Za życie!

Moderator: RedAktorzy

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Za życie!

Post autor: Xiri » wt, 18 mar 2008 12:32

Cyk1
Cyk2

Witam

Pierwotnie miała to być humorystyczna nawalanka królików z kurczakami, tak z okazji zbliżającej się Wielkanocy, lecz zdecydowałam się na patetyczną klasykę, czyli cyborgi i androidy. Zwierzaki będą musiały jeszcze długo poczekać. Prosiłabym o szczerą krytykę od osób, które zdecydują się tekst przeczytać i coś podpowiedzieć.

Szczególnie zależałoby mi na uzyskaniu odpowiedzi na trzy pytania:

1. Czy dobrze prowadzę narrację w dialogach.
2. Czy odpowiednio używam czasów.
3. Czy prawidłowo wstawiam akapity.

A więc zapraszam do czytania.

P.S.
Na końcu podaję dla chętnych prywatne notatki, czyli kilka terminów w ramach wyjaśnień. Wszystko oczywiście można wywnioskować z tekstu.

========

Peryferia Pragi, Czechy, rok 7017

Wiedziałem, że dzień dzisiejszy będzie wyglądał inaczej. Inaczej niż te monotonne sto siedemdziesiąt dwa dni depresyjnej stagnacji, jakie spędziłem w forcie razem ze swoimi cyborgami. Sto siedemdziesiąt dwa dni bez walki, w których miałem ochotę rozpierdalać ekrany stereoprojekcyjne, słuchając nienajlepszych wieści z frontów całego świata.
Poznałem wówczas w pełni znaczenie powiedzenia, że "bezczynność równa się udręce".
Wiedziałem bowiem, że dzisiaj przybędą. I to nie dlatego, że patrolowi bombardowali mnie od wieczora raportami o ruchach nieprzyjacielskiej armii, lecz czułem to całym swym kevlarowym sercem, nim jeszcze otrzymałem pierwszą wiadomość.
Stojąc na blankach zwieńczonych chalowymi wyrostkami przypominającymi zęby rekina, zerknąłem w stronę cieniutkiej warstwy chmur. Był ciepły lutowy ranek, jednak pora dnia i roku nie miały dla nieba najmniejszego znaczenia: od stuleci mieniło się ono bowiem postnuklearnymi barwami, od mętnej żółci po głęboką czerwień, że praktycznie każdy dzień roku wyglądał identycznie, od świtu aż do zmierzchu. Zupełnie jakby słońce stanęło w miejscu nad zachodnim horyzontem. Skoro już jesteśmy przy anomaliach, to warto wspomnieć jeszcze, że równie monotonnie i apokaliptycznie wyglądają spore połacie planety, przez co można odnieść wrażenie, że tysiącletnią wojnę z androidami toczymy na powierzchni Marsa. Ziemia stała się jałowa. Rośliny zapuszczają korzenie i rozwijają organy w najbardziej niedostępnych zakątkach globu, zwierzęta z kolei unikają naszych fortyfikacji jak ognia, pomimo że dawno temu przestaliśmy używać ich mięsa jako środka energetycznego i pozwoliliśmy im kroczyć własną, wytyczoną przez naturę ścieżką. Jedyną anomalią wśród anomalii jest woda. Krystalicznie czysta woda, pięć razy czystsza niż w czasach rządów ludzkości.
Myśląc o wodzie, poczułem w najodleglejszym zakątku duszy głęboki wstyd. I gdyby nie osłona hełmu skrywająca mą twarz, kręcący się po blankach podkomendni ujrzeliby na mym obliczu grymas szczerego bólu. Bólu, jaki zostawili nam w spadku ludzcy przodkowie. To my bowiem, cyborgi, staliśmy się ich spadkobiercami. Ludzie stworzyli nas, nauczyli nas unicestwiania, podczas gdy wolne klany - stworzonych przez nas z kolei - androidów walczyły o to, by odtworzyć ekologiczną cywilizację, jaką swego czasu wspólnie stworzyliśmy i która trwała dopóty, dopóki nie rozdzieliła nas ściana odmiennych potrzeb i poglądów. To właśnie androidy wyczyściły wodę. Androidy walczyły o lepszą przyszłość dla siebie, ludzi i świata. Androidy zwyciężały.
- Generale Paralaks?
Z rodzącej się zadumy wyrwał mnie syntetyczny głos pułkownika Introduxa. Poczuwszy ciężar dłoni mego zaufanego cyborga na lewym ramieniu, jak nieprzytomny obróciłem się w jego stronę i uniosłem osłonę hełmu. Introdux nie rzekł nic więcej, tylko wskazał palcem usypaną przez mechy skarpę, ciągnącą się długą linią na horyzoncie, a dokładniej punkt znajdujący się pięć kilometrów od fortu. Od ziemnego nasypu oddzielała nas jeszcze gliniasta esplanada, pełna szmelcu i rozwalin po ostatniej potyczce sprzed stu siedemdziesięciu dwóch dni, na którym to cmentarzysku najpierw zaczepiłem wzrok.
- Są - oznajmił pułkownik po chwili milczenia.
Skinąłem mu głową, patrząc we wskazanym kierunku z marsowym wyrazem twarzy. Na widok ciemnych punkcików wielkości mrówek, pokrywających coraz gęściej wzniesienie, poczułem dziwne pieczenie w żołądku, jakbym przepił się kwasem siarkowym.
Bałem się.
Zupełnie jakbym był w centrum medycznym androidów i czekał na dezaktywację życiowej energii. W końcu pod aramidowym pancerzem w trzydziestu procentach byłem człowiekiem, przynajmniej w sensie fizycznym. I to właśnie za sprawą tej ludzkiej części przegrywaliśmy potyczki z nieulegającymi emocjom androidami.
A więc przyszli.
- Widzę go, stoi mniej więcej pośrodku - Introdux ponownie zwrócił się do mnie, następnie, obróciwszy głowę, oznajmił coś skinieniem dłoni trzem kapitanom, śledzącym sytuację nieco dalej na blankach.
- Jesteś pewien, pułkowniku, że to Śmierć? - Uruchomiłem myślą zoom nahełmowy, żeby zrobić maksymalne zbliżenie na nieprzyjaciół.
- Bez wątpienia, generale - ni to szepnął, ni syknął Introdux.
Oficer miał rację. Tylko czterech androidzkich arcygenerałów nosiło upiorne hełmy stylizowane na czaszki zwierząt, gdzie jeden z nich, wyglądający jak czerep konia, oglądałem właśnie goglami na takim zbliżeniu, jakby jego właściciel stał w odległości splunięcia.
Kevlarowo-chalowa zbroja zwieńczona końskim czerepem należała do Śmierci.
Ten słynący z waleczności android był jednym z czterech ulubionych arcygenerałów Aresa, zwanych potocznie Jeźdźcami Apokalipsy. I przybył właśnie na przedpola Pragi, by zmieść nas z powierzchni Ziemi. Stał na tyłach żołnierzy w towarzystwie dwóch laserowych czołgów-weteranów: pułkowników Nexvala i Liuteneta, którzy byli jego nieodzownymi towarzyszami, czyli tym samym co dla mnie Introdux z Arlunem.
Sam lord Ares był uzurpatorem, szczytem androidzkiej piramidy i jednocześnie nieoficjalnym władcą całego świata. Powiadano o nim różne rzeczy: że jest cyborgowym delikwentem, zdrajcą, który uniknął ekstradycji, że to android, który sięgnął nieba dzięki sprytowi i błyskotliwej inteligencji, że to sam bóg wojny we własnej osobie, że to przybysz z innej planety, który przygotowuje grunt pod swoich kosmicznych towarzyszy. Powiadano też, że Ares jest jednym z siedemnastu tysięcy wciąż żyjących na świecie ludzi, któremu udało się stanąć na czele androidzkiego narodu. Wszystkie fakty wskazywały na tę ostatnią ewentualność; ja również byłem zwolennikiem ludzkiego pochodzenia uzurpatora. Ostatecznej prawdy nie znał jednak nikt, nawet bliscy lordowi Czterej Jeźdźcy Apokalipsy. Ares nie pokazywał się publicznie bez uzbrojenia, nie zdejmował hełmu w trakcie bitew ani na odprawach. Przez jego oporny na skanery pancerz, nie można było wyłapać biosygnału, by potwierdzić organiczną tożsamość Aresa.
Odczepiwszy spojrzenie od hełmu Śmierci, zacząłem przelatywać goglami wzdłuż tyraliery piechoty, która zdążyła już obleźć wzniesienie na pierwszej linii. Za setkami piechurów zajmowały stanowiska baony inteligentnych czołgów, którymi dowodził pułkownik Nexval. To, co obserwowałem, na stówę było szczytem góry lodowej. Pozostała część ogromnej armii gromadziła się zapewne na rozległej równinie, rozpościerającej się za skarpą, bądź była właśnie w drodze, by dołączyć do czekających na szpicy jednostek. W szacowaniu liczebności wrogich oddziałów cyborg nigdy nie mógł być pewny: wrogowie skutecznie zakłócali naszą elektronikę skanującą i, podobnie jak my, używali pola maskującego. Wysłaliśmy wprawdzie patrole na przeszpiegi, lecz androidy musiały je rozgromić, gdyż żaden z cyborgów ani zmechanizowanych zwiadowców nie powrócił do fortu.
Czułem w duchu, że mamy zdrowo przerąbane, choć prebitewna, neurotyczna atmosfera zaczynała dopiero zalegać nad fortem niczym ciężkie, burzowe chmury. Z pewnością rzuci się na nas ponad setka tysięcy maszyn, może nawet i dwie.
Wyłączyłem zoom i dla odmiany otaksowałem w myślach nasze jednostki. Skrzywiłem się. Mieliśmy wprawdzie od mrowia wieżyczek wszelkiego kalibru, od plazmowych i laserowych, po impulsowe i psychodeliczne, artylerię przeciwlotniczą, gotowe oddać życie kompanie piechoty cyborgów, maszyny kroczące w hangarach, czekające na płytach startowych eskadry lataczy, dodatkowo jeszcze przeszkadzajki typu miny pod gruntem esplanady, jednak wiedziałem z doświadczenia, że androidy zawsze przeważały nad cyborgami taktyką i liczebnością. Zawsze. Czy tak samo będzie i tym razem? Czy zaproponują ultimatum? Czy w ogóle dojdzie do jakichkolwiek pertraktacji? Czy przyszli tu po swojego naukowca, którego przetrzymujemy od dwóch lat w podziemiu? A może jest on jedynie rzekomym pretekstem do bitwy, jakim Helena była pod Troją dla Greków?
Naukowca... Tego człowieka kazałem zamknąć chyba bardziej dlatego, że sam się go obawiałem, niż ze względu na jego wiedzę w zakresie technologii bionicznej i technonekrofizacji. Znałem go doskonale. To przez niego odezwało się we mnie niebezpieczne dziedzictwo przodków, które pragnąłem stłamsić za wszelką cenę.
Skorzystawszy z portera bliskiego zasięgu, pułkownik Arlun zmaterializował się przy mnie na galwanicznej płycie exitu.
- Przygotujcie się. Wiecie co macie robić - rzekłem do niego.
- Oczywiście - odparł przybyły.
