Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Żale i radości wszystkich początkujących na niwie.

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 14 paź 2011 13:22

Chyba to pasuje do tematu. Chłopak godny podziwu :)
Link

Awatar użytkownika
Alfi
Inkluzja Ultymatywna
Posty: 23431
Rejestracja: pt, 10 cze 2005 10:29

Post autor: Alfi » pt, 14 paź 2011 14:36

Ciekawy jestem, jaki haracz WFW ściągnęła z rodziców i czy za tę kasę poddała książkę jakimkolwiek zabiegom redakcyjnym.
Le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser. (Jean Cocteau)

Awatar użytkownika
Ebola
Straszny Wirus
Posty: 14483
Rejestracja: czw, 07 lip 2005 18:35
Płeć: Nie znam

Post autor: Ebola » sob, 15 paź 2011 22:33

Niestety cennika nie podają :)
Jedz szczaw i mirabelki, a będziesz, bracie, wielki!
FORUM FAHRENHEITA KOREĄ PÓŁNOCNĄ POLSKIEJ FANTASTYKI! (Przewodas)
Wzrúsz Wirúsa!

Awatar użytkownika
Adon
Sepulka
Posty: 47
Rejestracja: wt, 21 cze 2011 20:23

Post autor: Adon » pn, 17 paź 2011 12:54

Lubi "Gwiezdne wojny", ale fantazy poświeci dopiero kolejną sagę.
A mnie zaczęło zastanawiać powyższe zdanie. Abstrahując od tego, co mają "Gwiezdne wojny" wspólnego ze Słowackim, zaczęło mnie zastanawiać, jak te fantazy powinny być odmienione? Fantazemu? Fantazie? ;)

Awatar użytkownika
ElGeneral
Kratistos
Posty: 8408
Rejestracja: pt, 09 lis 2007 18:36

Post autor: ElGeneral » pn, 17 paź 2011 13:03

Ha! Kiedyś mawiano: "Niech mu kat poświeci". No, to było zrozumiałe złe życzenie spotkania z mistrzem małodobrym. Ale czemu niby miałby komuś świecić fantazy?
Takie jest moje zdanie w tej materii, a oprócz tego uważam, że Kartagina powinna być zburzona.

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » czw, 03 lis 2011 20:49

Moc literówek jest ogromna. Padłam, jak ujrzałam dziś takie oto zdanie:

"Jak widzisz, jestem trochę większy od siebie i mam większą masę."

Przypomniał mi się od razu pewien kawał:

Chłopiec dzwoni do szkoły do swojej wychowawczyni:
- Dzień dobry, Jasia nie będzie dziś na lekcjach, bo zachorował.
- A kto dzwoni w ogóle?
- Yyyy... mój tata.

Edzia

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 25 lis 2011 14:00

Xiri pisze:Chyba to pasuje do tematu. Chłopak godny podziwu :)
Link
Czy te książki można nabyć w ogóle w księgarniach (zwykłych, nie online), od tego wydawnictwa? Mają napisane na stronie, że tak, ale jeszcze w księgarniach nic od nich nie widziałam. Może tylko są w Warszawie?

Awatar użytkownika
jaynova
Pciuch
Posty: 1496
Rejestracja: pt, 10 lut 2012 17:42
Płeć: Mężczyzna

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: jaynova » czw, 12 kwie 2012 14:39

Wspominałem kiedyś o tym dziełku w innym poście. Główny bohater to mój idol i alter z ego z gimnazjum i początków liceum. Zamieszczam ulubione fragmenty.


Gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu

Muskularna postać o pewnych ruchach i kamiennej twarzy od razu przywodziła na myśl człowieka, który poświęcił się służbie wojskowej. Wiele osób w Waszyngtonie uważało, że świat byłby miejscem bardziej bezpiecznym dla Amerykanów, gdyby dyrektorem CIA został trzygwiazdkowy generał William Burns. Z przyczyn politycznych taki wybór był nie do przyjęcia. Zaproponowana mu jednak nowa praca pochłaniała go bez reszty. Został zatrudniony w Agencji Wywiadu Obronnego, jako szef działu operacyjnego. Pomagał utworzyć w DIA specjalny wydział o nazwie Sekcja Działań Krytycznych. Szesnaście lat później powierzono mu kierowanie nim; po dziesięciu latach oddał własne dzieło w dobre ręce, świadom kierunku, w jakim świat zmierza po zakończeniu zimnej wojny. Czuł się wciąż odpowiedzialny. Awans na zastępcę dyrektora DIA umożliwił mu sprawowanie nadzoru w dowolnym zakresie.
Generał Burns przyglądał się siedzącemu naprzeciw podwładnemu. Patrząc tylko na jego szeroką sylwetkę, można było wziąć go za drwala, który właśnie wyszedł z lasu. Spojrzenie w jego lodowate, błękitne oczy szybko wyprowadzało jednak z błędu. Czaiło się w nich coś, co słabszych nerwowo przyprawiało o miękkość kolan. Simmons siedział prawie nieruchomo, jednak bacznie rozglądał się z wyrazem skupienia na twarzy, skanując otoczenie. W wieku zaledwie trzydziestu ośmiu lat, będąc już pełnym pułkownikiem, Simmons był jednym z najlepszych i Burns dobrze wiedział, że za tą zimną twarzą kryje się genialny zmysł taktyczny i szeroki wachlarz różnych umiejętności.
Pułkownik Dexter Philibert Simmons dowodził Sekcją Działań Krytycznych, powołaną we wczesnych latach osiemdziesiątych. Zajmowała się ona licznymi tajnymi akcjami, początkowo w Europie Wschodniej - zawsze o najwyższym stopniu utajnienia. DIA nie pozwalała, aby nawet prezydent o czymś się dowiedział. Żadni notable w senackiej komisji wywiadu nie wiedzieli, czym SDK się trudni. Simmons był swego rodzaju czyścicielem – nazywanym Widmem, bo o tym, co robił podczas licznych działań, nie tylko opinia publiczna, ale i inne agencje wywiadowcze nie miały prawa się dowiedzieć. Prowadził najbardziej kompromitujące i niebezpieczne z tajnych operacji. Pozostawał również w bliskim kontakcie z Siłami Specjalnymi, jeszcze z czasów, kiedy był tam majorem. Działał prawie zawsze w sytuacji zagrożenia aresztowaniem, torturami i śmiercią. Właśnie zapoznawał się z celem następnej misji.
_______________________________________________________________________________________________


