WT 3: Z deszczu dźwięków pod rynnę melodii - prace

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 16985
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

WT 3: Z deszczu dźwięków pod rynnę melodii - prace

Post autor: Małgorzata » pt, 26 mar 2010 00:40

No, to zaczynamy! :)))

Temat: Z deszczu dźwięków pod rynnę melodii
Ograniczenia:
a. obowiązkowy opis muzyki/śpiewu/tła dźwiękowego z użyciem jak największej liczby wyrazów dźwiękonaśladowczych;
b. tekst winien się kończyć w chwili, gdy zapada cisza.
Limit znaków: 1500.

Autorzy biorący udział w WT 3:
1. Shimazu
2. Xiri
3. Murai-san
4. Wyklęty
5. BlackAngel
6. Maniak82
7. Rosenberry
8. Kruger
9. No-qanek
10. Podzjazdem
11. Kostek666
12. Nocny śpiewak
13. Mirael
14. Jan Tanar
15. Młodzik
16. Hundzia
17. Dacepowolny
18. Terebka
19. Vlk
20. Kakórg
21. Marcin Robert
22. Wolfie
23. BMW
24. Bebok
25. Thoro
26. Symbeline
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 16985
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 26 mar 2010 00:42

Shimazu
Nokturn


Zaraz po zaanonsowaniu wprowadzają mnie do obszernej sali. Jedna ze ścian pinakoteki jest przeszklona, przeciwległą zdobią obrazy, głównie portrety poprzednich meteolordów, władców pogody.
Stuk puk stuk puk.
Krople deszczu uderzają staccato w przyciemnione szkło, spływająca po szybach woda rozmazuje kształty, zmienia nocne światła miasta w dole w rozedrgane panoptikum.
Stuk puk stuk puk puk puk!
Ulewa przełamuje rytm, kontrapunktuje odległym grzmotem.
– „O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny” – szepcę do siebie.
– To Staff, prawda? – mój gospodarz wyrasta jak spod ziemi. – Jak wiesz, bliższa jest mi jednak spuścizna romantyzmu.
– Wiem. Czasem nazywają cię nawet „Chopinem pogody”.
– Istotnie, choć wolę Liszta.
Kolejny grzmot. Stoję zasłuchany.
Stuk puk. Puk stuk.
Grzmot.
– Naprawdę sterujesz każdą kroplą? – przerywam milczenie, gdy deszcz przechodzi w leniwe larghetto.
–Tak, ale pozwoli pan za mną – prowadzi mnie ku skórzanym fotelom. – Jeśli mamy już rozpocząć wywiad, tam, przy kieliszku wina, przyjemniej będzie nam się rozmawiało.
Siadamy. Stary trunek wypełnia kieliszki. Rozmawiamy. Głos mistrza jest melodyjny i spokojny. Dyktafon leży między nami niczym przyzwoitka.
Deszcz wciąż szumi, krople niestrudzenie bębnią o szyby.
Stuk puk stuk puk.
Grzmot.
Na koniec, podziękowawszy gospodarzowi za poświęcony czas, wracam do domu.
Jadę taksówką. Choć tylko kałuże świadczą o niedawnym koncercie, wciąż słyszę w myślach echa nokturnu i spokojny, melodyjny głos meteolorda.

.......................................................................................................................................................

Xiri
Magiczny proszek


– Głupi gnom! – ryczy szef. – Ty nigdy nie zbudować Silnik Co Robić Techno, jak u ludzi! Ty iść teraz kopać łopata!
Szef trzaska drzwiami. No i nie mam praca. Wracam smutny tunele jaskinia, przez pusta fabryka. Brat Franek wiedział, że tak się stanie. Dlatego dał mi dziwna mąka w szeleszcząca torebka. Mówił, że zabije smutek.
Połykam połowę.
To chyba działa!
Uderzam mocno łapa w stalowa płyta, echo dudni pod strop. Ale fajnie!
Maszyny z tunel same się włączają, ze zgrzytem metalu obracają w moja strona. Chrzęszczą kamyki pod gąsienica Dźwiękogenerator. Rytmicznie syczy para wodna w kolektor.
Idę przed siebie, praktycznie tańczę. Wchodzę do główna hala produkcyjna.
Wita mnie istna feeria industrialne dźwięki!
Zgrzytają napinane łańcuchy. W zbiornikach bulgocze zielone chłodziwo. Jazgoczą blachy, o które trzaskają chwytniki roboty. Łomoczą pracujące napędy hydrauliczne. Szumią rozruszniki, tranzystory i alternatory. A w kable szemrze dająca moc wszystkiemu krew ziemia.
Ukojony hymnem fabryki, wchodzę do dyspozytornia i teraz steruję maszyny wedle własna wola.

– Ej, wstawaj!
Ktoś drze się nade mną. Otwieram oczy. To szef! A za nim tabun pracowników.
– Niesłychane! – piszczy. – Ty w nocy zbudować Silnik Co Robić Techno! Ja ci dać znów praca, ty być mój zastępca! Ale pokazać projekt. Co być źródło inspiracja?
Uśmiecham się, gdy dociera do mnie w końcu, o czym szef gada.
– To – szeleszczę prawie pusta torebka.
Muzyka maszyn przestaje grać mi w głowa.

.......................................................................................................................................................

Murai-san
Betty


Na początku były kroki.. niewyraźne, stłumione. Po chwili rozległ się trzask skobla i przeciągły wizg zawiasów. Przez otwarte drzwi wpadło do pomieszczenia nieco światła. Dało się to zauważyć nawet przez opaskę, którą ten skurwiel obwiązał mi oczy. Betty najwyraźniej odzyskała przytomność, gdyż uznała za stosowne powiercić się na swoim krześle i powyć głucho przez dławiący ją knebel. Ech, głupia.. wcale jej się nie dziwię, choć sama dawno zaniechałam wszelkich prób uwolnienia się. Szorstki sznur, którym byłam związana, mimo iż obiecująco trzeszczał przy naprężaniu, ani myślał puścić, raniąc boleśnie nadgarstki. Otarcia czy sińce były jednak w tej chwili moim najmniejszym zmartwieniem. Pan Porywacz przystępował bowiem do pracy.
Starałam się skupić uwagę na czymkolwiek; na kałuży uryny kwitnącej pode mną, na deszczu bębniącym o dach, nawet na chorej melodyjce gwizdanej przez oprawcę. Ta specyficzna kakofonia nie zdołała jednak zagłuszyć koszmarnego wrzasku.. o ile w tej kategorii mieści się wibrujący w uszach jazgot, który miałam wątpliwą przyjemność usłyszeć. Daleko mu było do zmysłowego altu Bett, a nawet czegokolwiek innego, co mogło znaleźć ujście w ustach człowieka. Więcej wrażeń sensualnych dostarczyły mi resztki jej krtani, lepiące się obrzydliwie do mojego policzka. A wszystko to, żeby było weselej, przy akompaniamencie warkotu piły motorowej.
Na szczęście sielanka nie trwała zbyt długo. Straciłam przytomność, gdy usłyszałam chrzęst pękających żeber...

.......................................................................................................................................................

Wyklęty
Poznać melodię


Słyszał pustkę, czuł wibracje kadłuba, w który stukała. Najpierw cicho, powściągliwie… stuk, stuk, stuk… Nagle dźwięki zmieniły się w dzikie staccato stuk! stuk! stuk! Zdawało się, że rwą się, nim jeszcze na dobre się zaczną! Słyszał zgrzyt, z jakim wypaczają się płyty kadłuba i wesołe, giocoso pst! powietrza ulatującego ze statku. Cieszyło się wolnością, przestrzenią! Gdzieś w ładowni dudnił ładunek, drum! drum!, chcąc głośnym marcato zaznaczyć swój udział. Melodia powstawała! Słyszał ją! Ciche puk, szybkie stuk, stuk, pssst… i głośne bum! wybuchającego silnika, jego dzikie martellato, przenikające na wskroś wszystko wokół! Słyszał wesoły szum ognia, żartobliwe tremolo, które doskonale wtapiało się w melodię ze swoim sssss! Wiedział, że to jest melodia wszechświata! Pieśń życia i śmierci, którą można usłyszeć tylko raz! Niedługo miał nadejść koniec, jego statek zostanie zmieciony przez wybuchającą supernową, w której środek go skierował. Ale przedtem… przedtem pozna tajemnicę wszechświata! Dzięki tej melodii zrozumie… zrozumie wszystko! Dziki turkot dołączył do muzyki! Coś musiało szorować po wnętrzu statku, z początku dziko, feroce, później półgłosem, mezza voce, zanikając w końcu…
Najpierw zobaczył błysk. Gwiazda wybuchła. Dopiero po chwili do jego uszu doszedł dziwny, pusty dźwięk. Tak musi brzmieć śmierć. Cicho, smutno, ale z gracją, con grazia… Chciał usłyszeć zakończenie, ale czuł że jego ciało umiera… Nie może teraz odejść, nie może! Nieeee!