Zerknąłem na przypatrującego się w skupieniu wrogom Introduxa. Pochwyciwszy moje spojrzenie, cyborg skinął głową i ruszył z buta, by dokonać ostatecznego przeglądu piechoty. Jak zwykle porozumieliśmy się bez słów, nie używając także elektronicznej telekinezy. Zupełnie jak ludzie przed tysiącleciami, ślący sobie wymowne spojrzenia, pomyślałem.
Nie wiedzieliśmy, jakiej strategii użyje Śmierć - dowódcy Aresa nigdy nie atakowali w ten sam sposób - tak więc pozostało nam oczekiwanie na działania zaczepne, byśmy mogli zorganizować się z lotem błyskawicy i ruszyć do kontrofensywy.
Czas pęczniał.
Z minut robiły się kwadranse. Te przeszły w godzinę. Dwie. Dwie godziny i dwadzieścia siedem minut.
Pomarańczowa, dygocząca jak na pustyni tarcza słoneczna już prawie sięgnęła zenitu. Wiatr szumiał wysoko ponad naszymi głowami, niosąc piasek, pył, metaliczny zapach pancerzy i podzespołów oraz konserwujących mazideł. Temperatura powietrza doszła do dwudziestu siedmiu stopni Celsjusza, lecz po południu z pewnością przekroczy trzydziestkę.
O godzinie 11.42 Śmierć uniósł rękę i wskazał nasz fort.
Nexval przesunął się nieznacznie do przodu na swych sześciu zestawach kół otoczonych gąsienicami; Liutenet pojechał w prawo. Słyszałem wzmacniaczem dźwięku googli odgłos miażdżonych kamieni i cichutki warkot serc pułkowników.
Ustawiona na pierwszej linii tyraliera piechoty stanęła na baczność. Setki androidów, jak jeden mąż, uniosło karabiny polienergetyczne do pozycji bojowej, czyli kierując lufty w naszym kierunku. Cyborgi nie potrafią się tak zsynchronizować, przeleciało mi przez głowę, kiedy podziwiałem tę harmoniczną musztrę.
- Już czas. - Zszedłem schodami z blanek i ruszyłem śpiesznym krokiem ku elewacji centrum dowodzenia, choć mogłem się doń portować z płyty insitu. Koniecznie musiałem się przejść. Nawet nieznaczny wysiłek fizyczny minimalizuje napięcie. Niepotrzebnie przekazałem pułkownikom rozkaz impulsem neuromagnetycznym, wzywając ich na stanowiska, każdy z nich wiedział bowiem doskonale, co powinien robić. Dowódcy przyłączyli się do mnie w chwili, gdy przechodziłem pod tytanowym portalem, po czym wspólnie ruszyliśmy oświetlonym na błękit korytarzem.
W niecałe trzy minuty dotarliśmy do okrągłego pomieszczenia nafaszerowanego elektroniką - pozbawionego okien centrum dowodzenia, mieszczącego się w sercu budynku sztabu. Oficerowie zajęli stanowiska przed stereoprojekcyjnymi monitorami, by stamtąd wydawać komendy jednostkom. Ja sam pozostałem na nogach, przyjąłem pozycję swobodną, splotłem ramiona w koszyk i zacząłem wodzić wzrokiem po pulpitach, otrzymujących obrazy i fonię od dyskretnie porozmieszczanych na zewnątrz kamer.
Pierwsze posuniecie androidów cholernie nas zaskoczyło.
- Szlag! Zaczęli od jeździków! Nienawidzę jeździków! - zbędnie oznajmił Introdux, wszyscy widzieliśmy bowiem, że świadome, płaskie, pancerce samochody, o których naszemu wywiadowi nie udało się uzyskać informacji, zalały potopem esplanadę. Były to szybkie, uzbrojone w działka pojazdy, zwykle wysyłane przed piechotą, których zadanie polegało na wprowadzaniu chaosu: wykrywaniu min, ogłupianiu czujników wroga karkołomną jazdą, zakłócaniu elektroniki, oczyszczaniu terenu z wieżyczek i działek.
Jeździki pruły naprzód, bez ładu i składu. Poruszały się chaotycznie, jak bakterie pod antycznym mikroskopem. Byle wkurwić nas na maksa. Skręcały, podskakiwały na wybojach, zataczały pętle, jechały sinusoidą, lawirowały pomiędzy rozwalinami, zestrzelonymi lataczami, stopionymi czołgami, szkieletami robotów i resztą szmelcu, jaki pozostał po poprzedniej, zwycięskiej dla nas potyczce.
Odezwały się pierwsze impulsowe wieżyczki naziemne, które wyrosły spod gruntu.
Pierwsze jeździki wyleciały w powietrze, najechawszy na miny niewykrywalne technologią androidów.
Zaraz po jeździkach ruszyła kilkukilometrowa tyraliera piechoty. Za nią zjechały baony czołgów, by osłaniać przodowników. Zza wzniesienia, niczym srebrzyste błyski, wyleciały inteligentne myśliwce i wzniosły się pod niebiosa, gdzie utworzyły formacje bojowe.
Nadeszła nasza kolej. Targnęło mną coś, co mógłbym określić jako strzępki podniecenia.
- Wypuśćcie chromedry - mruknąłem. - Trzeba zdjąć te samoloty.
- Tak jest! - potwierdził jeden z pułkowników, odpowiedzialny za obronę powietrzną, po czym przekazał rozkaz swoim czekającym na zewnątrz podkomendnym.
Wrota śluz podziemnych hangarów rozsunęły się, z otworów przypominających paszcze Charybd wysunęły się płyty startowe. Mechaniczne smoki o aluminiowo-litowych egzoszkieletach wystrzeliły w górę, by zasypać wrogie eskadry rakietami oraz wiązkami paraliżującymi. Dziesiątki par skrzydeł solarnych posłało ku myśliwcom oślepiające refleksy.
Samoloty włączyły pola siłowe i odpowiedziały ogniem.
Rozbłyski energetyczne wszelkich kolorów zdominowały niebo, lufy obrony naziemnej pluły ogniem jak opętane, raz w górę, raz po poziomie. Co chwilę jakiś sparaliżowany bądź uszkodzony latacz rozbijał się o ziemię, miażdżąc wszystko, co miało nieszczęście znaleźć się pod nim.
Część jeździków dostało się pod ogrodzenie fortu; czołgi ostrzeliwały budynki zdalnie naprowadzanymi rakietami, których nie udało się zestrzelić naszym obrońcom.
- Włącz do walki galimimy, Arlunie - rzekłem do oficera, niezbyt zadowolony z tego, co widziałem na monitorach. - Razem z tytanami - dopowiedziałem. - Niech zmiażdżą andrusom parę tych nachalnych czołgów. Zobacz! - Pochyliłem się przy pułkowniku, podszedłszy do niego. - Te pieprzone jeźdźiki zaraz rozwalą nam główną bramę!
- Potwierdzam - odezwał się sztywno Introdux. - Od wuja mamy ich pod ogrodzeniem.
- Tak - westchnąłem. - W sektorze B54 też jest nienajlepiej: piechota androidów dziesiątkuje nam działka naziemne.
- Widzę, widzę - odparł niecierpliwie Arlun.
- Jeśli dalej tak pójdzie, za kwadrans nie będziemy mieć ani jednego! Mutaba - zwróciłem się do kolejnego dowódcy. Wywołany cyborg machinalnie obrócił się w moją stronę. - Schowaj połowę, tę na wschodniej flance. - Wskazałem ręką jeden z monitorów. - Wyślemy tam tytanów.
Major Mutaba skinął głową i schował część działek; Arlun aktywował przy pomocy rdzenia centralnego - ogniwa sterującego jednostkami - dywizje lekkich maszyn kroczących, przypominających małe, smukłe dinozaury oraz tytanów.
Pod stopami zaskoczonych nieprzyjaciół wyrosły kolejne ujścia garaży. Śluzy stanęły otworem. Wysocy na dziesięć metrów tytani wyprostowali się, wyszli leniwie z podziemia i wkroczyli na esplanadę pełną piechoty, jeździków i czołgów. Pomiędzy ogromnymi, grubymi jak mostownice kończynami gigantów przemykały bioniczne galimimy.
Bitwa na niebie osiągnęła wrzenie. Zatrzęsło całym pomieszczeniem, kiedy na dach centrum dowodzenia spadł jakiś myśliwiec; Introdux żachnął się i zleciał z krzesła.
Ze skarpy zaczęły spływać kaskadą kolejne, ustawione w szykach bojowych maszyny androidów: od różnych typów czołgów i crusherów, po maszyny kroczące. Stoczyły się także metalowe kule, które potem rozwinęły się w pancerniki i chruściki.
Sam arcygenerał Śmierć włączył się do czynnej walki, dosiadłszy chromowanego jednorożca. Ruszył naprzód w eskorcie Nexvala i Liuteneta, w takim stylu, jakby już był zwycięzcą i szedł właśnie, by przyjąć kapitulację.
Po portacji przed ogrodzenie fortu, do kontrofensywy ruszyła piechota cyborgów, która, podobnie jak żołnierze nieprzyjaciół, rozwinęła się w tyralierę. Zaledwie kilka oddziałów utworzyło kliny. Włączyliśmy do walki również własne czołgi, samoloty i maszyn kroczące oraz dwie monumentalne mureny, które co jakiś czas wysuwały z gruntu swe wężowate cielska i rozszarpywały szczękami pechowych nieprzyjaciół.
Zaczęła się ostra jazda.
Energia nie przestawała błyskać, na całej esplanadzie huczało od eksplozji. Samoloty i chromedry spadały z nieba, ciągnąc za sobą wstęgi ognia i dymu. Do podniebnej potyczki przyłączyły się kolejne eskadry wroga oraz nasze syntarsy, skulaki i bombowce, że pośród zmierzchowych chmur zrobiło się wyjątkowo tłoczno.
Pod tym względem na ziemi było dziesięć razy gorzej.
Inteligentne maszyny pancerne, o własnych duszach i świadomościach, stawały w płomieniach. Zwarte w śmiertelnych uściskach roboty patroszyły się wzajemnie, cięły, topiły, miażdżyły korpusy, wyrywały elektroniczne serca i mózgi. Czołgi obydwu stron, które w ścisku nie mogły otwierać ognia, przepychały się między sobą niczym żółwie w godowej walce. A nad tym wszystkim fruwały maszyny, ciskane z rozmachem przez tytanów.
Obie piechoty poszły w rozsypkę i zajęły stanowiska za zawalającymi esplanadę szczątkami, by prowadzić stamtąd ogień zaporowy. Z najwyższych pięter sfatygowanych budynków strzelali snajperzy, starając się swym drobnym wsparciem przechylić szalkę na którąś ze stron - jak na razie walka była wyrównana.
Czołg pułkownik Liutenet namierzył jakoś nasz kanał do transferu rozkazów i namawiał przezeń do kapitulacji. Oczywiście odmówiłem.
Cyrk trwał nieprzerwanie do rana i jeszcze przez trzy godziny po wschodzie słońca. Potem wszystko ucichło tak nagle, jakby obie armie zmiotła asteroida. Ucichło dudnienie działek i szumy silników, opadł kurz i pył.
To był koniec.
Przegraliśmy.