Gdy zamknęły się za nim drzwi, otworzyły się inne, tuż za plecami generała. Do pokoju wszedł niski mężczyzna w średnim wieku, z pomarszczoną twarzą i uśmiechem w rodzaju tych, jakie mają ludzie naprawdę pozbawieni skrupułów.
- I co z nim? - spytał – Odpowiedz mi.
Przez chwilę generał Burns się zastanawiał.
- Zrobi to. Jak zwykle. Nawet gdybyśmy szukali przez całe lata, nie znaleźlibyśmy lepszego człowieka, Backridge. Z racji tego, co robi, ma doskonałe rozeznanie w wielu istotnych sprawach. Umie trzymać gębę na kłódkę. Dostanie sprzęt, ma naszą pomoc. To kawał twardziela i sukinsyna, ale jest prawdziwym patriotą i jest naprawdę najlepszy, w tym co robi.
- Ale dlaczego jest aż tak dobry? - spytał Backridge
Burns rozłożył ręce.
- Sam nie wiem o nim wszystkiego. Słyszałem jednak takie rzeczy, że brzmią jak wyjęte z tandetnego powieścidła. Simmons zastrzelił w głównej siedzibie irańskiego wywiadu ich szefa operacji. To cud, że udało mu się tam wejść… Ale uciec z budynku? – generał pokręcił głową z niedowierzaniem. - Poszedł tam po naszych chłopaków ze Zwiadu Marines. Prowadzili na terytorium Iranu głębokie rozpoznanie. Jakiś geniusz nie wpadł na to, że niedaleko od ich terenu operacyjnego jest baza wojsk powietrznodesantowych. Złapali ich i mieli rozstrzelać za szpiegostwo. Wielokrotnie ich torturowano. Głodzono. Siedzieli w klatkach, takich jak w Wietnamie. Nie mieli szans na ucieczkę. Ponieważ to była czarna operacja, Pentagon nie bardzo mógł… - generał nie dokończył.
- Spisaliście ich na straty – skwitował Backridge. – Gdzie tu miejsce dla Simmonsa?
- Simmons skoczył tam na spadochronie z samolotu stealth, odbił ich, po czym skontaktował się z naszymi wojskami w Iraku i poprosił o pomoc w opuszczeniu kraju.
- I oni tak po prostu przekroczyli linie wroga i wyciągnęli ich stamtąd? – zdziwił się Backridge.
Generał uśmiechnął się lekko.
- Właśnie, że nie. Simmons ukradł ciężarówkę, zapakował do niej marines i przejechał nią czterysta kilometrów po pustyni, rozwalając kolejne posterunki i eliminując pogoń. W pewnym momencie miał na karku cały batalion piechoty zmotoryzowanej razem ze wsparciem powietrznym. Jego nazwisko do dzisiaj wzbudza tam postrach – zabił im ponad stu ludzi. Dostał za to Kongresowy Medal Honoru, oczywiście nadanie odznaczenia utajniono.
Backridge gwizdnął cicho.
- Nie chciał, żeby tych marines spisano na straty. Facet robi wrażenie. Jeszcze jakieś rewelacje?
- Wysłałem go z ważną misją. Do Rosji. – powiedział generał, zamyślając się - Na Syberii było pewne laboratorium. Rosjanie prowadzili tam badania nad bronią chemiczną, bardzo wrednymi gazami neuroaktywnymi.
Backridge skinął głową.
- Coś jak nasz gaz VX.
- Właśnie. Zdjęcia satelitarne niewiele dały. Parę budynków, kilka wieżyczek strażniczych. Tyle wiedziały agencje rządowe. Wszystko, co naprawdę interesujące znajdowało się pod ziemią, laboratoria, nawet próbny poligon. A bez mocnych dowodów nikt nie chciał interweniować. – generał westchnął. - Typowa reakcja biurokratów z wywiadu. Nie chcieli ryzykować, że w razie pomyłki gówno wpadnie w wentylator.
-Więc wysłaliście go na akcję, której nikt inny nie chciał się podjąć. I co?
- Nasz miejscowy kontakt go zdradził, ale Simmons na szczęście wykazał się intuicją. Zlikwidował zdrajcę i przez kilkanaście dni ukrywał się w tajdze. Ścigała go prawdziwa armia, w tym cały oddział specjalny FSB. Zabił dowódcę, ale przedtem przesłuchał go dokładnie. Ten Rusek przekazał mu mnóstwo informacji na temat ich wewnętrznej polityki i planów operacji. Wiele z nich udało nam się już potwierdzić. Dostał za to drugi Krzyż za Wybitną Służbę.
Generał przerwał na chwilę, wysunął szufladę biurka i wyciągnął piersiówkę, z której pociągnął solidny łyk. Zaproponował gościowi, ale ten tylko machnął ręką. Burns schował więc alkohol i podjął wątek.
- Simmons nigdy się nie poddaje. Nigdy nie rezygnuje. Zawsze doprowadza sprawy do końca, bez względu na koszty czy metody. Dlatego dowodzi SDK. To nasz najlepszy człowiek.
Backridge zadumał się.
- Chcę zobaczyć jego akta. I nie pieprz mi o upoważnieniach. Wiesz, kto za mną stoi.
Burns po krótkim zastanowieniu skinął głową. Podszedł do sejfu, wpisał kombinację i wyciągnął grubą teczkę w czarnej oprawie z napisem „ Kod Zulu II”. Uśmiechnął się lekko.
- Jesteś gotów? Bo właśnie przychodzi ten nieprzyjemny moment, kiedy się zwykle mówi: „Będę musiał cię zabić, jeśli ci to pokażę”. - Backridge wzruszył ramionami. Generał podał mu teczkę.