.......................................................................................................................................................

BlackAngel

Melodia stawała się coraz głośniejsza w miarę, jak Kim zbliżała się do jej źródła – czarnej, niematerialnej zasłony. Kotara pojawiła się pośrodku korytarza znikąd i teraz wisiała tam, lekko falując. Kim w jej pobliże przywabił właśnie dźwięk. Od razu ją zafascynował. Raz brzmiał cicho, drżał delikatnie, od złudzenia przypominał trel słowika. Zdawało się, że ledwie brzmi, aż momentami Kim bała się, że zaraz ucichnie. Potem jednak melodia niespodziewanie stawała się głośniejsza. Przyspieszała. Buchała kakofonią dźwięków. Zawodziła jak udręczona dusza. Jęczała. Syczała. Wyła i dudniła.
Ale po tej chwili niepokoju stawała się spokojna i rzewna. Łkała, przyprawiając o łzy również Kim. Dziewczyna ocierała je wierzchem dłoni i dalej, jak zahipnotyzowana szła w stronę kotary. Gdy była już bardzo blisko wyciągnęła dłoń, by dotknąć zasłony.
W chwili, gdy ręka przeniknęła kotarę, dźwięk nagle zadudnił niczym tysiące bębnów. Kim chciała cofnąć rękę, ale w tym momencie jej ramię przeszyła fala lodowatej energii. Dziewczyna krzyknęła. Czarna mgła oplotła ją niczym kokon. Kim widziała tylko ciemność. Dźwięk dudnił jej w uszach. Teraz już w ogóle nie przypominał melodii, tylko okropny hałas.
Kim rzuciła się w tył, ale niewidzialna siła przytrzymała ją na miejscu. Dźwięk był tak głośny, że uszy zaczęły ją aż boleć. Dziewczyna krzyknęła.
I nagle czarna mgła zniknęła. Dźwięk umilkł gwałtownie. Kim była na plaży. A przed nią, uśmiechając się promiennie, stał jej już dawno zmarły dziadek.

.......................................................................................................................................................

Maniak82
Turystyczne crescendo


Monotonne pip pip jednego z urządzeń i ciągłe zgrzytanie drukarek wprowadza w senny nastrój. Oprócz cichego stuk stuk obcasów i przytłumionych rozmów są to jedyne dźwięki tutaj.
Naukowiec po serii testów nie domyka za sobą luku. Cichemu tss nie towarzyszy klik automatycznego zamka.
Trzask drzwi. Ochrona wyszła na przerwę. Opuszczam pokój ze szkła i namawiam naukowca by zasnął.
Biegnę przez labirynt korytarzy, klap klap bosych stóp echem syci przestrzeń. Tym razem docieram do wyjścia. Na zewnątrz. Jaskrawe światło.
Przejmujące iii, auto zatrzymuje się tuż przede mną, kierowca klnie. Tuk tuk tuk tuk, niebo przecina ciemna maszyna, to helikopter. Zewsząd słychać dźwięki rozmów, basowe pomruki silników, tupanie, świdrujący śmiech - diabelska wrzawa. Biegnę przez ulicę pozdrawiany nerwowym bip bip granym przez spóźnionych dokądś kierowców. Zaszczuty.
Czy to jest właśnie życie?
Trafiam do pubu, trwa koncert. Organki jodłują w asyście melodyjnie riffującej gitary, idealnie użytkując rytm wybijany przez perkusję. Dźwięki są zbyt ostre dla mych uszu, mimo tego płaczę z przejęcia. To piękne.
Jeden ze słuchaczy zwraca uwagę na mój strój i bose stopy. Nie wie, że jestem naukowym eksperymentem urodzonym i chowanym w placówce, że te nazwy – auto, pub, gitara - znam jedynie z książek; gros dźwięków słyszę pierwszy raz.
Łup. Drzwi otwierają się gwałtownie, wbiegają moi jedyni znajomi. Zespół przerywa, tylko perkusista z rozpędu tworzy na koniec samotne brzdęk.
Następnym razem dalej.

.......................................................................................................................................................

Rosenberry
Muzyka zła


Hrabina Maria odprawiła grupę truwerów, poirytowana ciągłym rzępoleniem i nieuprzejmością. Gdy nadeszła wieść, że przybyli nowi muzycy, wnet ich wezwała. Łudziła się, że gorszych już nie spotka.
Wiatr zaszumiał w ogrodzie, hrabina nie słyszała więc, kiedy truwerzy nadeszli. Pozdrowili ją i ukłonili się głęboko. Wystukawszy rytm, zaczęli śpiewać balladę. Uradowana Maria zaklaskała, by ich zachęcić. Ptaki uciekły z przeraźliwym świergotem, gdy z egzotycznie wyglądających instrumentów rozbrzmiały pierwsze dźwięki.
Brzdękanie, z pozoru nieśmiałe, nabrało tempa. Hrabina usłyszała głuche dudnienie, które wzmacniało się z każdą chwilą. Niespodziewanie przez melodię przebił się odgłos jakby tysiąca dzwoneczków, a miarowe bębnienie przerodziło się w grzmot. Muzyka stawała się nie do wytrzymania. Brzmiała w uszach hrabiny potwornie - huczała i trzeszczała, trąbiła i wyła. Melodia wprowadzała słuchaczy w dziwny trans. Wznosiła się, opadała. Coraz szybciej i szybciej. Maria czuła, że coś łomoce, że gwiżdże i głośno buczy w środku jej głowy. Nie mogąc dłużej wytrzymać, zasnęła głęboko, tak jak strażnicy. Instrumenty wydały pomruk zadowolenia.
- Teraz będziesz nasza – szepnął Chrétien, nie przestając grać. – A potem podziękujmy twą krwią za diabelskie instrumenty, byśmy mogli dalej prowadzić dzieło zniszczenia dynastii Kapetyngów. Przygotujemy tę ziemię na nadejście Bestii! – wykrzyknął i ostatni dźwięk melodii ucichł.
.......................................................................................................................................................

No-qanek
Pod batutą


Nigdy nie rozumieli, że w sztuce niezbędna jest jedność. Grając każdy dla siebie, każdy swoje, tworzyli razem kakofonię. Deszcz dźwięków, żadnej melodii.
Dziś to ma szansę się zmienić. Zgromadziłem ich w jednym miejscu - to pierwszy, najważniejszy krok.

- Proszę państwa, zaczynamy. Raz, dwa, trzy! Najpierw zrównajmy melodię!
Aerofony świszczą jak stukoczą idiofony, idiofony brzęczą jak skrzypią chordofony, chordofony szemrzą jak trzeszczą elektrofony, elektrofony pikają jak dudnią membranofony, a membranofony bębnią jak trąbią aerofony!

Bo w demokracji każdy decyduje, nikt nie jest wywyższony! Nikt nie narzuca swojej partytury – oto sztuka wyzwolona.

Wciąż nie gramy spójnie fagoty – szybciej, odstajecie! Werble – terkoczecie radośniej niż reszta.
Flety – zasady boskiej harmonii wymagają, byście świergotały płynniej! Lutnie – bez tych wygłupów, z szacunkiem - gramy na chwałę Pana! Kotły, skromniej – ta pycha was zgubi! Teremin! - Pochlebiasz burżuazyjnym gustom? Równaj do orkiestry!

Jesteśmy bliscy doskonałości – ksylofony, klekoczecie nie dość rytmicznie! Harfy, nie tak metalicznie! Fortepiany, zbyt głośno! To czysty egoizm, chcecie się wywyższyć, za kogo się macie?! Ciszej, mówię! Skrzypce, to nie wasz koncert, ciszej, grać jak inni. CISZEJ! Tylko równ...

