WT2-1-Korowód

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
podzjazdem
Dwelf
Posty: 558
Rejestracja: śr, 21 mar 2007 07:58

WT2-1-Korowód

Post autor: podzjazdem » ndz, 12 sty 2014 18:37

Kamień… Najbardziej cierpliwe z tworzyw. A jednocześnie od zarania dziejów nierozerwalnie kojarzący się z rozlewem krwi… Kamienny pięściak, którym praczłowiek rozbijał czaszki swoich wrogów. Kamień ofiarny, gdzie kończyły życie setki istnień. Brukowiec, rozbijający zasłonę hełmu policjanta… Tyle krwi, choć przecież kamień sam w sobie nie nosi instynktu zabójcy. Wszelkie zło pochodzi od człowieka…


KOROWÓD



Potok ten zwą różnie. Jedni mówią Rdzawka, inni Łzawka. W nim samym nie ma nic niezwykłego. Ot, struga, jakich w górach setki. Jedyną rzeczą, która go wyróżnia jest jego źródło. Wypływa on wprost z potężnego kamiennego ostańca. Głaz spoczywa w bardzo dziwnym miejscu, odsadzony od skalnej ściany, mocno przewieszonej, która kilka metrów nad nim przechodzi w bardzo stromy, niezbyt długi żleb kończący się dość szerokim lejem na grzbiecie powyżej. A wszystko to jakby z rozmysłem stworzone było, bowiem to, co zsunie się w lej żlebu nieuchronnie ląduje na grzbiecie kamienia, z którego bije źródło zwane Rdzawką. A że człowiek w nazwach się lubuje, tak i żleb nad kamieniem nazwano Parszywą Rynną. Choć niektórzy zwą go Żlebem Nieudaczników. Dziwnymi doprawdy drogami chadza ludzka pomysłowość…
Chodzą słuchy, że w osypisku pod Parszywą Rynną różne rzeczy można znaleźć, a to jakąś spinkę do włosów, rogi jelenia, czasem sprzączkę pasa, sporo kości, ponoć nie tylko zwierzęcych… Znaleźć podobno można, tylko, że takich, co znaleźli, spotkać nie sposób. Ludzie z okolicy mawiają, że chodzić tam i szukać to o kłopoty się prosić, że miejsce to nawiedzone, czartem na odległość śmierdzi. Podobno jęki dusz potępionych za dnia nawet tam słychać. A dusz tych wiele, bo z racji swej nieuchronności zjazd żlebem w dół od dawna kusi wszelakiej maści samobójców. I tych, co z miłości, i tych, co ze wstydu życie postanowili sami zakończyć, nie czekając na wyrok opatrzności. Niektórzy nawet nazywają żleb Rynną Samobójców. Tak wielu ich podobno tutaj było. Nic więc dziwnego, że okoliczni mieszkańcy rzadko źródło Rdzawki odwiedzają, choć miejsce to podobno szczególnie urokliwe. Nie należę do ludzi przesądnych. Zaciekawiony zasłyszanymi opowieściami pewnego wczesnojesiennego dnia ruszyłem w góry.
Początkowo szedłem wzdłuż potoku, na granicy lasu ścieżka skręcała w prawo, by łagodnymi zakosami wspiąć się na grzbiet, którym dochodziła do dna kotła. Tam znów napotkałem Rdzawkę, która zmalała do wąziutkiej strużki raźno cieknącej poprzez młaki. Do jej przebycia wystarczył spory krok, nawet skakać nie musiałem. Lewy brzeg okazał się wygodniejszy. Wzdłuż strumyka poszedłem w stronę bliskiej już skalnej ściany. I ujrzałem Parszywą Rynnę.
Nie miała imponujących rozmiarów. Ale w zestawieniu z kamieniem, który leżał pod jej wylotem budziła niepokój, już sam jej widok obiecywał, kusił, wręcz ociekał poczuciem nieuchronności. W pierwszej chwili poczułem się trochę niepewnie. W miarę zbliżania się do celu uczucie to przeradzało się w zdziwienie. Im bliżej źródła Rdzawki, tym większe. Potok nie wypływał spod kamienia, nie było to też jakieś wywierzysko, głaz wyglądał, jakby ociekał potem, krople zbierały się w strużki, te w strumyczki, które wspólnie tworzyły źródło strumienia. I rzeczywiście, w osypisku pod rynną ujrzałem bielejącą kość. Wzdrygnąłem się, choć nie wyglądała na ludzką. Niesamowitość tego miejsca pogłębiały podmuchy wiatru, którego wcześniej w ogóle nie było, widać jakieś szczególne ukształtowanie terenu sprzyjało zawirowaniom powietrza. Uznawszy, że ujrzałem już wszystko, co było do zobaczenia postanowiłem rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Przypomniałem sobie o małej polance na brzegu lasu. Zarzuciłem więc plecak i ruszyłem z biegiem potoku w stronę doliny.
Miejsce nie było złe, trawa jeszcze nie pożółkła, potok pod bokiem, drewna na ognisko nie musiałem daleko szukać. Rozbiłem namiot, rozpaliłem ogień. Zjadłem kolację. Ognisko delikatnie potrzaskiwało, potok śpiewał, z lasu zaczęły wysnuwać się delikatne pasma mgły. W świetle księżyca wszystko wydawało się jakieś odrealnione. Przy ogniu było ciepło, siedziałem więc i patrzyłem przed siebie, chłonąc magię nocy i tego miejsca…

