Bracia spod jednej anatemy... [Wyzwanie]

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Poc Vocem
Sepulka
Posty: 70
Rejestracja: śr, 01 lut 2012 19:57
Płeć: Nie znam

Bracia spod jednej anatemy... [Wyzwanie]

Post autor: Poc Vocem » wt, 01 paź 2013 15:28

W gospodzie cicho grał skrzypek. Miło się go słuchało po całym dniu pracy, zwłaszcza mając do dyspozycji kufel świeżego, spienionego piwa, jaki właśnie stał przede mną. Świetnie zdawałem sobie jednak sprawę, że ta sielanka była jedynie pozorna.
Prawdę powiedziawszy, półelfia dzielnica, a wraz z nią całe kilkunastotysięczne Lasheran, była wielkim kotłem pełnym bulgoczącego wrzątku, który lada dzień mógł zacząć kipieć. Tylko bogowie wiedzieli ilu zostanie poparzonych.
W mieście roiło się od plakatów czy nawet napisów na murach nawołujących do rozwiązania kwestii półelfów… Jesteśmy z waszej krwi, idioci! Cóż z tego, że tylko w połowie? I tak to wystarczy, żebyśmy nie poszli na rzeź jak te barany. Pewnie, jest was wystarczająco wielu, abyście dali radę nas tam zaciągnąć, ale nie obędziecie się bez strat. Nie szkoda wam marnować na to własnych dzieci, braci czy mężów?
Wszystko zaczęło się dość niewinnie, od budowy murów wokół dzielnicy. Potem rada miasta zadecydowała o wprowadzeniu godziny policyjnej, po której nie wolno było ich przekraczać. Na początku strażnicy na murze mieli tylko przypominać o tym przechodniom, dziś karą za to była śmierć. Trafiliśmy do pieprzonego getta!
– O czym myślisz, Feliasie? – zapytał mój towarzysz od kufla i nie tylko, Rillian.
– Ech… Jak zwykle po alkoholu ogarnia mnie fatalizm – odparłem, nie chcąc martwić przyjaciela niepotrzebnie. Oby tylko to „niepotrzebnie” nie okazało się zwiastunem nieszczęścia…
Nagle drzwi do gospody otworzyły się gwałtownie. Stanął w nich Garnell, jeden ze stałych bywalców. Był zakrwawiony i pobity.
– Uciekajcie, komu życie miłe! – ryknął. – Tłuszcza sforsowała bramy!
A jednak…
W gospodzie wybuchła panika. Goście nerwowo poderwali się zza stołów z krzykiem. Rillian chciał biec do wyjścia, ale zatrzymałem go.
– Zaczekaj, niech inni oczyszczą nam drogę – stwierdziłem cicho. Równie dobrze mógłbym wrzeszczeć, i tak nikt nie zwróciłby na to uwagi.
Kilku innych gości wybiegło na ulicę. Nie usłyszeliśmy nic poza nerwowym harmidrem.
– Idziemy – stwierdziłem wobec tego.
Na zewnątrz panował nie mniejszy jazgot niż w gospodzie. Mieszkańcy ratowali dobytek, przerażone matki ciągnęły za sobą płaczące dzieci, gdzieniegdzie prześlizgiwali się rabusie, chcący ugrać coś dla siebie. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku: do bramy prowadzącej na zewnątrz miasta.
Trzeba się było śpieszyć. W innym wypadku tłum z ludzkiej części Lasheran mógłby odciąć nam drogę.
Nagle Rillien zatrzymał się. Stanął przed swoim domostwem, wahając się czy nie zacząć wynosić swojego dobytku.
– To głupota – stwierdziłem.
Wiedziałem jednak, że mnie nie posłucha. Był zapalonym konstruktorem i nie chciał zostawić cennych, nigdy nie zrealizowanych projektów. Trudno.
– Żegnaj, przyjacielu – powiedziałem tylko, gdy zniknął we wnętrzu budynku.
Nie mogłem ryzykować. Zdecydowałem się samemu zmierzyć z piekłem przed sobą.
Przeciskałem się przez zdezorientowany tłum. Szybko zbliżałem się do bramy, lecz… i tak za wolno. Z ulicy prowadzącej do ludzkiej części miasta wyłoniła się grupa mieszkańców. W naszą stronę posypały się kamienie. Tłum wpadł w panikę. Rzeka półelfów popłynęła w stronę bramy, powalając tych, którzy nie nadążali za nurtem…
Dostałem kamieniem w żebra. Zatrzymałem się. Mało nie upadłem, gdy wpadł na mnie osobnik idący z tyłu.
Nie zamierzałem się jednak poddać. Wyjście było tak blisko. Wreszcie dotarłem do celu…
Strażnicy bramy byli martwi. Chyba zostali stratowani przez pierwszych uciekających półelfów. Nieważne zresztą. Nadeszła pora, żeby zatroszczyć się o siebie.
Od dawna spodziewałem się podobnego, choć nie tak brutalnego rozwiązania sprawy. Dlatego też postanowiłem się zawczasu do niego przygotować. W tym celu przygotowałem skrytkę nieopodal miejskich murów, do której od miesięcy sumiennie odkładałem znaczną część skromnej nauczycielskiej pensji. Teraz nadeszła pora, aby z niej skorzystać.
Inni półelfowie zapewne zabezpieczyli się podobnie, choć, prawdę powiedziawszy, nie interesowało mnie to w najmniejszym stopniu. W takich chwilach należało troszczyć się wyłącznie o siebie.
Złoto nie było zakopane głęboko, nawet bez łopaty powinienem szybko je wydostać. Z obawy przed nakryciem od razu zabrałem się do pracy. Nie potrzebowałem towarzystwa żebraków, błagających o datki.
– Elfi bękart! – rozległ się zimny głos za moimi plecami.
Cholera jasna! Powinienem być ostrożniejszy. Zacisnąłem palce na rękojeści miecza i odwróciłem się. Tylko po to, aby ujrzeć kilku mieszczan i kamień lecący w moją stronę.