***

Dyrygent urwał w pół słowa. Pianiści wstali od klawiatur, smyczki pakowały instrumenty w futerały, kotlarze złożyli pałeczki, trębacze wzięli trąbki pod pachy. Dezercja muzyków odbywała się w ciszy.

.......................................................................................................................................................

Podzjazdem
Muzyka sfer


Dolinę odkryła druga wyprawa. Naukowcy z trzeciej założyli tam bazę. Nie wiadomo, kto pierwszy użył nazwy Amfiteatr, wręcz naturalnej dzięki podobieństwu do ziemskich ruin i sporej liczbie posągów, przedstawiających przeróżne, obce istoty.
Tee-Maion spieszył się do domu. Lecąc na skróty, niechcący musnął maleńką czarną dziurę, co opóźniło jego powrót o dziesięć tysięcy lat. Gdy lądował z trzaskiem stabilizatorów, nie podejrzewał, że jest ostatnim żyjącym mieszkańcem V’Uur.
Mimo szoku, jakim było spotkanie z ludźmi, Tee-Maion szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Wprawdzie euforia Ziemian wywołana spotkaniem inteligentnej rasy nieco opadła, kiedy okazało się, że przybysz nie jest naukowcem, lecz kimś w rodzaju wędrownego barda. Ale to, jak chłonął ziemską muzykę, zjednywało mu ogólną sympatię. Kiedy już nauczył się podstaw języka, zaprosił wszystkich na koncert.
W Amfiteatrze rozlegały się szmery rozmów, dochodził skrzyp łazików, dowożących maruderów z dalszych stanowisk. Tee-Maion czekał w skupieniu przy swej aparaturze, poprosił gestem o ciszę.
I rozległ się grzmot, jakby pioruna, jęki rogów, łkanie fletów, wszystko to splatało się ze sobą nawzajem, brzmiąc żalem i uciechą jednocześnie. Nieludzkie, nieziemsko piękne harmonie, interwały jak gwiazdy odległe, brzmienia spoza czasu i przestrzeni, chwaląc życie od zawsze aż po kres, fraza za frazą wybrzmiewały coraz to ciszej, w miarę, jak zachodziło słońce.
Posągi zastygłych w ciszy Ziemian odkryła czwarta ekspedycja.

.......................................................................................................................................................

Nocny śpiewak
Koncert


Publiczność zaczęła bić brawa jak tylko kolejny muzyk pojawił się na scenie. Kiedy siadał przy syntezatorze mimo, że znajdowałam się kilka stolików dalej miałam wrażenie, że słyszę delikatny szelest jego marynarki. Wszystko wokół niego wydawało się tak niezwykle wyraziste. Syk płomienia jego zapalniczki. Trzask spalanego tytoniu w papierosie, a nawet ciche westchnienie kiedy wypuszczał z płuc chmury siwego dymu. Jego palce z delikatnym muśnięciem spotkały się z klawiszami instrumentu niosąc w powietrze niskie, wibrujące dźwięki. Z gracją i spokojem przelewał emocje wplatając je w każdą nutę tej smutnej piosenki. Kiedy poczułam dreszcz dotarło do mnie, że syntezator rozszerzył swoje funkcje tak manipulując częstotliwością drgań powietrza, ze zaczęłam odczuwać muzykę całym swoim ciałem. Część publiczności niczym w narkotycznym transie rozglądała się wokół w poszukiwaniu nowego źródła dźwięku. Zamknęłam oczy pozwalając pobudzającym wibracjom rozpalić moją wyobraźnię. Grał jeszcze krótką chwilę kiedy nagle ku zaskoczeniu wszystkich przerwał utwór uderzając dramatycznie w instrument. Jego palce drżały zaciśnięte na klawiszach gdy po sali niosła się ostatnia, zerwana nuta. Pomyślałam wtedy, że to niegłupia metafora życia. Krótki pełen emocji utwór zakończony tragicznym, zupełnie niepasującym zdarzeniem, po którym nie słychać już bzyczenia muchy, oklasków publiczności, anielskich chórów czy jęków potępionych. Tylko doskonałą ciszę.


.......................................................................................................................................................

Mirael
Pieśń Pierścienia


Jest szaro.
Budzę się w pokoju usłanym puszkami, niedopałkami. Moi towarzysze śpią.
Jest cicho.
Telewizor szumi.
Rozparta na fotelu, z głową opartą na ramieniu, z puszką w ręku śpi Biała Czarownica.
Zaczyna padać.
Jest ubrana po męsku, bez makijażu, pasemko ciemnych włosów, skręcone, przylepione do policzka.
Jest piękna.
Krople deszczu jedna po drugiej uderzają o szybę.
Stuk stuk
Zaciskam palce na jej dłoni. Dotyk srebrnego pierścienia przeszywa przejmującym chłodem.
Pierścień Czarownicy.

Stuk Stuk Stuktuktuktuk

Szum telewizora przechodzi w natrętne pulsowanie, zwala z nóg. Wszystko znika. Zostaje tylko stukot kropel o szybę i modulowany szum.
SzszSzsZszsz
Dźwięki narastają, niepokoją, zlewają się w jeden głos, melodie. Głos nie dobiega już z żadnego konkretnego miejsca, ale ze wszystkich naraz, ze mnie.
Drże w rytm bezdźwięcznej melodii, wszechobecnej, wszechogarniającej. W pustce, w bieli utkanej z dźięków.
Melodia duszy.
Duszy szczęśliwej, pełnej i spełnionej.
Stoimy tu, na początku i końcu świata, trzymamy się za ręce. Wiatr muzyki targa czarne włosy czarownicy, dławi słowa na wargach.
Melodia jest we mnie.
A może czarownica nie trzyma mnie za ręke? Przedziera się do mnie przez kaskade dźwięków? Woła mnie? Chce uratować?
Nie, dziękuje, jestem szczęśliwy.
Nie słyszę co krzyczy... Jednak z ruchu warg...
„Wróć”

Leże wstrząsany drgawkami, z zimną, białą skórą. Dźwięki w mojej głowie wygasają powoli. Wymiotuje. Srebrny pierścień z brzdękiem upada na podłoge.
„W porządku?”
Nastaje cisza.

.......................................................................................................................................................

Jan Tanar
Zaszczuta Bajorada


Mloauch-pyk-pyk… W dźwięku łapy wyciąganej z bagienka było to „coś”. Jakem żab, tak finezyjnego odgłosu dawno nie słyszałem. Mloauch-pyk-pyk, pitu-pitu. Piękne… Mloauch-pyk, pitu-pitu. Ale chwila, „pitu-pitu” to chyba nie ja robię. Hmm… Mloauch, pitu-pitu, fyr-fyr. Ach! Nieopodal przysiadło stadko muszek, wdzięcznie mi wtórując ryjkami; nad nimi fyrkał skrzydełkami młody ważek. No to jazda; niezły zespolik. Mloauch, pitu, fyr, pitu, fyr, pitu, splash… W melodię wkradł się obcy akcent. To mały błękitny wodny żuczek dodał odgłos wpadania w mazistą toń. Tylko dziwie jakoś, nie po naszemu. No tak! To obcobajorowiec więc wpada do wody z dziwnym akcentem; przyda się nieco egzotyki. Ach płyń muzyko. Mloauch-pyk-pyk, pitu-pitu, splash, pitu, splah, fyr-fyr, pitu-pitu, mloauch, pitu, fyr… I zmiana rytmu. Pitu, mloauch, pitu, fyr, splash, fyr, mloauch, szcz-szcz, pitu-pitu, szszsz… Przegapiłem frazę rozglądając się za nowym członkiem zespołu. Trzeba go wyciągnąć z szuwarów na scenę. Wyjrzałem zza trzcin i zamarłem ze zgrozy. Szcz-szcz-szszsz-szcz-szcz-szszsz… Szeleszcząc szorstką szczeciną, szczał po szuwarach szarą szczyną straszny stwór. Aż mi rek-rek uwiązł w gardle. Zespół rozleciał się fryczaście we wszystkie strony, unikając kontaktu z obcym DNA, a ja czym prędzej plumpnąłem w głębię. Okropne są te straszne stwory. Chociaż ten przynajmniej muzykalny był i szczał do rytmu. Nad zbrukaną tonią bajora zapadła cisza.

