ZWT5: Dopóki krople umysłu... - prace

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 25 mar 2011 16:17

Wyjaśnienie mnie do końca nie przekonuje, Marcinie. Rzecz w tym, że o ile skojarzenia OK (nie żeby inne były niedobre, nie), o tyle interpretacja to coś więcej niż proste skojarzenia. Dopóki świadomość się tli, będę... co? – temat implikował zarówno dokończenie zdania (lub sugestię rozwijającą), jak i wskazanie, co jest zagrożeniem dla świadomości. I mnie się nie do końca udaje to zauważyć. Zmiana świadomości jest w Twoim tekście, zgadza się. Konsekwencje i sugestia, że to zagrożenie – już niekoniecznie. Ale – jak powiedziałam – to ja nie widzę. :P

Nieważne, bardziej istotne jest zepsucie fabuły, IMAO. :)))

Następny tekst, bo mi się zapodział.
BMW do tablicy, "Antenaci" na stół.

Eksperyment z narracją w czasie teraźniejszym widzę. I mnie się podoba ta próba.
Parę drobiazgów mi się jednak rzuciło w oczy podczas lektury.
Pilot pojmuje powagę sytuacji
Mogłeś sobie darować. Cuchnie mi łopatologią.
Barak szpitala praktycznie nie istnieje. Z trzykondygnacyjnej konstrukcji sterczy jedynie, ścięta pod skosem, połowa wewnętrznego przepierzenia.
Tu już ktoś wspominał, że coś jest nie tak? Mnie się zdaje, że to nadszczególarstwo zwiodło Cię na manowce, Czterokołowy. Bo jeżeli połowa przepierzenia jest ścięta pod skosem => to chyba nie jest połowa, tylko część tej połowy, która została ścięta? Tak czy siak, wystarczyło wskazać, że zostały tylko resztki przepierzenia wystające ze sterty gruzów – i miałbyś z głowy. Niech sobie czytelnik wyobraża sam. Przecież widział, jak wyglądają ruiny. :P
Pilot podchodzi bliżej i szepcze:
- Mirm. Słyszysz mnie?
(CIACH, ŻEBY NIE CYTOWAĆ DUŻEGO KAWAŁKA)
- Przy generatorze. Idź i sprawdź - nalega twardym głosem Mirm. - Poczekam tu na ciebie. Nigdzie się przecież nie wybieram.
O tym już też wspomniano. Jeżeli chciałeś zamordować dramatyzm tej sceny, tragizm kochanków i takie tam, to udało Ci się koncertowo, BMW. Ta kobieta zachowuje się jak operowa diva – gada i gada, jeszcze tylko przed śmiercią wyciągnie wysokie c, koloraturę doda... i git będzie. Ślicznie, patetycznie, teatralnie. Przegiąłeś, Autorze. Przesłodziłeś, przeładowałeś patosem – wyszło sztucznie, niemal śmiesznie, nieporadnie, infantylnie. Jak dla mnie, afektacja taka to zły pomysł. Zwłaszcza, że narracja jest beznamiętna, faktograficzna (co, bynajmniej, zarzutem nie jest) – kontrastem byłyby emocje w dialogu, żywe, naturalne, ludzkie – nie przejaskrawione i przez to sztuczne. Rozumiem, że musiałeś wprowadzić emocjonalność do dialogu, bo beznamiętność narracji nie dawała możliwości, wypadły z niej przecież bezpośrednie stwierdzenia opisujące emocje, stany wewnętrzne postaci, ale da się poprowadzić relację zewnętrzną, zdystansowaną, a jednak sugerującą emocje. Np. dziewczynka płacze – sugestia dla odbiorcy, że dziewczynka jest np. smutna. Tak się po prostu robi dystans emocjonalny – baśnie, najstarsze z opowieści, uczą nas choćby i tego. :P
Dlatego ta afektacja w dialogach jest, IMAO, niepotrzebna.
Nie mogąc znieść widoku, krzyczy przeraźliwie.

Niezręcznie użyty imiesłów czynny. Zdanie do przeróbki, IMAO.
Podchodzi do niej.
Podchodzi – i chwatit’.
Złotowłosa unosi się na łokciu i patrzy na zgliszcza bazy.
Używanie takich określeń w narracji faktograficznej wydaje mi się także zbyt afektowane. I zbędne.
Dziewczyna wybiega myślami w daleką przyszłość.
A w jaki sposób to się objawia? :P

Pomysł typowy dla złotego wieku SF, a narracja fajna. Gdybyż tak jeszcze uniknąć tej pensjonarskiej afektacji! Mnie ona denerwuje... Ale może to mój gust tylko.
Nie bardzo też widzę związek z tematem. Owszem, dopóki mamy świadomość, dopóty będziemy zdobywać ten świat – można się doszukać takiej interpretacji, ale... jakoś tak daleko od tematu, bo przecież nie świadomość jest tu ważna, lecz raczej ciągłość genetyczna. Nowy Adam i Ewa, początek ludzkości, to raczej kwestia genetycznego i fizycznego przetrwania i rozwoju, nie końca => nie te skojarzenia, a raczej: niezupełnie te skojarzenia, jakie, IMAO, generuje temat warsztatów.

Ale utwór. Wolałabym, co prawda, więcej – może epizod przynajmniej – jak do decyzji, by opanować planetę w sposób biblijny doszło, czemu to takie ważne czy też może nieważne, ale inne względy na takiej decyzji zaważyły => więcej okoliczności istotnych dla fabuły, uszczegółowień fabularnych chciałabym. Pewnie dlatego, że to zmusiłoby Cię, Autorze, do skrócenia melodramatycznej sceny w ruinach baraku szpitalnego. :P
No, i brakuje mi ewidentnie kontrastu: początek upaja technologią, więc na końcu warto podkreślić, zwrócić uwagę odbiorcy, że technologii juz nie ma. Tak dla zasady (dotyczącej strzelby na ścianie). :P
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
BMW
Yilanè
Posty: 3578
Rejestracja: ndz, 18 lut 2007 14:04