Ocknąłem się przykryty końską derą. Leżałem na jakichś dechach, z których jedna bestialsko wbijała mi się w plecy. Jak przez mgłę zobaczyłem, że ktoś pochyla się nade mną. Był to Tilvur Vellain, uzdrowiciel mający do niedawna aptekę na końcu mojej ulicy.
– Miałem cię za dobrego sąsiada – stwierdził zbolałym głosem. – Nie wierzyłem, że zostawiłeś Rilliena na pastwę losu, dopóki on sam nie potwierdził tego okropnego czynu. Jak mogłeś? Jeszcze przed wybuchem tego całego bałaganu siedzieliście razem w gospodzie! I wiesz co? Też miałem ochotę cię zostawić. Niestety nie mogłem. W przeciwieństwie do ciebie mam honor. Nie potrafię zostawić towarzysza w niedoli w potrzebie.
Nie odezwałem się ani słowem. Czego bym nie powiedział, i tak byłoby źle. Do tego wiedziałem, że uzdrowiciel miał całkowitą rację. Wszyscy cierpieliśmy z jednego powodu i powinniśmy sobie pomagać. A ja zachowałem się jak ostatnia świnia.
Przysiągłem sobie, że nie zrobię tego nigdy więcej i dołożę wszelkich starań, aby okazać się znów godnym usiąść przy piwie razem z Rillienem czy nawet Tilvurem.

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5184
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Bracia spod jednej anatemy... [Wyzwanie]

Post autor: neularger » wt, 08 paź 2013 00:27

Rany, jak dojdę do siebie po ciosie łopatą z tego tekstu, to coś napiszę.
A teraz w oczach mi się dwoiiii... :P
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Bracia spod jednej anatemy... [Wyzwanie]

Post autor: Małgorzata » wt, 08 paź 2013 03:29

Chyba Cię rozumiem, Neu... :P
Znaczy, mnie się nie dwoi, żeby była jasność. :)))
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Re: Bracia spod jednej anatemy... [Wyzwanie]

Post autor: No-qanek » wt, 08 paź 2013 17:11

To może i jak się wypowiem, żeby tekst nie leżał taki osierocony.