.......................................................................................................................................................

Młodzik
Polowanie


Gru, grrrru, k–trach! Kap, kap, kap, plum, plum, plum.
Oto mój "Marsz pogrzebowy", brakuje tylko...
Szlyyyt!
Ach, "grabarz" też jest. Kolejny zakuty łeb, który osłuchał się plotek o smoczym skarbie.
Niewielu chojraków w lśniących zbrojach przybywało, gdy jeszcze widziałem. A ilu chętnych się znalazło, żeby ubić starego, ślepego smoka! Pierwsi dzwonili tymi swoimi pancerzykami u wejścia do jaskini i wzywali mnie do pojedynku. Widać nikt im nie powiedział, że słuchu i ognistego oddechu nie straciłem.
Następnym delikwentom okoliczni chłopi powiedzieli, że do mnie trzeba podejść jak najciszej i odrąbać łeb jednym ciosem. Najlepiej podczas burzy, której odgłosy zwielokrotnione echem, zagłuszają inne dźwięki. Sęk w tym, że smoki mają naprawdę dobry słuch, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę.
Ten "obrońca uciśnionych" już kilkanaście kroków przed wejściem wyjął miecz. Teraz idzie ostrożnie, nie ma na sobie zbroi ani podkutych butów. Jego oddech niemal ginie w powodzi dźwięków. Niemal, bo wyraźnie słyszę nasilające się snyyyf-snuuuf.
O, napięcie rośnie – deszcz przestaje padać. Rycerzyk staje, pewnie zastanawia się co dalej robić. Znów rusza – widać nie zrezygnował. Jest co raz bliżej, Szuuu – unosi miecz.
Więc jak surowe czy pieczyste?
Pieczyste.
Otwieram paszczę, zieję. Wrzask, smród palonego mięsa i chaotyczne plaśnięcia; na zewnątrz – tupot kilku par butów – chłopi "orszak" ucieka. W końcu zapada cisza, a ja zaczynam jeść.

......................................................................................................................................................

Hundzia
Etiuda potworna


Tym razem to nie próbny alarm.
Nad-cho-dzą – gęga radio.
Idą, idą, idąąą – brzękolą dzwony katedry.
Luuudzie – zawodzi syrena ratuszowa.
– Kryć się, kryć – wywrzaskuje gwardzista, rozdając amunicję.
– Krótka czy długa? – odpowiada na moją zaczepkę.
– Krótka, przedawniona.
– Ilu was jest?
– Czworo.
Wciska mi w dłoń przydziałowe kule.
– Niech Bóg będzie wam litościw.
Trzyma moją rękę dłużej niż nakazuje przyzwoitość. Też mam nadzieję, że Bóg oszczędzi nam niewypałów.
Dąg, dąg, dzwony roztrzaskują powietrze, gdy biegniemy do piwnicy. Trzeba się spieszyć. Słyszę już odległe krzyki, nieludzkie drapania pazurów na asfalcie.
– Mamo – szepcze to najmłodsze – czemu nic z tym nie zrobimy?
Nie mam czasu, by odpowiedzieć. Siłą wciągam go w podziemia. Budynek szerechrocze cicho, trzaska drewnianymi stropami.
Cały świat, nasz, lecz nie nasz świat, wstrzymuje oddech przed wielkim crescendo.
I rozbłyskuje na niebie nowe słońce, z hukiem przyboju mknie promienna świetlistość. Dobre to słońce, co zabija potwory.
Światłość staje się wszechobcym hałasem. Wielogłosem umierających ludzi, jodłowaniem potworów, staccato chaotycznych wystrzałów. Coraz ciszej, coraz dalej.
Drapu drap. Ataktyczne, melodyjne, obce. Zbliża się. Wybiera naszą kryjówkę na swoją. Pędzi.
Przytykam lufę do skroni syna. Pociągam za spust.
Córki spoglądają na mnie.
– Ja pierwsza – odzywa się starsza. Kiwam głową wprowadzając nabój do komory. Płaczę, sama stając się instrumentem pieśni o stracie. Ostatnia kula – to już tylko cisza.

...................................................................................................................................................

Dacepowolny
Za siedmioma stopniami jest sprawiedliwość


Do nor, dziupli i w chaszcze! Zaczyna się nagonka! - wystukał morsem szpakowaty dzięcioł. Mieszkańcy lasu, wbrew zaleceniu, zamarli w oczekiwaniu. Tylko wilk, wolno i cicho, ruszył za Czerwonym Kapturkiem. Stuk trzewików o korzenie poprzedzał złowieszcze zgrzytnięcia pazurów. Odgłosy przyspieszyły. Mała postać ruszyła nagle pędem, przy akompaniamencie zrywającego się ze skrzekiem ptactwa. Trzaski, tupot, chrzęst kamieni i rytmiczne sapanie, przetykane jękiem i przekleństwem, grały przepięknie w narastającym tempie. Zbliżające się odgłosy radowały przyczajonych myśliwych, którzy słysząc coraz głośniej rozbrzmiewające echa pogoni, przygotowali broń. Do akcji włączył się Janek, siedzący niczym kos na pobliskiej brzozie. Zahuczały niecelne strzały z mausera. Ofiara wrzasnęła i skierowała się ku ciemniejącej nieopodal gęstwinie. – Szarik, stój! – rozległ się modulowany krzyk. Rozczarowany wilk popiskując usłuchał.
Przycichło. Słychać było jedynie łopot kubraczka, tłumione przez igliwie kroki i świszczące dyszenie. Niespodziewana pauza trwała krótko. Skuteczna zasadzka przybliżyła dzieło do końca. Z ukrycia gruchnęło czołgowe działo i melodyjnie zajazgotał cekaem. Wielkokalibrowa kanonada rozerwała Czerwonego Kapturka, który na moment przed śmiercią, zdążył poderwać głowę ukazując niewidoczną dotąd twarz. W oczach brzydkiego i zaplutego karła widniało nieme pytanie – dlaczego?
– Za Ewkę! – ryknął basem Gustlik i zakończył rzucając wiązkę granatów ogłuszających.

...................................................................................................................................................

Terebka
Melodia


Cisza jest pozorna. Mój dwunożny przyjaciel pewnie by nie usłyszał dźwięków, które docierają do mnie niemal nieprzerwanie. Muzyki niemalże. Szur-szur – przesuwają się po podłodze maleńkie pazurki, trąc drewno nieznacznie, ledwie-ledwie, jednak wystarczająco głośno. Łup-łup – bije nieregularnie serduszko przestraszonego stworzenia. Nawet jego myśli zdają się docierać do mnie pod postacią dźwięków, ale to już chyba tylko wymysł wyobraźni, pobudzonej bliskością ofiary. Złudzeniem za to z pewnością nie jest szelest futerka, przy najdrobniejszym poruszeniu ciałka. Słyszę go tak wyraźnie, jakby jego źródło znajdowało się tuż przy moich postawionych uszach – szsz-szsz.
Cierpliwość zawsze cechowała gatunek, z którego się wywodzę. I nigdy mnie nie zawiodła. Złożona melodia wielu dźwięków prowadziła zawsze ku jednemu – nagrodzie. Czasami zachowywałem ją dla siebie, innym razem zanosiłem dwunożnemu przyjacielowi. Przycupnięty opodal ciemnej szczeliny pomiędzy podłogą a ścianą, postanawiam, że podzielę się z nim i tą zdobyczą.
Z mego gardła dobywa się mruczenie. Natychmiast je tłumię, muszę by ofiara nie mogła usłyszeć, że na nią czekam. Zrazu nieśmiałe tup-tup już po chwili zamienia się w odważny trucht czterech maleńkich łapek. Widzę ją! Biegnie wzdłuż ściany, coraz bliżej i bliżej, nieświadoma tego, co szykuje jej los. Dźwięki zalewają moją świadomość. Odbijam się z miejsca i spadam na ofiarę.
Ostatnim akordem melodii, wieńczącym dzieło, jest trzask pękającego pod mymi łapami kręgosłupa.

.......................................................................................................................................................