Post autor: BMW » sob, 26 mar 2011 10:26

Małgorzata
Mnie się zdaje, że to nadszczególarstwo zwiodło Cię na manowce, Czterokołowy
Teraz to widzę dokładniej. Tyle że trochę za późno.
Jeżeli chciałeś zamordować dramatyzm tej sceny, tragizm kochanków i takie tam, to udało Ci się koncertowo, BMW
A więc jednak w czymś jestem dobry.:)
Nie bardzo też widzę związek z tematem. Owszem, dopóki mamy świadomość, dopóty będziemy zdobywać ten świat
O, bo w tym przypadku związek jest baaardzo luźny. I mam tego pełną świadomość.
Tak naprawdę temat, który opisałem, brzmiał dla mnie: "Dopóki krople umysłu spływają po białej kości czaszki Mirm (o ile kobietę udałoby się uratować), mamy (ludzkość) szansę na bycie kimś innym, niż teraz". Ale zamiast pramatki Mirm, trafiła się nam Evaan. Czy to lepsze, czy gorsze? Temat do przemyśleń.
Ale utwór.
To ja się cieszę za taką klasyfikację.
Wolałabym, co prawda, więcej
Ja też. Jestem zdaje się lepszy na dłuższym dystansie.:)
A przede wszystkim dziękuję za celne (jak zwykle) uwagi.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » sob, 26 mar 2011 19:39

Cieszę się, że się przydało omówienie. No, to kolejne, bo czas leci...

Ellaine do rzeźni zapraszam.
"Ostatnia znana myśl" pod nóż.

To jest utwór oczywiście. Temat zrealizowany również. I co z tego? Ani trochę mi się nie podoba to opowiadanie. Dlaczego? Nie dlatego, że temat nudny i banalny (dramat kobiety, którą mąż zdradził z innym mężczyzną, nie jest jeszcze stereotypem ani też nie musi nim być), nie dlatego, że językowo to porażka (bo język jest w porządku jak najbardziej), ale dlatego, że dwie istotne kwestie spadły u Ciebie, Autorko, na margines. Fantastyka i temat. O fabularnej usterce też warto napomknąć.
Po pierwsze temat. Jest marginalny, poboczny – nie w fabule, ale jakby nieco obok niej. Ostatnia myśl bohaterki dotyczy tematu zadanego na WT, ale ostatnia myśl bohaterki, choć sygnalizowana tytułem i wynikająca z treści („zahaczona” przez podsłuchany przez bohaterkę dialog) wyskakuje z fabuły na mocy Autorskiego chciejstwa. Bo tematem tej opowieści była, jak wskazuje rozwój zdarzeń, zdrada męża i co z niej wynikło, czyli morderstwo w afekcie => opisywane z perspektywy zdradzonej kobiety, czyli powinien to być po prostu dramat obyczajowy. Zakończenie i kwestie świadomości/myśli to wysilone wyciągnięcie z fabuły tego, co nijak dla tej fabuły nie jest ważne. I to mi nie odpowiada.
Po drugie fantastyka. U Ciebie, Ellaine, jest elementem li tylko zdobniczym. Jest mag, jest międzyczas. A jakby ich nie było, czy to by coś, cokolwiek, zmieniło? Gdyby Harlem spotkał maga na ulicy, gdyby koleś był po prostu szarlatanem-astrologiem-wróżką-twórcą horoskopów, etc. i nie przechodził w międzyczas, tylko normalnie wychodził drzwiami, czy wpłynęłoby to znacząco na fabułę? Czy w ogóle by wpłynęło? Odpowiedź jest prosta – nie. Co więcej, widać to gołym okiem, nie trzeba się zastanawiać – ornamentacja sztuczna, wciśnięta w tekst i tyle. Po co zatem się wysilać na maga, skoro to zwyczajna obyczajówka?
No, i jeszcze zasadnicze pytanie, gdzie się rzecz dzieje? Nie mam pojęcia. Współczesny język nie przeszkadza i nie jest zarzutem, ale skoro współczesny język został użyty, wówczas quasi-epokę wypadało jakoś opisać. Gdyby to miało znaczenie, oczywiście. W Twoim opowiadaniu, Ellaine, nie ma to znaczenia – fantastyka w ogóle jest nieistotna, opisywać świata nie warto zatem również. Pewnie dlatego nie ma opisu żadnego. Doceniam tę szczerość podejścia, naprawdę. Ale to nie zmienia mojego rozczarowania przy lekturze.
Daleka też jestem od stawiania zarzutu o brak tła, bo w takiej uniwersalnej przestrzeni (jak na scenie Grotowskiego), można rozegrać wspaniałe przedstawienie tylko aktorem – ostatecznie, aktor jest najlepszą dekoracją sceny. Problem w tym, Ellaine, że Ty nic nie rozgrywasz. Pokazujesz zrozpaczoną kobietę, przywołujesz retrospekcję zdarzeń, które doprowadziły do tej rozpaczy, po czym pokazujesz śmierć bohaterki. Relacja zdarzeń bez żadnej konkluzji. W tle przypadkowa fantastyka i pretekstowe zakończenie, które służy tylko realizacji tematu, wraz z przywołanym dialogiem, ale do zdarzeń jako takich ma się słabo.
Po trzecie – i najbardziej zabawne – element konstytutywny dla dramatu wymknął się z tekstu, na co już zwrócił uwagę Neularger. Gdyby nie Wasza dyskusja, miałabym problem z samodzielnym dojściem, co właściwie zobaczyła narratorka i co nią tak wstrząsnęło, że złapała za siekierę. Znaczy, fabularna obsuwa jest także. Ale to tak na marginesie, bo ten błąd nie wydaje mi się ważny po lekturze.
Ważne zdaje mi się, że nie wypełniasz umowy Autora z Czytelnikiem, Ellaine. Obiecujesz coś innego, wychodzi coś innego, a po lekturze pozostaje jedynie irytacja, bo czuje się, że coś jest nie tak, tylko nie do końca wiadomo w pierwszej chwili, co.
Taki zwodniczy tekst. Wszystko w nim jest, ale tak naprawdę – nic ciekawego znaleźć nie można.
Dlatego mi się nie podoba ani trochę.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Post autor: No-qanek » pt, 01 kwie 2011 20:13

Margot, już tak mało ci do końca zostało...