- Nieźle – mruknął Backridge po dłuższej chwili – Kongresowy Medal Honoru. Podwójny Krzyż za Wybitną Służbę, dwie Srebrne Gwiazdy. Brązowa Gwiazda ze srebrnym liściem za pięciokrotne odznaczenie, z V za męstwo, sześć Purpurowych Serc, cztery Gwiazdy Wywiadu. Medal za Wybitną Służbę, czterokrotnie. Legia Zasługi, dwukrotnie odznaczony. Bojowa Odznaka Piechoty najwyższego stopnia. Plus jeszcze parę drobiazgów. - popatrzył z niedowierzaniem na generała. – Chryste, to prawdziwy bohater. Nie widziałem takiej listy medali u nikogo od czasu Wietnamu.
- Lepszym określeniem jest żywa legenda. – zwięźle, ale dumnie podsumował generał – West Point z wyróżnieniem, trzy lata w Rangersach. Od początku brał udział w czarnych operacjach. Walczył z narkotykowymi kartelami w Kolumbii i Ekwadorze, szkolił partyzantów w Salwadorze i Nikaragui. Osiem lat w Siłach Specjalnych, tam przeprowadzał te najczarniejsze z czarnych operacji. Od sześciu lat w DIA, od trzech lat dowódca SDK.
______________________________________________________
- Niewiele rzeczy jest bardziej utajnionych od nas. - potwierdził Burns. - W SDK służą nasi najlepiej wyszkoleni ludzie, snajperzy i specjaliści od walki wręcz. Ten, na kogo polują, ma już wystawiony akt zgonu. A Simmons jest najlepszy z nich. As wśród asów, jakkolwiek banalnie to nie brzmi.
- Więc musi umieć być bezlitosny – skonstatował Backridge. – W każdej sytuacji.
- I umie. - przytaknął generał. – To akurat umie doskonale. Potrafi się zmienić, przystosować do każdych warunków. Umie myśleć i działać wielopłaszczyznowo. Każde działanie ma u niego inne warianty, właściwą opcję wybiera w okamgnieniu. Instynktownie myśli w tych kategoriach. Geniusz planowania. Mimo to nigdy nie zrozumiał jednej rzeczy. Że to nie miejsce dla niego. Ta praca zmienia ludzi...na gorsze. Przecież nie po to ściągałem tu utalentowanego młodego oficera, żeby zrobić z niego zimnokrwistego mordercę. Ale tak wyszło.
Backridge dalej kartkował akta Simmonsa.
- Ekspert od materiałów wybuchowych, uzbrojenia, sabotażu i dywersji, mistrz walki wręcz i na noże. Czternaście misji typu ”znajdź i zniszcz” za linią wrogą. Szkolił antyterrorystów w oddziale Delta Force. Świetny strzelec wyborowy, dwukrotnie zdobył puchar prezydenta w Camp Peary. Wydaje mi się, że już wcześniej był całkiem groźny.
Burns wziął od niego teczkę, grzebał w niej przez chwilę, po czym podał mu wystrzępiony formularz.
- Zobacz to.
Raport z kursu walki niestandardowej
18 marca 1990
Podczas służby w oddziale A Sił Specjalnych kapitan Simmons wykazał się nadzwyczajnymi umiejętnościami i sprawnością fizyczną. Dzięki doskonałej ocenie sytuacji taktycznej, wyobraźni i umiejętności twórczego myślenia potrafi planować i przeprowadzić ataki na jednostki nieprzyjaciela, oddziały i obiekty, pozostając niewykrytym. Oceniany ma niezwykłe zdolności reagowania na szybko zmieniającą się sytuację taktyczną i adaptowania się do najtrudniejszych warunków środowiska. Jako oficer wykazuje znaczne zdolności dowodzenia, jednakże jego skuteczność w działaniu w pojedynkę nie ma sobie równych. Nieporównywalna znajomość wszelkich możliwych środków walki konwencjonalnej i niekonwencjonalnej.
Major Henry Loady, oficer oceniający
Kapitan Dexter Philibert Simmons jest oficerem o najwyższym z możliwych potencjale dowódczym i bojowym. Jego umiejętności walki i zdolność do przetrwania w ekstremalnych warunkach są wprost niezwykłe.
Pułkownik Gerald Sackerson, szef szkolenia Sił Specjalnych
- Imponujące. – orzekł Backridge.
- W Siłach Specjalnych już podczas pierwszego roku służby dostał Srebrną Gwiazdę. - kontynuował generał. - Takich raportów jest mnóstwo. Simmons zawsze walczył na pierwszej linii ognia albo za liniami wroga.
- A w SDK?
- Na własne życzenie przeszedł wszystkie kursy bojowe, jakie tu prowadzimy, nawet pilotaż helikoptera i sabotaż podwodny w Fokach. On jest naprawdę najlepszy.
- Zdaje sobie sprawę, czego wymaga praca w wywiadzie. Rozumiem go. Bardzo cenię takich ludzi. Są tacy jak ja. - powiedział Backridge wstając – Planują naprzód. Takich ludzi nam trzeba.
Burns parsknął śmiechem.
- Usiłuję ci to właśnie powiedzieć... nie jesteś w stanie zrozumieć tego człowieka. I nie powinieneś się do niego porównywać. Bo śmiesznie to brzmi.
- Dlaczego? – zdziwił się Backridge.
- Jeżeli sam tego nie pojmujesz, ja ci nie wytłumaczę.