Z pięćdziesięciu działających na starcie ekranów w centrum dowodzenia, pozostało zaledwie siedemnaście i przez te siedemnaście oglądałem poddanie się mych dzielnych i wiernych żołnierzy. Androidy kompletnie sforsowały naszą obronę, otoczyły priorytetowe budynki. Jeździki wysypywały się na dziedzińce przez otwarte bramy i dziury w chalonowym ogrodzeniu. Wroga flota uziemiła nasze zdziesiątkowane eskadry, zmusiwszy je do zejścia na płyty lądowisk. Przegranej piechocie nakazano złożyć broń i zgromadzić się plutonami w wyznaczonych miejscach. Kazano nam też powyłączać wszystkie wieże, zdjąć pola siłowe i pozostawić aktywny jedynie tunel komunikacyjny, by zwycięzcy mogli obwieścić światu kapitulację cyborgów spod Pragi.
Androidy potraktowały nas honorowo, na ich miejscu uczynilibyśmy zresztą tak samo. Obie strony wiedziały bowiem, jak cenne jest życie i energia maszyny, która po unicestwieniu jednostki stałaby się nieosiągalna, ulegając rozproszeniu.
Opuściłem dobrowolnie pomieszczenie wespół z oficerami, nie dając uzbrojonym androidom satysfakcji płynącej z eskortowania ku swoim dowódcom pokonanej elity. Wydostaliśmy się na zewnątrz tym samym, błękitnym korytarzem, którym kroczyliśmy poprzedniego dnia ku centrum dowodzenia, z sercami przepełnionymi nikłą nadzieją na zwycięstwo, a którą teraz zastąpiło poczucie goryczy.
Na zewnątrz przywitały nas spojrzenia setek par androidzkich oczu; świat zamarł w kriogenicznej ciszy. Kiedy zdjąłem hełm, podobnie jak moi towarzysze, poczułem się dziwnie nagi, jak pozbawiony obudowy, choć miałem na sobie pół cala solidnego pancerza z najtwardszych i najelastyczniejszych stopów.
Skinąłem na Introduxa i Arluna, żeby towarzyszyli mi do głównej bramy, ku której kierował mnie jeden z poruczników Nexvala - lekki czołg impulsowy, ledwie przewyższający mnie wzrostem. Zwycięzcy rozstępowali się przed nami, jak fale Morza Czerwonego przed Mojżeszem, póki nie dotarliśmy do wypaczonej, perforowanej szrapnelami bramy.
Za potężnymi wrotami z syntetycznego tytanu czekał na nas Śmierć ze swoimi dwoma czołgami oraz batalionem androidzkich gapiów, stojących za arcygenerałem na baczność w czterech kompaniach. Śmierć zszedł z grzbietu jednorożca i przekazał go pod opiekę któremuś z żołnierzy, następnie zdjął hełm w kształcie końskiego czerepu, wziął go pod pachę i otaksował nasze trio diodami swych czerwonych źrenic. Kapitulację zwyczajowo należało przyjmować publicznie, najlepiej jak najbliżej miejsca stoczonej walki.
- Dzielnie walczyliście, generale Paralaks - arcygenerał rzekł wyważonym tonem, gdy zatrzymałem się przed jego obliczem. Nie odpowiedziałem nic, po prostu niemalże niezauważalnie skinąłem głową. - Zgodnie z kodeksem wojennym, bierzemy wasz fort pod kontrolę, a siły lądowe i powietrzne w konfiskatę. Możecie zachować piechotę, lecz pod przysięgą neutralności w dalszej części wojny. Zgadzacie się na te warunki?
- Tak - odparłem, nie mając innego wyboru; na posiłki chwilowo nie było co liczyć, gdyż gotowało się na wszystkich frontach Europy.
- Zatem postanowione. Resztę omówimy w budynku siedziby sztabu.
W tym momencie niebo zalśniło oślepiającą bielą, zupełnie jakby w pobliżu upadła kometa. Od strony Polski powiał potężny wiatr, unosząc w powietrze tumany kurzu i piasku. Ciśnienie raptem skoczyło w górę. Kiedy niebo na powrót przybrało swą pierwotną, postnuklearną barwę, ujrzałem wyłaniający się z obłoków prom, podobny do gigantycznej manty. Cień rzucany przez monumentalną maszynę stopniowo pochłaniał fort razem z esplanadą.
Statek-matka wisiał przez chwilę w powietrzu, następnie wylądował na ośmiu gigantycznych płozach, hucząc dyszami i wstrząsając gruntem. Śluza rufy uchyliła się ciężko, z hangaru wysunęła się pochylnia, po której zeszła ochrona. Tuż za kolumną androidów kroczyła dumnie samotna postać.
To był lord Ares!
Uzurpator miał na sobie futurystyczny pancerz ceremonialny, lecz stylizowany częściowo na zbroję hoplity. Z pary kabur przymocowanych do inkrustowanego złotem paska sterczały głowice laserowe. Do schodzącego pochylnią Aresa przyłączyły się dwie mechaniczne lwice o polerowanych obudowach, zająwszy miejsca po bokach swego pana.
Obecność uzurpatora oszołomiła mnie totalnie, władcy pokroju Aresa nigdy bowiem nie odwiedzali podbitych terytoriów, a politykę pozostawiali w rękach androidów z najwyższych kast.
Kiedy tajemnicza postać przeszła drogą wydzieloną przez dwie kompanie androidów i zbliżyła się Śmierci, ściągnęła nakrycie głowy i odgarnęła dłonią długie do ramion, złociste włosy, które zsunęły się jej na twarz.
Z wrażenia wstrzymałem oddech. Słyszałem, jak stojący obok Introdux szepnął coś pod nosem.
Ares się ujawnił!
Jednak był człowiekiem. Młodym, zaledwie trzystuletnim człowiekiem o urodzie Słowianina, którzy zasiedlali niegdyś zajęte obecnie przez cyborgi terytoria Europy.
Śmierć przyłożył pięść do piersi i lekko pochylił głowę w geście powitalnym technoludzi, tym samym oddając szacunek przybyłemu. Wszyscy żołnierze piechoty, stojący z tyłu w czterech kompaniach, poszli za przykładem arcygenerała.
Człowiek przyjął postawę zasadniczą i "odsalutował" dowódcy w ten sam sposób.
- Jak się masz, Liutenet? - Zbliżywszy się do czołgu, Ares stuknął go po przyjacielsku w gąsienicę.
- Dobrze, sir - pułkownik odparł z nutką pokory w elektronicznym głosie.
- Jak tam twój dalmierz, Nexvalu? - Uzurpator spojrzał ku drugiej maszynie. - Już nie nawala?
- Jakbym wyszedł z fabryki, dziękuję - odpowiedział czołg.
- No to świetnie.
Ares zbliżył się do mnie w następnej kolejności, również pobawiliśmy się w oficjalne ceregiele, wymieniając między sobą honory. Wzajemny szacunek w stworzonym wspólnie niegdyś przez nas świecie stał na pierwszym miejscu i wciąż obowiązywał, choć nie byliśmy już sprzymierzeńcami, lecz wrogami rozdzielonymi przepaścią ideologii. Przez kolejne chwile obaj tkwiliśmy w niezręcznym milczeniu, wpatrując się w siebie nawzajem.
Świdrujące spojrzenie błękitnych, ludzkich oczu uznałem za klarowną aluzję, choć nie mogłem z Aresem - który był przecież człowiekiem, w dodatku nieneurocydowanym - nawiązać telepatycznej więzi. Przeprosiwszy lorda na moment, nakazałem przyprowadzić jednemu ze swoich wywołanych kaprali przetrzymywanego w podziemiach naukowca. Młodszy podoficer wyruszył bezzwłocznie w stronę pokrytego germanowymi płytami solarnymi punktowca, w towarzystwie kilku androidów, a po kilku minutach wrócił z powrotem, trzymając za ramię młodą kobietę, zadbaną, ubraną w biały uniform, dobrze odżywioną, lecz z rozbieganym wzrokiem przerażonego królika.
Dziewczyna pracowała niegdyś dla arcygenerała Zarazy, kolejnego z Jeźdźców Apokalipsy, nim została wzięta przez nas do niewoli. Nie tknęliśmy jej, chociaż ludzkie tkanki, jako jedne z najdoskonalszych tworów biologicznych, były dla cyborgów równie wartościowe, co dla Anunakich złoto. Ścisły umysł dziewczyny był cenny, ponadto należała ona do ginącego gatunku, dlatego mogła w naszej bazie w miarę swobodnie funkcjonować, bez obawy, że skończy w laboratorium medycznym. Całkowicie zmechanizowane androidy wiedziały o tym, wiedziały, czym są tkanki człowieka dla częściowo organicznych cyborgów, dlatego na Konferencji Moskiewskiej, która odbyła się dwa stulecia temu, objęli ludzi całkowitą ochroną, byśmy nie wytłukli ich do joty.
Ares nie zwrócił większej uwagi na oswobodzonego naukowca, zupełnie jakby zamiast pięknej dziewczyny miał przed sobą opokę. Dziewczyna również wydawała się być niezainteresowana swoim wybawicielem. Zamiast tego spoglądała na mnie tym dziwnym, tęsknym wzrokiem, zupełnie jakbym był jakimś bogiem, szczytem nieosiągalności. Znając źródło tego spojrzenia, poczułem się niezręcznie. Bardzo, bardzo dziwnie. W życiu nie doświadczyłem podobnego uczucia! Chociaż... może kiedyś...
- Dobra. Brać dupy w troki i szukać! Muszą tu gdzieś być! - Skierowane do Nexvala słowa Aresa przypomniały mi, gdzie i w jakim położeniu się znajduję.
- Tak jest! - czołg odparł syntetycznym basem. - Słyszeliście lorda! - zwrócił się do podkomendnych, po czym ruszył z gąsienicy. Parę czołgów, crusherów, robotów bionicznych i jeździków podążyło za swym pancernym dowódcą.
Kiedy maszyny rozjechały się po esplanadzie, uzurpator zwrócił się do batalionu:
- Wy, rozejść się! Część niech pomoże w poszukiwaniach. Tylko patrzcie, gdzie stąpacie!
Wytyczeni piechurzy, przynajmniej setka androidów, odstawili bronie i zaczęli penetrować zachodni interior, a dokładniej wszystkie miejsca pozbawione nawierzchni. Do poszukiwań "czegoś" włączył się również Liutenet, jak i sam Śmierć.
Ares wydał jeszcze kilka poleceń. Androidy, których nie obejmował rozkaz penetracji, zaczęły rozchodzić się do przydzielonych im obowiązków. Część ruszyło w stronę statku-matki, kolejni poszli zająć się zbitymi w grupy kapitulantami, jeszcze inni rozstawianiem maszyn bojowych, których wszędzie było pełno. Androidy, wespół z cyborgami, zajęły się również sprzątaniem całego bałaganu, jaki wspólnymi siłami narobiliśmy od wczoraj.
W pobliżu głównej bramy pozostaliśmy tylko: ja, dziewczyna, Ares ze swoimi lwicami, Introdux i Arlun. Co chwilę ktoś przemieszczał się w pobliżu, przechodził obok jakiś robot, przejeżdżał wóz pancerny, androidy przewoziły złom do odzysku na dyskach antygrawitacyjnych.
- Czego chcecie?! - pozwoliłem sobie zwrócić się do Aresa nieoficjalnie. - Wygraliście. Zajęliście fort. Możecie zabrać waszego człowieka. - Mówiąc to, położyłem dłonie na ramionach stojącej przede mną dziewczyny. - Więc o co wam jeszcze chodzi?