(Jednoosobowy tłumek motywacji i popędzania mode on!)
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » ndz, 03 kwie 2011 23:24

Jeszcze chwilę, jakoś nie mogę zebrać myśli... :P
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
podzjazdem
Dwelf
Posty: 505
Rejestracja: śr, 21 mar 2007 07:58

Post autor: podzjazdem » pn, 04 kwie 2011 07:08

Dziękuję za komentarze, Małgorzato i No-ganku.
"Podniebną krucjatę" znam, ale o inspiracji raczej ciężko mówić w tym przypadku. Błąkała mi się po głowie postać błędnego rycerza raczej, takiego może i nie całkiem obecnego w swoim ciele i otaczającej go rzeczywistości.
Cóż, jak widać, nie do końca wyszło mi to, co chciałem. :-)
Osusz skrzydła, bracie. Na mokrych od łez daleko nie zalecisz...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 08 kwie 2011 18:41

Może zatem tylko echo inspiracji. :)))

No, to kolejna praca, bo nareszcie udało mi się zebrać myśli. I skończyło się na popisach wokalnych...

<niecosopran kolateralny mode/on>
Bardzo śmiesznie jest umierać, kiedy żyć byś chciał.
Nosić miano Oliviera, kiedy jesteś Brown.

<niecosopran kolateralny mode/off>

Po lekturze ogarnął mnie Wzorzec i przejął kontrolę, skojarzenie wypalone w pamięci zeszłego stulecia zaanektowało przestrzeń pojęciową mojego umysłu. I oto rozpoznaję znaki, widzę symbole, obejmuję problem nie linearnie – na osi przeszłość-przyszłość, lecz horyzontalnie – w nieskończonej teraźniejszości, gdzie nie istnieje uszeregowanie, gdzie zdarzenia splatają się w kalejdoskopową mozaikę chaosu wolnego od łańcuchów przyczynowo-skutkowych i ograniczeń czaso-geometrycznych, gdzie nie ma Euklidesa i nie ma Newtona. W tym obszarze nieciągłości każda interpretacja jest możliwa – jedyną barierę stanowi język, ostatnia przeszkoda i największe wyzwanie, a wtedy pozostaje tylko...
Wdech.
Od długich zdań można dostać zadyszki.
Tak mi się skojarzyło po przeczytaniu „Poetyki” Thoro.
A ponad tym wszystkim czuję, że rozlewam się, rozlewam coraz dalej i coraz prędzej. Ciągów skojarzeń bez ustanku przybywa i nie wiem już, co interpretować. Za wiele tu sensów; ale strumień nie może się przecież zatrzymać, bo każda myśl odwołuje się do innej myśli, a ta opowiada o innej myśli – i tak bez końca. Umysły, wśród których tonę, nie działają wertykalnie, lecz horyzontalnie, operując nie wzdłuż problemu, lecz wszerz wielu innych; za dużo tu zmiennych, danych i możliwości. I paradoksalnie, dopiero w tej powodzi widać, jak niewiele tematów, obracanych na wszelkie sposoby, zaistniało przez wieki – że opowiadamy wciąż o tym samym, ale za każdym razem inaczej. I dryfuję pośród tych historii i nic już nie rozumiem, czy może raczej, rozlana, rozumiem wszystko, a więc nie rozumiem nic.
Dlaczego zawsze, gdy pojawia się choć wzmianka o typie myślenia wychodzącym poza proste łańcuchy przyczynowo-skutkowe, musi ona być podana tonem Wielkiego Odkrycia, Objawienia niemal, z uderzeniem dzwonu patosu w tle? Zawsze mnie to śmieszy, bo nie widzę w tym stylu myślenia nic nadzwyczajnego. Równie głupie to, jak rozróżnienie stylów myślenia wg płci. Litości!

Ale nie o tym chciałam – to wrażenie marginalne było.

Powiedziałabym, że to impresja, gdyby nie fabuła (no, powiedzmy...). Ale tak naprawdę wzbraniam się przed klasyfikacją, bo tekst mnie bezgranicznie wkur...zył. Jest tu cała masa nawiązań – zaczynając od strumienia świadomości (brawa za interpretację terminu), na semiotyce kończąc (prosto od Eco). Znaczy, teoria literatury w całej okazałości, czyli tytuł „Poetyka” jest kluczem interpretacyjnym. Tylko do czego?
Nie do fabuły, bo fabuła – pretekstowa i nijaka, a na dodatek niespójna – jest nieważna.
Do zrozumienia nawiązań zapewne. Znaczy, jest klucz, a czytelnik ma szukać zamka – taka łamigłówka. Nie mam nic przeciwko łamigłówkom, gry intertekstualne też lubię, a tu jest nawet nie inter- a metatekstualność (z braku lepszego określenia). I to wszystko jest OK. Włącznie z bardzo fajnym zabiegiem wtrąceń, by zaznaczyć równoczesność relacji – to mi się podobało szczególnie. Bardzo elegancko stylistycznie rozegrany strumień świadomości w tym dosłownym rozumieniu, jakie narzuciłeś, Autorze. Naprawdę, znakomite.

I właśnie dlatego mnie tak wkur...zyła cała reszta.

Głupie potknięcia językowe wskazał już No-qanek. Polecałabym przyglądać się rodzajom części mowy, które mają tę kategorię gramatyczną – to zwykle ułatwia stylizację. Wszystek i oczywista przeszłyby bez wpadek, gdyby się przyjrzeć właśnie rodzajowi... :P

A skoro jestem przy języku, to jeszcze parę drobiazgów.
Wiem tylko, że mój umysł rozlewa się wzdłuż i wszerz po okolicy i pełznie po jej powierzchni bez pośpiechu
Oj... Okolica (która, jak się okaże później jest plątaniną strumieni myśli) ma powierzchnię. Po mojemu, Autorze, czysty bełkot.
Pierwsza myśl, wylana, kiedy jeszcze czułam, była jak kropla, co uderza o taflę jeziora
Porównanie w porównaniu - o jedno za dużo. To pierwsze, IMAO.
Niezręczne, niespójne złożenie - wylewanie kropli?
miecz, świszcząc, wycinał haniebną posoką wzory w powietrzu, i że sekundował mu nieustępliwie topór, który dzierżył krasnolud

A tu poetyckość zawiodła Cię, Autorze, na manowce języka.
Ale z każdą chwilą czuję, że tracę świadomość, która rozlewa się szybciej i szybciej, szumiąc niczym wiosenny strumyk
A to, Autorze, jest zwyczajna i wulgarna łopatologia. Fuj!
i szybko stała się myślą wszystkich, dokąd tylko sięgnęły jej fale: waszą myślą.
I do kogo narratorka się zwraca? Zważywszy na jej stan i okoliczności, to ja przepraszam, ale ta apostrofa do odbiorcy jest zupełnie od czapy. Gry tekstowe grami tekstowymi, ale adresat tutaj jest bez sensu. Tytuł "Poetyka" zobowiązuje, Autorze.