__________________________________________________________


Koordynator operacji specjalnych William Joseph Drumms urzędował w podziemiach, bo towar, którym obracał nie powinien oglądać światła dziennego. Simmons wpisał kod do szyfrowego zamka w stalowych drzwiach i śmiało wszedł.
Wnętrze magazynu, gdzie wzdłuż otynkowanych na biało przepie¬rzeń poustawiane były jedna za drugą poziome, zamknięte na klucz gabloty, przypominało salę operacyjną pod względem sterylności, uporządkowania i atmosfery profesjonalizmu, jaka tu panowała. Różnica polegała na charakterze narzędzi. Można tu było podziwiać cały zestaw broni palnej, poczynając od pistoletów i strzelb, przez pistolety i karabiny maszynowe aż po najbardziej wyszukaną broń współczesnego pola walki - wielolufowe, osadzone na tytanowych ramach działka obrotowe Gatling ze specjalnymi plecakami z amunicją. Leżały tu nawet przenośne rakiety przeciwlotnicze typu Stinger. Tego arsenału pilnowało dwóch mężczyzn ubranych w garnitury, ale od których na milę czuło się wojsko. Jeden trzymał straż na zewnątrz, przed wejściem do pomieszczenia, drugi znajdował się wewnątrz. Pierwszy zasalutował i wpuścił Simmonsa do środka. Simmons oddał salut i wszedł. Drugi mężczyzna podszedł do człowieka siedzącego za biurkiem, nachylił się i szepnął mu coś do ucha. Siedzący wstał i popatrzył na pułkownika z ukosa.
- Czołem, Simmons. - zadudnił głębokim basem, wyciągając do niego rękę. - Dobrze znowu cię widzieć.
- Drumms, ty stary skunksie, jak zwykle w magazynie.
Normalnie w wojskowej hierarchii ludzie tacy jak pułkownik stali o niebo wyżej niż genialny spec od uzbrojenia z SDK, ale charakter ich działalności, a zwłaszcza osobista przyjaźń między nimi, uzasadniała mniej formalne stosunki. Wszystkie opinie Drummsa były wysoko cenione. Zresztą, ciężko byłoby znaleźć lepszego zbrojmistrza.
- A ty znowu w akcji. Dziwię się, że spotykamy się dopiero teraz.
- Wcześniej długo używałem AKM, trochę stieczkina - odrzekł Simmons z krzywym uśmiechem. - Musiałem sobie radzić bez twoich zabawek.
Drumms wybuchnął gromkim śmiechem.
- Słyszałem, słyszałem. Więc, jak to mówią, czym mogę służyć?
- Wprowadzili cię już w temat, mam nadzieję - powiedział pułkownik. - Więc mów, co dla mnie masz.
Drumms puścił do niego oko.
- Zawsze byłeś moim najlepszym klientem. Rosja, Iran, Liban, Ukraina... Wszędzie robiłeś niezłą demolkę. Niech zgadnę, kilka pistoletów, pistolet maszynowy, amunicja, miny kierunkowe i granaty. Ładunki wybuchowe, sporo zapalników. Niewykluczone, że karabin maszynowy też. Wielkokalibrowy karabin wyborowy z noktowizorem. Trafiłem?
- Co do joty. A teraz dokładnie i po kolei.
- Karabin maszynowy to oczywiście M249 mod 0, w wersji dla sił specjalnych. Używałeś takiego nie raz. Lekki i poręczny. – Drumms przeszedł na ton profesjonalisty. - Dokładam osiem zasobników po 250 nabojów. Połowa zwykła, połowa przeciwpancerna
- Wolałbym pociski UTM 300AP. Możesz je zdobyć?
Drumms uniósł brwi.
- Bardzo interesujący wybór. Nie będzie to łatwe, ale mógłbym je zdobyć. Pełnopłaszczowy ultraszybki pocisk przeciwpancerny. Uranowy rdzeń osłonięty stalą tytanową. Nie oprze im się żaden pancerz. Przebijają wszystko. SEALs zestrzelili takimi w Afganistanie Mi-24D. Twoja akcja... Przewidujesz walkę z czołgami?
- Nawet z kosmitami. - uciął Simmons – Co dalej?
- Jeśli chodzi o pistolet maszynowy to nie ma lepszych od nowego KRISS kali¬bru 0.45. Znakomita broń. Ten, kto użył go raz, nie będzie chciał strzelać z niczego innego. Jest wyposażony w zintegrowany celownik optyczny, który zwięk¬sza prawdopodobieństwo pierwszego trafienia aż dwukrotnie. Nawet ślepy z niego nie spudłuje. Spora siła rażenia.