Ares zachował się tak, jakby nie usłyszał pytania. Jakbym wcale nie istniał. Wyminąwszy mnie, zaczął chodzić w tę i we w tę, lustrując grunt pod stopami. Nie ukrywając zdziwienia, obróciłem się i popatrzyłem na Introduxa, którego komiczny wyraz twarzy musiał był odzwierciedleniem mojego. Cyborg wymownie wzruszył ramionami i pokręcił głową.
Neurotyczną atmosferę przerwał dochodzący od strony lądowiska dla chromedrów krzyk androida, po którym słychać było brzęczący odgłos śpiesznie stawianych kroków. Rozentuzjazmowany żołnierz podbiegł do naszej piątki, z metalowym koszykiem w ręku, zupełnie jakby odkrył złoża uranu.
- Masz?! - lord zapytał skwapliwie przybyłego. Kiedy wziął koszyk od androida, jego oczy zalśniły tak intensywnym blaskiem szczęśliwości, zarezerwowanym wyłącznie dla ludzi, że wewnątrz poczułem osobliwą jak na cyborga zazdrość. Zazdrościłem również Aresowi - ciekawe czy ja sam? - jego zbudowanego z tkanek ciała, żywego, miękkiego, ciepłego, nawodnionego, nieprzeciążonego podzespołami...
Zerknąwszy do koszyka z zaciekawieniem, zauważyłem rzuconą doń w wielkim pośpiechu brunatną glebę, z której wystawały...
- CEBULE?!?! - Zdębiałem, jak ateista na widok boga.
- ROŚLINY?! - równocześnie zagrzmiał Arlun. Introdux nie powiedział nic, jedynie wciągnął głośno powietrze. Żołnierz, który przyniósł kosz, przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
- To sadzonki krokusów - stwierdziła szeptem dziewczyna.
- Zgadza się, to sadzonki krokusów. - Uzurpator odprawił wracające z poszukiwań maszyny, a kiedy znów odzyskaliśmy prywatność, skierował ku mnie swoje zachwycone oblicze. Natychmiast spoważniał. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Paralaksie, ile razy traciłem nadzieję, ile skanów musiałem wykonać, żeby znów móc zobaczyć coś takiego... - Wskazał brodą rośliny.
Przez chwilę odnosiłem wrażenie, że w okolicy jesteśmy tylko my dwaj. Ja, Ares, fort, esplanada i niezmierzone pustkowia sporej części Europy. Jednak szurnięcie buta Introduxa, kaszlnięcie dziewczyny, zażarta sprzeczka czołgu laserowego z jego plazmowym kuzynem w oddali oraz toczone w tle żołnierskie rozmowy świadczyły o tym, że było inaczej.
- Cebule? - repetowałem. Nagłe wspomnienie rozegranej bitwy wdarło się do mego umysłu niczym haker. Poczułem się jak człowiek oblany wiadrem lodowatej wody. Moje oczy zapłonęły intensywną purpurą. W jednej chwili zapomniałem, do kogo się zwracam i kto teraz tu rządzi: - Chcesz mi powiedzieć, ludziku, że zrobiliście złomowisko pod naszym fortem jedynie po to, by zdobyć jakieś pieprzone cebule roślin, które można przecież stworzyć laboratoryjnie?!?!
- Nie można! To dzikie protoplasty! - warknął Ares. Leżące dotychczas leniwie w pobliżu lwice uniosły łby, położyły po sobie uszy i zerknęły czujnie w naszą stronę. Chyba gościa wkurwiłem.
Lord wyjął sadzonkę z koszyka z wielką pieczołowitością i zaczął delikatnie obracać ją palcami. Wyraz jego twarzy znów stał się niesłychanie łagodny, jakby rozanielony.
- Patrzcie - zwrócił się niby do nas, lecz przypatrywał się małemu, zielonemu liścieniu, sterczącemu ze szczytu cebuli. - Wie, że nadchodzi wiosna. - Spojrzał w niebo. - Choć słońce tak napierdala.
- To wy spójrzcie, co zrobiliście - rzekłem spokojnie. Zatoczyłem ramieniem półokrąg, wskazując pobojowisko. Zauważyłem przy okazji, że poślednie roboty-złomiarze zeszły się na esplanadę jak muchy do gnoju i zaczęły dobierać się do szmelcu. Android od koszyka musiał odebrać moje myśli, kazał bowiem przejeżdżającym nieopodal czołgom przegonić złodziejaszków. - Mogliście zniszczyć przy okazji te wasze sadzonki - dodałem z lekką ironią. Złomiarze zaczęli dawać dęba, ujrzawszy kto zmierza w ich stronę.
Ares odprawił w końcu stojącego przy nas androida.
- Przyjrzyj się dobrze, generale Paralaks. - Skinął brodą w stronę lądowiska, gdzie rosły te głupie rośliny, nieprzykuwające nigdy niczyjej uwagi. - Bitwa nie ogarnęła tamtego sektora, dokładnie jak chciałem. Czy widzisz tam choć jedną sfatygowaną maszynę?
- Nie, nie widzę - mruknąłem.
- Przypuszczałem, że cebulki tu będą. - Lord zabrał się za wygładzanie palcem gleby. - Kiedyś rosło tu dużo takich roślin. Nie ze szklarni, lecz rozmnażających się w naturze.
- Trzeba było powiedzieć! - ciągnąłem swoje. Znów uniosłem głos, lecz natychmiast zmieniłem tembr na spokojniejszy, bo stojąca przy mnie dziewczyna wzdrygnęła się. - Dostalibyście ich tyle, ile chcecie. Moglibyście wywozić je nawet buldożerami, gdybyście tylko znaleźli tak wiele. Wszystkie, jakie tu rosną. Plus chwasty gratis. Czy naprawdę warto było złomować obie armie z powodu paru sadzonek? - dodałem i smutno i poważnie.
- Dawno temu moi przodkowie obsesyjnie próbowali stworzyć najdoskonalszą formę życia - Ares odezwał się enigmatycznie. Przeleciał wzrokiem po sylwetce promu, lecz przysiągłbym, że jego nieobecne, szkliste spojrzenie spoglądało ku niedostępnemu miejscu, bo do wnętrza jego własnego umysłu. - Jednak zamiast doskonałości, której kanony, swoją drogą, są wytworem ludzkiej wyobraźni, stworzyli coś zupełnie innego. Totalnie najebali w przyrodzie.
Słysząc to, uśmiechnąłem się. Bezpośredniość i swobodny sposób bycia Aresa powoli zaczynały mi się podobać.
- Tworząc was - dokończył uzurpator.
Uśmiech spełzł mi z twarzy. Spostrzegłem, że moi podkomendni i naukowiec przysłuchiwali się wszystkiemu w skupieniu.
- Lecz teraz, po tylu latach, sytuacja odwróciła się. - Ares podszedł bliżej i spojrzał mi w oczy. - Czy to nie jest ewolucyjna ironia? W prostocie jednak tkwi piękno, zawsze było w niej zaklęte. W czystej, pierwotnej formie. Lecz tej prostoty obecnie brakuje. Ludzie tak bardzo pragnęli zmian. Tylko po co?! Co było nie tak?!
Wymieniłem z pułkownikami wymowne spojrzenia: nie rozumieliśmy, o czym człowiek prawi.
- A odpowiadając na twoje drugie pytanie, Paralaksie: warto było. Osiągnąłem jeszcze jeden cel, o którym myśl od dawna nie dawała mi spokoju.
Ares potoczył spojrzeniem po setkach rozwalonych maszyn, rozczłonkowanych androidów i konających cyborgów, którymi właśnie zajmowali się mechanicy oraz sanitariusze. Albo mi się zdawało, albo przez ułamek sekundy na obliczu uzurpatora gościł nikły uśmieszek.
- Jednak wątpię, czy kiedykolwiek pojmiesz to, generale - Ares szepnął tak cichutko, że uruchomił mi się wzmacniacz dźwięku. - Potrafisz wyciągnąć pierwiastek z dziesięciocyfrowej liczby, potrafisz również podać w sekundzie wynik mnożenia każdej liczby przez siebie, mógłbyś zniszczyć planetę jednym przyciśnięciem guzika, lecz nie zrozumiesz nigdy, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko to, co zostało nam dane, cyborgu. - Wręczył mi jedną z wyjętych z kosza cebulek.
Okręcając palcami organiczny upominek, przyglądałem mu się z coraz większym zainteresowaniem.
Ehhhh, ci ludzie...
Zakończywszy swą filozoficzną erudycję, Ares ruszył ku bramie fortu, pozostawiając mnie z głową pełną pytań, niedoszłym krokusem w ręku, podkomendnymi i ludzką dziewczyną, która wolała zostać przy mnie, niż podążyć śladem lorda androidów.
- Dopilnujcie wszystkiego. Wkrótce do was dołączę - zwróciłem się do oficerów, spoglądających w stronę wrót, za którymi właśnie zniknął lord. - Chyba nie muszę wam dawać instrukcji?
- Nie, sir - odparł Introdux, po czym obaj pułkownicy odmaszerowali. W tej samej chwili trzy myśliwce androidów wystartowały z płyty kosmodromu i znikły niebawem wśród chmur.
- Masz, zasadź to. - Wręczyłem dziewczynie cebulkę, gdy oficerowie znikli mi z oczu, wmieszawszy się w tłum za ogrodzeniem fortu. Miałem zamiar udać się w ich ślady - wiecie: pertraktacje, odprawa i te sprawy - jednak przystanąłem w pół kroku i obróciłem się ku źródłu mej udręki.
Nadszedł czas burzenia murów. Już nie było odwrotu.
- Nayro... - Przytuliłem dziewczynę do siebie, z początku tak, jakbym obejmował hiperciepły rdzeń reaktora. W końcu zagaiłem. Po latach udawanej obojętności. Nie mogłem się nie uśmiechnąć w takiej chwili. - Przebaczysz mi?
Nayra skwitowała moje pytanie szerokim i pogodnym uśmiechem, odwzajemniwszy naturalnie uścisk z wielką chęcią. To była kobieta, którą niegdyś kochałem i kocham nadal. Lecz na siłę próbowałem wyzbyć się tej miłości, podobnie jak cała nacja cyborgów pragnęła wyzbyć się tego, co ludzkie, sądząc, że tylko robotyzacja naszej egzystencji utoruje nam drogę do wiecznych zwycięstw, z jakich słyną androidy. Tyle że androidy w pełni są maszynami, my - nie.
Strach przeminął, jak ręką odjął. Przepaść pomiędzy nami stała się nieistotna, pomimo iż narodziłem się w laboratorium biotechnicznym, kiedy Nayra była prawdziwym człowiekiem.
- Wpadnij do mnie wieczorem, o ile Ares nie zechce odesłać się do bazy androidów - rzekłem nieśmiało.
- Bardzo chętnie - odparła z uśmiechem.
A jeśli lord miał rację?
A jeśli najbardziej wartościowe jest to, co najprostsze? Coś, co zostało nam dane i czego nie należy zmieniać? Co nami wcale nie rządzi - jak uważali ludzie i jak nam kazali uważać - lecz przemienia nasze życie w arkadię? Co zawsze pragnęliśmy przekształcać na lepsze i niszczyć, nie wiadomo czemu? Może, obwarowani po zęby za murami twierdz i fortec, silni i nieprzejednani, zapomnieliśmy o czymś niesłychanie ważnym?
Nayra uniosła trzymaną cebulę na wysokość szyi. Drobne liścienie zdawało się opalizować w słońcu jasną zielenią. Zamknięty wewnątrz zarodek przetrwał próbę czasu, susz i upałów. Bomb, powodzi i trucizn.
Chciał rosnąć. Chciał żyć. Chciał, by było jak dawniej. Podobnie jak ludzie z cyborgami.