Nie język jednak tu zawiódł, nie. Wręcz przeciwnie – do języka nie mam szczególnych zastrzeżeń. Zgrzeszyłeś konstrukcją, Autorze. A raczej jej niedoróbkami.
Po pierwsze, narratorka. Nie rozumiem, po co się zwraca i do kogo. Na dodatek nic, ale to nic mnie ona nie obchodzi. Sztuczna jest ta narratorka, absolutnie obojętna i nijaka. I papla. Zupełnie jak ja we wstępie do tego omówienia.
Narratorka gada, ale nie o umieraniu, bo umieranie jest tylko pretekstem, żeby sobie mogła paplać o rozlewaniu się w strumieniu świadomości „zbiorowej”, o myśleniu nielinearnym (czy, jak wolisz, Autorze, horyzontalnym), o stereotypach ze strzelanek w typie „DragonAge” pod Crecy (dlaczego akurat to – nie wiem i nie będę się zastanawiać, bo historia mnie brzydzi) czy przywołaniu mitu o Ikarze (po jakiego grzyba?! – jak pada „poetyka”, to Ikar wyłazi automatycznie, a przynajmniej tak mi wynika, bo Ikar jest tu równie potrzebny jak dziura w zębie, ale bez jej logicznej genologii). Nijak się nie mogę do tej narratorki ustosunkować, bo zwyczajnie nie wiem, czemu ona w ogóle umiera – plącze się w zeznaniach, do tego zero emocji – więc jak mam się przejąć? I nie, plątanie się narratora bezpośredniego nie stanowi zarzutu, Autorze. Zarzutem jest, że po lekturze nie mam pojęcia, po co w ogóle kwestia, skąd się narratorka wzięła, została poruszona – a powinnam wiedzieć. I nie, wyjaśnienie, że to dla podkreślenia, jak bohaterka traci siebie, nie będzie tu miało zastosowania, bo utratę tożsamości rozgrywasz w strumieniach świadomości zupełnie inaczej. Wychodzi mi, że tutaj wcisnąłeś elementy, które mają mnie przekonać, że to tekst fantastyczny, SF nawet, ale zapomniałeś jakoś zamknąć ten wątek rzeczywistości, którą narratorka zostawiła za sobą.
Po drugie – fabuła. Nie jest zarzutem, że pretekstowa, zaledwie zalążek – bynajmniej. Jest zarzutem natomiast, że niedokończona. Miała stanowić fundament, punkt wyjścia dla tytułowej poetyki śmierci. Ale nie stanowi, bo wrzuciłeś trzy różne wersje początku, które nic nie wyjaśniają – równie dobrze można się było bez nich obejść. Znaczy, narratorka umiera, przyczyny tego stanu są niejasne – ale nic z tej niejasności nie wynika, tu się sprawa urywa, bo zaczyna się lekki skręt i już nie umieranie jest tematem, lecz...
Po trzecie, czyli utrata tożsamości. Narratorka umiera i się nie boi ani nie cierpi - i to rozumiem.
Och, więc tak właśnie się umiera.
To dziwne. Nie jest tak, jak sądziłam – nie czuję strachu, (ciach!). Nie czuję bólu, ale przecież nie umieram w sposób, który mógłby boleć; na pewno nie ciało, duszę – już bardziej. W ogóle odczuwam coraz mniej. Nie ma kolorów, zapachów ani dźwięków; rozmyły się. Wiem tylko, że mój umysł rozlewa się wzdłuż i wszerz (ciach!) i odpływa ode mnie, choć przecież wciąż w nim jestem i też płynę.

Zapowiedziałeś zatem, Autorze, że będzie coraz bardziej obojętnie, bo wraz z rozpadem świadomości indywidualnej, jednostkowej, zanikają emocje i odczucia. OK.
I nagle wiem, że nie chcę tak skończyć, nie chcę zgniąć w ocaenie nosnesnu, zaopmniana i opuczszona

Nagle znowu świadomość i emocje się pojawiają. Problem w tym, że przez cały tekst nie ma wzmianki, że narratorka walczy, że próbuje coś z siebie ocalić – wręcz przeciwnie, biernie się daje unosić nurtom, opisuje je z dystansu, bez własnej refleksji, reportażowo.
A tu nagle taka aktywność. Sprzeczna, IMAO.
Może warto było jednak oprzeć koncepcję na próbie ocalenia siebie – obrony przed rozpłynięciem się w strumieniu świadomości zbiorowej, archetypiczno-symbolicznej. Miałbyś wtedy, Autorze, dramat w pigułce, a paplanie narratorki zyskałoby wymiar i ważność. Obojętność zapowiedziana na starcie spartaczyła zakończenie.

Przywołałeś też Eco, Autorze, więc zwróć uwagę, jak w powieści, z której wyciągnąłeś motto, zdarzenia fabularnie istotne stają się pretekstem dla wykładu o symbolach i tropach, jak te zdarzenia są zarazem ilustracją, przykładem praktycznym omawianych kwestii np. znaczeń symboli, powiązań między podstawowym i metaforycznym znaczeniem, etc. Nie jest tak, że stary i młody (jakże archetypiczna para) łażą (quest) po bibliotece (biblioteka to labirynt, a labirynt to symbol świata, ergo: biblioteka to świat – instant) tak sobie – jest tu cały wątek kryminalny z nawiązaniami do historii literatury pośrednio i bezpośrednio => jest spójna fabuła. I jest długi wykład o nazwach i znaczeniach, który ilustrowany jest zwrotnie tym, co się dzieje w fabule właśnie.
U Ciebie zabrakło tego sprzężenia zwrotnego, jak mi się zdaje.
Dręczy mnie także, że ta poetyka – poza strumieniem świadomości – jest taka (czy ja wiem?) sproszczona. Zabijanka, Ikar. Jakby w archetypach, stereotypach i symbolach nic ciekawszego nie można było znaleźć...
Ale to już mój gust niepodległy i może w ogóle nieważny.