Choć w mojej opinii nie jest aż tak źle, jak sugerują Neu i Małgorzata. Bo widziałem gorsze teksty - język kuleje, ale jednak jest całkiem strawny. Sam opis też jest dosyć sprawny, choć zdarzają się spore błędy. No i jest tu zarysowana pewno historia, niestety słabo koresponduje ona z zakończeniem. Co nie znaczy, że ogólnie jest dobrze.

Zaczynając od języka:
Świetnie zdawałem sobie jednak sprawę, że ta sielanka była jedynie pozorna.
W mieście roiło się od plakatów czy nawet napisów na murach
nie chcąc martwić przyjaciela niepotrzebnie. Oby tylko to „niepotrzebnie” nie okazało się zwiastunem nieszczęścia…
zapytał mój towarzysz od kufla i nie tylko, Rillian
Tu wszędzie manifestuje się chyba ten sam błąd - szukanie związków logicznych na siłę i nadmierne komplikowanie opisu.
Nie rozumiem, czemu napisy na murach to coś więcej niż plakaty. Wystarczyłoby zwykłe "i". Albo jak "niepotrzebnie" miałoby się okazać zwiastunek nieszczęścia. Coś tu logicznie się nie zgadza.
Pozorna sielanka też mi się nie podoba. Nadmierne komplikowanie moim zdaniem.
Skoro "od kufla i nie tylko" to po prostu przyjaciel, znajomy, towarzysz. Znowu twój bohater ma skłonność do nadszczegółowości.
Jesteśmy z waszej krwi, idioci! Cóż z tego, że tylko w połowie? I tak to wystarczy, żebyśmy nie poszli na rzeź jak te barany.
A gdyby nie byli z ich krwi wcale to na rzeź poszliby ochoczo?
Komentarz jak wyżej.
– Ech… Jak zwykle po alkoholu ogarnia mnie fatalizm – odparłem
Ludzie naprawdę tam mówią?
Dlatego też postanowiłem się zawczasu do niego przygotować. W tym celu przygotowałem skrytkę
Przypominają mi się sprawozdania z laboratoriów. Nadmiar spójników sprawia, że te zdania brzmią nieporadni i nadmiernie technicznie.
– Elfi bękart! – rozległ się zimny głos za moimi plecami.
"Zimny głos" konotuje mi się zupełnie inaczej, a dokładnie jako pozbawiony emocji, złośliwy, ewentualnie demoniczny. Ale tu mi nic takiego nie pasuje.

Dalej kuleje logika:
Nie mogłem ryzykować. Zdecydowałem się samemu zmierzyć z piekłem przed sobą.
Mógł zdecydować, że nie poczeka na Rilliana, pójdzie sam. Ale tu jakbyś sugerował, że bohater miał wybór mierzyć się z piekłem albo i nie. A chyba nie miał.
Dodatkowo to jeden z przykładów jak niewiarygodnie mówi postać. Dookoła panika, trzeba uciekać, radować się, a bohater wysławia się ugładzonymi frazami - dość dziwne. Nie twierdzę, że ma przeklinać. Ale po prostu brakuje tym zdaniom naturalności, potoczności.
Nadeszła pora, żeby zatroszczyć się o siebie.
Tego, co następuje po tym zdaniu, nie rozumiem. Bohater przed chwilą uciekał przed ludźmi, cudem udało mu się wydostać, uniknąć śmierci, przed chwilą dookoła był potężny spanikowany tłum, a nagle wszystko znikło? Już jest spokój i decyduje się zabrać złoto? Rozumiem, że mogło do tego dojść - ale zabrakło w tekście wyjaśnienia, jak to sobie autor wyobraża.
Inni półelfowie zapewne zabezpieczyli się podobnie, choć, prawdę powiedziawszy, nie interesowało mnie to w najmniejszym stopniu.
Bohatera to nie obchodzi, a jednak obchodzi na tyle, żeby o tym wspomnieć. Trochę bez sensu.
Z obawy przed nakryciem od razu zabrałem się do pracy. Nie potrzebowałem towarzystwa żebraków, błagających o datki.
Przed chwilą wszyscy uciekali. Skąd nagle ktoś ma się zainteresować facetem grzebiącym w ziemi. I jeśli ktoś miałby, to czemu akurat żebracy? Posądzałbym raczej jakiegoś rabusia.