Vlk
Pieśń skowronka


Drewniane stopnie do piwnicy uginały się trzeszcząc pod krokami Ucznia. Jeszcze tylko dwa skrzypnięcia i był na miejscu. Po omacku odszukał kontakt i ciemność prysła przed blaskiem 12 halogenowych zwisających z sufitu lampek, które oświetliły perkusję. Dzisiaj miał użyć klucza i otworzyć wrota do innego wymiaru. Nauczyciel szykował go do tego przez 1248 dni. Mistrza nie było obok. Został Adept z instrumentem. Za chwilę pojawi się rytm, wymyślna kombinacja pacnięć, puknięć i muśnięć, której nigdy wcześniej nie mógł wykonać w całości.
Zadrżały talerze, cicho jak szeleszczący piach przesypujący się po wydmach. Odezwał się centralki. Początkowo łomotały powoli. Z sekundy na sekundę, stopy perkusisty pracowały szybciej, aby terkotać jak opętane karabiny maszynowe. Nadszedł czas na pałeczki, demolujące kocioł za kotłem.
Muzyk łączył elementy rytmicznej składanki, gdy nagle w lampce nad wentylatorem dostrzegł ptasi kształt. Skowronek rósł w oczach, a im stawał się większy tym perkusista wyraźniej słyszał jego śpiew. To nie była zwykła ptasia nuta. Tworzyły ją najpiękniejsze pieśni świata. Melodie oplatały serce słuchającego. Napełniały poczuciem nieodwracalnej straty, a ptak rósł. W przestrzeni zostali tylko wielki skowronek i grający muzyk. Ptak dostrzegł człowieka. Nie przerwał śpiewu tylko przekrzywił głowę. Błyskawicznie pochylił się i kłapną dziobem. Nie było już treli, odeszło bębnienie, na stołku po Uczniu został stróżka potu.
.......................................................................................................................................................

Kakórg
Bo będzie grał aż do końca świata


Mówią, że zawsze gdzieś na świecie widać tęczę. A na niej siedzi Skrzypek i gra, i wygrywa wszelkie człowiecze nieszczęścia; a każde glissando śmierć niesie, a każdy dysonans chorobę. Wszystkich zaś taka trwoga ogarnia na wspomnienie okrutnego wirtuoza, że nikt nie myśli nawet, by stawić mu czoła.

Oto jednak pojawia się Bohater. — Dość! — krzyczy, chwyta ciężki garłacz (Skrzypek gra, pioruny dudnią) i zmierza w stronę tęczy. (Ciało muzyka rezonuje, gdy ten szyje piekielne tremola). Mozolnie pnie się po pstrym kręgu. Zsuwa się wciąż, lecz walczy zajadle z barwną obręczą, wstaje z kolan, skoro tylko robi się mniej stromo, i pędzi, pędzi ku złowieszczemu maestrowi, gdy ten akcentuje zabójcze mordenty. Tryton za trytonem – ziemia chwieje się w posadach – zzzzz, jazgoczą skrzypki – zaraza zbiera żniwa – brzęk – trzask – pęka półmilowa struna i owija gardziel zucha, on zaś pada, bezsilnie próbując zrzucić te dysharmonijne pęta! A Skrzypek gra i gra – potężny żaglowiec namiętnie całuje górę lodową – i rzeźbi misterne flażolety – powódź pustoszy tętniące życiem miasteczko – i ani mu w głowie spocząć.

Wreszcie oswobadza się Bohater. Niesłychanym wysiłkiem doskakuje grajka, wymierza w rozedrganą pierś, garłacz wyrzuca z siebie chmurę żelaza, resztką sił Skrzypek rechocze diabelsko, zwija się i niknie niczym zapalona gazeta – zing – jeszcze jedno słabnące staccato – zi...
...ludzie stygną, świat zamiera, ptaki milkną, zapada ciemność, jest cicho.
.......................................................................................................................................................

Marcin Robert
Przygody czarodzieja Ryśka: Słowa Wyroczni


Wiosenny las rozbrzmiewał śpiewem ptaków, Ryśkowi nie w głowie było jednak podziwianie uroków przyrody. Przedzierał się przez gęstwinę w poszukiwaniu wyroczni, której mądrość mogła zapobiec zbliżającej się katastrofie. Wreszcie znalazł ją na skraju śródleśnej polany.

Znane prawo natury głosi, że im ktoś wyższą pozycję społeczną zajmuje, tym ciszej mówi. Wyrocznia zajmowała – przynajmniej we własnym mniemaniu – bardzo wysoką pozycję, chociaż nie była człowiekiem, lecz figurką aniołka wykonaną z lastriko. Dlatego aby otrzymać jej nieomylne wskazówki, należało wyciszyć wszystkie otaczające dźwięki.

Rysiek rozłożył na trawie reklamówkę, usiadł na niej, wykonał ćwiczenie relaksujące i wymówił Zaklęcie Głębokiego Ucha. Przez moment nic się nie zmieniło. Z oddali dobiegało głośne kukanie, ostre kerr kerr zdradzało przelatujące stadko orzechówek, muczenie zaś i kumkanie świadczyło, że w pobliżu znajduje się pastwisko ze stawem. Stopniowo jednak zwykłe dźwięki zaczęły jeden po drugim zanikać, a pozostało jedynie delikatne pruuum pruuum – odgłos rozszerzającego się Wszechświata. Po chwili zaś nastała absolutna cisza. I wtedy umysł maga wypełniła odpowiedź.

Istnieje otóż duży popyt na opowiadania fantastyczne. Wystarczy więc, że Rysiek sprzeda ich kilka miesięcznikowi "Celsjusz", a będzie mógł opłacić zaległe rachunki i nie zostanie odcięty od Internetu.
.......................................................................................................................................................

BMW
Rozkoszuj się ciszą


Tomasz zeskoczył z eskalatora i pobiegł w kierunku Podziemi Nowej Warszawy. Tam zanurzył się w sensorycznym pandemonium. Dla percepcji absolutnego synestety było to jak wkroczenie pod ulewny deszcz wiadomości. Dzyń. Dzyń. Hologramy eksplodowały dźwięcznym hałasem. Tuż obok zaszemrał szelest szybkich szeptów. Bum. Bum. Dobiegło echo granatowego grzmotu muzyki. Zawirował siwy świst zdyszanych oddechów.
Tomasz zatrzymał się i wzmógł koncentrację, by uporządkować odbierane sygnały. Kap. Kap. Kap. Intensywny zapach spadał świetlistymi, gorzkimi łzami. Znak, że Obcy, zakamuflowani w ludzkich ciałach, zacieśnili krąg obławy.
Krople fonicznych emanacji połączyły się nagle i chlusnęły niczym z rynny, układając się w ponurą melodię.
Tomasz zacisnął dłonie. Gdyby miał nadajnik alarmowy... Ale urządzenie zostało zneutralizowane przez wroga, a on z tropiciela stał się ofiarą.
Naprzód. Zrobił jednak tylko dwa kroki, gdy grot energii trafił go w bark.
A więc t o stanie się tutaj, pomyślał i... już nie uciekał. Uśmiechnął się chytrze. Chwila tryumfu Najeźdźców będzie jednocześnie chwilą ich dekonspiracji. Bo kto zabija w obecności świadków? Tylko ten, kto musi. Fakt nie do przeoczenia przez Służby Śledcze.
Żądlenie dźwięków stało się trudne do wytrzymania. Ale dyskomfort utonął nagle w kolejnym palącym bólu, jaki rozdarł pierś Tomasza.
Mężczyzna upadł na ziemię.
I nie było już nic oprócz ciszy.
.......................................................................................................................................................