Nie wątpię, że to utwór, choć irytujący mnie spłyceniem. Temat zrealizowany, choć mnie się zdaje, że tak ledwie-ledwie: dopóki krople umysłu..., to co, Autorze? Będę żyć, czy umierać?

<niecosopran kolateralny mode/on>
Chciałbyś słońca, musisz moknąć,
myśląc: w to mi graj.
Nie umieraj, Pinokio,
jeszcze jedną noc trwaj!

<niecosopran kolateralny mode/off>
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
thoro
Sepulka
Posty: 43
Rejestracja: wt, 11 sie 2009 22:12

Post autor: thoro » pt, 08 kwie 2011 21:23

Dopóki krople umysłu, dopóty będzie trwać opowieść.
Do zrozumienia nawiązań zapewne. Znaczy, jest klucz, a czytelnik ma szukać zamka – taka łamigłówka. Nie mam nic przeciwko łamigłówkom, gry intertekstualne też lubię, a tu jest nawet nie inter- a metatekstualność (z braku lepszego określenia). I to wszystko jest OK. Włącznie z bardzo fajnym zabiegiem wtrąceń, by zaznaczyć równoczesność relacji – to mi się podobało szczególnie. Bardzo elegancko stylistycznie rozegrany strumień świadomości w tym dosłownym rozumieniu, jakie narzuciłeś, Autorze. Naprawdę, znakomite.
Dziękuję za pochwały, przy czym jednocześnie odpowiem, czemu narracja jest taka rozwlekła i też miejscami patetyczna: chodziło o sprzężenie formy z treścią. No a ten patos się tak niepostrzeżenie wkradł, a potem uznałem, że może zostać, by kontrastował z końcówką.
I do kogo narratorka się zwraca? Zważywszy na jej stan i okoliczności, to ja przepraszam, ale ta apostrofa do odbiorcy jest zupełnie od czapy. Gry tekstowe grami tekstowymi, ale adresat tutaj jest bez sensu. Tytuł "Poetyka" zobowiązuje, Autorze.
Zwraca się narratorka do odbiorców bezpośrednio, bo interferencja nurtów działa w obie strony: jej pojawiają się obrazy z innych nurtów, inni muszą słuchać jej opowieści, co starałem się zaznaczyć tutaj, w cytowanym przez Ciebie zresztą fragmencie:
[Myśl] wpadła prosto w akwen innych myśli – których nie myślałam, a które myśleli inni – i szybko stała się myślą wszystkich, dokąd tylko sięgnęły jej fale: waszą myślą.
Dalej:
Nagle znowu świadomość i emocje się pojawiają. Problem w tym, że przez cały tekst nie ma wzmianki, że narratorka walczy, że próbuje coś z siebie ocalić – wręcz przeciwnie, biernie się daje unosić nurtom, opisuje je z dystansu, bez własnej refleksji, reportażowo.
A tu nagle taka aktywność. Sprzeczna, IMAO.
To miał być taki ostatni zryw. Chociaż rzeczywiście, zaznaczywszy próbę walki narratorki, wywarłbym pewnie większy efekt.
Dręczy mnie także, że ta poetyka – poza strumieniem świadomości – jest taka (czy ja wiem?) sproszczona. Zabijanka, Ikar. Jakby w archetypach, stereotypach i symbolach nic ciekawszego nie można było znaleźć...
Poetyka, ponieważ tekst jest, co oczywiste, opowieścią o opowieściach. Tu miało się także ujawnić, kim jest narratorka, czemu przez cały utwór przywoływałem motywy związane z tworzeniem, czemu exegi monumentum, czemu Eco, czemu celowo stereotypowe fabułki. Narratorem jest twórca, autorka; jej opowieść rozlewa się na czytelników, sprawiając, że przez pewien czas myślą, jak bohaterka im każe, jak każe im każdy autor.

Twórca opowiada historię i dochodzi w pewnym momencie do wniosku, że już nie może powiedzieć o niczym nowym, bo o wszystkim już przecież powiedziano, więc schodzi głębiej, ku archetypom: ku Ikarowi. Wcześniej już pojawia się konkluzja, że można tylko opowiadać stare historie na nowy sposób.

Problem w tym, że już za późno. Kiedy narratorka chce, jak wielu autorów przed nią, pozostawić po sobie wieczny ślad wśród czytelników, jej opowieść się urywa. A więc:
Dopóki krople umysłu..., to co, Autorze? Będę żyć, czy umierać?
Dopóty będzie trwać opowieść.

Tak o tym myślałem, pisząc. Jak już wspomniałem, przy wcześniejszych zarzutach, obawiałem się bardzo, że przeszarżowałem; teraz martwię się jednak, że kilku rzeczy nie sprecyzowałem. Może trzeba było się lepiej przyłożyć do tych fabułek, które nieco za beztrosko skleciłem.

Co do wytkniętych błędów językowych, kajam się z pokorą. I niezmiennie dziękuję za komentarz. :)
sam już nie wiem.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » sob, 09 kwie 2011 00:05

Thoro pisze:Narratorem jest twórca, autorka; jej opowieść rozlewa się na czytelników, sprawiając, że przez pewien czas myślą, jak bohaterka im każe, jak każe im każdy autor.
Problem w tym, że aby się dostać do tego strumienia - co wynika z tekstu - bohater/narrator musi umierać. Umieszczasz zatem kwestię w sferze żywym niedostępnej, odniosłam wrażenie, że te strumienie myśli należą do umarłych lub umierających (użyłeś pojęcia "interferencji", to dlatego zapewne) - spolaryzowałeś mi odbiór i skojarzenia.
Do tego - nijak nie widzę w tekście choćby sugestii istnienia autora (podkreśliłam w Twojej wypowiedzi). To już, niestety, chciejstwo... :P
Znaczy, apostrofa nadal nieuzasadniona w tekście, IMAO.

edit: Doprecyzowanie.