***
Wylot rynny, na górze stoi młody mężczyzna. Widać rozpacz w jego oczach. Zaraza zabrała przedwczoraj jego żonę i roczną córeczkę. Sam też jest chory. Nie zamierza pokornie czekać. Choć w ten sposób zaprotestuje przeciwko wyrokom losu… To tylko jeden krok… Po chwili rozbrzmiewa łoskot upadku…

***
Dwaj ludzie w kolczugach trzymają za ramiona odartego z odzieży i godności zakrwawionego człowieka. Jaka wygoda z tą rynną, nieprawdaż? O ile czyściej, porządniej, mniej sprzątania po wykonaniu wyroku. Co z tego, że gawiedź uciechy mniej będzie miała? Niewielka to cena za spokój pańskiej głowy. Nie wszystkie wszak wyroki słuszne są i prawe. Wiadomo, Temida ślepa jest. Tak więc te mniej popularne egzekucje tutaj się wykonuje. Nikt nic nie wie, to i motłoch poduszczenia do ruchawek i niepokojów nie ma. Teraz tylko lekko pchnąć… No, można iść na piwo…

***
Przerażony młody jelonek. Słychać ujadanie psów. Pogoń się zbliża. Koziołek miota się na oślep. Jedno potknięcie, jeden skok…

***
Dwie kobiety zbierają jagody. Dzieli je wszystko, prócz jednego. Obie pragną tego samego mężczyzny. Nie są tu same, jest też kilka innych, ale tamte pochylają się nad krzaczkami jagód trochę poniżej grzbietu. Owoców jest mnóstwo. Nie słychać nawet zwyczajnych w takich okolicznościach chichotów, żartów i przekomarzań. Obie niewiasty zbliżają się do żlebu. Pochłonięte pracą nie zauważają tego. W pewnym momencie jedna z nich prostuje się na chwilę, rozgląda dookoła, w jej oczach zapala się dziwny błysk. Jeden nagły ruch… Nie słychać nawet krzyku. Na jej twarzy pojawia się uśmiech triumfu…

***
Grzbiet górski spalony jest słońcem, pokryty uschniętymi kikutami drzew i krzaków. Nawet trawa wyschła na popiół. Już od bardzo długiego czasu nie spadła w tej okolicy nawet kropla deszczu. U szczytu rynny widać kilka postaci odzianych w wilcze skóry, łby drapieżników ozdabiają czubki głów ludzi-nieludzi. Są mocno owłosieni, z grubsza tylko kojarzą się ze znanym nam obrazem człowieka. W rękach mają dziwne przedmioty wykonane z kawałków kości, drewna, kamieni, ni to broń, ni to narzędzia. Ale w ich dłoniach wyglądają groźnie. Jest wśród nich jeden czy też jedna – trudno rozpoznać – niewątpliwie przyciągnięty tu siłą. Szamani kazali złożyć ofiarę, by przebłagać gniew słońca. Więc składają. Odgłos upadku ciała… Jeszcze tego samego dnia chmury zaczynają gromadzić się nad horyzontem…
***
Młoda dziewczyna, piękna, pełna blasku. Nie dostała się na medycynę. Od dziecka słyszała: „ musisz; nie wolno ci zawieść; my wiemy, co dla ciebie najlepsze”. A jednak zawiodła. Nie wróci do domu. Wszystko jest lepsze niż powrót. Mały krok…

***
Duża grupa ludzi. Coś krzyczą. Widać między nimi zakonników. Jest wśród nich jeden w białym habicie. Między nimi dziewczyna, dziecko prawie, spod skołtunionych czarnych włosów chwilami błyska jej twarz, jeszcze nie naznaczona śladami trosk i czasem. Tylko oczy ma znużone, stare, zaszczute… Podobno czarownica, sąsiadka jej widziała, jak w lesie gusła jakieś czyniła. Inkwizytor ma wątpliwości, zarządził więc próbę. Jeśli dziewczyna przeżyje upadek, okaże się winna i czeka ją stos. Jeszcze krótka modlitwa, słychać szmer zgromadzonej gawiedzi. Ofiara bezskutecznie próbuje się wyrwać, lecz trzymające ją ręce nie pozwalają. Lej jest coraz bliżej, szmer się wzmaga… Nagle słychać jęk zawodu. Dziewczyna była niewinna…