Thoro
Susza



Chmury zbierały się nad wioską, gdy szaman odprawiał rytuał.
Wpatrywałem się w ciemne obłoki jak urzeczony. Burza oznaczała deszcz. Deszcz –wodę wsiąkającą w glebę po setkach dni bez choćby kropli. Meori zbyt długo cierpieli od suszy… Musieliśmy działać. Ayo nie chciał ingerować, ale nie miał wyboru.
Pierwszy grzmot… Mistrz nie przejął się, tylko bębnił dalej, rytm wprowadzał w trans. Lecz znowu – błysk, huk! – i nie wiadomo, co pierwsze. Zagłuszyły bęben. Widziałem, jak Ayo uderza w napiętą skórę, ale ryk – RYK! – burzy otumaniał. Szaman uniósł rękę – znów zabębnił – zaś instrument i grzmot zabrzmiały jednym głosem. Żywioł ulegał!…
Pac, pac, kap, kap – poczęły spadać krople deszczu. Ze świstem przecinały powietrze, pluskając rozbijały się o ziemię, skórę – i płynęły potokiem wśród spękanych kamieni – i szumiały, zaś szum przytłumił nawet grzmot! Deszcz już nie padał – lecz bombardował. Uwaga! Uwaga!
Spojrzałem niepewnie na szamana – bębnił dalej, ale mechanicznie, bez rytmu. Nawałnica ciągle się wzmagała, musiałem wkroczyć – choć, jako uczeń, nie mogłem. Chwyciłem jednak dłoń Ayo – i wkroczyłem w zaświaty. Natychmiast ujrzałem burzę od środka, zaś w burzy Lezę, boga deszczu. Ściskał w ręce wrzeszczącą duszę Ayo – poznałem od razu…
– Za ocalenie – zagrzmiał Leza jak piorun – należy zapłacić cenę!
Przeniosłem się do świata duchów tylko w połowie, więc Leza dmuchnął – i zachwiawszy się, wróciłem do ciała. Burza prawie już ścichła – tylko krzyk Ayo gasł w chmurach…

.......................................................................................................................................................

Bebok
Życiobiorcy


Na początku byłam tylko ja. Później na chwilę pojawił się On; rozbłysło światło, z którego wyłoniły się niebo i ziemia.

Fala z hukiem rozbiła się o skały, odrzucając mnie od brzegu, wyjący wiatr – wygnał w głąb lądu. Uciekałam coraz dalej, lecz gdzie nie dotarłam, wiatr też docierał, a z nim deszcz. I chlupot. Ziemia pokryła się roślinnością. Wpierw wyrosła trawa, szumiąca przy najlżejszym powiewie, potem krzewy i drzewa o szeleszczących liściach.
Z lasu, dudniąc kopytami, wybiegło stado rogatych stworzeń, za nim kilka skowyczących kudłatych drapieżników. Ptaki z wrzaskiem i furkotem wzbiły się w powietrze. Gnana z miejsca na miejsce, traciłam nadzieję. Wtem z gliniastego dołu wygrzebał się człowiek, płosząc wszystkie zwierzęta. Milczał. Jednak gdy tylko się doń zbliżyłam, zasnął, a z jego boku wyrosła kobieta. Po chwili zbudziła go i od razu znowu się połączyli. Westchnienia, jęki i słowa, słowa, słowa. Wkrótce, wrzeszcząc, urodziła chłopca, a ja, odepchnięta, wzniosłam się nad chmury.
Pierwsze pojawiły się piski, krótkie i samotne. Z czasem dołączyły dzwonki, zgrzyty, syki, i słowa, i krzyki, rytmiczny stukot, basowe dudnienie. Dźwięki przeplatały się, łączyły i dzieliły, rozciągały, wznosiły i opadały. Uciekałam wciąż wyżej i wyżej, lecz szmer tła stale się wzmagał.

Grzmot trąb zagłuszył wszystko, przestrzeń zaroiła się od maszyn, warkoczących i świszczących – wtedy na chwilę powrócił On. A gdy wybrzmiał huk eksplozji, pozostałam tylko ja.

.......................................................................................................................................................

Symbeline
Uwertura do nocy czerwcowej


Uii... Uiii... Gałczyński jeszcze słyszał wiatr przeciskający się między okiennicami gajówki, choć właśnie zajmował miejsce w środkowym rzędzie sali koncertowej przy boku swojej pięknej małżonki. Stuk... stukstuk stuk stuk... Kulki gradu... A nie, to perły z rozerwanego naszyjnika Natalii potoczyły się między rzędami krzeseł. Chciał rzucić się do zbierania ale żona powstrzymała go ruchem ręki. Na scenę bowiem wszedł już dyrygent Kazimierz Wiłkomirski, pod którego batutą dziś, jak przed laty, pofruną pomiędzy ludzi dźwięki koncertu fortepianowego H-dur Apolinarego Szeluto. Usiedli. Natalia w czarnej, obcisłej sukience sięgającej za kolana i krótkim białym bolerku wyglądała zachwycająco.
Pierwsze dźwięki umknęły Konstantemu zajętemu obserwowaniem wrażenia jakie uczyniła jego żona. Magiczne ruchy batuty pana Kazimierza powoli jednak wprowadziły go w trans. Pam, pam papam... Aaa.. Aaa.. lalala – „ W mroku gwiazd” poeta zatracił się całkowicie. Łagodnie sunął, nieomal płynął, nurzał się wręcz w nastroju tworzonym wspólnymi siłami muzyków, dyrygenta i kompozytora. Nie zauważył kiedy zaczął kołysać się do taktu, pomrukując melodię.
- Ciii.. - rozległo się naokoło. Konstanty zamilkł skonsternowany ale magia muzyki pochłonęła go znowu i porwała za sobą. Pląskania fortepianu, buczenie wiolonczeli, szum drzew i srebrne światło księżyca. „Noc jak bas... Księżyc wysoko jak sopran” Delikatne tremolo wybrzmiało po raz ostatni. A Gałczyński wciąż słuchał...

_________________________________________________________________________

Przekroczony limit znaków, czyli - zgodnie z obietnicą - teksty pod kreską.
(Nie, żeby to miało znaczenie wielkie - po prostu zostaną omówione na końcu).

Kostek666
Koncert eksperymentalny


Albert stanął na scenie, wyciągnął z futerału saksofon, wziął go do ręki i czule pogładził gładką powierzchnię. Przyłożył do ust, palcami delikatnie musnął każdą klapkę, po czym dmuchnął mocno w stroik. Instrument wydał z siebie zduszone skrzypnięcie zmieszane z chrapliwym buczeniem. Saks trzeszczał jeszcze przez dłuższą chwilę. Albert cierpliwie znosił jego dąsy, zawsze wcześniej lub późnej dogadywali się. Tak stało się i tym razem. Zagrali kilka dźwięków, czystych jak dzieciństwo, delikatnych jak ciepły letni deszcz. Melodia była prosta i przyjemna, dźwięk płynął, daleko, daleko. Publika słuchała w milczeniu.
Ciągle słyszał ten głos. Trudno było zrozumieć jego dziwną mowę, jeszcze trudniej przetłumaczyć wszystko publice, ale nauczył się. Teraz pozwalał by właśnie On prowadził jego palce, poruszał ustami i wypełniał siłą płuca. On przemawiał przez Alberta i wiedział czego chce. Dźwięk stał się twardszy. Ciął, chłostał, warczał. Był jak pełna buntu młodość. Dźwięki zlepiły się, to już nie był deszczyk, to była ulewa, prawdziwa burza. Strumień jazgoczących przedęć chlusnął i zalał otaczający świat. Wcisnął ludzi w siedzenia, wprawił w drżenie salę. Duch ogłaszał wszem i wobec. Oto jestem.
Albert skończył grać, publika wstała, wszyscy klaskali. Muzyk ukłonił się i podszedł do mikrofonu. Eksperyment uważam za udany – powiedział – wysłuchali państwo pierwszej, publicznej improwizacji, stworzonej przez program Ghost 2.0. Jestem androidem.
Na sali zapanowała pełna konsternacji cisza.

.......................................................................................................................................................

Wolfie
Czarownik a człowiek radziecki


Agent KGB, Nikolai Boczarow, wskoczył na stół, miażdżąc zastawę obcasami eleganckich butów.
– Jesteś, ku**a, trupem! – ryknął wściekle.
W odpowiedzi na to zapewnienie Feliks, siedzący na krześle naprzeciw sprowokowanego agenta, uśmiechnął się delikatnie. Pozostali uczestnicy bankietu niczego nie zauważyli – byli całkowicie zaabsorbowani widowiskiem, wykonywanym przez ukraińskich tancerzy-kaskaderów, którzy w szaleńczym tempie tańczyli kozaka. Ich kroki były dokładnie obliczone na unikanie płomieni, którymi zionęły urządzenia pirotechniczne. Zespół muzyków grał Kazaczoka, zmodyfikowanego na potrzeby spektaklu. Energiczna melodia, płynąca z radzieckich skrzypiec (li, li, li!), tuby (du, du, du!) oraz reszty instrumentarium, w połączeniu ze żwawymi gwizdami (fiuu! fiuuu!) i donośnym śpiewem pary wokalistów zagłuszała inne dźwięki.
Boczarow rzucił się naprzód.
Feliks złożył palce obu dłoni w skomplikowany znak, czarnoksięski karakter. W ułamku sekundy szarżujący napastnik rozsypał się w aksamitnie czarny ni to dym, ni to pył.
Feliks wychylił kieliszek wódki, palcem wskazującym kierując ulotne pozostałości agenta do popielniczki. Wstał od stołu i skierował się do dwuskrzydłowych drzwi, zadowolony, że wreszcie dorwał Boczarowa. Boczarow bowiem prowadził śledztwo w sprawie zniknięć informatorów KGB, które cuchnęły siarką i diabelskimi praktykami. Agent odkrył zbyt wiele, więc musiał przestać... być.
Gdy odźwierny zamykał drzwi za Feliksem, spektakl dobiegł końca i raptownie zapadła cisza.