- Biorę. - zadecydował Simmons – Ale dołóż też MP5SD3.
Drumms kiwnął głową.
- Bardzo cichy, celny i niezawodny. Łatwo dostępna amuni¬cja. Zapakuję. Teraz coś z półek.
Podszedł do najbliższej i sprawdził zawartość.
- Miny kierunkowe Claymore, linki naciągowe metalowe i syntetyczne. Dziesięć sztuk.
- Zapakuj sześć. Dalej.
Drumms podszedł do następnej półki.
- C-4, trzydzieści kilo w kostkach półkilowych. Nigdzie nie zarejestrowany, nie do namierzenia. Zapalniki czasowe, radiowe, chemiczne, na telefon komórkowy, dwa zapalniki satelitarne.
- Aktywowane przez satelitę? Muszą być drogie jak diabli. Jezu, czego ty tu nie masz. Dalej.
Drumms dźwignął spore pudło z najniższej półki. Otworzył je i Simmons zobaczył kilka kawałków rury. Obok leżał jakiś skomplikowany moduł elektroniczny. Całość wyglądała jednak dość niepozornie.
- Nasza odpowiedź na rosyjski RPG – 7. - powiedział z dumą Drumms. - M-99 Pacyfikator. Zmodyfikowana wersja dla Sił Specjalnych. Łatwy w transporcie. Wymiata.
Simmons wziął moduł naprowadzania do ręki.
- Czym go ładujesz?
- Głowice przeciwpancerne, odłamkowe i termobaryczne, kierowane laserem.
- Po cztery z każdego rodzaju. Następne zabawki, proszę.
Drumms zawahał się i wszedł dalej między regały.
- Tu mam coś specjalnego. - powiedział. - Granaty burzące HELX - 666. Sam się ich boję. Opóźnienie dwanaście sekund, ale jednym można wysadzić kamienicę. Dwa potrząsnęłyby wieżowcem. Superskoncentrowany oktogen. - Zachichotał. – Terroryści daliby sobie za nie obciąć jaja.
- Słyszałem, że je dopiero testują. - Simmons wyraźnie był pod wrażeniem. - A u ciebie leżą na półce.
Drumms zrobił fałszywie skromną minę.
- Załatwił mi je kumpel z DARPA.
- Dawaj, ile masz. Takiego sprzętu nigdy dość.
- Tylko trzy. A tu mam flashbangi. Wielki błysk i dużo huku – mówił dalej zbrojmistrz.
- Z osiem sztuk. Szukaj dalej – Simmons czuł się jak dziecko w ogromnym markecie z zabawkami i platynową kartą kredytową taty w ręku.
- Ulepszone granaty zapalające i zwykłe odłamkowe.
- Po sześć. Mogą się przydać.
Drumms wyciągnął i otworzył małą skrzynkę.
- Mały zestaw dywersji i sabotażu. Igły stalowe, pokryte cyjankiem potasu, tłuczone szkło, trochę termitu, białego fosforu i opiłków magnezowych. Przyda ci się do min – pułapek.
- Zapakuj. Dalej.
- Tu masz Barretta, takiego, jakiego zawsze używasz. Najnowszy celownik Leupolda. Dwieście pocisków przeciwpancerno – rozpryskowych. – Drumms pokazał mu karabin w dużej walizce wyłożonej gąbką. - Sam je przeważałem.
- Dobra, dzięki. Teraz pistolety, twoja specjalność.
Drumms podszedł do sąsiedniego regału i po chwili mocował się z zamkiem niewielkiej kasetki.
- Chyba mam coś odpowiedniego. - wykrzyknął stłumionym głosem. - W sam raz dla ciebie. Jak to cholerstwo się otwiera?
Trzy minuty później Simmons trzymał w ręku dziwnie wyglądający pistolet, smukły
i niezbyt duży. To była broń najnowszej generacji, zbudowana z kompozytów.
- Widzę, że rzeczywiście masz najlepszy towar. Jeszcze takiego nie widziałem.
Szczęknął zamkiem, aby sprawdzić łatwość przeładowywania.
- Trzystopniowy tłumik redukuje huk strzału nawet o dziewięćdziesiąt procent. – tłumaczył Drumms - bez żadnego uszczerbku dla celności. Magazynek zawiera dziesięć nabojów, a wymiana trwa nie dłużej niż kilka sekund.
Do broni dołączone były cztery zapasowe magazynki - czterdzieści pocisków.
- Ceramiczna amunicja bezłuskowa. Rozpryskowa. Zwiększony ładunek prochowy. - rzucał hasłami Drumms. - Wydrążone wierzchołki. Mają moc obalającą magnum 357, a można je wystrzelić z broni o kilogram lżejszej, w dodatku mniejszej od beretty 92. Niestety na razie trzeba je elaborować ręcznie, bo mam tylko dwa takie pistolety.