**********************************************************

Złączywszy posty - kolejne omówienie poniżej.
Następny tekst wprawił mnie w konfuzję. Radioaktywny, do tablicy. Podobnie jak wcześniej Toporniczka, proszę mi wyjaśnić, ile z tego jest Twoje, ile pochodzi z mitologii i czy na pewno nordyckiej.
Proszę też o wyjaśnienie formy imion - dlaczego taka?

A niezależnie od kwestii inspiracji i retellingu, beznadziejnie zepsułeś spójność fabularną, Radioaktywny. Kompozycja otwarta nie oznacza, że to kompozycja niespójna. Bynajmniej.

Ale zacznijmy od początku.
Technicznie rzecz ujmując to gawęda (pieśń - nie pieśń, ale utwór epicki ze zwrotem do odbiorców i zarysowanym tłem/okolicznościami opowieści, gdy pieśń jest opowieścią, wygląda mi na gawędę - jakkolwiek to pokręcone - bo pieśń w rozumieniu teoretyczno-literackim bardziej mi pasuje do innego typu utworów).
No, i jest okoliczność zewnętrzna, rama dla opowieści (tytułowej pieśni) - bard (skald pewnie) oznajmia, że teraz zaśpiewa, po czym śpiewa.
Opowieść jest o pewnym maniaku, który chciał być najmądrzejszy we wszechświecie, więc został mózgożercą. Wyżerał ludziom mózgi, aż w końcu został pokonany przez depresję - a raczej Depresję, bo to uosobienie było, kobieta. I jak dotąd fabuła jest OK.
Potem następuje morał opowieści - nie wolno w swej pysze starać się o tytuł najmędrszego, bo tylko Odyn jest mądry.
Yyy...
Tu mi się przestało wiązać. Motto z innej bajki to jest, proszę Autora, opowieść nie tego dotyczyła.
I na zakończenie okazuje się, że to Odyn (ów najmądrzejszy z mądrych) opowiadał/śpiewał.
Yyy...
Jak taki mądry, to mógł przypowieść lepszą wymyślić do morału.
A na dodatek zastanawiam się od razu, w jakim celu została ta pieśń wygłoszona domniemanym słuchaczom? Z jakiego powodu Odyn we własnej osobie zstąpił z Asgardu, by śpiewać sobie peany?
No, próżnia fabularna nagle mi się otworzyła przed oczyma czytelniczej wyobraźni mojej niewielkiej.

A po drodze potknęłam się na paru zdaniach.
Hugrmungát był także niewolnikiem swej żądzy, a było nią pragnienie wiedzy.
Niewybaczalnie brzydkie to jest. :P
Lecz wojownik ten był o spaczonym spojrzeniu
Niś fersztejen.
napojenie plugawego żołądka

Chociaż żołądek się napełnia, to jednak nie poi się go i nie żywi...
Czy bogowie przenicowali Yggdrasill, czy postawili jesion na głowie
Ups. Nijak nie potrafię przyjąć, że drzewo można przenicować lub postawić na głowie. Niezręcznie tu jest bardzo.
bleh
Tej onomatopei w języku literackim, zwłaszcza archaizowanym, znaleźć niepodobna. Anachronizm, jak mi się zdaje.
Gdy mężczyźni hartują mięśnie swych ciał, my hartujemy mięśnie swych myśli.
No, tu poszło po bandzie. Początek przeciwstawienia to nadopis, ciąg dalszy - nonsens, IMAO. Przegiąłeś, Autorze. Wystarczyło bez konkretyzacji wskazać, że faceci hartują/ćwiczą ciało, a kobiety - umysł. I po sprawie, bo abstrakty dobrze wychodzą w patetycznych porównaniach. Konkrety są trudniejsze w obsłudze, niestety.
Lecz nie mógł cofnąć tych kropel, które spłynęły mu już do środka ciała
Przekombinowałeś, Autorze. Ewentualnie - do wnętrza ciała, czyli wnętrzności, czyli zwykle żołądka i przydatków, flaków - prościej rzecz ujmując, ale... Ale jak spływa, to do gardła najczęściej. :P
Na dodatek później pada:
Ja już jestem we wnętrzu twojej czaszki
No, to w ogóle nijak środek ciała, jak mi się zdaje.
Rozumiem skrót - połknął i poszło do mózgu w normalnym procesie odżywiania, oczywiście. Ale jakoś tak niedobrze zabrzmiał ten środek ciała, by teraz nagle wnętrze czaszki wyskoczyło.

Niedobrze mi się czytało, język stawiał mi opór, Autorze. Drętwa ta archaizacja wyszła, IMAO. Przegiąłeś w poetyckość, ale nie panowałeś wystarczająco nad słowem.
Nad spójnością opowieści - również nie.

Temat - realizacja połowiczna, ale jest. Uważam, że to tekst, bo ma potwornie zepsutą spójność zakończenia.

**********************************************

No, to dalej.
O pracy Uzimana napisano wcześniej wszystko, co ważne. Że eatrie pisać należy małą literą, że szwankuje obrazowanie (polana i pokój, że tak przypomnę), że ergonomia do bani (za dużo hipnozy, za mało fabuły) oraz że elementy koncepcji nie łączą się spójnie. I przede wszystkim, że to scenka, nie utwór.
Wypada zatem tylko krótko dodać, dlaczego.
Zaczynasz, Autorze, od pokazania hipnozy, czyli sposobu na uzyskanie eatrii. Po czym eatrie są uzyskane i bohater idzie do domu. Żadnych problemów, żadnych intryg, żadnych zaskoczeń. A fabuła winna mieć przynajmniej jeden z tych elementów, dobra - wszystkie trzy i jeszcze trochę.
Poza tym narrator. Na początku oszukujesz, że to, co czytamy, jest narracją – tymczasem jest kwestią dialogową => wypadało zacząć od myślnika lub zasugerować jakoś, że jest to coś, co narrator słyszy. Bo narrator jest pierwszoosobowy, bezpośredni. Co wcale nie oznacza jednak końca zastrzeżeń.
Wiedzieliście, że umysł też się poci? (ciach) Spytacie...
Powyższe wygłasza nieoczekiwanie narrator właśnie.
I nie wiadomo, czemu, jaki to ma sens, że narrator wie o obecności odbiorcy. Tak sobie koleś wyskakuje z apostrofą nijak nieuzasadnioną. I proszę nie powoływać się na XIX wiek – wtedy powieści zaczynało się od „Drogi Czytelniku...”, więc dalsze apostrofy miały jak najbardziej pełne osadzenie w fabule i kompozycji.
Znaczy, konstrukcja bez sensu, sklecona byle jak. Fabuły praktycznie brak, więc do utworów raczej trudno zaliczyć prezentowany tekst.
Ograniczenie i temat – zrealizowane słabo, Autorze.

edit: Zauważyłam swój błąd - apostrofy mi się pomerdały.
Zaraz zacznę bredzić znowu...
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Post autor: No-qanek » sob, 23 kwie 2011 16:56

Małgorzatko, tak mało ci już zostało...