***
Przewijają się twarze, postacie, głosy. Teraz dżinsy, za chwilę skory zwierząt, potem jakieś łachmany. Obrazy zdają się chwilami jakby wyrwane z kontekstu, to zatrzymują się jak stopklatka, to znów pędzą jak przyspieszony film. I jest ich wciąż więcej, dziesiątki zaczynają zamieniać się w setki… Włosy jasne, ciemne, rude, mężczyźni, kobiety, dzieci, zwierzęta, twarze młode, stare, spalone słońcem. A wszystko to na zmieniającym się wciąż tle – zieleni lasu, zimy, wiosennych kwiatów, deszczu…
Wreszcie obraz ustala się. Pejzaż podobny, lecz góry wokół są jakby wyższe, brak jest roślinności, okolica wygląda na jałową pustynię bez śladu jakiegokolwiek życia. Lecz nie. Coś się porusza. Jakieś istoty wędrują gęsiego grzbietem gór. Jest w nich coś nieludzkiego, lecz zbyt daleko są jeszcze, aby stwierdzić, czemu ich widok wzbudza niepokój. Zbliżają się… Zdają się być niezwykle smukłe. Tak, są wysokie, bardzo wysokie, mają wyjątkowo długie ręce. Głowy bez włosów i ta ich skóra… Ma jakiś dziwny odcień. Zielonkawy? Lekko błękitny? Trudno powiedzieć. Jedna z nich niesie na rękach pomniejszoną kopię samej siebie. Dziecko? Są coraz bliżej. Teraz już widać dokładnie. To nie ludzie. Mają wielkie, lekko opalizujące oczy, całe wypełnione tęczówką. Ubrane są w coś, co tylko symbolicznie osłania ich ciała, jakby nosiły tuniki z pajęczyny. Poruszają się powoli, dostojnie, a jednocześnie z wielkim wdziękiem. I zbliżają się nieuchronnie do wylotu rynny. Piękno tych istot jest wprost nadziemskie. Ich ruchy mają w sobie grację, jakże obcą dla ludzkich oczu, ale mimo to pełną harmonii jak najwspanialsza muzyka. Lecz ich piękno właśnie przemija. Istoty te wymierają, ich wędrówka to krzyk rozpaczy. Ostatni przedstawiciele ginącej rasy zamierzają ofiarować ziemi to, co mają najcenniejszego. Jedyne dziecko jakie urodziło się w ich pokoleniu. I gardziel rynny przyjmuje daninę. Istoty przez chwilę stoją w milczeniu, patrząc w niebo. Potem z pokorą każda z nich w całkowitym milczeniu stawia swój ostatni krok… A kamień, na którym dogasła ta piękna rasa z żalu po niej zapłakał. I płacze tak do dzisiaj…
***
Otworzyłem oczy. Świtało. Z ogniska zostało tylko wspomnienie, ostatnie pasma mgły chowały się w lesie. Rozejrzałem się dookoła. To była ta sama polana, gdzie wieczorem rozbiłem namiot. Strumień płynął tak jak zawsze, lecz teraz jego śpiew brzmiał dla mnie zupełnie inaczej. Jakby wyśpiewywał chwałę dni minionych, których istnienia ludzie z całą swoją pychą nawet nie podejrzewają. Spakowałem się. Zamiast w dolinę, poszedłem w góry, by po drodze oddać hołd kamieniowi, wciąż płaczącemu po kimś, kogo on jeden pamiętał. Jakoś nie miałem ochoty wracać między ludzi…
Osusz skrzydła, bracie. Na mokrych od łez daleko nie zalecisz...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: WT2-1-Korowód

Post autor: Małgorzata » pt, 17 sty 2014 15:21

Pracujesz w opisach, grasz nastrojem.
I ładnie wychodzi, nie powiem. Drobne usterki zauważyłam, więc potem wytknę (wiadomo), ale nie w tym rzecz.
Nasunęło mi się po lekturze, że czas odzyskać równowagę, Autorze. Bo w nastroje już opanowałeś, opisy również. A teraz czas na lawinę drobnych zdarzeń, jatkę umownej teraźniejszości świata przedstawionego, trzask frazy, chlust słowotoku, wizg wyrazów... Dialog, znaczy. Czas na dialog. Dla równowagi i zmienności rytmu opowieści. Dla ubarwienia fabuły.