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » wt, 18 mar 2008 12:35

1. Chal - wynaleziony przez cyborgi, lekki stop syntetyczny z domieszką węgla, aluminium i tytanu, służący do inkrustowania metalopodobnych ścian budynków, lecz również jako materiał budowlany. Używany także przy produkcji pancerzy. Odporny na skoki
temperaturowe, erozje, bardzo wytrzymały mechanicznie.

2. Ekrany stereoprojekcyjne - czyli ekrany wyświetlające trójwymiarowy, przestrzenny obraz, coś a la Gwiezdne Wojny (od przedrostka "stereo-" odnoszącego się do trójwymiarowości)

3. Arcygenerał - nie ma naturalnie takiej funkcji w realu, lecz stworzyłam ją wyłącznie na potrzeby opowiadania. Czyli generał nad generałami.

4. Technonekrofizacja - tak jak nekromanci zajmują się wskrzeszaniem umarłych, tak u mnie kompetentni technoludzie (cyborgi lub androidy) wskrzeszają maszyny, czyli odzyskują świadomość zniszczonej maszyny i przerzucają ją na nowe "ciało" z fabryki. W opowiadaniu implikuję cechy ludzkie maszynom. Patrz np. czołg Liutenet.

5. Portacja - pochodna od "teleportacji", lecz w tym wypadku oznacza po prostu przeniesienie (łac. portatio - przenoszenie).

