ZWT5: Dopóki krople umysłu... - prace

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

ZWT5: Dopóki krople umysłu... - prace

Post autor: Małgorzata » wt, 01 mar 2011 00:42

Temat: "Dopóki krople umysłu spływają po białej kości czaszki"

Limit: 5 000 znaków

Ograniczenie: absolutny zakaz cytowania tematu w tekście i tytule!

Ograniczenie formalne: forma zamknięta => utwór zakończony, samodzielny, nie część większej całości


Nadeszło ...naście prac. Według mojego Worda, ani razu nie przekroczono limitu, co znaczy, że tresura działa i nie będzie krechy. :P

Proszę Autorów, by sprawdzili, czy nie ucięłam lub nie przekręciłam jakiegoś tekstu. Tak na wszelki wypadek... :)))
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » wt, 01 mar 2011 00:43

Calthia: Krocząc ścieżką życia.

Szum wiatru delikatnie pokołysał gałęziami dębu. Kilka żołędzi spadło na suchą ziemię. Mała wiewiórka chwyciła owoce drzewa uciekając ze swą zdobyczą. Chłopak mocniej przylgnął do ziemi. Nawet nie pomyślał, aby drgnąć. Promienie zachodzącego słońca oblały swym blaskiem krzaki i niskie drzewa padając wprost na lazurowe oczy. Zmrużył powieki skupiając uwagę na celu. Lada chwila dopełni się. Będzie mógł wrócić do domu, jako godny następca swego plemienia. Napiął mięśnie, oddychał jak potrafił najciszej. Czuł jak pot spływa po plecach i skroniach. Zignorował zmęczenie. Wiele tygodni szukał śladów i w końcu je odnalazł. Jako młodzik uważał opowieści starszych za bajki. Róg, który przyniósł jego ojciec z takiej samej podróży przypominał część dzikiego bawoła. Najrzadszego zwierzęcia w lasach Tulus. Nie mniej prawdziwego. W bestię, której nikt nie potrafił opisać, przerażającej a jednocześnie zapierającej dech w piersiach, trudno mu było uwierzyć.
Kilka dni temu dostrzegł na ściółce ślady, których nigdy nie widział. Dała się przyłapać, dostrzec i od tego czasu już nie stracił z oczu owych śladów.
Wczoraj w nocy wyprzedził istotę. Przewidział, dokąd zmierza. Szum rwącej rzeki wyraźnie brzmiał za jego plecami.
Nagle wszystkie odgłosy ucichły. Czas stanął w miejscu.
Zza zakrętu leśnej ścieżki wyłoniła się kobieta. Najpiękniejsza, jaką mógłby sobie wyśnić. Skręciła w stronę rozłożystego dębu. Bose stopy delikatnie stąpały po poszyciu, lekka biała sukienka sięgała kolan. Przysiadła opierając plecy o drzewo. Odgarnęła kasztanowe włosy ukazując szpiczaste uszy. Lekko różowe usta wygięły się w uśmiechu. Zielone oczy utkwiły w zaroślach. Wyprostowała nogi wygładzając sukienkę.
- Nie jesteś leśnym elfem.
Odgłosy powróciły ze zdwojoną siłą. Zacisnął zęby z bólu przyzwyczajając się do hałasu przyrody. Nie drgnął, choć opuścił łuk z naciągniętą strzałą.
- Wiele tygodni mnie tropiłeś. Nie chcesz zostać wodzem?
Znów się uśmiechnęła. Chłopak westchnął mrucząc coś pod nosem. Wstał. Otrzepał ubranie podchodząc do nieznajomej. Przyjrzała mu się. Był wysoki, jak na ludzi to pomyślała, że nawet bardzo wysoki. Krótkie, jasne włosy spocone na karku i te niesamowite lazurowe oczy. Przypominały jej najczystsze niebo. Poprosiła, aby usiadł, lecz nie ruszył się z miejsca. Wzruszyła ramionami.
- Miło mi cię w końcu spotkać Skull Whitebone.
Uśmiechnęła się szerzej na wyraz jego zaskoczonej miny.
- Wiem o tobie wszystko. Jako jedyny ze swego ludu nie wierzyłeś w bestię ukrywającą się w tych lasach. Wszyscy przed tobą właśnie tego szukali. Potwora. Wielu zginęło. Zwyciężyli ci, których wybrałam na wodzów twego ludu. Ostatnim był twój ojciec. Jesteś do niego bardzo podobny.
Chłopak usiadł naprzeciwko kobiety. Wszystko, co mówiła nie mieściło mu się w głowie. Jeszcze przed chwilą chciał sobie wmówić, że ta kobieta nie ma nic wspólnego z legendami. Być może wędrowała przez las i przysiadła odpocząć. A teraz mówi, że to ona stawiała przed jego poprzednikami te wszystkie próby? Zabiła tych, którzy jej nie pasowali?
Gniew w nim narastał. Odruchowo zacisnął łuk w dłoni. Chciał zadać wiele pytań i żądać odpowiedzi. Nim zdołał rzec choćby słowo kobieta podwinęła nogi siadając na piętach. Pochyliła się w jego stronę wyciągając do chłopaka obie dłonie.
- Chwyć je a ujrzysz świat moimi oczami.
Przez chwilę się wahał, lecz w końcu odłożył łuk. Usiadł na piętach kładąc na jej delikatnych palcach swoje wielkie, silne dłonie. Zamknęła oczy i on zrobił to samo.
Ból przeszył jego ciało. Z początku nie mógł wyłapać jego źródła. Ona go prowadziła. Usłyszał kroki mrówek, jakby wojsko zbliżało się w ich stronę, wiewiórkę skrobiącą znalezionego żołędzia – drażniący, wwiercający się w głowę odgłos. Poczuł zapach krwi. Śmierć królika rozszarpywanego w szczękach lisa. Pohukiwanie polującej sowy. Nagle najgłośniejszym dźwiękiem okazał się szum rwącej rzeki. Niemalże brzęczała w umyśle chłopaka.
Cofnęła dłonie.
Powoli uniósł powieki i dostrzegł jak wpatruje się w niego zielonymi oczami.
Podniosła się. Ruszyła ścieżką prowadzącą w dół, ku spływie wodospadu. Bez słowa ruszył za nią. Wkroczyła w chłodną wodę jeziorka. Uniosła głowę spoglądając na lśniący w blasku księżyca wodospad. Dłonią wskazała kamień pod wodospadem.
Skądś wiedział, co ma uczynić. Odrzucił torbę, broń i ubranie. Nagi ostrożnie przeszedł po śliskich kamieniach. Usiadł pod wodospadem krzyżując nogi. Dłonie oparł o kolana. Zamknął oczy.
W umyśle słyszał słowa kobiety. Przebiły się przez szum wzburzonej wody.
- Jesteś człowiekiem prawym. Silnym, odważnym, bez lęku. Będziesz znakomitym wodzem prowadzącym swój lud dbając o świat go otaczający. Będziesz zadawał śmierć zwierzętom tylko, by zaspokoić głód. Nie dla przyjemności polowania. Rzeka Drops Mind naznaczy twe ciało. Dopóki żyjesz Skull Withebone, dopóty lasy Tulus nie będą obawiać się niszczycielskiej siły człowieka.
Słowa ucichły. Czuł zimną wodę spływającą po jego głowie i ciele. Nie drżał. Czuł radość.

**************************************************************

Toporniczka: Świadectwo Hugina

Nie miałem wolnego od tak dawna, że nie wyobrażam sobie nawet, co mógłbym zrobić z darowanym mi teraz czasem. Mój Pan po raz kolejny wyrusza w podróż. Tym razem jednak nie potrzebuje mnie i brata abyśmy, unoszeni północnym wiatrem, zdobywali dla niego cenne informacje. Dzisiaj po wszelką wiedzę Niestrudzony Wędrowiec wyrusza sam. Wraz z Muninem siedzimy więc na gałęzi Drzewa Świata, wielkiego Yggdrasillu, skubiąc czarne pióra naszych skrzydeł i przyglądając się Panu. Do tej wyprawy nie przygotował się we właściwy sobie sposób. Nie przywdział szaroniebieskiego płaszcza i kapelusza z szerokim rondem. Tam, gdzie w tej chwili zmierza, nie będą mu potrzebne. Pozbawiony wody, jedzenia i przyodziewku wystawił się na pastwę mrozu i czasu. Geri i Freki, wierne wilki Wszechojca, nie podążają jak zwykle u jego boku, dumnie przebierając umięśnionymi łapami. Miast tego siedzą pod drzewem skomląc, zmartwione o losy opiekuna. Zorza polarna odbija się w ich zlęknionych oczach, gdy mokrymi jęzorami koją rozpaloną twarz Wielkiego Wędrowca, Pana Zmarłych, zwanego też Panem Powieszonych. On w odpowiedzi otwiera jedyne pozostałe mu oko po to tylko, aby zamknąć je w następnej sekundzie. Utrata jednego z oczu darowała niegdyś Panu zdolność widzenia tego, czego oczy ludzi i innych bogów nie są w stanie ujrzeć. Owa umiejętność okaże się niezbędna w nowej, straszliwej wyprawie.
Moje imię oznacza myśl. Jestem najmądrzejszym z kruków, wiem zatem to, z czego wilki nie zdają sobie sprawy. Choć w piersi naszego Pana tkwi jego własna włócznia, choć do góry nogami zwisa z gałęzi Drzewa Świata, nie ma on zamiaru osierocenia swoich dzieci. Wojownicy, królowie i poeci mogą więc spać spokojnie, gdyż ich opiekun powróci. Przez kolejnych dziewięć dni jednak jego jasne włosy muskać będą zmrożoną ziemię i wrastać w korzenie Yggdrasillu. U kresu tej najtrudniejszej z dróg napotka Ojciec Poległych źródło przeznaczenia i wiedzy, zwane w tych stronach Mimisbrunn. Wtedy nasz Pan, a wraz z nim wszystkie dziewięć podległych mu światów, zmieni się zupełnie. Dopóki jednak dech wciąż tli się w jego piersi, dopóki świadomość kurczowo trzyma się jego jaźni, samolubnie nie chcąc opuścić tego najpiękniejszego z umysłów... dopóty świat pozostaje taki sam, drżąc tylko w trwodze o losy swego umiłowanego boga. Kielichy w Walhalli przestają beztrosko postukiwać, słońce i księżyc wstrzymują żmudną pogoń, gdyż krople przytomności jednookiego Ojca Zwycięstwa wciąż nie spłynęły jeszcze w dół korzeni drzewa, stanowiącego oś komunikacji między światami. Pan milczy. W skupieniu oczekuje zapewne momentu, gdy myśli jego wpłyną do Mimisbrunnu, aby z wartkiego nurtu wydobyć wiedzę tajemną. Zanim jednak Wszechojciec dokona tego bohaterskiego czynu, zanim umrze i narodzi się na nowo, darując ludzkości runy i pieśni, muszę siedzieć tu bezczynnie i, obserwując, skubać czarne pióra.

**************************************************************

Zorckie: Porozumienie ponad podziałami

Oskalpowali. Popatrz tylko: uwzięli się i starym zwyczajem zdarli skórę z głowy. A niech biorą, co mi po łysinie? Ale że nie dobili, nim zaczęli – tego zdzierżyć nie mogę!
Teraz – kiedy straciłem resztki włosów – mam mniej powodów, aby przemykać w strachu między cieniami, zresztą sił zostało mi tylko na czołganie się. Nie, wcale mi nieśpieszno żeby dokończyli robotę, więc za każdym razem gdy usłyszę ich pokrzykiwania, schowam łeb w ramiona i będę udawał trupa. Najwyżej co zapalczywszy kopnie raz czy drugi, przebiegając w poszukiwaniu dalszych ofiar. Polowanie przecież trwa. Przeklęta indiańska rewolta.
To prawda – nikt, nigdy, nie brał dzikusów na poważnie. A że nikt ich nie słuchał, to nawet nie wiem w imię czego i kogo umieram. Nieważne, mówisz? Łeb mnie boli, krew oczy zalewa, nawet cię wyraźnie nie widzę. Przepraszam, ale myśli jakoś nie chcą się poukładać w logiczną całość. Zostało mi tylko pełznąć w poszukiwaniu lepszego jutra. Tak, wiem że nie dożyję, wybacz sarkazm, to chyba reakcja obronna organizmu. Ot, żebym nie umierał leżąc w kałuży krwi i wyjąc za utraconą czupryną, jak choćby ten nieszczęśnik, którego właśnie mijam. Bądź tak dobry i zobacz, oskalpowali go? No tak, jasne, każdego skalpują.
Dlaczego zwalniam? Czołganie przychodzi mi z coraz większym trudem, krew kolejny raz zalewa oczy, czacha dymi z bólu. Mobilizuję już resztki świadomości i uporu, zapomniałem nawet po co tak się wlokę. Tak, wiem przynajmniej gdzie, nie przeszkadzaj.
Chwila… Teraz cicho, muszę poudawać trupa, biegną twoi koledzy. Bądź tak dobry i mnie nie wydaj, dobrze?... Już? Poszli? Dzięki.
A w sumie co z ciebie za Manitou? Co to znaczy pracownik miesiąca? Nie powinieneś pomagać czerwonoskórym bydlak… khm… wojownikom zaciągać mnie na pal męczeński? Nie zasłużyłem? Masz ci los. Ale to chyba dobrze? Dobrze mówisz. Oczywiście że bredzę, przecież umieram. A tak, nie wolno mi jeszcze. Rzeczywiście. Dokąd to ja… Zapomniałem. Nie popędzaj. Bądź tak dobry i wskaż mi drogę. Gdzie? Nic nie widzę cholera. Tędy? Dziękuję.
Cii… Słyszysz? Kto tak chichocze? Czy to ty? Tak, jestem pewny. Chichot.
Hiena? Co do cholery robi hiena w środku miasta? No przestań, nie strasz mnie już, co to znaczy „duchy i te sprawy”? Tak, wiem że tez jesteś duchem, ale ty przynajmniej… Ej! Cholera! Spieprzaj hieno! Precz od moich nóg! Manitou, zrób coś, ona zjada mnie żywcem!
Jaki rytuał przejścia? No ja wiem że wygląda na indiański, ale po co? Przecież ja nie czerwonoskóry! To niesprawiedliwe!
Au!
Przecież nie mogę stanąć przed świętym Piotrem z obgryzionymi łydkami, jak ja się będę prezentował? Jak to bez znaczenia? Jaja sobie robisz? Przestań się śmiać!
Tak, widzę światło. Jesteś pewny że to tam? Nie mogę szybciej, wszystko mnie boli. No dobra już, dobra, przyśpieszę, przestań szczuć tą hienę!
Raz i dwa, raz i dwa. Coraz bliżej. Pomogłoby, gdyby ona tak nie węszyła, rozprasza mnie. No ja wiem, że to nie roboty precyzyjne, niemniej jednak… Dziękuję. Tak, teraz lepiej. Tak, czołga mi się wygodniej.
Raz i dwa, raz i dwa.
Razi mnie to światło. Wcale nie jest takie przyjemne jak obiecywali. A swoją drogą co jest po drugiej stronie?
Poczekaj, poczekaj. Co to znaczy kraina wiecznych łowów? A kto będzie polował na kogo? Wyrażenie takie? Na pewno? Pewnie, chciałbym pójść do klasycznego nieba dla chrześcijan, aniołki, harfy, chmurki i takie tam… Niewierzący? Teraz mi to wytykasz? Kiedy zmieniają się fakty, zmieniam zdanie. A co ty robisz?
Nie, wcale nie uważam że jesteś majakiem. Albo dobra – może i jesteś, ale ta pierdolona hiena nie! Ok, ok uspokoję się. Już blisko. Prawie na wyciągnięcie ręki.
Co to w ogóle za pomysł, żeby nasyłać na ludzi jakieś drapieżniki, zamiast pozwolić w spokoju zdechnąć z wyczerpania… Sam masz głowę szakala? Ale zaraz, podobno jesteś Manitou, to chyba jednak nie ta religia? Jak to bez znaczenia? Znowu to powtarzasz… Nie, nic mi nie mówi zwrot „porozumienie ponad podziałami”. Powiedz, czy to parują właśnie resztki rozumu z mojej głowy, czy po prostu umieram już? Jedno i to samo? Wiesz, byłbym spokojniejszy w takim razie, gdybym napotkał wreszcie jakieś ucieleśnienie wierzeń z kręgu białych ludzi. Tunel i światło? Nie, to chyba nie są stricte „białe” wierzenia, wciskasz mi ciemnotę. No nie, po co zaraz gorejący krzew, ale coś znanego, rozpoznawalnego… Trochę bym się uspokoił, bo wiesz, może nie widać, ale mam tremę… Ok, poczekam.
Co tak długo? Gdzie byłeś? Ta paskudna hiena znów mnie obwąchiwała. No dobra, nie będę się skarżył. No, coś słyszę… Rzeczywiście, brzmi trochę jak chór anielski. Tak, a to – jak trąby sądu ostatecznego.
Przekonałeś mnie. To dalej popełznę już sam.
Dziękuję.
Za wszystko.