To taka uwaga na marginesie, skojarzenie w poprzek prezentowanej pracy i wrażeń po lekturze.
Zajmę się łapanką i omówieniem później, na razie wpadam z doskoku między mękami mnicha na górszczycie... :)))

Neu: wywaliwszy zduplikowany post...
Cholerna mysz. Dziękuję, Neu. :)))
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
podzjazdem
Dwelf
Posty: 558
Rejestracja: śr, 21 mar 2007 07:58

Re: WT2-1-Korowód

Post autor: podzjazdem » sob, 18 sty 2014 13:18

Dzięki, Małgorzato, za opinię.
Dialog, powiadasz...
Fakt, ostatnio jakby mało słów włożyłem swoim bohaterom w usta czy inne narządy...
Zajrzę do szuflady, może coś na Otwarte wygrzebię... :)
Jeszcze raz dziękuję.
Osusz skrzydła, bracie. Na mokrych od łez daleko nie zalecisz...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: WT2-1-Korowód

Post autor: Małgorzata » czw, 23 sty 2014 21:26

Nie zapomniałam o tej miniaturze, nie. Impresja, bez wątpienia. :P
Podoba mi się, że coś się jednak dzieje, że to "impresja dynamiczna" (jak opis dynamiczny), że nie tylko nastrój, lecz jakaś opowieść w tym jest. Podoba mi się, że może to być opowieść oniryczna i w zasadzie tylko ode mnie zależy, czy tak ją zinterpretuję, czy dorobię do tego element fantastyczny i uznam, że jednak tego, co opisane, nie można wyjaśnić tylko naukowo i/lub zdroworozsądkowo. :)))

Motyw kamienia u Ciebie wraca, bo to nie pierwszy "kamienny" tekst. I pewnie nie ostatni.
Dla takich "kamiennych" tekstów wybór formy zdaje się oczywisty - impresja, ze swoją powolną, nastrojową narracją i niekoniecznością fabularną pasuje jak ulał. Dlatego rzucam na Ciebie, Podzjazdem, geis. Wiem, że nie powiedziałeś jeszcze wszystkiego o kamieniach (to ta telepatia, tylko nikomu nie mów!), dlatego oto wyzwanie: wybierz formę, która będzie wbrew naturze opowieści kamiennej. Dodaj do niej dialog, dodaj wyrazistszą fabułę. Wywołaj lawinę. :D

A ponieważ nie ma tekstów doskonałych, więc od razu wrzucę, co mi się przy pierwszym czytaniu zgrzytnęło.
Rozejrzałem się dookoła.
Za karę trzy razy przeczytasz definicję znaczenia wyrazu "rozejrzeć się/rozglądać się" w SJP.
I obejdziesz słownik pięć razy. Dookoła. :P
znanym nam obrazem człowieka.
Oj, oj! Nie dopowiadaj niepotrzebnie, nie ta narracja, ona nie zakłada sytuacji ramowej, opowieści. Nie ma nas po drugiej stronie tekstu. W tej narracji nas nigdy nie było i nie będzie. I nie powinno być.

Tak zupełnie na marginesie i z czystej przyjemności kombinowania zastanawiałam się również nad elementem obcym w korowodzie, czyli umierającą rasą nieludzi. Nie wiem, czy oni są tam potrzebni. Mam wrażenie, że przy całej swojej piękności psują obraz. Nic na siłę, przecież to miejsce, które opisałeś, jest samo w sobie niesamowite - przyciąga śmierć, ofiarę, okrucieństwo.
Znaczy, nie przeszkadzają mi obcy, nie zgrzytają okrutnie. Pokazują, że ten wpływ miejsca jest rozległy. Ale zakończenie wydaje się ich nie dotyczyć, stąd moja uwaga.

Znaczy, teraz geis, Autorze. :P
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
podzjazdem
Dwelf
Posty: 558
Rejestracja: śr, 21 mar 2007 07:58

Re: WT2-1-Korowód

Post autor: podzjazdem » czw, 30 sty 2014 19:02

Dzięki, Małgorzato.
Przeczytałem. Definicję znaczy.
I obszedłem dookoła obficie łeb popiołem posypując.
Ale do rzeczy - geis (czy geas? nie jestem pewien) przyjmuję z radością.
Jako, że byłem przez ostatnie dni w beznecie czasu miałem trochę na pogrzebanie w szufladach i chyba coś znalazłem. Odleżało, przejrzałem (ze szczególnym uwzględnieniem kwestii rozglądania się) i parę wcześniej przeoczonych baboli usunąłem.
Pozwolę sobie wrzucić owo coś na Otwarte.
Jeszcze raz dziękuję za uwagi :)
Osusz skrzydła, bracie. Na mokrych od łez daleko nie zalecisz...

ODPOWIEDZ