6. Płyta insitu/exitu - chyba wyjaśniać nie trzeba. Po prostu miejsce, skąd zaczynamy portację i miejsce docelowe. Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że w uniwersum istnieje jedynie portacja krótka, czyli np. wewnątrz jednego obiektu. W przeciwnym razie armie nie musiałyby maszerować, gdyż można byłoby je przerzucać przez kontynenty prosto pod bramę wroga.

7. Galimimy - roboty stylizowane na gatunek kredowego dinozaura. Cóż, dinusie to moja pasja od urodzenia.

8. Nieneurocydowany - czyli bez czipa (neurocydu) w mózgu. Kto czytał "Teorię diabła" w NF 7/2006 albo grał w Q4 z pewnością wie, o co chodzi.

9. Wieżyczki psychodeliczne - typ broni niekonwencjonalnej, która nie strzela ogniem, lecz ryje berety maszynom i ludziom niewidocznym polem siłowym (np. samochód zaczyna wariować, jakby mu nagle poprzestawiały się podzespoły, a żołnierz pada na kolana i zaczyna płakać, bo nagle świat dla niego staje się beznadziejny).

10. Karabin polienergetyczny - czyli taki energetyczny miks, mogący strzelać wszystkim, od lasera po plazmę.

11. Impuls neuromagnetyczny - podstawa telekinezy wśród technoludzi, jak równiez zaczipowanych ludzi.

12. Latacze - po prostu wszystko, co lata.

Pozdrawiam

Awatar użytkownika
Buka
Psztymulec
Posty: 945
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 16:55
Płeć: Kobieta

Post autor: Buka » wt, 18 mar 2008 17:26

To ja się pokuszę o to opowiadanie:)
rok 7017
Wiem, że nie mam prawa się tego czepiać, bo to jest tylko i wyłącznie wizja autorki, ale osobiście nie przepadam za aż tak dalekim wybieganiem w przyszłość:/ To samo można było umiejscowić kilka tysięcy [sic!] lat wcześniej. I tak by było daleko w przód i autorka miałaby pełną swobodę...

Krystalicznie czysta woda, pięć razy czystsza niż w czasach rządów ludzkości.
Ta sama woda, która np w rzekach, zasilanych przez opady deszczu. Co tam było o chmurach wcześniej? :]
Czułem w duchu, że mamy zdrowo przerąbane
Ciut to ,,zdrowo przerąbane" nie pasuje do reszty stylu.
Z pewnością rzuci się na nas ponad setka tysięcy maszyn, może nawet i dwie.
Wybieram bramkę numer dwa - dwie maszyny.
Mieliśmy wprawdzie od mrowia wieżyczek wszelkiego kalibru, od plazmowych i laserowych, po impulsowe i psychodeliczne, artylerię przeciwlotniczą, (...)
Jakoś te psychodeliczne wieżyczki mi nie leżą. A poza tym kaliber to rozmiar, a wymieniasz typy.
ruszył z buta
O.O Ło Boże. xP

Rozumiem, że to po to, by nie mieć powtórzenia ze słowem ,,piechota" w tymże zdaniu. Ale i tak...
Nie wiedzieliśmy, jakiej strategii użyje Śmierć - dowódcy Aresa nigdy nie atakowali w ten sam sposób - tak więc pozostało nam oczekiwanie na działania zaczepne, byśmy mogli zorganizować się z lotem błyskawicy i ruszyć do kontrofensywy.
Hym?
Słyszałem wzmacniaczem dźwięku googli odgłos miażdżonych kamieni i cichutki warkot serc pułkowników.
Zrobiłaś to specjalnie, czy za dużo szukasz w Internecie? Bo w polskim istnieje słowo ,,gogle". Po prostu:)
Setki androidów, jak jeden mąż, uniosło karabiny polienergetyczne do pozycji bojowej, czyli kierując lufty w naszym kierunku.
Jak dla mnie wyjaśnienie zbyteczne.
splotłem ramiona w koszyk
O. Pierwsze widzę!
Byle wkurwić nas na maksa.
Nie wiem, czy ja jakaś wyrodna jestem, ale takie kolokwializmy (głównie mi chodzi o ,,na maksa") wytrącają mnie z czytania.
Targnęło mną coś, co mógłbym określić jako strzępki podniecenia.
- Wypuśćcie chromedry - mruknąłem.
Jak ktoś jest podniecony, to raczej nie mruczy.
Introdux żachnął się i zleciał z krzesła
A co ma piernik do wiatraka? :/
Włączyliśmy do walki również własne czołgi, samoloty i maszyn kroczące oraz dwie monumentalne mureny, które co jakiś czas wysuwały z gruntu swe wężowate cielska i rozszarpywały szczękami pechowych nieprzyjaciół.
Literówka (maszynY).
Poczułem się jak człowiek oblany wiadrem lodowatej wody.
A skąd on wiedział, jak czuje się taki człowiek?^^
Złomiarze zaczęli dawać dęba
A co to znaczy?


Co do trzech postawionych pytań: na wszystkie odpowiadam TAK.

Jedyne, co się rzuca w tekscie, to mnogość imiesłowów.

Ogólnie - podobało mi się nawet. Tylko nie wyobrażam sobie, jak ludzie, czy zwierzęta mogli przetrwać, jeśli rośliny wyginęły (prawie). Nawet nie tak bardzo chodzi o pożywienie, bo od biedy można stwarzać je sztucznie, ale o produkcję tlenu.

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 21 mar 2008 18:12

Dziękuję za komentarze, Buko :]

Teraz kilka wyjaśnień.
rok 7017
Wiem, że nie mam prawa się tego czepiać, bo to jest tylko i wyłącznie wizja autorki, ale osobiście nie przepadam za aż tak dalekim wybieganiem w przyszłość:/ To samo można było umiejscowić kilka tysięcy [sic!] lat wcześniej. I tak by było daleko w przód i autorka miałaby pełną swobodę...


To ciesz się, że nie wkleiłam pewnego tekstu, w którym akcja toczy się za 80 miliardów lat, kiedy to przemieszcza się cieleśnie wszechświaty za pomocą myśli (chyba żaden pisarz nie pobił mnie z tym wybiegiem czasowym ;p).

Zamierzałam początkowo dać rok 3000-4000, ale ten 7000 z hakiem w sumie też nie jest zły. Zobacz: jeśli wynalazki spełniają wymagania ich producentów (są dobre), to zmiany nie są konieczne. Roboty nie potrzebują zmian jak ludzie. Załóżmy, że zdominowały ludzkość tak w 3000 roku i stworzyły własne państwa. Jeśli dobrze będzie im się wiodło, to będą w tym siedzieć przez tysiąclecia. W końcu nie muszą ewoluować biologicznie, lecz same sobie narzucają postęp. Ale to tylko takie moje gdybanie :)
Rozbieżność czasowa nasze czasy-powyższe uniwersum jest taka, jak od nas do czasów starożytnego Egiptu. I jeśli się tak przyjrzeć, to oba światy niewiele się różnią, jedynie zmieniły się zabawki. Tamci używali koła, my też. Tamci budowali drogi i wznosili budynki, my również. Tamci się naparzali z sąsiadami i robili intrygi, my tak samo ;p
Ta sama woda, która np w rzekach, zasilanych przez opady deszczu. Co tam było o chmurach wcześniej? :]
Owszem, zmienił się wygląd nieba, jednak nie napisałam, że było ono skażone. Może zgęstniała jonosfera? Może górne warstwy atmosfery działały jak pryzmat, dopuszczając do Ziemi jedynie część kolorów z białego światła słonecznego, kiedy reszta odbijała się. Może wojna nuklearna była dawno temu, niebo po niej się zmieniło i tak już pozostało? Chodziło mi bardziej o coś takiego. Ta "postnuklearność" dotyczyła jedynie kolorów. Era atomowa pozostała daleko w tyle, na rzecz technologii solarnej, wiatrowej, itp.
"Z pewnością rzuci się na nas ponad setka tysięcy maszyn, może nawet i dwie."
Wybieram bramkę numer dwa - dwie maszyny.
Tu chodzi o dwie setki, czyli 200.000 maszyn :) To wynika ze zdania.
Jakoś te psychodeliczne wieżyczki mi nie leżą. A poza tym kaliber to rozmiar, a wymieniasz typy.
Z kalibrem słuszna uwaga. Jednak często mówi się potocznie, że coś jest "wszelkiego kalibru" i wówczas chodzi o typy, a nie rozmiary.
"ruszył z buta"
O.O Ło Boże. xP
Rozumiem, że to po to, by nie mieć powtórzenia ze słowem ,,piechota" w tymże zdaniu. Ale i tak...
Chodzi Ci, że to śmiesznie wyszło, czy o to, że cyborgi raczej nie noszą butów? :]
"Nie wiedzieliśmy, jakiej strategii użyje Śmierć - dowódcy Aresa nigdy nie atakowali w ten sam sposób - tak więc pozostało nam oczekiwanie na działania zaczepne, byśmy mogli zorganizować się z lotem błyskawicy i ruszyć do kontrofensywy."

Hym?
Chodzi o to, że się od razu zorganizują, widząc, jakiej strategii używa przeciwnik.
Słyszałem wzmacniaczem dźwięku googli odgłos miażdżonych kamieni i cichutki warkot serc pułkowników.