**************************************************************

Pinki: Deser

Dziewczyna biegnie ostatkiem sił. Zdyszana, pośpiesznie łapie oddech; nierówny rytm kroków odbija się echem od ścian korytarza, przyjemnie dźwięczy mi w uszach. Jeszcze tylko chwila. Wysuwam się na czoło grupy i widzę, jak w oddali mała postać zatrzymuje się na kilka sekund, opiera o ścianę, po czym podejmuje beznadziejną próbę ucieczki. Nie ma szans. Tak samo, jak dziesiątki – setki, tysiące? – przedtem.

Zaczęło się parę dni wcześniej, w sposób do bólu banalny. Najmarniejszy reżyser filmów klasy B odrzuciłby ten scenariusz jako zbyt oklepany: tajne laboratorium wojskowe w Utah, nieprzewidziana mutacja wirusa, pechowy wypadek przy pracy kilku laborantów. Pstryk – i kilkadziesiąt godzin później cała Ameryka patrzy z przerażeniem, jak spełniają się wizje autorów komiksów i gier komputerowych. Resident Evil na żywo, niech to szlag. Podnoszę rękę i ocieram krew, która od wczoraj uparcie sączy się cienką strużką z rany na czole. Zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe (skoro, powiedzmy to otwarcie, technicznie jestem martwy), ale z zamyślenia wyrywa mnie tryumfalny, gardłowy charkot chłopaka biegnącego za mną. Oho – dziewczyna znowu przystaje, ogląda się przez ramię i niezgrabnie zrywa do biegu. Twarda sztuka. Gonimy ją chyba ponad kwadrans, a dopiero teraz zaczęła wymiękać. Widzę już wyraźnie ciemne włosy, szczupłe ramiona, tenisówki na opalonych nogach. Przyspieszam. Ciekawe, czy byłaby w moim typie?

Problem w tym, że nic nie pamiętam. Całe moje życie – a sądząc po urodzie i kondycji tego ciała było tego ze trzydzieści lat – jakby wyparowało. Miałem farta, że w zdemolowanym szpitalu znalazłem potłuczone lustro. Wiem teraz chociaż, jak wyglądam. Ale reszta? Rodzina, praca, ulubiony kolor i klub piłkarski? Data wybuchu drugiej wojny światowej? Jak smakuje piwo? Czarna magia. Wiem tylko tyle, ile podłapałem z ostatniego komunikatu telewizyjnego, zanim wszystko padło. To tam usłyszałem, że – „zgodnie z archetypowym wizerunkiem utrwalonym w kulturze”, moim jedynym celem jest pożeranie ludzkiego mózgu, a to z uwagi na „obecność w nim substancji silnie pobudzających kubki smakowe mutantów”. No, naprawdę, śmiechu warte. Gdyby chociaż jeden z tych jajogłowych miał jakiekolwiek pojęcie, dlaczego tak zapamiętale ścigamy niedobitki ludzkości. Ale by się zdziwili!

Jeszcze tylko kilka niezgrabnych skoków, i nareszcie – moja dłoń ciężko opada na ramię dziewczyny. Ta niezdarnie próbuje się uwolnić; chwila szamotania, krótki okrzyk, i leży na ziemi. Uśmiecham się szeroko. Chwytam garść ciemnych włosów i wściekle tłukę głową ofiary o podłogę. Raz, dwa, trzy, jeszcze, jeszcze, przestaję liczyć. Słyszę znajome chrupnięcie i trzask. Dziewczyna nie wyrywa się już, spomiędzy pogruchotanych kości czaszki zaczyna wypływać kleista substancja. Teraz szybko, zanim dogoni mnie reszta grupy. Klękam nad ciałem i przywieram ustami do tego, co kiedyś było głową. Przymykam oczy. Jasna cholera, za życia raczej nie byłem narkomanem, ale teraz zaczynam ich rozumieć.

Allison Sky. Siedemnaście lat, młodsza siostra, chłopak – gitarzysta w amatorskim zespole. Pierwszy raz całowali się w maju 2008, było super fajnie, Allie myślała że umrze ze szczęścia, a ja czuję, jak w głowie wybuchają mi fajerwerki. Świetnie trafiłem. Światła gasną, a ja przenoszę się na dyskotekę, gdzie Allie bawi się z koleżankami. Na języku czuję smak wódki z sokiem, wdycham opary papierosowego dymu. Nie ma takiego kopa jak przedtem, ale też jest dobrze. Następna scena: Allie w szkolnej ławce, wściekła, bo facet od historii znowu wstawił jej jedynkę. Rzuca nauczycielowi pełne nienawiści spojrzenie, i… Bingo! Usiłuję powstrzymać zawroty głowy, kiedy oczami nastolatki patrzę na siebie samego. Taak, ogolony, porządnie ubrany, nieuwalany krwią i brudem, ale to zdecydowanie ja. Allie wybiega z klasy, wizja zaczyna blaknąć. Desperacko szukam jakiegoś punktu zaczepienia, próbuję uchwycić szczegóły scenerii – co to za szkoła? Jaka dzielnica? Co jest za oknem? Nie poznaję tej części miasta, widać nie odwiedziłem jej jeszcze po śmierci. Ciemno, coraz ciemniej. Budynek rozpływa się w powietrzu i po chwili siedzę oparty o ścianę szpitalnego korytarza, a na moich kolanach spoczywa roztrzaskana głowa siedemnastoletniej Allison Sky.

Reszta grupy pościgowej oddala się, powłócząc nogami i rzucając mi niechętne spojrzenia. Przykro mi, chłopcy, nie starczyło dla was deseru. Przewracam ciało na plecy i z kieszeni kurtki wyjmuję portmonetkę. No proszę! Jeden rzut oka na legitymację szkolną i już wiem, gdzie wybiorę się dzisiaj wieczorem. Kawałek drogi, ale mam czas. Ktoś w tamtej okolicy na pewno będzie mnie kojarzył. Oblizuję się bezwiednie. Przyszłość wygląda nieźle. Przez kilka chwil znowu będę pamiętał, jak to jest coś czuć. W końcu pewnie znajdę swoje stare mieszkanie. Kto wie, może czeka tam na mnie jakaś rodzina. Żona, dzieciaki – hm, córeczka w stylu Allison? Ucałuję ich śliczne czółka i posmakuję, co o mnie myślą. Czy życie może być lepsze?

**************************************************************

Beton-stal: Sen profesora

Było jeszcze ciemno, kiedy Robert się obudził. Czuł się jednak wypoczęty i rześki, i to pomimo że na jego głowie tkwił ciężki kask. Doczepione do niego gogle zakrywały oczy, a z przedniej części wystawała plątanina przewodów podłączonych do sporego urządzenia stojącego tuż przy łóżku. Robert wymacał kabel sieciowy i wyłączył zasilanie, a potem ostrożnie zdjął toporne nakrycie głowy i usiadł. Przeciągnął ręką po spoconych włosach i uśmiechnął się do siebie. To był ten dzień – dzień pierwszego testu utrwalacza. I choć Roberta korciło, aby od razu podłączyć urządzenie do komputera i odczytać zapis, postanowił odwlec jeszcze ten moment. Prawda była też taka, że Robert najzwyczajniej w świecie obawiał się, czy jego eksperyment się powiódł.
Odkąd parę lat wcześniej przeczytał artykuł profesora Terlacza o rejestrowaniu śladów pamięci krótkotrwałej na podstawie bioelektrycznej aktywności kory mózgowej i hipokampa, stworzenie utrwalacza snów stało się jego głównym celem badawczym. Urządzenie miało wyłapywać początek sekwencji szybkich ruchów gałek ocznych, aby następnie przejść w tryb śledzenia pracy mózgu. Wcześniej jednak trzeba było utworzyć matrycę reakcji neurologicznych danej osoby na określone bodźce wzrokowe.
Po śniadaniu Robert uruchomił komputer i połączył go z utrwalaczem. Odczuwał mieszaninę tremy i podniecenia. Świadomość, że wytrenował się w wybudzaniu ze snu w fazie, w której nie pamięta się marzeń sennych, sprawiała, że czuł się jak dotknięty amnezją reżyser na kolaudacji własnego filmu.
Początkowa ekscytacja powoli zaczęła ustępować rozczarowaniu, w miarę jak Robert oglądał zapis. Wyglądało na to, że urządzenie zawiodło. Owszem, powstało kilkadziesiąt plików wideo, ale większość trwała nie dłużej niż dwie minuty i składała się głównie z rozświetlonych kolorowych plam pomieszanych ze sobą. Po obejrzeniu kilku takich nagrań Robert zdecydował się odtworzyć większe pliki, ale ich zawartość była taka sama. Nie poddawał się jednak, licząc na to, że choć na jednym z klipów utrwali się cokolwiek wartościowego.
Kiedy uruchomił kolejny plik, wiedział, że to jest to. Na ekranie widać było kolorowe smugi, ale już po chwili spośród nich wyłonił się obraz. Pojawił się niewielki pokój o szarych ścianach – wydawał się pusty, ale po zbliżeniu się do poszczególnych miejsc wyłaniały się z niebytu meble i inne elementy wyposażenia. Całość oglądało się z perspektywy pierwszej osoby. "Ja" ze snu krążyło po pomieszczeniu, ale nie jak ktoś zdezorientowany znalezieniem się w nieznanym miejscu, ale jak ktoś, kto w zniecierpliwieniu chodzi niespokojnie bez celu. Kiedy w jednej ze ścian pojawiły się schody, obserwator od razu wszedł po nich do innego pomieszczenia.
Robert wstrzymał oddech. Rozpoznał własne mieszkanie, a kiedy postać ze snu podeszła do stojącego na środku stołu, ujrzał dokumentację utrwalacza snów. Zadziwiła go wierność i realność zapisu, tak jakby wykonano fotokopię jego szkiców i wstępnych obliczeń. Zaraz jednak pomyślał, że skoro opracował urządzenie, to przecież siłą rzeczy znajdowało się ono w jego umyśle – tam, gdzie powstało.
Dalszą część zapisu zajmowały obrazy poszczególnych fragmentów dokumentów i kiedy już Robert chciał przewinąć nagranie do przodu, obraz gwałtownie się zmienił. Postać zaczęła rozglądać się na boki i wyglądało na to, że jest zdenerwowana. W końcu zatrzymała się na wprost schodów, po których wszedł... Robert. Był wyraźnie zaskoczony obecnością intruza.
W tym momencie Robert wstrzymał odtwarzanie. Informacja, że ogląda zapis własnego snu, w którym jest tylko postacią epizodyczną, była dla niego trudna do przyjęcia. W końcu odtworzył dalszą część. Jego fantom i postać uścisnęli sobie dłonie, a następnie rozmawiali krótko. Uwagę Roberta zwrócił wyraz "jego" twarzy – pełen uwielbienia połączonego z uniżonością.
Kolejne ujęcie było zarejestrowane z innego pomieszczenia, ale wciąż było to mieszkanie Roberta. On sam leżał na łóżku – na głowie miał kask podłączony kablami do utrwalacza, a oczy zasłaniały gogle. Przez kilka sekund nic się nie działo, aż nagle postać ze snu zbliżyła się do niego, a na szyi Roberta zacisnęły się dłonie. Walka o życie była dramatyczna, lecz krótka i bezowocna. Kiedy ciało znieruchomiało, obraz przyciemnił się i zgasł.
Robert siedział nieruchomo wstrząśnięty i długo wahał się przed uruchomieniem pozostałych plików. W końcu zebrał się w sobie i odtworzył pozostałe nagrania. Tylko jedno zawierało zapis. Była to chaotyczna i pozbawiona logiki historia, lecz jedna scena zelektryzowała Roberta. Postać ze snu stanęła przed lustrem i można było zobaczyć twarz. Robert zatrzymał odtwarzanie. Znał tę twarz bardzo dobrze. Był to profesor Terlacz – jego fotografia była zamieszczona w czasopiśmie, które opublikowało artykuł. To profesor zasugerował, że jego opracowania mogą posłużyć zapisom snów. "Na pomysł wpadłem we śnie." – powiedział profesor w jednym z wywiadów. "Tak jakbym wykradł gotowe plany."
"I uciszył autora" – Robert zacisnął pięści. Niech tylko znów przyśni się profesorowi!