(powinni mi płacić za to popędzanie, praca na pełny etat!)
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
Hunter
Mamun
Posty: 143
Rejestracja: wt, 12 kwie 2011 17:21

Post autor: Hunter » pt, 06 maja 2011 20:43

Mogłoby coś ruszyć... :)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » sob, 31 gru 2011 04:26

Coś się ruszy, bo w tzn. "międzyczasie" doczytałam zaległe prace (dwie).

No-qanek: więc było tak Krzysiu
Niewiele powiem własnymi słowami, bo mam nieodparte wrażenie, że już to znam, tylko w lepszej wersji – bez Krzysia i Beatrycze (fragment lepszej wersji poniżej).

Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną
chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka
to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach
(...)
Tak czy owak musiałeś zginąć (...) nie byłeś do życia
wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką
żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery
łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś
nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś


Nie mam zielonego pojęcia, Nq, gdzie zrealizowałeś temat – poza tym, że użyłeś słów-kluczy ze wzmiankowanego tematu (O, biedny Joriku!, czyli czaszka, łzy też, kość chyba też). Po tak długim czasie dystans do Twojego tekstu mam niezmierzony, ale i tak nic nie rozumiem. Nic a nic. Nie wiem, po co tam Krzyś i kto to Krzyś (i nie, nie mam szans się domyślić, bo wszystko, czego się domyślę, będzie nadinterpretacją), Beatrycze też nijak mi się nie mieści nigdzie. Dokąd ten tekst zmierza – nie pojmuję, o czym jest i gdzie się dzieje (w tym najszerszym rozumieniu pojęcia świat przedstawiony/uniwersum) - nie wiem. Nawet nie umiem się zorientować, kto z kim rozmawia. I czemu taka forma? Nawiązania chyba rozpoznałam. Celu nawiązań – nie.
Zwyczajnie i po prostu: tekst poza moim zasięgiem. Interpretacja jest dla mnie niemożliwa.
To co mam powiedzieć?

Czarnykot: Czaszka
Co więcej, był (Czaszka - przyp.mój) pewien, że cała reszta to zgraja idiotów, natomiast on jest prawdziwym geniuszem zła.
Czaszka, w rzeczy samej, był prawdziwym oryginałem.
W rzeczy samej. Albowiem geniusz zła (prawdziwy) to oryginał (prawdziwy). Jest w tym logika, ale chyba nie ta prawdziwa...
Imię jego wzięło się od tego, że był... czaszką. Chroniła ona jego mózg
Problem w tym, że czaszka mózgu nie ma. Ale to pewnie antropocentryzm, tymczasem tym tekstem rządzą inne zasady. I inna logika obrazowania. Ta logika. Wspomniana wcześniej.
- Dopóki krople... A nie, ta kwestia została zabroniona przez Wyższą Instancję. Hmm... – Zawahał się, lecz zaraz rzekł – A więc, dopóki krople [***] [***] [***] [***] [***] [***], dopóty będę próbował opanować Wszechświat!
<Wyższa Instancja mode/on>Zaprawdę, zapytuję Cię, Autorko: czego nie zrozumiałaś z "ABSOLUTNY zakaz cytowania"?<Wyższa Instancja mode/off>
Żeby było jasne, mnie się ta próba obejścia podoba - zabawna jest, kreatywna. Ale chyba nie wypaliła. :P
W galaktyce Systema Digestorium, w układzie skoncentrowanym wokół gwiazdy Intestinum Crassum krążyła mała planeta zwana Anus.
Rozumiem, że miało być zabawnie. Dlatego galaktyka nazywa się Przewód Pokarmowy, układ to Jelito Grube, a planeta to Odbyt. Ha-ha. Czemu to nieśmieszne? Pewnie dlatego, że nie mam poczucia humoru. I nie widzę powiązań z resztą tekstu, osadzenia nijakiego nie potrafię się doszukać – przekrętu, kontrastu, czy choćby kontekstu... Yyy... Może chodziło o łacinę? Nadal nic śmiesznego dla mnie. :X
Jej ojciec udał się jakiś czas temu w niesłychanie długą podróż w głąb Wszechświata, zatem ona sprawowała jego funkcję.
Królewna (urzędująca) sprawuje funkcję Wszechświata. To TA logika. Wiadomo, która.
Poczuł, jak wzbiera w nim nieujawniony dotąd pokład czystej miłości.

Pokład wzbiera. A ta logika rośnie w siłę.
Wiedziała jednak, że skoro tak się poniżył, odmowa zrodzi na nowo truciznę obecną w jego sercu
A teraz konfrontacja z początkiem-przedstawieniem bohatera:
Imię jego wzięło się od tego, że był... czaszką
Miało nie być antropocentryzmu. Miał być czachocentryzm.
Ta logika zadziałała pewnie.
Czaszka miał w sobie nieodparty urok łobuza.

A to wynika z tekstu, rzecz jasna? Nie? No, to TA logika, w rzeczy samej.