- Wspaniałe - stwierdził Simmons, przypatrując się broni. - Kto to wymyślił?
W głosie Drummsa słychać było podniecenie eksperta, podziwiającego dzieło sztuki.
- Pewna prywatna firma. - powiedział - Zdawali sobie sprawę, że sami nigdy nie wejdą na rynek i sprzedali projekt CIA. Wynagrodzenie było odpowiednie do jakości sprzętu.
- Za takie cudo? Nie wątpię. – powiedział Simmons. - OK, teraz coś standardowego.
Drumms spod wielkiego biurka wycią¬gnął metalową szufladę wypełnioną pistoletami, rewolwerami i nożami.
- Czego sobie życzysz? Dziewiątka, czterdziestka piątka?
- Glock, osiemnastka, jeśli masz. Dwa magazynki siedemnastonabojowe, długich magazynków ile się da. Pociski Hydra Shock, nie to gówno NATO.
- Mam, wszystko mam. Schowaj to. - podał mu superbroń. - Przy okazji, nazywa się wyjec, taki żart. A teraz to.
Drumms sięgnął do szuflady i wyjął dziwaczny pistolet, wyglądający jak zabawka dla dzieci.
- To jest usypiacz. Zasilany nabojem z dwutlenkiem węgla. - wskazał nieduży walec. - Mały zasięg, więc staraj się strzelać z bliska. Masz osiem strzałek z mieszanką syntetycznej kurary i haloperidolu. Wyłącza mózg i powala na dobrych kilka godzin. Przysłali dla ciebie z laboratorium. - dołożył drugi magazynek. - To natomiast jest dość egzotyczna neurotoksyna. Nie ma na nią antidotum. Zabija poniżej pięciu sekund. Używaj ostrożnie, nie zatnij się przy goleniu.
- Mało śmieszne. - burknął pułkownik. - Będę się czuł jak Batman.
- Tak to już z bronią jest. Z dnia na dzień staje się coraz bardziej zaawansowana technicznie.
- Ale każdy sprzęt czasami się psuje, można go też zgubić. I co wtedy? - skomentował Simmons – Uczyli mnie w Bragg, że w każdych okolicznościach najlepszą bronią jest ludzki umysł.
- Dobra, z pukawek to chyba wszystko, nie? - zmienił temat Drumms.
Simmons popatrzył na niego poważnie.
- Potrzebuję noża. Porządnego. - powiedział. - Ten ostatni straciłem na Syberii i od tej pory dorywczo używam jakiegoś gówna.
Drumms zastanowił się, a po chwili uśmiechnął porozumiewawczo.
- Mam coś idealnego.
Otworzył kolejną szufladę i wyciągnął coś zawiniętego starannie w irchę. Rozwinął materiał. Oczom Simmonsa ukazało się prawdziwe arcydzieło. Nóż był kombinacją noża przetrwania i bojowego bagnetu. Długie na dwadzieścia centymetrów ręcznie kute ostrze, z wyraźnie znamionującymi stal damasceńską ciemnymi słojami, płynnie przechodziło w masywną, owiniętą linką z nylonu rękojeść.
- Śliczny. - Simmons z pewnością mówił szczerze.
- Weź. - zachęcił Drumms.
Simmons pewnym ruchem chwycił nóż.. Machnął nim kilka razy, sprawdzając wyważenie broni. Zaśpiew szlachetnej stali rozbrzmiał w powietrzu.
- Idealny. - podsumował.
Drumms znowu się uśmiechnął.
- Cieszę się. Co dalej?
- Dołóż zwój dobrej liny i haki. Może lornetkę HawkEye?
- Kosztowne wymagania - zaśmiał się Drumms. - W porządku. Żebyś się z tym wszystkim zabrał. - rzucił Simmonsowi kluczyki - Odbierz go z naszego podziemnego parkingu za godzinę. Jeep grand cherokee. Silnik 5.2 litra, podkręcony do czterystu pięćdziesięciu koni, na wzmocnionym stalowym zawieszeniu. Instalacja wtrysku podtlenku azotu. - mrugnął. - Daje niezłego kopa. Lekko kuloodporny. Przewieziesz nim, co trzeba, nie rzuca się w oczy.
- Dzięki. Teraz łączność i dokumenty.
Drumms znowu sięgnął do szuflady i podał Simmonsowi czarnego palmtopa.