**************************************************************

Arto: Pięść Boga

Pasją Hana było średniowiecze, a dokładniej broń z tego okresu. Uczęszczał na specjalne zajęcia z fechtunku, które odbywały się w jego mieście - Clouthorn. Właśnie podążał na jedne z nich. Słońce z zapałem rzucało się na jego twarz. Dzisiaj miał przystąpić do egzaminu, który umożliwi mu przejście na wyższy poziom - miał stać się Rycerzem Clouthorn i za pół roku stanąć do walki o mistrzostwo kraju. Szedł żwawo z przytroczonym mieczem do pasa w kierunku sali na rogu ulic Carterry i Tourtell, gdzie prowadzono ćwiczenia. Jego umysł był tak pochłonięty nadciągającym sprawdzianem umiejętności, że ocknął się dopiero przechodząc przez ulicę, kiedy rozpędzona ciężarówka znajdowała się kilkanaście metrów od niego. Światła tira rozbłysły i zmieniły barwę na czerwoną. Kabina pokryła się łuskami i wydłużyła, a spód zderzaka wypluł ostre kły. Opony od środka przebiły ostre pazury. Naczepa rozszerzyła się na boki i spłaszczyła, pokrywając skórzaną błoną. Rura wydechowa zamieniła się w ogon zakończony kolcem.
Han zdał sobie sprawę, że przed nim zamiast nadciągającej ciężarówki jest smok, który szarżował na niego. W ostatniej chwili spróbował odskoczyć, lecz bestia uderzyła go prawym skrzydłem i zwaliła z nóg. Plecy obmyła mu fala bólu, a w głowie wrzało istne pandemonium jakby ktoś wszczepił mu syrenę karetki. Gad przeciął skrzydłami powietrze i zrobił beczkę, gotowy do kolejnego ataku. Niebieskooki dwudziestolatek wychwycił to kątem oka i mimo agonii maszerującej drogę krzyżową po jego ciele zdołał powstać i sięgnąć po broń. Miecz syknął z pasją wychodząc z pochwy. Jaszczur pokryty zielonymi łuskami machnął rogatym łbem i zaczął pikować. Han wciąż będąc w ciężkim szoku uniósł oręż na wysokość ramienia nie bardzo wiedząc, co ma zrobić. Gadzina była już bardzo blisko i w tym momencie chłopak potknął się o kamień. Fart chciał, że wypuścił broń, na którą nadział się smok i dzięki sile rozpędu wrył się w ziemie niedaleko Hana ciężko dysząc i krztusząc się krwią.
- Hurrra! - ryknęło kilkunastu mężczyzn wychodząc z pobliskiego lasu.
Lasu? Świeżo upieczony smokobójca spoglądał, to na nich, to na bestię z rozdziawioną gębą i miną najgłupszego człowieka świata.
- Toć Hanatorius! Zapowiedziany wybawiciel! Pogromca grzechu! Pięść Boga! - wołał facet z imitacją lwiej grzywy na ramionach, podskakując ze szczęścia. Chłopi złapali Hana i zaczęli nim podrzucać w przypływie radości. Kiedy dali już mu spokój i postawili na ziemi ten zapytał gdzie jest.
- Jak to gdzie, drogi panie? W Cleuthornis. Państwo miłościwie władającego Rahtranela. - odpowiedział mężczyzna w pobrudzonej koszuli, który dzierżył widły - Zabiłeś Gladasa! Smoka Karthanisa, który żerował na naszych pastwiskach.
Han rozejrzał się dookoła. Po jego lewej stronie był las, w którym ukrywali się mężczyźni, po prawej rozpościerały się łąki obfite w świeżą trawę, a za nim leżał w kałuży posoki martwy smok z Cartelem we łbie - bo tak nazwał swój miecz. Nagle usłyszał gdzieś w oddali płacz swojej matki i rozejrzał się nerwowo. Nikogo prócz nich nie było w zasięgu wzroku.
- Hanatoriusie, tyś pewno zmęczony po walce. Pozwól mi cię ugościć w mej skromnej chałupie, o dzielny panie - zwrócił się do niego mężczyzna w lwiej kurtce, zapewne jakiś burmistrz czy ktoś.
- Jutro opowiem ci o Cleuthornis nasz bohaterze - zawołał chłop o rudych włosach i czerwonym bulwiastym nosie wyrastającym nad trzydniowym wąsem.
- Jutro miał być ślub, a dziś pannę młodą chędożyli w dziub! - krzyknął ten z przerośniętym kotem na plecach, jednocześnie popychając przedmówcę.
Han patrzył na nich dalej nie wiedząc jak znalazł się w średniowiecznej krainie. Czuł jedynie ucisk na lewym ramieniu, jakby ktoś zakładał mu bandaż i ukłucie na wierzchu prawej dłoni. W głowie słyszał bezustanne pikanie. Miał nieodparte wrażenie, że jest tu po to, aby niszczyć zło…

- Nic się nie da zrobić? - tymczasem płakała matka Hana.
- Niestety jest w śpiączce - odparł smutno lekarz - Umysł wciąż pracuje, lecz nie mamy z nim kontaktu. Pozostaje czekać, aż pani syn wygra…

**************************************************************

Wolfie: Pewnego razu nad Dunajcem

Tkwiąc przed zieloną bramą Parku Strzeleckiego, całym sobą czułem, że tuż za nią czyha niebezpieczeństwo. Mam prawie dwa metry wzrostu, muskuły kulturysty, twarz zbira i duże pokłady pewności siebie, a mimo to drżałem ze strachu.
Klnąc w myślach, przeskoczyłem przez bramę.
Ostrożnym krokiem ruszyłem między szpalerem wierzb. Uważnie badałem okolicę, nie mogąc pozbyć się natrętnych myśli. Między innymi dotyczących nagłówków nowosądeckich gazet: „Policja poszukuje zabójcy”, „Parkowy morderca dopadł dozorcę”. Zastanawiałem się, co mnie podkusiło, by przybyć do tego miasta nad Dunajcem. Trzeba było siedzieć w Krakowie, a przede wszystkim nie mieszać się w sprawy, które przerastają zwykłych ludzi.
Dotarłem na plac zabaw, skąpany w upiornym świetle rtęciowych lamp. Lekko pochylony, na ugiętych nogach zacząłem skradać się między huśtawkami, karuzelami, piaskownicami.
Pół roku temu dostałem zlecenie – dostarczyć paczkę do dziennikarza śledczego, zatrudnionego w krakowskim oddziale TVP. Jako kurier rowerowy zwykle przewożę przesyłki o niezbyt wysokiej wartości – tym razem było inaczej. Dziennikarz chyba mnie polubił, bo zaoferował mi współpracę: byłem odpowiedzialny za wymianę przesyłek między nim a moim wcześniejszym klientem. Wszystko się popierdoliło, kiedy pismak zginął w wypadku. Na kilka godzin przed śmiercią człowiek ten przekazał mi materiały, które wstrząsnęły moim światem.
Nagłe skrzypnięcie sprawiło, że zastygłem w bezruchu.
Na karuzeli, pomalowanej olejną farbą w wesołe kolory, przycupnął kruk.
Wpatrywaliśmy się w siebie nieruchomo.
Ptak wzbił się do lotu. Oczekiwałem w napięciu, aż coś się stanie, lecz w parku panowała cisza. Kontynuowałem więc obchód.
Nagrania, fotografie, sprawozdania, które przekazał mi dziennikarz, zdawały się być czystą fantastyką: zawierały multum teorii spiskowych, a do tego dokumentację dotycząca… istot, które z naukowego punktu widzenia nie miały prawa bytu. Pchany zgubną ciekawością, zacząłem prowadzić własne śledztwo. Kiedy zaczęło się umieranie, a ciekawość przerodziła w przerażenie, było za późno by się wycofać. Jednocześnie dopadło mnie… coś złego, coś, co systematycznie popychało mnie w ramiona obłędu.
Sprawdziłem amfiteatr. Pusto. Skierowałem się do innej części parku…
(one są na placu!)
…kiedy dziwna, obca myśl przemknęła mi przez świadomość. Zdezorientowany, przystanąłem tylko na chwilę…
(na placu zabaw!)
(były niegrzeczne)
– Co to ma być?! – krzyknąłem cienko.
(wyrwiemy im rączki)
– I nóżki. – Szepnąłem wbrew sobie. Krople umysłu, niby łzy, spływały po mojej czaszce, brużdżąc biel kości ohydnymi myślami.
– Idź spać, Janek. Czas na Jana Bez Serca.

Plac zabaw prezentował się inaczej niż kilka chwil temu. Lampy przygasły, sprzęty pordzewiały, w powietrzu unosił się słodkawy, duszący odór rozkładu.
I wszędzie były kruki.
– Kurewsko mnie cieszy, że się wreszcie spotkaliśmy. – Na twarzy Jana Bez Serca wykwitł okrutny uśmiech. – To która nawka chce się ze mną pobawić?
Słowa Jana rozpętały chaos. Kruki zerwały się w powietrze z przeraźliwym krakaniem, tworząc nad placem czarną, pierzastą masę.
Jan Bez Serca energicznie ściągnął płaszcz, wprawnym ruchem wydobył zawieszoną na plecach maczetę.
Kilkanaście kruków odłączyło się od stada, ostro zanurkowało w dół. Na żwirze wylądował nagi chłopiec-nawka. Jego twarz nie przypominała ludzkich oblicz – raczej straszną, skrwawioną maskę z oczodołami wypełnionymi czarnym atramentem i z dziobem zamiast ust, z którego buchały kłęby pary. Wątłe ramiona unosiły się w przyspieszonym oddechu. Palce zakończone szponami drgały nerwowo.
Nawka rzuciła się do ataku.
Jan Bez Serca umknął w bok. Szpony nakreśliły w powietrzu znak x. Jan skrócił dystans, ciął płasko.
Żałosny pisk wybił się ponad harmider czyniony przez ptaki. Leżąca w kałuży krwi nawka, z rosnącą paniką patrząc na krwawiący kikut dłoni, rozpłakała się.
W tym płaczu brzmiały wyłącznie ludzkie nuty.
Kruki runęły w dół. Na żwirze wylądowało pięć nawek.
Jan Bez Serca wzniósł maczetę.

Siedziałem w busie zmierzającym do Krakowa. Jesienne pejzaże przemykały za szybą.
Z parkowych wydarzeń pamiętałem gniew, wściekłość, ekscytację. Ale też wrzaski, zawodzenie i płacz. Chciałem zapomnieć, odciąć się od rzeczywistości… lecz wiedziałem, że tak nie będzie. Widok zmasakrowanych, dziecięcych ciał, obok których się ocknąłem, zapach krwi i smród śmierci wypaliły w moim umyśle trwały uraz. W parku wydarzyło się coś, czego nie chciałem i nie potrafiłem zrozumieć. Czułem do siebie odrazę. I strach.
Postanowiłem, że opuszczam kraj. Miałem trochę oszczędności, za meble i sprzęty dostanę też parę złotych. Obym tylko znów… nie stracił nad sobą kontroli.
(a więc robimy sobie wycieczkę?)
Owładnęło mnie znajome uczucie. Tym razem podjąłem walkę: nie pozwoliłem, by moja świadomość spłynęła po czaszce. Wiele ciężkich sekund minęło, nim wyrzuciłem z umysłu obcą wolę.
Otarłem pot z czoła, przyłożyłem chusteczkę do krwawiącego nosa. Obawiałem się, że czeka mnie wiele takich walk.

**************************************************************
Podzjazdem: Wniebowzięty

- Widziałeś to, Zeusie?
Próżnym jednak było oczekiwanie na odpowiedź, co pojąłem, ujrzawszy zad mego wierzchowca niknący w zaroślach. Przez chwilę jeszcze słyszałem trzask gałęzi i końskie chrapanie, potem i to ucichło.
- Wracaj, bydlaku! – zawołałem, jak zwykle bezskutecznie. Nic to. Wróci, gdy oprzytomnieje.
Ale co to było? Na pewno żaden miraż, o ile wiem, miraże nie spadają z hukiem z nieba. Poza tym zazwyczaj nie osmalają drzew. No i chyba tak nie śmierdzą, a po całej okolicy rozniósł się fetor zaiste piekielny.
„ SMOK! Ani chybi na popas gadzina przyleciała. Albo też jaką białogłowę zniewolić zamierza” – przyszło mi na myśl. Wprawdzie jakiś głos pod czaszką szeptał coś o dziczy i odludziu, ale co mi tam. Dość wywczasów. Niewiasta w potrzebie.
Miecz szczęściem trzymałem w ręku, akurat czyściłem go z rdzy, kiedy to coś nadleciało. Szyszak leżał obok, kolczugę miałem na sobie. Jedynie napierśnik i pika oddaliły się na grzbiecie Zeusa. „Trochę głupio na smoka iść bez piki…”- dumałem. –„ Ale rozejrzeć się w sytuacji mogę, zanim bydlę wróci.” Pozbierałem więc ekwipunek i ruszyłem śladem niedawnego ognia na niebie.
Z wyborem kierunku nie miałem większych problemów, wystarczyło iść w stronę gęstniejącego smrodu. O właściwej marszrucie świadczyły też coraz bardziej osmalone, wręcz poopalane czubki drzew. Drobna zwierzyna i ptaki widać uciekły, cisza wokół aż kłuła w uszy. Gdyby nie szelesty, jakie powodowałem stopami, można by pomyśleć, że wszystko, co żywe, wymarło.
Skradałem się przez coraz bardziej martwy las, bacznie nasłuchując wypatrywałem przyczajonej bestii. Dobre pół pacierza minęło, nim doszły mych uszu obce dźwięki – dziwne trzaski, skrzypnięcia, wręcz pojękiwania. Wreszcie las zaczął się przerzedzać, ostrożnie zbliżyłem się do jego skraju.
Stał tam. Trochę dziwny, jakby bardziej do chromego pająka niż jaszczura podobny, ale w końcu smok to smok. I taki niezbyt wyrośnięty, wszystkiego może ze trzy razy wyższy od konia. Skrzydeł żadnych, paszczy ognistej, albo chociaż najeżonej zębami nie widziałem. Stał spokojnie, nieco oddalony od środka polany. Rozejrzałem się czujnie wokół, ale żadnego ruchu nie dostrzegłem.
Zdrowaśkę z okładem zajęło mi obejście polany skrajem lasu. Obejrzałem dokładnie bestię ze wszystkich stron. O tym, że może być groźna świadczyły ślady sadzy na jej cielsku oraz wypalone wokół niej trawy. Przez cały ten czas potwór ani drgnął, jedynie poskrzypywał, jakby jednak coraz to ciszej. Przystanąłem na skraju lasu, bacznie przyglądając się stworowi. Gdy jego jęki stały się prawie, że niesłyszalne, uświadomiłem sobie, że potwór zasypia, lub, co nawet lepsze, zdycha. Ośmielony tym przypuszczeniem, nie popadając w przesadną odwagę jednak, wynurzyłem się spomiędzy drzew. Stwór nie zareagował. Postąpiłem więc kilka kroków do przodu. Nadal nic. Wysunąłem powoli miecz z pochwy. I znów brak reakcji. Jeszcze kilka kroków…
-Bij, zabij! – wrzasnąłem i dopadłem smoka. Miecz odbijał się od jego nóg jak od kamienia, mimo to ciąłem z zapamiętaniem, to jedną, to drugą, to trzecią…
Nawet nie zauważyłem, kiedy wyszła z brzucha potwora i stanęła obok mnie. Musiała trącić mnie w ramię, bym ją zauważył. Cała srebrna. I te wielkie, granatowe oczy. Anielica.
Zemdlałem.