.......................................................................................................................................................

Kruger
Częstoskurcz


Krótki, urywany oddech. Żebra boleśnie gniotą płuca, serce szaleje.
Na blacie leżą gotowe iniektory. Nie wiem, którego użyć, nie jestem lekarzem a medicomp od dawna jest martwy. W stacji umarło już wszystko, co było automatyczne, jeszcze tylko ledwie dychający musicker. Aż dziw, że jeszcze działa. Pewnie dlatego, że już dawno go nie używałem.

SEKCJA SMYCZKOWA MODERATO MIAROWY SZELEST W TLE.
MOTYW GŁÓWNY SEKCJA PERKUSYJNA ENERGICO ARYTMICZNA KAKOFONIA BĘBNÓW.
SEKCJA DĘTA INDECISO PIPNIĘCIA PICCOLO I BLEKNIĘCIA FAGOTÓW TWORZĄ DODATKOWE NIEHARMONIJNE UZUPEŁNIENIE.

W tej sytuacji musicker jest bezużyteczny, ale i tak podłączam jego mikrofony do skóry w pobliżu serca. To nadzwyczajne urządzenie, pamiętam jak zachwycałem się nim dawno, dawno temu. W innym życiu.
Musicker nie tylko odtwarza muzykę. Potrafi też wspomagać autora przy jej tworzeniu a nawet tworzyć samemu w oparciu o zadane parametry. Potrafi muzykę przekonwertować, rozpisać jeden utwór gitarowy na… na przykład na kwintet jazzowy. Potrafi nawet rozpisać bicie mego starego serca na pełną symfonię.

SMYCZKI CALANDO PRZECHODZĄ W URYWANE FRAZY.
DO SEKCJI DĘTEJ DOCHODZĄ TUMULTUOSO INSTRUMENTY KLAWISZOWE KRÓTKIMI AKORDAMI.
SEKCJA DĘTA STRINGENDO.
TRĄBKI FEROCE.

Jak to rozumieć? Jedno przyspiesza, drugie zwalnia. Co mam wziąć? Rozbiegane oczy próbują się skupić na strzykawkach. Dopomina, digoksyna, epinefryna…

WE WSZYSTKICH SEKCJACH URUCHAMIANE KOLEJNE INSTRUMENTY DOPEŁANIAJĄC PEŁNE BRZMIENIE SYMFONII.
SEKCJA DĘTA W PEŁNI NA ODMIENNE TEMPA PICCOLO DOLOROSO FLETY TRISTE KLARNETY RAPIDO FAGOTY IMPETUOSO.
MOTYW PRZEWODNI NIEZMIENNY SEKCJA PERKUSYJNA BARBARO TRÓJKĄTY I TALERZE NIWECZĄ OSTATNIE ECHA RYTMU SEKCJI.
KULMINACJA.
WSZYSTKIE SEKCJE CALANDO.
TERMINE.
CALMA.

.......................................................................................................................................................

KONIEC
So many wankers - so little time...

Bebok

Post autor: Bebok » pt, 26 mar 2010 10:42

Murai-san
Betty


Kilka wrażeń i spostrzeżeń:

1. Całość złożona ze zdań podobnej długości. Czyta się przez to jednostajnym tempem, bez większego zaangażowania, emocji. Przydałoby się łamać rytm.

2. Tekst przegadany, znaczy zbędne i wymyślne określenia, rozwlekające zdania, a niewiele lub zgoła nic niewnoszące.
(...) uznała za stosowne powiercić się na swoim krześle (...) miałam wątpliwą przyjemność usłyszeć (...) Więcej wrażeń sensualnych (...)
Podkreślone nic nie wnosi, moim zdaniem, poza dysonansem.

3. Dysonans. Z jednej strony makabryczność wydarzeń i przekleństwo:
(...) skurwiel (...)
z drugiej monotonna narracja i zwroty dające wrażenie dystansu narratora, ironii czy flegmy nawet:
Betty najwyraźniej odzyskała przytomność, gdyż uznała za stosowne powiercić się na swoim krześle i powyć głucho przez dławiący ją knebel. (...) koszmarnego wrzasku.. o ile w tej kategorii mieści się wibrujący w uszach jazgot, który miałam wątpliwą przyjemność usłyszeć. (...)
4. Kilka przykładowych zwrotów, moim zdaniem nieudanych:
Szorstki sznur... ani myślał puścić
Znaczy sznur myślał, ale o czym innym.
chorej melodyjce
Jak brzmi chora melodyjka? Kaszle? Pociąga nosem? :>
Ta specyficzna kakofonia
Zaimek zbędny.
Czym przejawiała się specyfika tej kakofonii? I od drugiej strony: jakie są cechy kakofonii w ogólności, których ta nie miała?
Poza tym, ale to może być kwestia mojego subiektywnego odbioru, ale ja kakofonii nie słyszałem. Dźwięków za mało i nie dość przykre.
miałam wątpliwą przyjemność usłyszeć
Ja to widzę tak, że wątpliwą przyjemność to się ma, wdychając cudze gazy, a nie będąc świadkiem tortur. Znaczy, nieprawidłowo użyty zwrot.
Daleko mu było do zmysłowego altu Bett, a nawet czegokolwiek innego, co mogło znaleźć ujście w ustach człowieka.
Zmysłowy alt i koszmarny wrzask, znaczy jazgot, to nie to samo, wiadomo, ba, jednemu daleko do drugiego (który zwycięża, zależy od dyscypliny). Ale kiedy było słychać ten alt - gdy Betty wyła przez knebel?
Wydaje mi się też, że dźwięk może znaleźć ujście z ust człowieka a nie w nich.
Muszę w tym miejscu zapytać, kto był torturowany - Betty czy narrator? Początkowo założyłem, że Betty, ale na jakiej podstawie? A, resztki jej krtani, ale one pojawiają się pod koniec tekstu. Do tego momentu na dobrą sprawę nie wiadomo, kto krzyczy, kto się posikał. Krzyk utożsamiłem z Betty, urynę - z narratorem. Ale silnych podstaw do tego raczej nie miałem.
wrażeń sensualnych dostarczyły mi resztki jej krtani
Wystarczą same wrażenia.
Były związane razem, jak zakładam, skoro resztki krtani Betty narratorka miała na policzku. Ale wcześniej nic na to nie wskazywało, znaczy na taką bliskość ofiar.
A wszystko to, żeby było weselej, przy akompaniamencie warkotu piły motorowej. Na szczęście sielanka nie trwała zbyt długo
Weselej? Sielanka? Te zwroty nijak nie pasują do tematu tekstu, burzą i gryzą, i leją czytelnika (znaczy mnie) po pysku
Ale rodzą też pytania, zwłaszcza sielanka wespół z omdleniem narratorki.
Czy to żebra narratorki pękły? Na to wskazuje stwierdzenie o końcu sielanki. Może też oznaczać po prostu utratę przytomności, a więc kontaktu z tą sielanką. Ale właśnie, jak to jest?
A jeśli to narratorka została pokrojona piłą, jak jej się udało opowiedzieć historię z użyciem narracji w czasie przeszłym?

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 26 mar 2010 13:02

Czy i tym razem tekst miał się zaliczać do fantastyki? Czytam kolejno teksty i w wielu nie ma jej wcale.