- To najnowsze dzieło chłopców z NSA. Zawiera najnowszy model modułu szyfrującego z wbudowaną w wieczko anteną i modulatorem częstotliwości. Nie do namierzenia. Jego mózgiem jest mikrochip z algorytmem wykorzystującym najnowszy pięćsetdwunastobitowy system kodowania. Założenie podsłuchu niczego by nie dało, bo to cacko nigdy nie wysyła kodu szyfrującego i przechwycona transmisja brzmiałaby jak bełkot. Można go używać w każdym zakątku świata. Masz ograniczony dostęp do wewnętrznej bazy danych SDK. Detonujesz nim połowę zapalników.
- Fajnie, a robi też popcorn?
Koordynator parsknął śmiechem I wyciągnął, tym razem z kieszeni, prawo jazdy.
- Twoja legenda. Teraz nazywasz się David Samuels. Jesteś byłym oficerem Rangersów, obecnie prywatnym detektywem.
Simmons znał ze szkolenia wywiadowczego zasady tworzenia fałszywej tożsamości. Najpierw nowe dokumenty, zwłaszcza świadectwo urodzenia i numer ubezpieczenia społecznego. Najlepiej przyjąć tożsamość kogoś, kto od dłuższego czasu nie żyje i nie miał bliskich krewnych. Wystarczy poszukać w prasie informacji o rodzinach, które zginęły w wypadku czy innej katastrofie. Potem trzeba zdobyć numer ubezpieczenia społecznego kogoś, kto byłby w potrzebnym wieku, gdyby żył. Zwykle dołącza się go do aktu zgonu, te zaś są jawne, więc łatwe do zdobycia. Ale DIA dysponowała teraz czymś dużo lepszym. Informatycy napisali program komputerowy nadpisujący rządowe bazy danych, który pozwalał stworzyć agentom całkowicie fikcyjne życie: z fotografiami z dzieciństwa, świadectwami szkolnymi, historią kredytową i szczegółami urlopów w miejscach, w których nigdy nie byli.
- Dzięki. Jako prywatny detektyw na pewno nie wzbudzę żadnych podejrzeń. - powiedział sarkastycznie.
- Tu masz szczegółowy życiorys, licencję stanową detektywa i pozwolenie na broń. - Drumms wyciągnął w jego stronę dużą szarą kopertę. - Przynajmniej nie zgarnie cię policja.
- W porządku – Simmons nie wdawał się w szczegóły. - To dobra przykrywka. Poza tym nie ma tam nikogo, kto by mnie rozpoznał.
- Pracujemy jak zwykle. Będę twoim jedynym kontaktem. O każdej porze dnia i nocy. Gdybyś potrzebował pomocy, daj mi znać.
- Gdybym potrzebował pomocy, to raczej nie takiej, jakiej ty mógłbyś mi udzielić – Simmons wzruszył ramionami. – W takich przypadkach będę raczej dzwonił do generała.
Teraz Drumms wzruszył ramionami.
- Jak chcesz. Potrzebujesz jeszcze czegoś?
- Nie.
- Mimo wszystko obejrzyj to. - Drumms sięgnął pod biurko i wyciągnął stamtąd niedużą walizeczkę. Otworzył ją i wyjął coś, co przypominało z grubsza piankę do nurkowania.
- Pierwszy egzemplarz. Wart pół miliona dolców.
Simmons popatrzył zainteresowany.
- Co to za ustrojstwo?
Drumms rzucił mu oburzone spojrzenie, jakby nazwał rasowego ogiera wyścigowego chabetą.
- To nanokompozytowa kamizelka Dragon Skin. Klejone warstwy polimerów i czegoś, co w uproszczeniu możemy nazwać super włóknem węglowym. - pogładził kamizelkę. - Cudo. Niewidoczna pod ubraniem. Zatrzyma pocisk z M - 16. Najwyżej połamie ci żebra. No naprawdę, nie wiem dlaczego ci ją daję.
- Dorzuć do reszty. - powiedział Simmons. Niespodziewanie uścisnął przyjaciela. - Dzięki.
Drumms wyglądał na wzruszonego i zakłopotanego.
- Lepiej już idź. Mam kupę roboty.
- To na razie.- pożegnał się pułkownik i wyszedł.
Gdy się nieco opanował, Drumms podniósł słuchawkę i wybrał numer.
- Tak, mówi Drumms. No, zabrał tego tyle, że tamci powinni się mieć na baczności. Czego się spodziewać? - powtórzył zadane mu pytanie – Znając Simmonsa... Trzeciej wojny światowej.
Niech Bóg ma w swojej opiece tych biednych sukinsynów, którzy będą na tyle głupi, by stanąć mu na drodze. Do widzenia generale. – odłożył słuchawkę.
"Wśrod szczęku oręża cichną prawa.". - Cyceron.