Zabrała mnie do nieba. Ujrzałem kule światła wiszące w czarnej pustce jak wyspy na bezkresnym oceanie. Pokazała mi nieziemsko piękne miasta aniołów, pełne wież sięgających chmur, wśród których przemieszczały się stada przeróżnych stworów służących swoim panom. Widziałem podobizny istot i miejsc tak dziwnych, że słowami ich opisać nie sposób…
Teraz służę mojej Pani. Karmię ją własną duszą, swoim jestestwem, kawałek po kawałku. I, dopóki tylko stanie sił, pragnę Jej wiernie służyć.
Mam tylko nadzieję, że zdoła dotrzeć do domu, zanim mnie zabraknie.


**************************************************************
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » wt, 01 mar 2011 00:44

BMW: Antenaci

Minąwszy węzeł wstępujący orbity statek rozpoczyna transfer energii do bazy na kontynencie. Naziemny kolektor odbiera pierwszą wiązkę mikrofal. Przez niecałą minutę wszystko przebiega normalnie, a potem nagle zawodzą urządzenia namiarowe. Ścieżka prowadzenia schodzi o ułamek stopnia w bok i strumień energii uderza w budynki habitatu. Najpierw eksplodują siłownie i stacje transformatorów. Chwilę później stają w ogniu magazyny i baraki mieszkalne. Od termicznego udaru drży ziemia. Ruchy podłoża powodują odwrócenie ogniska kolektora i energia z potężnych akumulatorów skacze ku orbicie, na spotkanie statku. Sekwencja wybuchów przebiega przez pokłady. Kadłub maszyny łamie się w pół. Na firmamencie, pośród gwiazd, rozbłyska nowe słońce. Ale czas jego życia to ledwie kilka chwil. Blask zaraz zapada się w sobie, wchłania go ekspansja ciemności i noc na powrót staje się nocą.

Pulpit sterowniczy w kabinie jednostki zwiadowczej mruga wskaźnikiem alarmu. W ułamku sekundy gasną wszystkie czytniki sprzężeń z komputerami bazy. Pilot pojmuje powagę sytuacji. Już wie, że wieczorny zwiad, obliczony na zebranie danych geologicznych o planecie, nie ma większego znaczenia. Pilot rozpędza maszynę i po kilku minutach dociera na miejsce katastrofy. Z przerażeniem spogląda na palące się baraki, porozdzierane konstrukcje, ciała konających. Jednostka zatacza szeroki łuk, po czym siada w centrum pogorzeliska.

Barak szpitala praktycznie nie istnieje. Z trzykondygnacyjnej konstrukcji sterczy jedynie, ścięta pod skosem, połowa wewnętrznego przepierzenia. Brzegi kompozytowej płyty żarzą się ciemniejącą z wolna czerwienią.
Kobieta, przyszpilona do ściany przez odłamek kratownicy, spoczywa w nienaturalnej pozycji. Ni to stoi, ni siedzi. Ma zamknięte oczy, płytko oddycha. Pilot podchodzi bliżej i szepcze:
- Mirm. Słyszysz mnie?
Kobieta rozwiera powieki. Wydaje się, że nie rozpoznaje rozmówcy.
- Jak poważna jest ta rana? - dopytuje się mężczyzna.
- Cześć! - odpowiada nagle Mirm. Jej umysł jakby powoli odzyskuje jasność.
- Co mam zrobić? Szybko! Jesteś przecież lekarzem.
- Nic nie możesz zrobić - mówi kobieta. - Nie ma statku. Nie ma bazy. Nie ma już nic.
Na chwilę jej pesymizm udziela się pilotowi. Ale szybko odzyskuje energię do działania.
- Nie! Nie pozwolę, aby tak to się skończyło. - Patrzy uporczywie na Mirm, jakby chciał przekonać, że sterczący z jej boku pręt jest ledwie głupstwem, niegroźnym draśnięciem.
- Daj spokój, kochanie. - Mirm zaczyna łkać. Widać, że bardzo cierpi. - To nie ma sensu. Nic nie zmienisz. Ale możesz coś dla mnie zrobić. - Uśmiecha się nagle. - Pamiętasz nasz pierwszy raz? Na stole.
- Nie - zaprzecza odruchowo mężczyzna. - Zrobiliśmy to w łóżku..
- Naprawdę? - Mirm dotyka swojej głowy. - Tracę zmysły. Już nie pamiętam przeszłości. Dziwne, ale nie mogę się skoncentrować. Wszystko odchodzi w niebyt. Jestem jak więdnąca gałąź. Nieuniknione wyciska ze mnie wszystkie soki. Kropla po kropli. A kiedy dotrą tutaj – dotyka okolic serca – wszystko się skończy. - Zaciska usta i patrzy przenikliwie na pilota. - Czy byłeś szczęśliwy za mną, tak ja z tobą?
- Byłem najszczęśliwszym z ludzi. - Poprawia się gwałtownie. - Jestem nadal...
- Szkoda tylko, że nie zapełnimy tego świata naszymi dziećmi. Byłyby wspaniałe pod każdym względem, prawda? Mieliśmy przecież idealne dopasowanie.
- Mirm! - krzyczy mężczyzna, nagle zbudzony z marazmu. - Walcz, do cholery! Mów, co mam robić. Przeszukam cały szpital. I znajdę coś, co ci pomoże. A potem razem uratujemy resztę.
- Tak - zgadza się nieoczekiwanie kobieta i odpręża się nieco. - Trzeba ratować innych. Spójrz tam.
- Gdzie?
- Przy generatorze. Idź i sprawdź - nalega twardym głosem Mirm. - Poczekam tu na ciebie. Nigdzie się przecież nie wybieram.
Mężczyzna odwraca się, a wtedy słyszy nieprzyjemny trzask i cichy jęk. Znów spogląda na kobietę. Nie mogąc znieść widoku, krzyczy przeraźliwie. Pręt znajduje się teraz w okolicach mostka Mirm, a skrwawione ciało zwisa bezwładnie. Drobna dłoń, zastygła z tragicznej pozie, zdaje się wskazywać kierunek. Pilot posłusznie rusza przed siebie. W końcu zauważa dziewczynę. Młodą, z gęstymi złotymi włosami. Podchodzi do niej.
- Wszystko w porządku?
- Chyba tak. - Złotowłosa unosi się na łokciu i patrzy na zgliszcza bazy. - Czy tylko my... - zawiesza głos i, pojmując sytuację, dodaje smutno: - A więc przegraliśmy.
- Nie - mówi mężczyzna z pełnym przekonaniem. - Zdobędziemy ten świat, tak jak było w planach. Prędzej, czy później. Wstań, czas dokończyć to, co zaczęliśmy.
Dziewczyna wybiega myślami w daleką przyszłość.
- Jaki masz genotyp? - pyta.
- Xx0.
- Mój - yy1. Nic bardziej sprzecznego.
- Teraz ma to znikome znaczenie.
Dziewczyna wyciąga dłoń. Palce lekko drżą. Pilot pomaga jej wstać.
- Chodźmy, Evaan - mówi.
- Prowadź, Adm - pada pełna nadziei odpowiedź.


**************************************************************

Marcin Robert: Pomyłka

Nadszedł czas ostatecznego rozwiązania. Generał Clovis wszedł do pokoju dowodzenia, stanął przy pulpicie sterującym Superbronią i wystukał na klawiaturze komputera kod dostępu. Już sięgał do czerwonego guzika uruchamiającego atomową zagładę, gdy wtem usłyszał głos adiutanta:

– Panie generale, proszę spojrzeć na monitor.

Wszystkie stacje telewizyjne na Ziemi pokazywały ten sam obraz: trójkę szaroskórych kosmitów o wielkich głowach i dużych, czarnych oczach.

– Niszczycie własną planetę – mówił stojący w środku przybysz – a jeśli rozpoczniecie pozaplanetarną ekspansję, możecie zagrozić także innym cywilizacjom. Dlatego Rada Galaktyczna postanowiła dokonać prewencyjnego zagazowania całej Ziemi. Uwaga, rozpoczynamy odliczanie!

***

Co za radość! – pomyślał Clovis, obecnie Pełnomocnik Prezydenta do spraw Rozbrojenia, gdy patrzył na robotników dokonujących rozbiórki gigantycznej wieży Superbroni. Przez kilka ostatnich dni, gdy gaz usprawniający procesy mózgowe oczyszczał jego umysł ze złogów zwierzęcych instynktów, doświadczał nieznanych sobie dotąd emocji i wrażeń: dostrzegł bezsens wojen, piękno przyrody, a także zaczął odczuwać empatię wobec ubogich i bezrobotnych, których dotąd uważał za godnych eksterminacji pasożytów. – Jeszcze tylko miesiąc i światowa machina zniszczenia zostanie całkowicie rozmontowana, a wtedy dołączymy do galaktycznej wspólnoty istot w pełni rozumnych.

Pół roku później Clovis, pracujący teraz w Biurze Kontaktów z Kosmicznymi Przyjaciółmi, przyszedł rano do pracy, przez kilka minut podpisywał dokumenty, a potem otworzył szufladę biurka i ze złośliwym uśmiechem spojrzał na znajdujący się w niej pistolet. Jego umysł okazał się silniejszy od chemikaliów obcych i były generał czuł, jak powoli wracają mu stare upodobania. Dyplomatycznie nie dawał jednak niczego po sobie poznać. Godzina zemsty zbliżała się nieubłaganie.

***

Statek przedstawicieli Rady Galaktycznej krążył po wokółziemskiej orbicie, a jego załoga stała przed wielkimi ekranami, spoglądając ze smutkiem na spustoszoną planetę, zakrytą przez dym i płomienie.

– Jaka szkoda – powiedział szef misji. – Tak byliśmy zajęci cywilizowaniem tubylców, że przegapiliśmy tę wielką asteroidę, która zmierzała w kierunku ich planety. Ziemianie zniszczyli zaś jedyną broń, która była w stanie ją rozwalić.


**************************************************************

Ellaine: Ostatnia znana myśl

Spojrzała na dłonie, których drżenia nie potrafiła opanować. Zimne ciarki przebiegały jej po plecach, a w ustach czuła gorzki posmak. Pochyliła się tylko po to, by ponownie zwymiotować. Żołądek kurczył się coraz boleśniej, wyrzucając z siebie resztki żółci. Jeszcze trochę i nic już nie pozostanie. Harlemowa splunęła, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Przymknąwszy oczy, oparła policzek o rant wiadra.

Jeszcze parę dni temu życie wydawało się być takie normalne. Chodziła do pracy, całkiem dobrej, choć nieco uciążliwej, ale za to z jednym dniem wolnym na oktawę. Poświęcała go wówczas na spacer po parku i wizytę w teatrze, gdzie występowała przez parę lat, dopóki nie wyszła za mąż. Wtedy zaczął się początek końca, ale skąd mogła wiedzieć? Harlem był taki kochany! Niemal nosił ją na rękach. To prawda, znikał czasem, ale wiedziała, że tak być musi. Przecież był licencjonowanym złodziejem, poza tym w ciągu dwóch sezonów miał osiągnąć poziom mistrza. Wtedy mogliby przenieść się do większego domu, a ona może nie musiałaby już pracować w zamkowej kuchni?

- Gdybyś tylko... – szepnęła, zaciskając powieki. – Mogło być tak pięknie.

Pojawił się znienacka w życiu Harlemów, jak przystało na maga. Wypadł z Międzyczasu wprost do ich salonu. Przepraszał i tłumaczył potem, że pomylił tunele czasoprzestrzenne. Harlem chciał na miejscu zatłuc intruza, bo mag niechcący zniszczył mu kolekcję sakiewek. Sama nie wiedziała dlaczego, ale stanęła w obronie obcego. Wyglądał nieszkodliwie, wręcz wydawało się, że potrzebuje opieki. Był wysoki, ciemnowłosy, mógłby być nawet przystojny, gdyby nie był tak przeraźliwie chudy. I to jego dziwne imię! Erimanthos. Mówili więc na niego Erim, było prościej.

Ostatecznie Erim został na kolację, a potem ni z tego ni z owego - na kolejne parę oktaw. Zajął niewielki pokój, który miał być sypialnią dla dziecka. Nigdy jednak nie doczekała się dzieci z Harlemem. Może to i lepiej? – pomyślała, czując kolejny uścisk w żołądku. Nie miała jednak już nic do zwymiotowania.

Mag wprowadzał Harlema w arkany własnej sztuki. Zamykali się w pokoiku na długie godziny, czasem nie widywała ich całymi dniami. Mogła znosić nieobecność męża przez parę oktaw, ale kiedy pracował! Złodzieje zaczęli ją pytać o zdrowie Harlema, bo nie stawiał się w Gildii od dłuższego czasu. Któregoś dnia Harlemowa wróciła z pracy z mocnym postanowieniem dowiedzenia się, co naprawdę tych dwóch robi. Podeszła cicho do drzwi pokoju, który odstąpili magowi.

- Mój drogi, czaszka jest naczyniem. Umysł to gaz. Myśli skraplają się wewnątrz, na kości czaszki, za każdym razem, gdy chcemy coś powiedzieć. U osób, które nie mówią - myśli nie skraplają się na czaszce i nie mogą wypłynąć przez usta – usłyszała głos maga, kiedy chwyciła klamkę. – Jednak można wyssać czyjeś myśli pod postacią gazu, potem je odpowiednio wyekstrahować i odczytać. Wtedy będziesz wiedział, kto gdzie chowa skarby. To chyba byłoby pomocne w twojej pracy, prawda?
Harlemowa zagryzła wargę, czując narastający niepokój. Przecież to czarna magia!
- Jak śmiesz mieszać Harlema w swoje brudne sprawy!? – wykrzyknęła wchodząc do pokoju. Zatrzymała się w progu, nie dowierzając, że to na co patrzyła było prawdą. Jej mąż! Jej własny mąż! Oczy kobiety zaszły mgłą, krew zaczęła szybciej pulsować. Harlemowa zbiegła na dół, ścigana okrzykami męża i Erima. Nie mogła uwierzyć, że ją to spotkało. Przecież takie rzeczy zdarzają się zawsze innym! Chwyciła za stojącą w wiatrołapie siekierę. Ktoś próbował ją chwycić za ramię, ale czy to był Harlem, czy mag? Nie wiedziała. Zamachnęła się na mężczyznę. Krzyknął z bólu. Trafiła go jeszcze wielokrotnie. Poczucie zdrady i upokorzenia dodało jej sił. W końcu przestała słyszeć jęki rannego, a z oczu zeszła mgła wściekłości.

Stała z siekierą w ręku nad zaszlachtowanym Harlemem. Kobieta opadła na kolana, czując jak z wysiłku zaczynają jej drżeć ramiona. Podniosła wzrok i wtedy zobaczyła wchodzącego do izby Erima, który narzucił tylko koszulę na nagie ciało. Tak bardzo chciała zabić i jego, ale nie miała już sił podnieść ręki. Warknęła tylko coś nieartykułowanie, a mag wzruszył obojętnie ramionami, po czym znikł w Międzyczasie. Zawyła, jak zraniony zwierz. Spojrzała w martwe oblicze męża. Z roztrzaskanej głowy jeszcze przez chwilę płynęła krew, torując drogę po łysej czaszce.
- Zupełnie jak myśli - mruknęła do siebie.