Ta logika rządzi spójnością opisu, jak widać. I chyba nie tylko opisu...
Fabuła nie ma zakończenia (pretekstowa czy nie, zakończenie mieć musi) - więc to nie utwór, lecz tekst. Miał być humorystyczny. Może był, nie wiem. Mam też podejrzenie, że miał być parodią, ale ponieważ brak spójności w fabule (zakończenia nie ma), to nie umiem powiedzieć, czego parodia to była. W pierwszej chwili miałam skojarzenie "komparatystyczne" (sic!) z poradnikiem pt. "Jak zostać mrocznym panem", ale zdechło szybko, bo wszystko się rozlazło.
Została tylko banalna historyjka, która nie eksploatuje ani trochę postaci (?) Czaszki. To po co taki bohater, Autorko?
Narrator, który się na początku ze mną fraternizował, zapomniał robić to dalej - źle wytresowany ten narrator. Po co się wychylał? Do tego perspektywę zmienił - z Czaszki na królewnę. Nie wiem, dlaczego. Musi przez ten brak tresury.
Rozlazło się wszystko. Tekst bez celu, bez spójnej koncepcji, bez porządnej fabuły, do tego naruszający ograniczenie. Nawet tytuł nic mi nie mówi...
Język jest ładny. I pełni w tym tekście funkcję maskującą miałkość treści. Niedobrze. :(((

***

No, i teraz chyba koniec. Nie będzie mnie znowu - nie wiem, jak długo. Ale teraz WT niedokończone nie wiszą nade mną. :)))
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Post autor: No-qanek » sob, 31 gru 2011 12:43

Małgorzato, kajam się, tego się obawiałem, że tekst się rozlezie i nic z niego nie będzie wynikać. Bo i też w nim wiele treści nie ma - raczej opis wydarzeń przed śmiercią króla i jego następców/dworu (tak zinterpretowałem temat) i tego, jak mówiący uświadomił sobie swoje prawdziwe intencje. Na ile w tym było treści prawdopodobnie do końca już zasłonił język.

Bo przyznam, że treść była bardziej pretekstem, by użyć tamtego języka, który nagle mnie oczarował. "Tren Fortybrasa" uwielbiam, jak większość Herberta i pewnie trochę na mnie wpłynął, ale nie on był główną inspiracją.

Szkoda, że jednak nic się nim (tym językiem) nie udało przekazać.
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » wt, 03 sty 2012 23:08

Nq, gdzieś po drodze przestałeś opowiadać - treścią są i wydarzenia, i opis przeżyć, problem w tym, że jedno z drugim się nie powiązało jakoś zrozumiale, przynajmniej dla mnie. Przywołałam Mistrza (wielbię Herberta od pierwszego czytania "Pana Cogito"), bo w "Trenie Fortynbrasa" opowiada ciąg dalszy historii powszechnie znanej. Odwołuje się do Szekspira (zakładając twardo, że odbiorca zna tragedię), ale nie wychodzi poza ramy historii opowiedzianej w "Hamlecie" - pozwala tylko jednej z postaci tła wyjść na scenę i dopowiedzieć epilog.

U Ciebie natomiast są odniesienia co najmniej do dwóch utworów (doszukałam się więcej, ale trzymam się oczywistych) - a okoliczności tych odniesień nie zostały wyjaśnione/podane/zasugerowane. Pomieszane konteksty, odwołania, tropy i cytaty - i opowieść się rypła. To trochę jak oglądanie od środka nałożonych na siebie paru filmów - nawet jeżeli to hity znane i oczywiste, ciężko rozpoznać.
Świat przedstawiony czy też tło sytuacyjne u Ciebie rozmył się zupełnie.
W domysłach co-kto-skąd gubi się kwestia, o czym mówi i kto mówi. Brak narratora nie jest zarzutem, ale brak wypełnienia jego funkcji przez mówiącą postać - już tak. :P
Z założenia wątła fabuła (to nie zarzut) padła w niejasnościach (to zarzut).
Dodatkowo utrudniłeś odbiór formą - i nie mówię tu o białej interpunkcji, lecz o przerwach między każdym (z braku lepszego określenia) wersem. Twoja postać gada na zwolnionych obrotach. I wcale nie ułatwia to zrozumienia, o czym gada, nie. Utrudnia ogarnięcie przekazu. (Prywatnie od razu zaczęłam się wkur... denerwować, że nawet graficznie ten tekst ma dziury - no, jest to sposób na głębię, ale chyba niekoniecznie taką, o jaką chodziło, mnie się zdaje). Dodajmy do tego treść, która jest cokolwiek niejasna i...
No, właśnie.
Wymiękłam, Nq. Bo są granice interpretacji, których przekraczać nie wolno. :P:P:P
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Post autor: No-qanek » wt, 03 sty 2012 23:28

Czytając przyszło mi do głowy podejrzenie - a może ja piszę nieświadomie tylko dla siebie. Mam w głowie obraz historii, znam ją i otoczenie i tworze coś, co ma sens tylko pod warunkiem, że jest się mną.
Poważny problem, jak się zdaje.

Tren Fortynbrasa to dzieło genialne i nijak mi do niego. Nie potrafiłbym pięknie spointować znanej historii.

Do nawiązań w tekście źle podeszłaś, one nie mają nawiązywać do całej postaci i rozwijać jej historii (wina w niespójności fabuły, nic dziwnego, że szuka się w nich wskazówek, gdy nie daje ich sam tekst) - ja traktowałem je tylko jako pewien zasób imion. Tak jak ty możesz nazwać kogoś z niezłą krzepą Herkulesem, tak ja nazwałem nieodwzajemniającą miłości kobietę Beatrycze, tyle że na poważnie. Imię jest wynikiem implikacji, samo nic nie implikuje.
Chciałem uniknąć nadawania imion, zastąpić pseudonimami, imionami "roboczymi".

Ale rozumiem, że to tylko wprowadza zamęt, gdy sens najbardziej dosłowny pozostaje niejasny.

Przerwy to wynik naśladowania inspiracji, stacatto dochodzących z opóźnieniem wiadomości z czatu. Głupie z mej strony, nijak to sensu dla stylu nie miało.

Mam tylko jedno pytanie: czy był sens, aby to wysyłać na ZW? Czy gdyby treść miała więcej sensu i udało się ją przekazać, a język uczynić czytelniejszym, pozostając jednak przy eksperymentalnej formie, to czy to mógłby być dobry tekst?
Czy raczej lepiej odpuścić sobie takie eksperymenty, bo nie widać w tym sensu?

(Oj, zdecydowanie zbyt dużo bajtów idzie na ten gniot :P)
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

ODPOWIEDZ