Awatar użytkownika
jaynova
Pciuch
Posty: 1496
Rejestracja: pt, 10 lut 2012 17:42
Płeć: Mężczyzna

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: jaynova » czw, 12 kwie 2012 14:40

Czytać i śmiać się i płakać ;)))
"Wśrod szczęku oręża cichną prawa.". - Cyceron.

Awatar użytkownika
Alfi
Inkluzja Ultymatywna
Posty: 23431
Rejestracja: pt, 10 cze 2005 10:29

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: Alfi » czw, 12 kwie 2012 15:49

To nie z tej książki, którą niedawno przeglądałem w empiku?
Le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser. (Jean Cocteau)

Awatar użytkownika
jaynova
Pciuch
Posty: 1496
Rejestracja: pt, 10 lut 2012 17:42
Płeć: Mężczyzna

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: jaynova » czw, 12 kwie 2012 18:58

Z jakiej książki???????????/
Ktoś mnie okrada z własności intelektualnej????
Podaj tytuł i autora, please!!!
"Wśrod szczęku oręża cichną prawa.". - Cyceron.

Awatar użytkownika
Alfi
Inkluzja Ultymatywna
Posty: 23431
Rejestracja: pt, 10 cze 2005 10:29

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: Alfi » czw, 12 kwie 2012 19:06

A nie pamiętam. Przeglądałem kiedyś coś podobnie napisanego. Ponoć nawet bestseller, chociaż ja tam niczego bestselleroidalnego nie wypatrzyłem.
Le drame de notre temps, c’est que la bêtise se soit mise à penser. (Jean Cocteau)

Awatar użytkownika
Verus
Mamun
Posty: 137
Rejestracja: wt, 27 gru 2011 12:15
Płeć: Kobieta

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: Verus » czw, 12 kwie 2012 22:03

I ja coś znalazłam. Jest to jedno z moich pierwszych opowiadań. Czytając fragmenty zastanawiam się dzisiaj, co ze mną było nie tak, gdy miałam mniej więcej jedenaście lat :D

Jestem nienormalna. Po wykryciu mojej choroby nikt nawet nie próbował traktować mnie normalnie. Spędziłam pół roku w szpitalu psychiatrycznym, traktowana jak inni wariaci. Kiedy wyszłam i wróciłam do szkoły, wszyscy traktowali mnie jak trędowatą.
____
Spojrzałam w dół. Ciało. Mama!
- Mamo?! – krzyknęłam. Z dłoni wypadł mi nóż. Kiedy go wzięłam? Co tu się dzieje? Krew rozlewała się obszerną kałużą dookoła. – Tato?!
Cisza. Piszczenie mikrofali. Mój krzyk.
- Coś ty narobiła?! – wrzasnęłam, łapiąc się za głowę. – Dlaczego ją zabiłaś?! – Uklęknęłam na ziemi i usiłowałam wyczuć puls. Reanimowałam. Moje łzy mieszały się z krwią. – Dlaczego?!
"-Czy sześciopalczaste jedzą gumowe buty?
- Zazwyczaj żywią się mózgami.
- E, to buty też powinny strawić. U niektórych wychodzi na jedno."

Awatar użytkownika
Zoe
Sepulka
Posty: 3
Rejestracja: ndz, 08 lip 2012 14:50

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: Zoe » ndz, 08 lip 2012 22:49

U mnie ciągoty literackie objawiły się w wieku mniej więcej 5-6 lat. Czytać już wtedy umiałam, natomiast z pisaniem szło znacznie gorzej – coś tam umiałam naskrobać, ale byle jak. Poprosiłam więc mamę o kupno zeszytu i stwierdziłam, że ja będę dyktować, a ona napisze moją książkę. Strasznie żałuję, że tego zeszytu już dawno nie ma, bo miałabym pewnie wielki ubaw.

Owo „wielkie dzieło” opowiadało historię pewnej rodziny – rodziców tam nie było (nie zginęli ani nie wyjechali w podróż w odległe krainy, po prostu pominęłam milczeniem sam fakt ich istnienia). Rodzina składała się z grupki rodzeństwa - siedemnastoletnia dziewczyna opiekowała się resztą młodszych dzieci. Wiadomo, siedemnaście lat, normalne więc, że radziła sobie ze wszystkim, toż to już prawdziwa dorosłość… Oprócz dzieciarni mieszkały w domu dwa konie – Bombka i Marmoladka (tak, w domu, nie w stajni). Całość uzupełniały dwa roboty – Aries i Kris. Samej fabuły nie pamiętam, pamiętam tylko imiona koni oraz robotów. Miałam też upodobanie do nadawania niesamowicie poetyckich nazw domom, zagajnikom – jezioro ochrzciłam bodajże nazwą „Podwodny Skarb”, coś w ten deseń.

A w wieku kilkunastu już lat trzasnęłam całą powieść – w dodatku umieściłam ją w szesnastowiecznej Polsce. Mam ją nadal w szufladzie, bo całość została napisana na maszynie. Być może kiedyś, gdy będę się czuła na siłach, napiszę wszystko od nowa. Pomijając fakt, że dziewczyna była stuprocentową Mary Sue (piękna, genialna, dobrze urodzona, faceci padali przed nią jak muchy), to sama fabuła i pozostałe postacie miały całkiem dużo sensu. Przygody tej dziewczyny też nie były chyba tak tragicznie naiwne (jeśli wytnie się jakichś pięciu adoratorów, w tym Henryka Walezego). Ha! Powstał nawet dalszy ciąg, czyli kolejna powieść, której akcja rozgrywała się już w innym mieście, ale tu główna bohaterka z tomu pierwszego była postacią drugoplanową. Na trzeci tom chyba nie starczyło mi pomysłów, bo nigdy nie powstał…

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Re: Dzieua wybitne, dziecięciem będąc stworzone

Post autor: hundzia » pn, 09 lip 2012 11:32

Podziwiam. Ja dotąd zaczyznam, a jakoś nigdy nie mogę skonczyć. Nadmiernie mi sie wszystko rozrasta :D
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

ODPOWIEDZ