Szczęknął zamek otwieranej kraty. Strażnik brutalnie podniósł Harlemową znad wiadra.
- Smakował ci ostatni posiłek? – zapytał ironicznie. Nie zwróciła uwagi na przytyk.
- Ale zasłużył sobie – odezwała się nagle.
- Wiem, wiem. Nie dość, że zdradził to jeszcze z magiem! – zaśmiał się nieszczerze. – Ale żeby tak siekierą, jak świniaka?
- Świnią był to umarł jak świnia.
- Za to ciebie czeka ludzka śmierć – sarknął strażnik. Wyprowadził skazaną na dziedziniec, gdzie kat sprawdzał mechanizm zapadowy i linę. – Zadowolona? – zapytał jeszcze, gdy Harlemowa miała już założoną pętlę.
- Tak. Przynajmniej myśli nie uciekną.


**************************************************************

Thoro: Poetyka

Och, więc tak właśnie się umiera.
To dziwne. Nie jest tak, jak sądziłam – nie czuję strachu, a chyba powinnam, choć nie mogę przecież powiedzieć, że wcześniej bałam się śmierci; raczej nie myślałam o niej na tyle, by bać się jej więcej niż inni. Nie czuję bólu, ale przecież nie umieram w sposób, który mógłby boleć; na pewno nie ciało, duszę – już bardziej. W ogóle odczuwam coraz mniej. Nie ma kolorów, zapachów ani dźwięków; rozmyły się. Wiem tylko, że mój umysł rozlewa się wzdłuż i wszerz po okolicy i pełznie po jej powierzchni bez pośpiechu, zalewając wgłębienia, podmywając nierówności, i odpływa ode mnie, choć przecież wciąż w nim jestem i też płynę.
Pierwsza myśl, wylana, kiedy jeszcze czułam, była jak kropla, co uderza o taflę jeziora, by następnie rozejść się po niej serią fal. Nie była już sama, nie była kroplą deszczową, rozpryskującą się o asfalt, dach, metal, ziemię, skórę, i wpadła prosto w akwen innych myśli – których nie myślałam, a które myśleli inni – i szybko stała się myślą wszystkich, dokąd tylko sięgnęły jej fale: waszą myślą. Ale z każdą chwilą czuję, że tracę świadomość, która rozlewa się szybciej i szybciej, szumiąc niczym wiosenny strumyk, która prze naprzód i tworzy własny nurt, niby odmienny temperaturą i biegiem prąd, pośród pozostałych nurtów – waszych nurtów, wy, do których chcąc nie chcąc przemawiam. I z każdym ulanym wspomnieniem, z każdą dryfującą ideą robię się coraz słabsza. Umieram.
I oto interferuję z nowym nurtem, a jaźń chwyta w sieć obraz, w którym siedzę nieruchomo na krześle, przypięta pasami, na głowie mam pokraczny hełm z dziesiątkami podpiętych doń kabli i nie otwieram oczu. I wiem, że wzięłam w tym eksperymencie dobrowolny udział, bo nad czytaniem myśli, analizowaniem impulsów neuronowych pracowałam od lat i wpadłam w obsesję na tym punkcie, ale oto kapią inne krople i wiem już, że nie, wcale nie, zostałam porwana i byłam małpą doświadczalną w rękach terrorystów, którzy testują nowy rodzaj broni; po chwili zmieniam jednak zdanie i nie chodzi już o terrorystów, ale o rząd: politycy chcą przejąć nad nami kontrolę i wyprać mózgi, to nie spisek – to pewna.
Pamiętam – pluskam i plumkam już w odmiennym nurcie – jak wyciągałam łuk i strzałę z kołczana, jak szybkim ruchem naciągnęłam cięciwę i poczęłam celować. I widziałam wszystek, co się działo w okolicy: że odziany w płytową zbroję woj siekł wściekle ciemny pomiot przed nami, a miecz, świszcząc, wycinał haniebną posoką wzory w powietrzu, i że sekundował mu nieustępliwie topór, który dzierżył krasnolud umorusany czerwienią od stóp aż po brodę, i że przeciwnicy z wolna ustępowali pola; wówczas wypuściłam pierwszą strzałę. I dostrzegłam czarownika, który wyskoczył zza drzewa. Prędko ustawiłam łęczysko, by wymierzyć, lecz był szybszy: zaczerpnął energii ze Źródła, aż ziemia zadrżała, i wypalił wprost we mnie koncentracją Mocy. Padłam na twarz w zmieszane ze spaloną do cna trawą błoto i poczułam – w ustach smak innych już wód – że bełt, jeden z tych, które akurat do nas doleciały, utkwił na tyle głęboko, iż nie mam szans i zaraz umrę, rozpłynę się. I zaśmiałam się, plując krwią, choć ten śmiech wybrzmiał bardziej jak charkot i niewątpliwie przeraził resztę żołnierzy w szyku. Cholerne Crécy, cholerny Filip i równie cholerny Edward.
A ponad tym wszystkim czuję, że rozlewam się, rozlewam coraz dalej i coraz prędzej. Ciągów skojarzeń bez ustanku przybywa i nie wiem już, co interpretować. Za wiele tu sensów; ale strumień nie może się przecież zatrzymać, bo każda myśl odwołuje się do innej myśli, a ta opowiada o innej myśli – i tak bez końca. Umysły, wśród których tonę, nie działają wertykalnie, lecz horyzontalnie, operując nie wzdłuż problemu, lecz wszerz wielu innych; za dużo tu zmiennych, danych i możliwości. I paradoksalnie, dopiero w tej powodzi widać, jak niewiele tematów, obracanych na wszelkie sposoby, zaistniało przez wieki – że opowiadamy wciąż o tym samym, ale za każdym razem inaczej. I dryfuję pośród tych historii i nic już nie rozumiem, czy może raczej, rozlana, rozumiem wszystko, a więc nie rozumiem nic.
I oto sięgam głębiej i głębiej. Wtem czuję wiatr we włosach; nade mną słońce, pode mną – ōkeanos. Lecę. U rąk mam pierzaste skrzydła, spod których spoziera drewniana konstrukcja. Niżej frunie patēr. Euforia, euforia we krwi. Zamykam oczy – i już tylko świst powietrza, szum fal, szelest piór. Wyżej, wyżej i wyżej, euforia nie pozwala przestać, całkiem już ignoruję polecenia; nagle tracę równowagę, więc rozwieram powieki: wosk stopniał, w dłoniach zaś trzymam same deski. Pikuję ku morzu. Przebijam taflę wody, płuca wypełniają się cieczą i tonę, tonę, tonę, rozlewam się wśród granatowych głębin.
I nagle wiem, że nie chcę tak skończyć, nie chcę zgniąć w ocaenie nosnesnu, zaopmniana i opuczszona, bo myśli me stały się na czas tej hisotrii waszymi myślami, bo wybudwoałam pomnik, zasaiłam ziarno, bo nomina nuda tenemus. Chcoiaż roibę się croaz słbsaza i zraaz umrę, chcoaiż nei paimtęam jżu nic, weim jendo: nayzwam się —


**************************************************************

Radioaktywny: Pieśń o Hugrmungácie

Siądźcie wkoło, bracia, i wysłuchajcie mej pieśni – krótka będzie, lecz przerażająca, a bohaterem jej Hugrmungát, wilk przyczajony w skórze człowieka, syn z ojca Ósta i matki Heili zrodzony. Choć był on dzieckiem Midgardu, kształty jego bliższe zdawały się bestii. Wielki niczym potomek olbrzyma, z gębą ohydną, o paszczy jak rozpadlina. Paszcza ta i mózg, któremu podlegała, słynne były z nienasycenia swego. Znacie wy ludzi o apetytach niespożytych, na żądze wszelakie podatnych. Hugrmungát był także niewolnikiem swej żądzy, a było nią pragnienie wiedzy. Łakomy na tajemnice zamknięte w umysłach mądrych mężów, siał grozę na ziemiach ludzi, roztrzaskując swym toporem czerepy mędrcom i chłepcąc soki wiedzy z ich czaszek niby gorzałkę z kielichów. Lecz wojownik ten był o spaczonym spojrzeniu, widział bowiem w trzewiach ludzkich czaszek źródło mądrości jakby w studni Mimira. Zaiste, studnia ta ongiś do połowy oślepiła Najwyższego; ów człek jednakże dla wiedzy oślepł całkowicie: oczy wprawdzie widziały, ale mózg w ślepocie się nurzał.
Nie przemówicie jednak głupcowi do rozsądku, i przeto poił dalej Hugrmungát okropną paszczę kroplami mądrych umysłów. Wielu dzielnych wojów stawało w szranki ze straszliwym pijakiem myśli, lecz wszystkich losem stało się napojenie plugawego żołądka potwora. Hugrmungát wypił do sucha wielu mężnych synów miecza, osuszył dwory sześciu jarlów, a jako najgorsze świadectwo swych niecnych czynów uczynił sobie popijawę z naprędce zwołanego w jego sprawie wiecu. Lament wielki niósł się po Midgardzie, tak straszliwy, że nawet potępieńcy Niflheimu milkli, wsłuchani w jęki ludzi, i pytali: „Czy bogowie przenicowali Yggdrasill, czy postawili jesion na głowie, że piekło wzniosło się na poziom Midgardu? Świat ludzi jęczy niby w męczarniach, które naszym są udziałem.”
Gdy mężowie sczeźli, pokonani przez niezaspokojone pragnienie Hugrmungáta, stanęła przeciwko wilczemu synowi kobieta. Óglethi brzmiało jej imię.
– Zaczekaj, pijaczyno! – zawołała, zagradzając drogę śpieszącemu z suchym gardłem wojowi. – Jakem Óglethi, przybywam do ciebie z darem.
– Co może dać mi twoja płeć? – prychnął Hugrmungát. – Mózgi wasze jak stare kładki, pękają, gdy wiedza po nich chce przejść. Mózg kobiety – bleh, to sikacz dla Hugrmungáta! Odstąp, bo śpieszę, by pragnienie zaspokoić.
– Nie szukaj więc dalej, bo jestem zdrojem, który zwilży twój przełyk – odrzekła Óglethi. – Mój umysł mym darem. Zapewniam cię, że mózg niewiasty słodszy ma smak od skisłego mózgu męża. Gdy mężczyźni hartują mięśnie swych ciał, my hartujemy mięśnie swych myśli. Przyjmij ten puchar z mej ręki.
Z tymi słowy zdjęła z głowy chustę i zniżyła głowę przed Hugrmungátem.
– Wspaniały to kraj, w którym niewiasty tak chętne są mężczyznom służyć – zawołał zachwycony potwór i potężnym zamachem topora roztrzaskał piękną głowę Óglethi. Źródełko wiedzy trysnęło z rozbitej czaszki. Hugrmungát przyssał się chciwie do zdroju myśli, ciągnął duże łyki. Nagle zakrztusił się i złapał za gardło.
– Co to za ohydny smak! – krzyknął, wypluwając wstrętny trunek. Lecz nie mógł cofnąć tych kropel, które spłynęły mu już do środka ciała. Opadł na kolana zdjęty niemocą. Topór wypadł mu z ręki.
– Wypiłeś własną zgubę, Hugrmungácie – powiedziała Óglethi. Hugrmungát spojrzał bezradnie na nią i nie mógł pojąć, dlaczego jej głowa stała się na powrót cała i nietknięta.
– Jam jest Óglethi, co oznacza Depresja – przemówiła kobieta. – Znają mnie też pod imieniem Eitr, co znaczy Trucizna, albowiem zatruwam umysł. Nie pozbędziesz się mnie, potworze, roztrzaskując moją głowę. Ja już jestem we wnętrzu twojej czaszki i to ją musisz roztrzaskać.
Hugrmungát nie mógł wytrzymać cienia, w którym pogrążał się jego umysł. Podniósł topór z ziemi i z całej siły uderzył nim w głowę, wybornie rozpoławiając sobie czerep. Kłamała jednak Óglethi, bo Hugrmungát w śmierci nie odnalazł od kobiety uwolnienia. Błąkając się po Niflheimie, krainie umarłych, czuł nieustannie na plecach spojrzenie Óglethi; piastuje ona bowiem w dziedzinie Hel wysokie stanowisko i zasiada na tronie w swym pałacu na Wybrzeżu Trupów, skąd widzi każdą potępioną duszę.
Zapamiętajcie zatem z tej opowieści, bracia, że nie należy wbijać się w pychę i zabiegać o opinię bycia najmędrszym. Największą mądrość posiada bowiem Odyn, i on jedynie ma prawo do tytułu najmędrszego. To rzekłem wam ja, którego nazywają Fjolswirem, to jest Rozległego w Mądrości, i Grimrem, co znaczy W Masce; lecz imion mych znacznie, znacznie więcej, a najpotężniejsze z nich Odyn. Zrzucam zatem moją maskę i przestrzegam, byście wspomnieli mą pieśń, gdy będzie was jątrzyć pragnienie mądrości. Mądrość tkwi wszędzie, ale nie wszędzie należy jej szukać. Z tą radą w duszy wyrytą żegnajcie, bracia – oto odchodzę.