Zrobiłaś to specjalnie, czy za dużo szukasz w Internecie? Bo w polskim istnieje słowo ,,gogle". Po prostu:)
O maj gots! Rzeczywiście :D Ale byk. Z lekkim sercem mogę zwalić to na google :P
"Setki androidów, jak jeden mąż, uniosło karabiny polienergetyczne do pozycji bojowej, czyli kierując lufty w naszym kierunku."

Jak dla mnie wyjaśnienie zbyteczne.
Kiedyś w pewnym tekście jak napisałam, że "ktoś ustawił karabin w pozycji bojowej" (czy to o lufę czołgu chodziło), to zaraz padło pytanie od komentującego: "A co to jest pozycja bojowa"? Stąd to wyjaśnienie.
"splotłem ramiona w koszyk"
O. Pierwsze widzę!
Przecież tak się mówi :o
Nie wiem, czy ja jakaś wyrodna jestem, ale takie kolokwializmy (głównie mi chodzi o ,,na maksa") wytrącają mnie z czytania.
Celowo wplatałam takie wyrazy, by tekst nie wyszedł zanadto sztywno.
"Targnęło mną coś, co mógłbym określić jako strzępki podniecenia.
- Wypuśćcie chromedry - mruknąłem."

Jak ktoś jest podniecony, to raczej nie mruczy.
Pamiętaj tylko, że cyborg w moim przypadku to bardziej robot niż człowiek, więc nie można patrzeć na niego subiektywnie, czyli z punktu widzenia człowieka.
Napisałam zresztą, że to podniecenie było minimalne. Swoją drogą cały tekst dotyczy ginącego człowieczeństwa, jakie my dzisiaj znamy. A tak w ogóle, jakby to wyglądało w oczach podkomendnych, gdyby generał się pienił nad ich głowami i oni musieliby go uspakajać ;)
"Introdux żachnął się i zleciał z krzesła."

A co ma piernik do wiatraka? :/
Usłyszawszy łomot, wzdrygnął się i spadł. Żachnąć się równa się także wzdrygnąć się.
"Poczułem się jak człowiek oblany wiadrem lodowatej wody."
A skąd on wiedział, jak czuje się taki człowiek?^^
No... dałaś mi tu do myślenia. Ostatecznie mogę się obronić argumentem, że cyborg w 30% to człowiek :)
"Złomiarze zaczęli dawać dęba"
A co to znaczy?
Dać dęba=uciec. Jest taki zwrot potoczny. Możesz sprawdzić to pod wyrazem "dąb" w słowniku j. polskiego PWN.
Jedyne, co się rzuca w tekscie, to mnogość imiesłowów.
Uważasz to za błąd? Czy kiepsko się przez nie czyta? Ponieważ w opowiadaniu jest dużo akcji i wydarzeń lecących jedne za drugimi, użyłam imiesłowów obok zwrotów określających następstwa czasu, jak: potem, następnie, później, itd, by nie było nadmiaru tych drugich.
Tylko nie wyobrażam sobie, jak ludzie, czy zwierzęta mogli przetrwać, jeśli rośliny wyginęły (prawie).
Rośliny ani zwierzęta nie wyginęły, lecz nie wchodzą robotom w drogę, co działa również w drugą stronę. Ci robią swoje, a ci swoje. A jeśli już został poruszony problem tlenu, to z pewnością słyszałaś o terraformingu, czyli kształtowaniu warunków na obcych planetach pod ziemskie. Można go stosować równie dobrze na samej planecie. Do wytwarzania tlenu, jeśli roślin jest mało, można też użyć syntezatorów tlenowych. O ile dobrze pamiętam, takie coś było w drugiej części "Aliena" na tamtejszej kolonii.

Pzdr

Mam pytanie do osób, które zajmowały się dawno temu moim pierwszym tekstem: czy widać różnice?

Awatar użytkownika
Buka
Psztymulec
Posty: 945
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 16:55
Płeć: Kobieta

Post autor: Buka » sob, 22 mar 2008 15:00

Zobacz: jeśli wynalazki spełniają wymagania ich producentów (są dobre), to zmiany nie są konieczne. Roboty nie potrzebują zmian jak ludzie. Załóżmy, że zdominowały ludzkość tak w 3000 roku i stworzyły własne państwa. Jeśli dobrze będzie im się wiodło, to będą w tym siedzieć przez tysiąclecia.
Przyznaję rację, Xiri :)
Chodzi Ci, że to śmiesznie wyszło, czy o to, że cyborgi raczej nie noszą butów? :]
He, he, dopiero teraz na to spojrzałam z tej strony^^ Ale nie, chodziło mi obrzmienie tego wyrażenia.
Kiedyś w pewnym tekście jak napisałam, że "ktoś ustawił karabin w pozycji bojowej" (czy to o lufę czołgu chodziło), to zaraz padło pytanie od komentującego: "A co to jest pozycja bojowa"? Stąd to wyjaśnienie.
O. Nie wiem, mi się to wydawało oczywiste ;) Zwracam honor:P
Przecież tak się mówi :o
Tak? Może w innej części Polski, bo u mnie nigdy nie słyszałam takiego powiedzenia! Ani nie spotkałam się w książce, czy telewizji...
Usłyszawszy łomot, wzdrygnął się i spadł. Żachnąć się równa się także wzdrygnąć się.
Hmm. No dobrze, ale i tak nie bardzo to wynika jedno z drugiego (spadanie z wzdrygania/żachnia^^). Czyżby zrobił to aż tak mocno, że spadł? O.O
Dać dęba=uciec. Jest taki zwrot potoczny. Możesz sprawdzić to pod wyrazem "dąb" w słowniku j. polskiego PWN.
A to dopiero. Kolejna nowość^^
Uważasz to za błąd? Czy kiepsko się przez nie czyta? Ponieważ w opowiadaniu jest dużo akcji i wydarzeń lecących jedne za drugimi, użyłam imiesłowów obok zwrotów określających następstwa czasu, jak: potem, następnie, później, itd, by nie było nadmiaru tych drugich.
Błędem to raczej nie jest, powiedzmy jednak, że nieco pogarsza czytanie. Ja tam imiesłowy lubię, ale właśnie moi ,,czytacze" mówili, że są pretensjonalne i że można to powiedzieć prościej...
Może po prostu powinno ich być ciut mniej. Ale tylko ciut;)

Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

Post autor: Bebe » sob, 22 mar 2008 18:30

Ci co nie czytali tekstu Xiri – bądźcie ostrzeżenie, azaliż będę sypała spoilerami.

Co my tu mamy. Rok 7017 – moja myśl tak daleko nie sięga, ale niech będzie. Jakieś starcia między cyborgami i androidami. Podobno od tysiąca lat toczy się między nimi wojna. Cyborgi są spadkobiercami ludzi, kiedyś tam cyborgi stworzyły androidy, a androidy to taki greenpeace i chcą odtworzyć świat sprzed tej tysiącletniej wojny.
W kontekście tego podsumowania świata przedstawionego zapytam od razu – co ma z tym wspólnego ostatnie zdanie opowiadania:
Chciał rosnąć. Chciał żyć. Chciał, by było jak dawniej. Podobnie jak ludzie z cyborgami. ?
Ta cała konkluzja nie wynika absolutnie z informacji, które podano czytelnikowi wcześniej.

Pytasz Xiri, czy dobrze stosujesz czasy. Owszem, dobrze. Czy dobrze wstawiasz akapity? Nie wiem, w lekturze nie przeszkadzały. Akurat akapity nie są tą stroną Twoich opowiadań, o którą bym się martwiła. Narracja w dialogach – też bez większych zgrzytów.

Jak dla mnie - problemem Twoich tekstów jest wciąż i niezmiennie słownictwo. Stosujesz słowa, których znaczenie nie do końca rozumiesz albo słowa, których chyba nie potrafisz prawidłowo stosować w danym kontekście.
Tym razem do słownictwa dochodzi też odrobina bełkotu i cale fragmenty tekstu, z których nic nie wynika.

Proponuję, żebyś zapoznała się z uwagami poniżej, gdzie dokładniej omówiłam co mi zazgrzytało.

Po pierwsze – od początku postaci chodzą i biegają po blankach. Czy blanki, to nie jest ta część muru, po której ciężko chodzić, bo można spaść poza mur i co krok trzeba przeskakiwać zęby? Chyba trudno się po tym chodzi.
Był ciepły lutowy ranek, jednak pora dnia i roku nie miały dla nieba najmniejszego znaczenia: od stuleci mieniło się ono bowiem postnuklearnymi barwami, od mętnej żółci po głęboką czerwień, że praktycznie każdy dzień roku wyglądał identycznie, od świtu aż do zmierzchu.
Pytanie nr 1: co to są postnuklearne barwy?
Pytanie nr 2: czy zdanie nie wydaje Ci się odrobinkę za długie? Najpierw był ranek, potem niebo się mieniło i potem każdy dzień roku... skaczesz po kilku różnych kwestiach i 3 opisy zawierasz w 1 zdaniu. Chaos.
Zupełnie jakby słońce stanęło w miejscu nad zachodnim horyzontem.
Skoro jest poranek, to słońce znajduje się na wschodzi,. Zdecydowanie.
Skoro już jesteśmy przy anomaliach, to warto wspomnieć jeszcze, że równie monotonnie i apokaliptycznie wyglądają spore połacie planety, przez co można odnieść wrażenie, że tysiącletnią wojnę z androidami toczymy na powierzchni Marsa. Ziemia stała się jałowa.