Kostek666

Post autor: Kostek666 » pt, 26 mar 2010 13:11

W sumie to drobiazg, ale mi wychodzi, że mój tekst ( bez tytułu, ten jak rozumiem się nie liczy) ma 1499 znaków i inaczej wyjść nie chce. Z ciekawości przeliczyłem tekst Wolfi i ten ma 1500 znaków. Czym Małgorzato liczysz ilość znaków? Jak możesz, podaj program wraz z oznaczeniem wersji, będę na przyszłość liczył tym samym.
Ostatnio zmieniony pt, 26 mar 2010 13:25 przez Kostek666, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
kiwaczek
szuwarowo-bagienny
Posty: 6042
Rejestracja: śr, 08 cze 2005 21:54

Post autor: kiwaczek » pt, 26 mar 2010 13:18

Odpowiedź na to, nie ukrywajmy, tradycyjne wielce pytanie znajdziesz w innych wątkach w tym dziale.
I'm the Zgredai Master!
Join us young apprentice!
Jestem z pokolenia 4PiP i jestem z tego dumny!

Kostek666

Post autor: Kostek666 » pt, 26 mar 2010 13:27

Jeśli dobrze pamiętam, tam jest napisane Wordem i OO. Ja liczyłem Wordem. Myślę, że zależnie od wersji może inaczej liczyć, ale się nie upieram.

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 26 mar 2010 14:22

Masz 1505 znaków (oczywiście bez tytułu).

Word.exe --> Wklejasz tekst --> Narzędzia --> Statystyka wyrazów.

Kostek666

Post autor: Kostek666 » pt, 26 mar 2010 14:28

Podaj, proszę, wersję Worda. Ja mam W 97 i wygląda na to, że moje podejrzenie jest trafne - każdy inaczej liczy. Oczywiście, liczę tak jak napisałaś - za pomocą statystyki wyrazów.

Awatar użytkownika
Młodzik
Lord Ultor
Posty: 4743
Rejestracja: wt, 10 cze 2008 14:48
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Młodzik » pt, 26 mar 2010 14:42

Na razie przeczytałem tekst Murai-sana, dlatego że zobaczyłem komentarz Beboka :).

Poza wadami wymienionymi przez Beboka, dodam jeszcze błąd w konstrukcji postaci. O ile Betty zachowuje się jak na ofiarę bestialskiego morderstwa przystało, o tyle postawa narratorki jest niemożliwa. Nikt, absolutnie nikt nie jest tak w stanie reagować. Jedyny wyjątek stanowi wojna, podczas której psychika ludziom tak się wykrzywia, że potrafią kpić z własnej śmierci.
Narratorka razem z przyjaciółką została porwana przez psychopatę, jest związana i zakneblowana i na dodatek przysłuchuje się mordowaniu koleżanki. Czy w ten sposób powinna reagować? Ironią i znudzeniem? Nie wie gdzie jest i co się dzieje. Normalny człowiek byłby zdezorientowany i przerażony.
Nie wiadomo też dlaczego zostały porwane i zabite. Być może morderca był takim psychopatą jak "bohater" "Halloween", problem w tym, że on również zachowywał się nielogicznie.

Przy okazji: w tekście nie ma za grosz fantastyki (chyba że do fantastyki zaliczyć fantastyczną kreację narratorki :P).

Edit był.

Bebok

Post autor: Bebok » pt, 26 mar 2010 15:01

Wyklęty
Poznać melodię


Kilka wrażeń i spostrzeżeń:
Słyszał pustkę
Nie mam pewności, czy to błąd, czy nie, w sieci tak na szybko odpowiedzi znaleźć nie mogę, google nader niechętnie pokazują wyniki dla "słyszał/słyszeć pustkę". Mnie to razi, bo pustka to nie dźwięk, a w takim razie, skoro nie słychać nic (pustka jako cisza), to winno być: nie słyszał pustki, tak jak np. nie słyszał Heńka. Jednak jeśli słyszał pustkę, bo ta wydaje jakieś dźwięki, to wypadałoby je dookreślić, bo ja nie mam pojęcia, jak brzmi pustka.
Słyszał pustkę, czuł wibracje kadłuba, w który stukała.
Pustka stukała w kadłub? Nic stukało w coś?
Najpierw cicho, powściągliwie… stuk, stuk, stuk… Nagle dźwięki zmieniły się w dzikie staccato stuk! stuk! stuk!
Czyli staccato różni się od nie-staccato interpunkcją, tu wykrzykniki, tam przecinki? :)
dudnił ładunek, drum! drum!
Moim zdaniem drum nie pasuje do dudnienia. "R" w drum sugeruje, że dźwięk nie powinien być czysty, a dudnienie jednak wyobrażam sobie jako czyste. Drum to raczej warkot.
Ale przedtem… przedtem pozna tajemnicę wszechświata! Dzięki tej melodii zrozumie… zrozumie wszystko!
No, nie wiem. Wydaje mi się, że tą samą muzykę, lub bardzo podobną, usłyszałby uczestnicząc w katastrofie na Ziemi.

Przyznaję, mam szczątkową wiedzę z fizyki, ale sprawdziłem i wyszło mi, że supernowa to określenie eksplozji.
jego statek zostanie zmieciony przez wybuchającą supernową, w której środek go skierował
Znaczy, statek kieruje się w środek wybuchającej eksplozji. Czy podkreślone to nie pleonazm?
W każdym razie, dlaczego
Gwiazda wybuchła.
później?
do jego uszu doszedł dziwny, pusty dźwięk.
Do tego niewyobrażalny, to znaczy nie do wyobrażenia. Dla mnie, przynajmniej. No bo jak brzmi pusty dźwięk? To taki, którego właściwie nie ma?
Tak musi brzmieć śmierć. Cicho, smutno, ale z gracją,
Śmierć brzmi zatem pusto a jednocześnie cicho. Czyli jak? A do tego z gracją i smutno.
Ech, może się czepiam, ale serio wyobrażam sobie po prostu ciszę, bo czym innym może być pusty dźwięk? Ale czy cisza to dźwięk? To chyba sprzeczne.

Przeszkadzają mi obcojęzyczne wtręty, nie rozumiem ich. Musiałbym każdy sprawdzić. Nie twierdzę jednak, że to błąd, bo może to prostu mi nie pasuje. Z kolei te wszystkie stuki, psssty drumy i bumy wywołują uśmiech :)

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 26 mar 2010 15:06

Kostek666 pisze:Podaj, proszę, wersję Worda. Ja mam W 97 i wygląda na to, że moje podejrzenie jest trafne - każdy inaczej liczy. Oczywiście, liczę tak jak napisałaś - za pomocą statystyki wyrazów.
Microsoft Word 2000 ;)

Spam off.

Awatar użytkownika
terebka
Ośmioł
Posty: 606
Rejestracja: ndz, 13 lip 2008 23:56

Post autor: terebka » pt, 26 mar 2010 15:51

Skoro już jesteśmy przy tekście Beti Murai-sana, to czegoś w nim chyba brakuje, co ujęte zostało nawet w ograniczeniach. Mógłby mi ktoś wskazać chociaż jeden wyraz dźwiękonaśladowczy w tym tekście? Nawiasem mówiąc nie zauważyłem ich również w Magicznym proszku Xiri. Dalej jeszcze nie czytałem.

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 26 mar 2010 16:05

terebka pisze:Mógłby mi ktoś wskazać chociaż jeden wyraz dźwiękonaśladowczy w tym tekście?
Jest ich sporo:

trzask skobla
przeciągły wizg zawiasów
trzeszczenie przy naprężaniu
deszcz bębniący o dach
wibrujący w uszach jazgot
warkot piły motorowej
chrzęst pękających żeber

Kakórg
Sepulka
Posty: 74
Rejestracja: pt, 13 lis 2009 16:59

Post autor: Kakórg » pt, 26 mar 2010 16:11

U Xiri:

trzaska
szeleszcząca
dudni
zgrzytem
Chrzęszczą
syczy
Zgrzytają
bulgocze
Jazgoczą
trzaskają
Szumią
szemrze
szeleszczę

U Murai-Sana:

trzask
wizg
trzeszczał
jazgot
warkotu
chrzęst

Co najmniej tyle ;)

EDIT: Jak się Kakórg śpieszy, to się Skrzypek cieszy - przeoczyłem u siebie paskudne powtórzenie :/
Zły Kakórg

ODPOWIEDZ