**************************************************************

Uziman: Umysłu moc

A teraz zamknij oczy i oddal się. Odpłyń. Niech bezdenna przestrzeń pochłonie wszystko. Nic nie widzisz, nic nie czujesz, a jedyne co słyszysz, to mój głos. Udało ci się? Bardzo dobrze.
Stwórz w swej głowie pomieszczenie. Zwykły, pusty pokój, nic wyrafinowanego. Zacznij go zmieniać. Pomaluj ściany. Uformuj okna. Powstawiaj tam meble. Urządź go w sposób, o jakim zawsze marzyłeś. Na koniec dodaj tam siebie, ale nie zmieniaj nic w wyglądzie. Zachowaj swoje obecne ubranie.
Pamiętaj, jesteś panem swojego umysłu.
Wyobraź sobie, jak może wyglądać otoczenie zewnętrzne. Na razie, niech będzie to las. Jest słoneczny dzień, a na błękitnym, bezchmurnym niebie przesuwa się leniwie słońce.
Widzisz promienie wkradające się przez okno?
Nie zapominaj, wciąż jesteś w pokoju.
Spróbuj z niego wyjść. Sufitem.
Taak, dobrze zrozumiałeś. Po prostu dodaj tam drzwi...
Odbij się od podłogi. Przecież możesz latać. W miarę, jak się do nich zbliżasz, dostrzegasz, że same się uchylają.
Z początku oślepia cię ostre, jasne światło, lecz już po chwili twój wzrok przyzwyczaja się. Pobaw się chwilę w przestworzach, odpocznij.
No, już, wystarczy. Spójrz na dół. Cały teren pokryty jest drzewami wszelkiej maści. Gdzieś tam jest miejsce, z którego wyleciałeś. Odnajdź je.
Nie wiesz jak? Spróbuj pozbyć się drzew. Zasłaniają wszystko.
Powinna zostać sama polana i pokój. Wróć do niego.
Sądzę, że tyle wystarczy.
Zacznij go usuwać. Tak, dokładnie. Niech po kolei zniknie każdy element wyposażenia. Skończyłeś? To wymaż siebie. W całości, za jednym zamachem. Ma zostać sam pokój. On zaś rozpada się po kawałku., cegła za cegłą.
Została ciemność, tak jak na początku.
Weź głęboki oddech. Za chwilę zacznę odliczanie. Gdy doliczę do trzech, obudzisz się. Gotów?
Raz, dwa, trzy.
Pstryknięcie.
Jak za dotknięciem magicznej różdżki obudziłem się. Wszystkie zmysły wróciły. Znów byłem w gabinecie. Jasnoróżowe ściany. Półki pełne książek, a na ścianie oprawiony w ramkę dyplom. Siedziałem na aksamitnym fotelu, z wielkim hełmem przypiętym do głowy Naprzeciw mnie zaś, znajdował się doktor.
- I jak poszło? – spytałem, odczepiając powoli poszczególne części urządzenia.
Wiedzieliście, że umysł też się poci? W trakcie „wysiłku” zwanego myśleniem wydzielają się pewne cząsteczki, Eatrie, jednak w ilościach tak śladowych, że nie jesteśmy w stanie ich dostrzec w życiu codziennym. Dopiero niedawno naukowcom udało się odkryć sposób zebrania ów substancji.
Spytacie „I co z tego? Na co to komu?”. A no na to, że spożycie Eatrii umożliwia znaczne zwiększenie możliwości mózgu.
Jak to działa? Tego dokładnie nie wiadomo. Ważne, że jest skuteczne.
- Całkiem nieźle – odparł doktor. – Spójrz – wskazał buteleczkę podłączoną do dziwacznej aparatury na biurku obok. Była wypełniona mniej więcej do połowy. - Zebraliśmy całkiem sporo. Powinno spokojnie wystarczyć. – wstał, wziął naczynie i podał mi je. - Zapłać w recepcji. Tyle, ile zawsze.
- Nie ma sprawy. To do zobaczenia za jakiś czas. – pożegnałem się i wyszedłem.

**************************************************************

Czarnykot: Czaszka

Czaszka miał plan. Trzeba przyznać, że jego cel nie był specjalnie oryginalny, gdyż wielu było tak zadufanych, tak aroganckich i pełnych buty, by porwać się na zdobycie władzy nad Wszechświatem. Jak do tej pory żadnemu się nie udało, ale nie był to powód, aby nasz bohater porzucił swój plan. Co więcej, był pewien, że cała reszta to zgraja idiotów, natomiast on jest prawdziwym geniuszem zła.
Czaszka, w rzeczy samej, był prawdziwym oryginałem. Imię jego wzięło się od tego, że był... czaszką. Chroniła ona jego mózg, widoczny przez oczodoły, całość zaś znajdowała się w wielkiej kuli wypełnionej formaliną. Nie miał rąk ani nóg, ani nawet oczu i uszu, lecz mimo to widział, słyszał, wąchał, a nawet mówił. Dysponował też innymi nadnaturalnymi umiejętnościami. Unosił się nad ziemią, gdyż kula wyposażona była w tajemniczy napęd antygrawitacyjny. Tak, tak, nie był z niego taki pierwszy lepszy negatywny bohater.
- Dopóki krople... A nie, ta kwestia została zabroniona przez Wyższą Instancję. Hmm... – Zawahał się, lecz zaraz rzekł – A więc, dopóki krople [***] [***] [***] [***] [***] [***], dopóty będę próbował opanować Wszechświat!
Cóż, Wszechświat jest całkiem duży, zatem postanowił zacząć od czegoś mniejszego. W galaktyce Systema Digestorium, w układzie skoncentrowanym wokół gwiazdy Intestinum Crassum krążyła mała planeta zwana Anus. Pojawił się tam pewnego dnia nad ranem i od razu przystąpił do realizacji swojego niecnego planu.
Centralnym punktem planety był wspaniały zamek, w którym urzędowała królewna. Jej ojciec udał się jakiś czas temu w niesłychanie długą podróż w głąb Wszechświata, zatem ona sprawowała jego funkcję. Należało się jedynie dostać do środka i przejąć koronę. Spoczywała ona na kominku w sali tronowej, wiedział to od dobrze poinformowanego źródła. Zasady były proste – kto ma koronę, ten ma władzę.
Czaszka przemyślał to gruntownie – wpakował się do pudła ozdobionego wielką kokardą, do którego dołączył liścik o treści: prezent dla królewny, dostarczyć do sali tronowej, nie otwierać, nie rzucać!, po czym przetransportował się pod bramę zamku. Chwilę później wrota uchyliły się nieco i pojawił się w nich wartownik. Spojrzał na paczkę, przeczytał karteczkę, podrapał się po głowie, potrząsnął lekko pakunkiem, wzruszył ramionami, podumał chwilę i w końcu zabrał go do środka. Niedługo potem prezent znalazł się na miejscu przeznaczenia, tuż przed królewną. Czaszka poczuł, że nadeszła jego wielka chwila. Używając swych mocy rozdarł pudło, popędził do kominka roztrącając wszystko, co stało mu na drodze, chwycił koronę i zagrzmiał – Ja jestem teraz władcą Anusa! Pokłońcie się królowi Czaszce, nędznicy!
Obrzucił tryumfującym spojrzeniem całą salę. I wtedy ujrzał ją. Była piękna. Nieskazitelnie biała, gładka i lśniąca. Ach, te wielkie oczodoły, te delikatne skronie, ta cudna żuchwa... Ideał. Zamarł porażony jej urodą.
- A więc to tak, zuchwalcze! Wdzierasz się do mojego domostwa podstępem, by objąć władzę nad moją planetą! Moim królestwem! O, nie! Jam Rectum! Dopóki krople [***] [***] [***] [***] [***] [***], dopóty bronić się będę! Na pohybel uzurpatorowi! – krzyknęła królewna.
- Och, nie! Źle mnie zrozumiałaś! To wszystko pomyłka! To taki żart był! – Próbował się wymigać. Poczuł, jak wzbiera w nim nieujawniony dotąd pokład czystej miłości.
- Milcz plugawcze! Zginiesz marnie!
- Gdy tylko cię ujrzałem, zrozumiałem, co to miłość! Nie chcę tej korony, chcę ciebie!
- Jak śmiesz! Wdzierasz się tu podstępem, kradniesz koronę, a teraz wyznajesz mi uczucia?!
- O, cudna istoto! Dopóki krople [***] [***] [***] [***] [***] [***], dopóty kochać cię będę, Rectum! Nic już nie jest istotne! Tyś moja jedyna, ukochana! Na co mi władza nad Anusem, nad Wszechświatem, jeśli ciebie mieć nie będę! Wybacz mi! Bez ciebie moje życie nie ma sensu! Daruj! – zawodził Czaszka.
Rectum spojrzała na niego zdumiona. Wyglądał żałośnie i wzbudzał politowanie. Wiedziała jednak, że skoro tak się poniżył, odmowa zrodzi na nowo truciznę obecną w jego sercu, jak u każdego odrzuconego złoczyńcy, zaś romantyczna miłość i umiejętne pokierowanie przez białogłowę sprawi, iż nie w głowie mu będą niecne uczynki.
- Przestań już jęczeć, no! Dobrze, wybaczam ci! Ale musisz obiecać, że teraz będziesz już grzeczny! Odpokutujesz swoje winy czytając bajki dzieciom! – Odwróciła się wskazując na gromadkę przestraszonych maleńkich czaszek stłoczonych w kącie.
- Dla ciebie wszystko, o światło mej nędznej egzystencji!
- A potem tu posprzątasz! Spójrz, co tu narobiłeś! No, już, już, do roboty!
- Z dziką rozkoszą, ma piękności! A czy znajdziesz potem trochę czasu dla mnie?
- Może tak, może nie! – odpowiedziała wymijająco. Musiała przyznać sama przed sobą, że zawsze pociągali ją niegrzeczny chłopcy, a Czaszka miał w sobie nieodparty urok łobuza. „Lepiej mieć go na oku! Dam mu szansę, ale musi się bardzo starać!” – pomyślała uśmiechając się do siebie w duchu.

**************************************************************

No-qanek: więc było tak Krzysiu

i tak sobie przed chwilą pomyślałem

być czy nie być

i trzymam tę czaszkę a nogę miałem o krzesło opartą

już późno jest

wiesz trucizna, którą w winie podałem działa szybko i król umiera już we śnie

i królowa

dziedzic tronu

brat dziedzica

a nadto Beatrycze

szkoda mi jej było bo to ładna dziewczyna kiedyś to chyba nawet się podkochiwałem w niej

nie bylo jak inaczej

i pewnie teraz już jej włosy wypadły wszystkie skóra zbladła

jakby białą czaszkę tam miała już tylko

więc było tak że aptekarz co w górach mieszka

ja nie wiem czemu tam ale właśnie tam

i pytam go wprost

bo ja tam nie mam oporów

daj mi coś co zabija nie zostawia śladów

a on kogo takiego chcę zabić

i się tłumaczy ja to nie mam niczego takiego ja to leczę ludzi nie zabijam

a ja mu mówię że wiem że ma

bo każdy aptekarz ma

i mu przyłożyłem miecz do gardła i naciąłem skórę i on czuł tę stal na szyi

więc mówi mi co to za trucizna ma być mam taką która we śnie zabija niezauważalnie

i mówię daj tę truciznę

a on mi dał tę truciznę

i wino zatrułem

to łatwe było wszystkich oszukać wiesz

a wiesz ten plan to ja już dawno miałem w głowie

i jakoś ten pomysł mi się tak spodobał

że stwierdziłem że to zrobię

bo tak się zastanawiałem i a ja tam nie mam oporów

no więc stoję teraz z tą czaszką w ręcę

a nogę mam o krzesło oparte

bo myśle sobie

tak naprawdę nie było warto jednak

wiesz

mówiłem ci trzeba zdobyć władzę póki się da bo zaraz wszyscy się rzucą

była okazja

ale mnie się to nie podoba do końca jednak

zaraz będą problemy a nowy król powienien się bawić a nie chodzić i pilnować

a najbardziej to mi chyba Beatrycze szkoda

ja kiedyś do niej mówię Beatrycze na spacer do lasu chodźmy

a może popływamy

jeszcze bym przed tobą striptiz zrobił

jak chcesz

a ona w śmiech

potem próbowałem

i do Beatrycze mówię damo piękna szlachetnego serca ja u nóg padam i może zatańcz ze mną ja oddany twój sługa uczynię to z radością i wiedz żem świadom zaszczytu jaki mi pani uczynisz

a na balu to było

ale Beatrycze nawet nie spojrzała

innym o Beatrycze mówiłem

że ja jej się podobam ale jej duma nie pozwala

a oni w śmiech wszyscy

i wtedy pomyślałem że zabije króla

bo już wcześniej tak sobie planowałem

ale ja chyba cały czas miałem Beatrycze w głowie

więc być czy nie być się pytam pustej czaszki

a oni tam umierają

i ona traci włosy

a może już jej wypadły

wiesz ja idę do niej

ja rzucam tę czaszkę w kąt bo już wiem czy być czy nie być

jak dla niej to na pewno wiem

pożycz mi sztylet

popatrz na nią

zobacz czy jej twarz już całkiem zapadnięta

sprawdź oddech

więc żyje jeszcze

wiesz teraz to ona jakby spała ale w środu to cierpi

Beatrycze moja Beatrycze ty nie kochałaś mnie nigdy nie powinienem cię zabijać nawet leżeć tu przy tobie

ty byś nie chciała ale nie miałaś nigdy nikogo tylko ja ci pozostałem

a ty pewnie nawet śmierć witasz chętniej niż mnie

dla ciebie nic zrobić nie mogę więc przebiję ci serce bo to lepiej niż cierpieć

to taki mały prezent bo tak będzie ci lepiej a nigdy nic ci dać nie mogłem to teraz to ci dam

moja podstarzała Beatrycze czekałaś na kogo tyle lat

wiesz Krzysiu ja też już nie mam co ze sobą zrobić

myślę skoro Beatrycze nie być to i mnie nie być

ja sobie ten nóż to też w pierś wbije

zrobisz z tym bazjlem co będziesz chciał potem

albo wielki urządzisz bal i się upijesz

zmieszasz wszystko co się da

wiesz mnie i Beatrycze myśli pod czaszką spływać będą już nam krótko

takie życie przyjacielu

i zabiłem ją i przebiłem siebie i umieraliśmy w nędznych nastrojach

i to koniec

*************************************************************

I tyle. Świeże mięcho dla wszystkich Mend. Zapraszam! :)))
So many wankers - so little time...

Agarwaen
Dwelf
Posty: 518
Rejestracja: wt, 04 lis 2008 18:57
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Agarwaen » wt, 01 mar 2011 05:31

Przeczytałem parę prac, między innymi
BMW pisze:Czy byłeś szczęśliwy za mną, tak ja z tobą?


Prawdopodobnie miało być "ze mną, jak ja z tobą?"

Poza tym nie napotkałem żadnych zgrzytów podczas czytania od strony językowej. Do treści jednak mam to i owo. Skoro szpital był niemal w ruinie i do tego spory, trzy kondygnacje, to jak znalazł tam akurat odrazu swoją partnerkę ? Naturalnie domyślam się, że pewnie jej jakiś czas szukał zanim znalazł, albo miał urządzenia jako zwiadowca pozwalające na szybkie namierzanie konkretnych osób, metoda to nie problem, problemem jest to, że nigdzie nie jest zasygnalizowane w jaki to sposób do niej dotarł.

Poukładajmy to, jest noc, ja mogę gadać od rzeczy, zrzucimy to na karb bezsenności. Kilka minut leci ze zwiadu do "centrum pogorzeliska", dalej piechotą, bo nic nie sugeruje inaczej, udaje się do tego co zostało ze szpitala i gdzieś między zawalonymi trzema kondygnacjami znajduję ukochaną. W niestety naruszonym stanie, przeszyła ją kratownica, zwrot "pręt znajduje się teraz w okolicach mostka" sugeruje, że zagłębiał się coraz bardziej, albo jej ciało ciążąc ku ziemi rozrywało ranę ku górze, tak sobie liczę te kilka minut do miejsca katastrofy, czas na poszukiwanie i ostrożne poruszanie się po zapewne kruchej konstrukcji i wychodzi mi, że ludzie z prętami w bebechach powinni być martwi, a przynajmniej mniej rozgadani.