A teraz zakończenie. I tu się okazuje, że logika i psychologia kuleją znacznie bardziej niż wcześniej, bo okazuje się to bohater pozostawił Rilliana na pastwę losu. I nagle zaczyna bardzo tego żałować. Szczerze mówiąc kompletnie nie rozumiem, skąd taka interpretacja. Uzdrowiciel mógł mieć jeszcze mylne pojęcie, ale sam bohater przyznał się, że czuje się winny.
I nawet jeśli w swojej opini uważał, że powinien był jednak mimo wszystko pozostać z Rillianem to wypadałoby to jakoś uzasadnić wcześniej. Ale bohater poświęcił temu jedno zdanie - i to wszystko. Później ani razu nie przeszło mu to przez myśl.
Logika tu koszmarnie kuleje, bo pojęcia nie miałem, że Rillian był dla bohatera kimś ważnym. Podobno był towarzyszem od kufla i nie tylko. I tyle mi powiedziałeś, autorskie chciejstwo.
A na koniec dostajemy jeszcze koszmarek - bardzo podstawówkowy morał, bohater przysięga sobie, że już nigdy nie opuści kumpla. Bez żadnego większego namysłu, refleksji, nic.

Stąd nie bardzo wiem, o czym to miało być. Tzn. wiem - o tym, żeby nie opuszczać przyjaciela w potrzebie. Tylko, że ani to niezbyt ciekawe, ani mnie nie przekonuje. Ani nawet specjalnie nie temu służy większość tekstu.
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Bracia spod jednej anatemy... [Wyzwanie]

Post autor: Małgorzata » pt, 29 lis 2013 17:44

Chyba mam wenę, więc pogadam sobie jeszcze o tym tekście, bo leży zapomniany.
Językowo jest źle, jak już No-qanek pokazał. Mnie szczególnie ubodło, np.
Nie potrafię zostawić towarzysza w niedoli w potrzebie.
Ale to nie język mi przeszkadzał. To konstrukcja. Jak wspomniał mój Przedpiśca, brakuje elementów, które mogłyby spoić ciąg zdarzeń w całość.
Kolesie siedzą przy piwie, wybucha rozróba (opisana sytuacja ramowa: powstało getto dla mieszańców elfa i człowieka), jeden koleś ucieka, drugi nie. Potem pojawia się trzeci, który oburza się na ocalonego, że nie ma honoru, bo zostawił kumpla w potrzebie.

Nie wiem, o co chodzi. Nie dałeś mi do zrozumienia, Autorze, że ci dwaj od piwa, to kumple szczególnie sobie bliscy - ogólna wzmianka, że R. to kumpel od kufla i nie tylko, niczego nie załatwia. Dlatego potem skupiam się wyłącznie na rozróbie. Że jest. A kumpel od kufla postanawia iść do domu. Ten drugi - narrator - ucieka. Nie sprawia mu to specjalnych trudności, facet nie przeżywa śladu dylematu. Nie ma nic, co by mi wskazało, że to jakiś punkt zwrotny czy kulminacja (czego?!) - coś znaczącego dla toku opisywanych zdarzeń. Potem narrator traci przytomność i budzi się u uzdrowiciela, który robi mu wyrzuty o brak honoru.
A przecież nie o honor chodziło na początku, tylko o getto (że powstało), napięcia na tle rasowym (mieszańcy-ludzie), była nawet odezwa narratora (My i wy jesteśmy jednej krwi!) w tej kwestii. I co z tego? Ano, nic. Cała ta kwestia mieszania ras sprowadzona została do pretekstu, żeby nagle wybuchły zamieszki. Ot, tak. Potem przestała być ważna, została tylko bliżej nieokreślona rozróba, zamieszanie.

Dla mnie w tym tekście jest akcja - coś się dzieje. Ale nie ma fabuły - bo to, co się dzieje, nie wydaje mi się powiązane w opowieść. Koniec nijak nie spaja się z tym, co dzieje się na początku. Dlatego ten tekst jest słaby, IMAO.

e... doprecyzowanie
So many wankers - so little time...

ODPOWIEDZ