenie
planety przez obcych, jest też scenariuszem najbardziej
prawdopodobnym. Żądano, żeby uprzedzić atak.
Żeby skonstruować potężną, naszpikowaną materiałami
wybuchowymi rakietę i wypuścić ją w przestrzeń, celując
w złowrogi statek, póki ten znajduje się setki tysięcy
kilometrów od Ziemi. Takie przedsięwzięcie wymagałoby
jednak ogromnych nakładów, a także – a może przede
wszystkim – czasu. Czasu znacznie dłuższego niż dwa
miesiące, które zostały do listopada. I technologii kosmicznych
bardziej zaawansowanych niż te, którymi dysponowano
i których rozwój zastopowały decyzje polityków
prawie dekadę wcześniej. Postanowiono więc skoncentrować
się na bardziej realnych celach.

Teraz, z perspektywy czasu, łatwo to analizować
w taki chłodny sposób. „Pojawiły się głosy…”, „Zabrakło
czasu…”, „Postanowiono się skoncentrować…”. Ale
wtedy… Wtedy, w trakcie tych dwóch miesięcy oczekiwań,
chyba nie było na całej Ziemi osoby, której choć raz
nie ogarnęła panika, ten najgorszy rodzaj strachu przenikający
całe ciało, odbierający zdolność oceny, odzierający
ze wszystkich myśli, z wyjątkiem tej jednej: „To koniec, to
koniec”, dudniącej w głowie jak rozkołysany dzwon.

Czternastego listopada obiekt Murraya wykonał łagodny
manewr i ustawił się na orbicie. Następnie zaczął krążyć
wokół Ziemi. Nie było żadnego sygnału, żadnej próby
nawiązania kontaktu, jedynie bryła tocząca się w ciszy
godzinę za godziną, a potem dzień za dniem – wysoko po
niebie".


„Płomieniem jestem ja”, Joanna Skalska


----
Pascal spojrzał na automat, a potem podszedł do stołu
i usiadł na krześle naprzeciw niego. Sarrazin wstał z sapnięciem
z fotela, włączył maszynę, przekręcając pokrętło
na boku stołu, i wrócił na swoje miejsce.

Murzyn otworzył oczy i wykonał pierwszy ruch.

— Rozpoczynający wygrywa! Przynajmniej wtedy, gdy
mierzą się ze sobą dwa idealne byty, choć mimo wszystko
nie sądzę, żeby Pascal do nich należał. — Złośliwie
uśmiechnął się Sarrazin.

— Jesteś bardzo pewny swego. — Kardynał ze stolika
stojącego pomiędzy nimi podniósł kieliszek z winem.

— Wierzę w ludzki rozum. Jeśli Murzyn nie wygra,
to będzie oznaczało tylko tyle, że to ja popełniłem jakiś
błąd. Zresztą, jak powiedziałem, ta gra to dopiero wstęp.
Nie ośmieliłbym się powiedzieć, że mój automat myśli. Za
wcześnie na to. To tylko dość skomplikowana mechanika.

— Gdybyś wierzył w ludzki rozum, stawiałbyś na
Pascala, a nie na mechanizm. — Duchowny powąchał
ciemny płyn. — Nie myślę o szachach – pewnie masz rację,
nie przywiązując do nich aż takiej wagi – ale o tym, co
zamierzasz w przyszłości. Czasem mam wrażenie, że dla
ciebie wszystko jest mechanizmem.

— Ależ właśnie tak! Jesteśmy mechanizmami. Jednak
obdarzonymi rozumem, zdolnością myślenia. Potrafimy
objąć umysłem wszystko, co nas otacza. Wszystko zrozumieć.
Jedynie to usprawiedliwia nasze istnienie. Wyłącznie
taki cel, całkowite pojęcie świata, może nam przyświecać.

Kardynał patrzył na grających. Murzyn po każdym
ruchu chłopca pochylał się nad szachownicą i zawsze po
tym samym odstępie czasu wykonywał swoje posunięcie.
Chłopiec kręcił się nerwowo na krześle, nieruchomiał,
wreszcie łapał za bierkę i stawiał ją z trzaskiem na wybranym
polu.

— Musiałeś poczynić znaczne postępy w swoich
pracach, skoro wypowiadasz się już tak zdecydowanie.
Myślałem o tym po naszej ostatniej rozmowie, Adrien.
Otóż mylisz się co najmniej z trzech powodów. Zupełne
poznanie nie jest możliwe, nigdy go nie osiągniemy. Po
pierwsze, nie możemy poznać samych siebie. Jeśli podejmujesz
się tego zadania rankiem, kiedy wreszcie je wykonasz
i w południe masz już pełny obraz samego siebie,
to przyswoiwszy go, stajesz się już kimś innym niż ten,
którego obraz przedstawia. Bo jesteś sobą z rana, owszem,
ale teraz zmienionym zdobytą wiedzą. I tak musiałbyś
zabrać się od nowa do swojej syzyfowej pracy. Po drugie,
jeśli nie możemy pojąć samych siebie, jeśli jesteśmy skazani
na to, że pozostaniemy dla siebie na zawsze tajemnicą,
to tym bardziej dotyczy to całego świata, choćby tylko
dlatego, że jesteśmy jego częścią. Wreszcie do świata jako
całości odnosi się podobne rozumowanie. Biorąc do ręki
narzędzia, jakich świat dostarcza, zdołamy uzyskać tylko
częściowe oświetlenie rzeczy. Oglądając z lampą w ręku
ogród zatopiony w zupełniej ciemności, wyławiamy
z mroku fascynujące szczegóły – i tylko tym możemy się
cieszyć. Zrozumienie zupełne wymaga wyjaśnienia także
i narzędzi, jakich używamy do osiągania wiedzy, zatem
użycia ich samych w odniesieniu do siebie. Jest to czynność
tak samo skuteczna, jak podniesienie siebie samego
za włosy. Ty chciałbyś zobaczyć jednocześnie i marmurową
rzeźbę, która w owym ogrodzie nagle wyłania się
przed tobą, i jasny obraz całego ogrodu, i jednocześnie
całość – rzeźbę, ogród i siebie idącego z lampą. Taki obraz
nie istnieje, drogi przyjacielu, mógłby go uzyskać tylko
ktoś, kto stoi poza murem ogrodu, patrzący ze wzgórza
nieopodal, wyposażony w zdolność widzenia wszystkiego
w swoim własnym wewnętrznym świetle”.


„Słońce król”, Janusz Cyran

ODPOWIEDZ