Naturalnie Roland z wypływającym mózgiem był jeszcze bardziej gadatliwy i nie twierdzę, że umierający bohaterzy literaccy nie mają prawa do rozmowy, ale po tych dwóch naprawdę dobrych akapitach, zamiast cieszyć się przyjemnym językiem utworu zastanawiałem się czemu ona cholera jeszcze może mówić. Pewnie konwencja mnie nie porwała.

Dalej jest jedyny ocalały z wielkiej katastrofy zwiadowca, i jedyna ocalała, zupełna przeciwność jego, blond piękność. Będą nowym Adamem i Ewą nowego świata. Wszystko nowe tylko nie pomysł.

Podsumowując, trafiający w mój gust język, jedna literówka (może są inne błędy, ale ja jestem prostym czytelnikiem ), umierająca kobieta, która dożyła rozmowy z powodu potrzeb konwencji/autora a nie zdrowego rozsądku i dość banalne zakończenie. To wbrew zwyczajowi, ale podkreślę znowu, że czyta się z przyjemnością, tak jak ogląda film z pięknymi zdjęciami i chociaż fabuła nie wgniata w fotel to, hej, nie można mieć wszystkiego, a te ujęcia naprawdę cieszą oko. Dlatego w moim odczuciu to nadal dobre opowiadanie.

Czytałem też opowiadanie Ellaine.

Mogę powiedzieć tylko, że od dzisiaj będę uważał na niepozornie wyglądających wysokich magów. Pierwszy raz w tak niewielu słowach przeczytałem o wyrachowanym, acz niepozornym (to akurat motyw raczej częsty) magu, który gotów jest wkupić się w czyjeś łaski, wykorzystać, a w razie kłopotów (jeśli wściekłą kobietę z siekierką nazwać można kłopotem) natychmiast się ulotnić.

Beton-stal: Sen profesora

Cóż, niestety za cienki w uszach jestem, żeby służyć tu autorowi konstruktywną krytyką, ale zanim dostane po uszach to na jednym tchu powiem, że bardzo lubię kiedy krótkie formy są takie przewrotne i zaskakują na koniec. Pomysł przypadł mi do gustu.

Następnym razem postaram się o przydatniejszą autorom wypowiedź albo milczenie. Tymczasem kończę.

Awatar użytkownika
Radioaktywny
Niegrzeszny Mag
Posty: 1706
Rejestracja: pn, 16 lip 2007 22:51

Post autor: Radioaktywny » wt, 01 mar 2011 18:18

Krocząc ścieżką życia. – O Jezu. Przepraszam, ale dawno nie czytałem tekstu, z którego bym dosłownie nic nie wyniósł. To jest właśnie tego typu tekst. Chociaż nie, tekst ma jeden plusik – szczerze rozbawił mnie nazwą Drops Mind :-D (ałtorko, zakładam, że chodziło Ci raczej o Drop’s Mind?). A poza tym? Bida. Po pierwsze, język. Mało interesujący, do tego pełen pozjadanych przecinków. Po drugie, początek. Ałtorko, wystrzegaj się zaczynania tekstu opisem przyrody. To nudne i tylko zniechęca czytelnika do dalszej lektury. Początek musi wciągać! Twój nie wciąga ani trochę. Po trzecie, fabuła. Czemu mam wrażenie, że już gdzieś to czytałem? I czemu mam wrażenie, że ałtorka za dużo miała do czynienia z „Eragonem”? Po czwarte, nie stawiamy kropki w tytule. Po piąte, wymogi warsztatów. Ałtorka chciała być sprytna i zawrzeć temat w imieniu bohatera i nazwie wodospadu (jakkolwiek kuriozalnie nie brzmiałaby nazwa wodospadu Krople Umysł. Choć tu nie powinienem się wymądrzać, bo jeśli na forum jest jakiś skandynawista, to i mi się dostanie przy moim tekście za sposób, w jaki skonstruowałem imię swojego bohatera;-)). Zabieg cwany, nie przeczę. Ale imię i nazwisko chłopaka nijak mi do niego nie pasują, nijak nie przystają do jego osobowości. Czuję się niemal, jakbym oglądał „Bambi” Disneya, tyle że jelonek dostał imię Rozbebeszacz;-P
To tyle ogólnych uwag. Tekst spłynął po mnie – nomen omen – jak te krople umysłu po czaszce.
A teraz trochę konkretów:
Chłopak mocniej przylgnął do ziemi.
A zatem leży. W porządku. Ale potem piszesz:
Nie drgnął, choć opuścił łuk z naciągniętą strzałą.
Jak można opuścić łuk będąc na poziomie ziemi?
jako godny następca swego plemienia.
Jeden człowiek zostaje następcą całego plemienia. Ciekawy obyczaj, nie powiem. Chyba że plemień to jakiś rodzaj funkcji w Twoim świecie wykreowanym – choć jakoś wątpię;-]
Róg, który przyniósł jego ojciec z takiej samej podróży przypominał część dzikiego bawoła.
Nie bawoła, ale bawołu. Wiem, że dziwna odmiana, ale taka jest przyjęta.
Nie mniej prawdziwego.
„Niemniej” razem piszemy.
Kilka dni temu dostrzegł na ściółce ślady, których nigdy nie widział. Dała się przyłapać, dostrzec i od tego czasu już nie stracił z oczu owych śladów.
Znaczy ta ściółka dała się przyłapać? Ach, ach, jaka nieostrożna ta ściółka;-)
- Nie jesteś leśnym elfem.
Odgłosy powróciły ze zdwojoną siłą. Zacisnął zęby z bólu przyzwyczajając się do hałasu przyrody. Nie drgnął, choć opuścił łuk z naciągniętą strzałą.
- Wiele tygodni mnie tropiłeś. Nie chcesz zostać wodzem?
Teoretycznie wiadomo, kto wypowiada daną kwestię dialogową, ale literacka przyzwoitość prosiłaby, żeby jednak zaznaczyć, że to stwierdził Skull, a tamto powiedziała elfka.
Chłopak westchnął mrucząc coś pod nosem.
A to możliwe, tak jednocześnie? Natura musiałaby go chyba dwoma aparatami gębowymi obdarzyć, co by mógł tak jednocześnie wzdychać i mruczeć.
Wstał. Otrzepał ubranie podchodząc do nieznajomej. (…) Poprosiła, aby usiadł, lecz nie ruszył się z miejsca.
To on się, moim zdaniem, bardzo ruchliwie z miejsca nie rusza:-)
Podniosła się. Ruszyła ścieżką prowadzącą w dół, ku spływie wodospadu.
Chyba spływowi?

Nie będę wypisywać miejsc, gdzie zabrakło przecinków, bo to mozolna robota. Ałtorko, polecam obserwowanie przy czytaniu książek, gdzie się umieszcza przecinki, bo ich brak w Twoim tekście naprawdę uwiera.

Świadectwo Hugina – nie mogłem się przy tym tekście nie uśmiechnąć, bo widzę, że nie byłem jedynym, któremu temat warsztatów skojarzył się z mitologią germańską:-)
Trudno mi jednak oceniać ten tekst. Dostrzegam tu podobny zamiar co u mnie – zastosowanie stylu archaicznego, aby opowieść była bliższa językowo dawnym tekstom. To się chwali, ale utrudnia skomentowanie stylu opowiadania. Nie powiem, żeby czytało mi się łatwo, ale z doświadczenia wiem, że niektóre fragmenty z Edd też są trudno przyswajalne. Stąd darzę zrozumieniem patos, którym jest przesiąknięty Twój utwór, mimo że bywa męczący.
Czego zabrakło mi w tekście, to użycia przynajmniej raz imienia Odyna. Owszem, miał wiele innych imion, i Ty do tych imion sięgasz, ale osobie nieobeznanej będzie się wydawać, że napisałaś tekst o Chrystusie, a to przecież nie tak (nawet jeśli samoofiara Odyna zdecydowanie kojarzy się z ukrzyżowaniem Chrystusa). Właśnie to zastępowanie głównego imienia Odyna jego licznymi tytułami (które, nie ukrywajmy, są mocno patetyczne) jest odpowiedzialne między innymi za nurzanie się utworu w patosie.
Poza tym coś mi tu nie pasuje. Piszesz, że Odyn przed swoją „wyprawą”, w której zyska mądrość z Mimisbrunnu i nauczy się pieśni i run, nie ma już oka. Ale przecież Odyn właśnie stracił kiedyś oko i dokonał samoofiary w zamian za poznanie pieśni i run z Mimisbrunnu! Czy to znaczy, że historia ma się powtórzyć i Odyn znowu chce się poświęcić i znowu zaczerpnąć wiedzy z Mimisbrunnu? Szczerze mówiąc, za bardzo mi się to kojarzy z „Alicją…” Burtona, w której nastoletnia Alicja przeżywa powtórkę swoich przygód z czasów, gdy była dzieckiem.
Ale pochwalam wybór narratora. Kruki Odyna są potraktowane w mitologii germańskiej bardzo po macoszemu. Szczerze mówiąc, żal, że nie skupiłaś się bardziej na postaci Huginna, zamiast robić z niego sprawozdawcę samoofiary Odyna.
Jedna uwaga:
Geri i Freki, wierne wilki Wszechojca, nie podążają jak zwykle u jego boku, dumnie przebierając umięśnionymi łapami. Miast tego siedzą pod drzewem skomląc, zmartwione o losy opiekuna. Zorza polarna odbija się w ich zlęknionych oczach, gdy mokrymi jęzorami koją rozpaloną twarz Wielkiego Wędrowca, Pana Zmarłych, zwanego też Panem Powieszonych.
Jeśli wilki nie są u jego boku, to jak mogą lizać mu twarz?

C.d.n.
There are three types of people - those who can count and those who can't.
MARS!!!
W pomadkach siedzi szatan!

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Post autor: No-qanek » wt, 01 mar 2011 20:08

No to zaczynając od końca.

Czarnykot: Czaszka

Ogólnie opowiadanko rozbawiło mnie bardzo. Miałeś słaby początek, ale potem się rozkręciło i ładny styl wyraźnie się zarysował. Końcówka też trochę słabsza, zbyt szybko następuje zmiana bohatera, pointa rozciąga się i traci moc.

A teraz po kolei:
Imię jego wzięło się od tego, że był... czaszką. Chroniła ona jego mózg, widoczny przez oczodoły, całość zaś znajdowała się w wielkiej kuli wypełnionej formaliną.
Idiotycznie skonstruowane zdanie.
Czaszka jest czaszką, więc to czaszkę opisujesz. Ale dalej piszesz, jakby czaszka być czymś oddzielnym.
Całość też tu nie pasuje, bo jeśli Czaszka jest czaszką, a czaszka znajduje się w kuli, to Czaszka znajduje się w kuli, a nie jakaś tajemnicza całość.
Jeśli nie rozumiesz, o co mi chodzi wyobraź sobie zdania "Był człowiekiem. Chronił on jego organy wewnętrzne. Całość zaś znajdowała się w samochodzie"

Poważny błąd obrazowania jednym słowem.
Nie miał rąk ani nóg, ani nawet oczu i uszu, lecz mimo to widział, słyszał, wąchał, a nawet mówił. Dysponował też innymi nadnaturalnymi umiejętnościami.
Nie podoba mi się to powtórzone "nawet". Zresztą jest tu nadużyte, nieobecność oczu, uszu mnie wcale nie zaskakuje, skoro był czaszką. Podobnie nie zaskakuje mnie, że Czaszka mówi, skoro już widzi, słyszy i planuje podbić Wszechświat.
A wśród widzenia, słyszenia, wąchania i mówienia, które jest tą nadnaturalną umiejętnością?
- Dopóki krople... A nie, ta kwestia została zabroniona przez Wyższą Instancję. Hmm... – Zawahał się, lecz zaraz rzekł – A więc, dopóki krople [***] [***] [***] [***] [***] [***], dopóty będę próbował opanować Wszechświat!
A to mnie rozbawiło. I odtąd zaczęła się dobra zabawa :)
krążyła mała planeta zwana Anus. Pojawił się tam pewnego dnia nad ranem i od razu przystąpił do realizacji swojego niecnego planu.
Centralnym punktem planety był wspaniały zamek, w którym urzędowała królewna.
To już mój osobisty gust, ale irytuję mnie, gdy przed każdym rzeczownikiem obowiązkowo pojawia się nieistotny przymiotnik.
Spoczywała ona na kominku w sali tronowej, wiedział to od dobrze poinformowanego źródła.
IMHO, wie się ze źródła.
Obrzucił tryumfującym spojrzeniem całą salę. I wtedy ujrzał ją.
Nieeeee... tak się nie buduje nastroju.
Wiedziała jednak, że skoro tak się poniżył, odmowa zrodzi na nowo truciznę obecną w jego sercu, jak u każdego odrzuconego złoczyńcy, zaś romantyczna miłość i umiejętne pokierowanie przez białogłowę sprawi, iż nie w głowie mu będą niecne uczynki.
Jak dla mnie to zbyt rozciągnięte zdanie, a brakuje mu rytmu, by tu dobrze zabrzmiało.
Ale te kwestia gustu.

Jak widać sporo błędów, ale poza nimi udaje ci się Ałtorze zaciekawić czytelnika. Jak wspomniałem - środek jest przeuroczy. Początek i koniec wymagałyby dopracowania.

Uziman: Umysłu moc


Podstawowy zarzut - to jest scenka. Ja w każdym razie nie wyczytałem tu nic innego, jak tylko opis pobierania tajemniczej mózgowej substancji.
Sam opis udał ci się dobrze, jest to nawet zaciekawiające. Ale przyznam, że pod koniec "wędrówki" spodziewałem się czegoś ciekawszego niż tylko "No to do widzenia"
Cały teren pokryty jest drzewami wszelkiej maści.
Od razu przychodzą mi na myśl maści końskie i wyobrażam sobie w takich drzewa.
Zbyt rzuca się tu znaczenie dosłowne, frazeologia zawodzi.
W trakcie „wysiłku” zwanego myśleniem wydzielają się pewne cząsteczki, Eatrie, jednak w ilościach tak śladowych, że nie jesteśmy w stanie ich dostrzec w życiu codziennym. Dopiero niedawno naukowcom udało się odkryć sposób zebrania ów substancji.
"Ów substancji" - rozumiem, że owej. Owych nie pasuje jakby co.

""Wysiłek" zwany myśleniem" to po prostu "wysiłek umysłowy".
Cudzysłowem trzeba ostrożnie, używając do sugerujesz, że nie chodzi tu o pierwsze skojarzenie, tylko jakąś aluzję, metaforę. A tu chodzi jak najbardziej o sens dosłowny.
Ogólnie sprawdza się reguła, że im więcej cudzysłowów komuś potrzeba, tym gorszy z niego pisarz.

Poza "wysiłkiem" nie pasuje mi cały ten fragment. Bo co mnie to obchodzi?
Nagle zaczynasz mi wyjaśniać coś, co wydaje się tu wciśnięte na siłę. Bo jest - tylko po to, by lepiej pasować do tematu.
Do tego używasz opisu niezgodnego z żadnym zwyczajem. Cząsteczek nie nazywa się z osobna, tylko mówi się o cząsteczkach substancji, np. cząsteczki benzenu.
A substancji chemicznych nie nazywa się z wielkiej litery.

Ujawniasz tu też brzydki nawyk - po co piszesz o "pewnych" cząsteczkach, skoro już po przecinku zamierzasz nam powiedzieć co to za cząsteczki?

Nie rozumiem też zakończenia. Podłączany ma płacić? Za usługę wygenerowania Eatrii?
A właściwie czemu miałbym rozumieć? Jakie to ma znaczenia tu dla fabuły?

Radioaktywny: Pieśń o Hugrmungácie

Ładnie zrobione, ciekawa opowieść, z konkretnym zakończeniem. Pisane ładnie, dosyć ciężkim stylem, ale poradziłeś sobie z nim (pomijając parę potknięć). Ciekawi mnie na ile opierałeś się na prawdziwej mitologii skandynawskiej :)
Aż chyba sobie moją małą księgę mitów otworzę :D
Co więcej napiszę przy okazji języka:
roztrzaskując swym toporem czerepy mędrcom i chłepcąc soki wiedzy z ich czaszek niby gorzałkę z kielichów.
Gorzałkę z kielichów się chłepce? Na pewno?
Lecz wojownik ten był o spaczonym spojrzeniu
A w tobie Yoda się obudził.
Potem na szczęście zasnął.
Czy bogowie przenicowali Yggdrasill, czy postawili jesion na głowie, że piekło wzniosło się na poziom Midgardu? Świat ludzi jęczy niby w męczarniach, które naszym są udziałem.”
A jak się przenicowuje drzewo? Zakładam, że inaczej niż się je odwraca, bo to jest po przecinku. Choć odwracanie tu ma sens z całą resztą.
Każesz nagle Czytelnikowi zastanawiać się jak się nicuje jesion, a to zupełnie niepotrzebne.

Głupie porównanie z męczarniami. Bo ja czytając od razu widzę, że ludzie w tych męczarniach już są (przed chwilą było metaforycznie), więc brzmi to trochę jak "Piorun zagrzmiał niby błyskawica".

Że te męczarnie są ich udziałem, sugeruje znowu, że to potępieńcy są winni krzywdy ludzi.
Nieudany fragment.
– Co może dać mi twoja płeć? – prychnął Hugrmungát. – Mózgi wasze jak stare kładki, pękają, gdy wiedza po nich chce przejść. Mózg kobiety – bleh, to sikacz dla Hugrmungáta! Odstąp, bo śpieszę, by pragnienie zaspokoić.
A to genialne :D
Szkoda, że ten wątek wyskakuje jak z niebytu, a za chwilę na powrót w niego wraca. Inaczej ubarwiłby opowieść.
Zapamiętajcie zatem z tej opowieści, bracia, że nie należy wbijać się w pychę
Jak się wbija w pychę?
I czy potwór "zabiegał o opinię bycia najmędrszym"? Trochę nietrafiony morał.

Ogólnie koniec słabszy, Odyn się przechwala, a mnie to niezbyt ciekawi. Styl też trochę tu oklapł.

Ale cała opowieść wcale smaczna.

Thoro: Poetyka

Nie podobało mi się, no cóż. A może ja po prostu tego nie rozumiem.
Jak dla mnie to scenka, która z tematem zgadza się jak najbardziej, ale niespecjalnie mnie zaciekawia, a w tekście nic się nie dzieje.

Opis umierającej czy rozpływającej się świadomości to wielki kawał tortu, ale trzeba się tu napocić, żeby zachwycić czytelnika. A mnie nie zachwyciło. Pełno tu metafor, opisów mających dać coś czytającemu do zrozumienia, itd., ale nie wynika z tego nic więcej poza tym, że widzimy fajne obrazki.
to pewna.
literówka
Pamiętam – pluskam i plumkam już w odmiennym nurcie – jak wyciągałam łuk i strzałę z kołczana
chyba jednak "kołczanu", choć SJP uznaje i tę wersję.
I widziałam wszystek, co się działo w okolicy: że odziany w płytową zbroję woj siekł wściekle ciemny pomiot przed nami, a miecz, świszcząc, wycinał haniebną posoką wzory w powietrzu, i że sekundował mu nieustępliwie topór, który dzierżył krasnolud umorusany czerwienią od stóp aż po brodę, i że przeciwnicy z wolna ustępowali pola; wówczas wypuściłam pierwszą strzałę. I dostrzegłam czarownika, który wyskoczył zza drzewa.
"Wszystko", "wszystek" wyskakuje tu zupełnie nie wiadomo skąd.
No i nie podoba mi się styl, napuszony, pełen niepotrzebnych szczegółów.

I czym się różni haniebna posoka od zwyczajnej?
rozumiem wszystko, a więc nie rozumiem nic.
Jakże mądrze i głęboko... i jakże bez sensu.

I to tyle. Wybacz, ale ja w tym opisie nie widzę nic konkretnego, żadnej konceptu co do rozpływania się w niebycie. Tylko przelatujące obrazki i frazesy.

Tyle na dziś.
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
czarnykot
Sepulka
Posty: 64
Rejestracja: wt, 22 lut 2011 19:23

Post autor: czarnykot » wt, 01 mar 2011 20:54

No-qanek pisze: Ogólnie opowiadanko rozbawiło mnie bardzo. Miałeś słaby początek, ale potem się rozkręciło i ładny styl wyraźnie się zarysował. Końcówka też trochę słabsza, zbyt szybko następuje zmiana bohatera, pointa rozciąga się i traci moc.
To przez ograniczenie znaków. Jakbym miała to napisać normalnie, zupełnie inaczej by wyglądały losy Czaszki i Rectum.
Idiotycznie skonstruowane zdanie.
Czaszka jest czaszką, więc to czaszkę opisujesz. Ale dalej piszesz, jakby czaszka być czymś oddzielnym.
Całość też tu nie pasuje, bo jeśli Czaszka jest czaszką, a czaszka znajduje się w kuli, to Czaszka znajduje się w kuli, a nie jakaś tajemnicza całość.
Jeśli nie rozumiesz, o co mi chodzi wyobraź sobie zdania "Był człowiekiem. Chronił on jego organy wewnętrzne. Całość zaś znajdowała się w samochodzie"
Nie, nie, nie. On był taką czaszką z mózgiem w środku. Mózg co prawda zazwyczaj jest w czaszce, ale wtedy są w nim też oczy, żyły i cała reszta badziewia. Żeby mózg trzymał się w czaszce, całość została umieszczona w kuli i zalana formaliną. No, ale skoro nie widać tego po moim tekście, najwidoczniej jest to błąd obrazowania.
Nie podoba mi się to powtórzone "nawet". Zresztą jest tu nadużyte, nieobecność oczu, uszu mnie wcale nie zaskakuje, skoro był czaszką. Podobnie nie zaskakuje mnie, że Czaszka mówi, skoro już widzi, słyszy i planuje podbić Wszechświat.
A wśród widzenia, słyszenia, wąchania i mówienia, które jest tą nadnaturalną umiejętnością?
Jak nie masz ani uszu, ani oczu, to zarówno wzrok i słuch są nadnaturalnymi umiejętnościami. :) Swoją drogą, że też nie zdziwiła Cię obecność mózgu.
IMHO, wie się ze źródła.
True, mój błąd.
Nieeeee... tak się nie buduje nastroju.
Znaki! Zbyt mało znaków!
Jak widać sporo błędów, ale poza nimi udaje ci się Ałtorze zaciekawić czytelnika. Jak wspomniałem - środek jest przeuroczy. Początek i koniec wymagałyby dopracowania.
Ech, gdyby tak dorzucić drugie tyle znaków, miałbyś miodzio opowiadanko. BTW jestem Ałtorką. :)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » wt, 01 mar 2011 21:15

Usprawiedliwianie się limitem znaków jest dla słabych, jak mówi mój zaznajomiony dres... :P
Limit to nie ograniczenie, to wspomaganie wyobraźni Autora - kaganiec. <wyszczerz>
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
czarnykot
Sepulka
Posty: 64
Rejestracja: wt, 22 lut 2011 19:23

Post autor: czarnykot » wt, 01 mar 2011 21:32

Wiedziałam, po prostu WIE-DZIA-ŁAM, że ktoś zaraz tak mi napisze. :P

uziman
Sepulka
Posty: 9
Rejestracja: sob, 20 lut 2010 22:34

Post autor: uziman » wt, 01 mar 2011 21:37

No-qanek pisze:
Przepraszam za nie odpowiedzenie na poszczególne zarzuty. W większości, nie mam nic na swoją obronę.
Faktycznie, patrząc na to po tych dwóch dniach, nie wyszło mi to do końca jak opowiadanie. Sam zarys polegać miał na "upłynnieniu" wyobraźni (tu chyba cudzysłów nie jest źle użyty? :) ). Takie skojarzenie nasunęło mi się po przeczytaniu tematu. Niestety, jak zauważyłeś, wyszło, jak wyszło. Brakło mi pomysłu na jakieś ciekawe zakończenie, stąd też zwykle pożegnanie. Niemniej jednak, dziękuję za krytykę.
Pozdrawiam

Awatar użytkownika
thoro
Sepulka
Posty: 43
Rejestracja: wt, 11 sie 2009 22:12

Post autor: thoro » wt, 01 mar 2011 21:44

czarnykot pisze:Wiedziałam, po prostu WIE-DZIA-ŁAM, że ktoś zaraz tak mi napisze. :P
Bo to prawda.
No-qanek pisze:"Wszystko", "wszystek" wyskakuje tu zupełnie nie wiadomo skąd.
No i nie podoba mi się styl, napuszony, pełen niepotrzebnych szczegółów.
Wszystek znalazło się tam z powodu stylizacji, stosowanej w całym tym fragmencie.
No-qanek pisze:
to pewna.
literówka
Bynajmniej. Jeśli już, to błąd. Ale kilkakrotnie widziałem zwroty w podobnej formie, w tym dosłownie tak, jak stoi w tekście.
No-qanek pisze:I czym się różni haniebna posoka od zwyczajnej?
Prawdopodobnie tym, że jest haniebna, tak samo jak krew może być szlachetna.

Co do interpretacji się nie wypowiadam, czekam na opinie innych, choć tak czułem, że mogłem przeszarżować. Powiem tylko, że nie interesowało mnie tak bardzo rozpływanie się świadomości, jak interferowanie z innymi nurtami.
sam już nie wiem.

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Post autor: No-qanek » wt, 01 mar 2011 22:14

Nie, nie, nie. On był taką czaszką z mózgiem w środku.
W takim razie nie wolno ci napisać, że był czaszką, bo tak samo to i ja byłbym czaszką - z mózgiem w środku i resztą ciała obleczoną.
Żeby mózg trzymał się w czaszce, całość została umieszczona w kuli i zalana formaliną.
Cały czas nie rozumiesz jak działa słowo całość, pewnie przez kreacje bohatera.
Słowo całość sugeruje, że mamy do czynienia z rzeczą połączoną z wielu, ew. zbiorowiskiem, choć "całość ludzkości" nie brzmi najlepiej.

Ale u ciebie jest jedna osoba. Nie szkodzi, że jej części to rzeczy, każda osoba (tu przykład człowieka) składa się z takich rzeczy jak ręce, nogi, itd., a jednak nie mówimy o człowieku jako o całości.

Czy ktoś może to jaśniej wytłumaczyć?
BTW jestem Ałtorką. :)
O, przepraszam, czasem kierując się nickiem zapominam sprawdzić.
(tu chyba cudzysłów nie jest źle użyty? :) )
Twój post to nie tekst literacki, więc inaczej tu to działa :P
IMO, to jest dobrze użyty cudzysłów.

thoro - ale "wszystek" odnosi się do rzeczowników. Wszystek dzieci, wszystek chleba, ale nie - widziałem wszystek.
Bynajmniej. Jeśli już, to błąd.
Więc błąd.
To jakieś dziwne skrzyżowanie "to rzecz pewna" z "to pewne".
W dodatku myli nam sens, bo inaczej rozumiemy to słowa.
Prawdopodobnie tym, że jest haniebna, tak samo jak krew może być szlachetna.
Znaczy, że skorom nie hrabia to w moich żyłach płynie haniebna krew?
To chyba tak nie działa.
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
thoro
Sepulka
Posty: 43
Rejestracja: wt, 11 sie 2009 22:12

Post autor: thoro » wt, 01 mar 2011 22:26

No-qanek pisze:thoro - ale "wszystek" odnosi się do rzeczowników. Wszystek dzieci, wszystek chleba, ale nie - widziałem wszystek.
Cóż, myślałem, że w sformułowaniu wszystek, co się działo będzie taka forma pasować.
No-qanek pisze:
Bynajmniej. Jeśli już, to błąd.
To jakieś dziwne skrzyżowanie "to rzecz pewna" z "to pewne".
W dodatku myli nam sens, bo inaczej rozumiemy to słowa.
"Jak już rzekłem, kapituła zaszkodziła mu wielce w zmaganiach z cesarzem — to pewna".
"Że jednak w opactwie chce się, by nikt nocą nie zapuszczał się do biblioteki, i że wielu jednak próbowało i próbuje nadal, to pewna".

To z Eco, "Imię Róży". Nie wymyśliłem tego, odtwarzam tylko wzorce. :) Poza tym, chyba Lem podobnie używał oczywista.
No-qanek pisze:
Prawdopodobnie tym, że jest haniebna, tak samo jak krew może być szlachetna.
Znaczy, że skorom nie hrabia to w moich żyłach płynie haniebna krew?
To chyba tak nie działa.
Owszem, nie działa. Ale cała scenka jest kliszą fantasy, więc sądziłem, że czytelnik skojarzy wspominany w tym samym bodaj zdaniu "ciemny pomiot" z orkami, nieumarłymi, potworami, czy czym tam jeszcze, a z takich często ulatuje czarna krew i o to tu chodziło. :P
sam już nie wiem.

Awatar użytkownika
calthia
Sepulka
Posty: 14
Rejestracja: śr, 02 wrz 2009 15:51

Post autor: calthia » śr, 02 mar 2011 09:31

Radioaktywny, dzięki za krytykę:) Zgadzam się. Tekst był słaby. Nawet bardzo słaby. Sama się zastanawiam dlaczego go wysłałam, ale chyba potrzebowałam kopa w dupsko.
Teraz wiem, że jeżeli się ma niedopracowany pomysł, bądź kompletny brak pomysłu - lepiej nic nie wysyłać zbyt szybko:)

Zastosuje się do uwag i popracuję nad tymi przecinkami:)

I jeszcze będę nękać warsztaty moimi, mam nadzieję, mniej nudnymi tekstami :)

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5194
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Post autor: neularger » śr, 02 mar 2011 11:39

calthia pisze:I jeszcze będę nękać warsztaty moimi, mam nadzieję, mniej nudnymi tekstami :)
Ale najpierw znajdź Łowisko i się przywitaj.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

ODPOWIEDZ