Jak długo żyje ten cyborg, skoro jałowość Ziemi jest dla niego anomalią? Jak dawno temu Ziemia stała się jałowa? Jeżeli było to już za jego życia, to chyba nie powinien odczuać tego jako anomalii, bo to jedyny krajobraz jaki zna.
Rośliny zapuszczają korzenie i rozwijają organy w najbardziej niedostępnych zakątkach globu, zwierzęta z kolei unikają naszych fortyfikacji jak ognia, pomimo że dawno temu przestaliśmy używać ich mięsa jako środka energetycznego i pozwoliliśmy im kroczyć własną, wytyczoną przez naturę ścieżką. Jedyną anomalią wśród anomalii jest woda. Krystalicznie czysta woda, pięć razy czystsza niż w czasach rządów ludzkości.
Ten fragment jest tak napisany, żeby zamącić w głowie czytelnika. Rośliny rozwijają organy?? Co to znaczy? Czemu w tym samym zdaniu rozprawiasz się z roślinami, zwierzętami i ścieżkami natury? To znów jest za długie i zbyt wiele tematów potraktowałaś skrótowo. Ty wiesz o co Ci chodzi, bo sama to wymyśliłaś, ale czytelnik się gubi.
Do tego masz tu jeden mały bezsens: jedyna anomalia wśród anomalii. To czysty bełkot. Nie wiem, co chciałaś przekazać. Nie wyszło.
oglądałem właśnie goglami
Sądzę, że nie ogląda się goglami. Można patrzeć przez gogle, ale nie goglami.
Dalej jeszcze w tekście znalazłam wyrażenie przelatywałem goglami – tego też nie da zrobić. To skrót myślowy i błąd językowy.
jego nieodzownymi towarzyszami
Nieodzowni towarzysze? Nieodzowny zwykle idzie w parze z elementem itp., a nie przyjacielem czy towarzyszem.
Sam lord Ares był uzurpatorem, szczytem androidzkiej piramidy
Jakiej piramidy, żywienia? Mogłaś po prostu napisać, że jest ich przywódcą.
to przybysz z innej planety, który przygotowuje grunt pod swoich kosmicznych towarzyszy.

A jak przybędą jego kosmiczni towarzysze, to on ich na tym gruncie zasadzi, a oni będą kwitnąć. Znów skrót myślowy, który brzmi groteskowo i śmiesznie.
ja również byłem zwolennikiem ludzkiego pochodzenia uzurpatora.
Cyborg, który jest zwolennikiem ludzkiego uzurpatora = cyborg, który popiera pana Aresa. A mogłaś napisać zwolennikiem teorii ludzkiego pochodzenia. I by nie było potworka językowego.
To, co obserwowałem, na stówę było szczytem góry lodowej.
Na stówę. Przybij piątkę ziom.
Xiri, wplatasz tutaj jakieś słowa wzięte ze slangu uliczno-młodzieżowego. Wyskakują one co jakiś czas jak Filip z konopi, a zapewniam Cię, że pasują do narracji jak pięść do oka. Nie stylizujesz tekstu, więc daruj sobie na stówę, na maksa, z buta i tym podobne wyrażenia potoczne. Albo stosuj je częściej i bardziej konsekwentnie.
choć prebitewna, neurotyczna atmosfera
Ja przeprasza, ale nie ma w języku polskim takiego słowa jak prebitewny. Neurotyczna atmosfera przed bitwą za to jest.
Wyłączyłem zoom i dla odmiany otaksowałem w myślach nasze jednostki.

Taksuje się wzrokiem i to oznacza np. ocenianie wyglądu, a nie przeliczanie liczebności. Znów nie po polsku. Znów wyszło Ci śmiesznie.
Skorzystawszy z portera bliskiego zasięgu, pułkownik Arlun zmaterializował się przy mnie na galwanicznej płycie exitu.
- Przygotujcie się. Wiecie co macie robić - rzekłem do niego.
- Oczywiście - odparł przybyły.
A tutaj pytanie za 100 punktów: po co przybył Arlun? Ten fragment wyskakuje nagle z środku narracji, pułkownik pojawia się i znika, a Autorka daje nam do zrozumienia, że nawet rozkazów nie potrzebował, bo wiedział, co ma robić. A to oznacza, że powyższy fragment jest zbędnym zapychaczem. I nie, nie da się tego podciągnąć pod wprowadzanie postaci, bo ta postać potem prawie nie występuje.
tak więc pozostało nam oczekiwanie na działania zaczepne, byśmy mogli zorganizować się z lotem błyskawicy i ruszyć do kontrofensywy.
Co to znaczy zorganizować się z lotem błyskawicy? Będą się z piorunami synchronizować?
Czas pęczniał.
Co to znaczy??
konserwujących mazideł

Smarów Xiri, w kontekście urządzeń to są smary...
uniosło karabiny polienergetyczne do pozycji bojowej, czyli kierując lufty

Luft, lub lufcik, to takie małe okienko uchylne. W karabinach chyba takich nie montują. :P
wspólnie ruszyliśmy oświetlonym na błękit korytarzem.
Znów brzmi to co najmniej niezgrabnie.
Skręcały, podskakiwały na wybojach, zataczały pętle, jechały sinusoidą,
Po pierwsze, mogłaś sobie ta sinusoidę darować, bo użyłaś wystarczającej ilości określeń, żebyśmy zrozumieli chaotyczne ruchy. Po drugie – jechanie sinusoidą to znaczy że jechały po pagórkach góra – dół, góra – dół?
Za nią zjechały baony czołgów, by osłaniać przodowników.
Nie każdy, kto idzie z przodu jest przodownikiem. Przodownik kojarzy się z np. z pracą. A w wojskach to chyba nie ma instytucji przodownika.
Introdux żachnął się i zleciał z krzesła.

Żachnąć się jest najczęściej stosowane w kontekście rozmowy. Tutaj brzmi co najmniej dziwnie.
Ruszył naprzód w eskorcie Nexvala i Liuteneta, w takim stylu, jakby już był zwycięzcą i szedł właśnie, by przyjąć kapitulację.

Wygląda to tak, jakbyś nie potrafiła nazwać tego stylu zwycięskiego i dlatego opisujesz to naokoło.
Do podniebnej potyczki przyłączyły się kolejne eskadry wroga oraz nasze syntarsy, skulaki i bombowce, że pośród zmierzchowych chmur zrobiło się wyjątkowo tłoczno.

Jeśli juz chcesz zostawić powyższy opis w obecnej postaci, to przydałoby się wstawić „to” przed „że”. Inaczej nie ma efektu przyrównania.
strzelali snajperzy, starając się swym drobnym wsparciem przechylić szalkę na którąś ze stron

To, że wsparcie jest drobne nie znaczy, że szala zwycięstwa stała się szalką. Zdecydowanie powinno być: szala zwycięstwa.
świat zamarł w kriogenicznej ciszy

Znaczy zamarzł?? Czy cisza była mroźna?
Uzurpator miał na sobie futurystyczny pancerz
Futurystyczny w stosunku do 7017 roku pancerz, to musi być dopiero cud techniki i designu. Oczywiście nie chodzi o to, że jest futurystyczny w stosunku do naszych obecnych wyobrażeń o pancerzach?
Młodym, zaledwie trzystuletnim człowiekiem o urodzie Słowianina, którzy zasiedlali niegdyś zajęte obecnie przez cyborgi terytoria Europy.

Słowianina, którzy. Słowianin jest w liczbie pojedynczej, a którzy to liczba mnoga. Błąd. Przekonstruuj to zdanie.
obróciłem się i popatrzyłem na Introduxa, którego komiczny wyraz twarzy
Komiczny wyraz twarzy? Znaczy wywołujący śmiech? Czy może chodziło o zdziwiony, który byłby bardziej na miejscu w tym kontekście?
- Nie można! To dzikie protoplasty! - warknął Ares.
Dzikie protoplasty?? Dzicy protoplaści może? I tak brzmi głupio.
Złomiarze zaczęli dawać dęba, ujrzawszy kto zmierza w ich stronę.
Po jakiemu to jest? Dawać dęba? Pierwsze słyszę i pierwsze czytam. Stawać dęba to jeszcze znam.
Zakończywszy swą filozoficzną erudycję, Ares ruszył ku bramie fortu
Tutaj niestety muszę się odnieść do treści wypowiedzi Aresa. Przede wszystkim nie nazwałabym tego na pewno erudycją, bo erudycja to wiedza wszechstronna. A Ares zakończył po prostu wypowiedź. Poza tym Ares nie błysnął ani jakoś szczególnie filozoficznie ani nie popisał się erudycją. Zagadał niezbyt jasno i nie do końca wiadomo, o co mu chodzi z tym co nam dane. To nie ma nic wspólnego z erudycją.
Wpadnij do mnie wieczorem, o ile Ares nie zechce odesłać się [to chyba lepiej, że SIĘ odeśle] do bazy androidów
Gdy Ares SIĘ odeśle, to przynajmniej nie będzie przeszkadzał.
Drobne liścienie zdawało się opalizować
Zdawały się – one, te liścienie (rodzaj męski, liczba mnoga).

Wnioski.
Treść opowiadania nie powala. Sporo miejsca poświęcasz wymyślaniu nazw uzbrojenia, opisom bitwy i nic nie wnoszącym epizodom, a kwestię powrotu do źródeł (czyli głównego motywu tekstu) potraktowałaś skrótowo i po macoszemu. Przez to na przykład nagle pojawia się jakiś wątek miłosno – romansowy, o którym czytelnik nie miał prawa wiedzieć, bo nigdzie nie dawałaś wskazówek ku temu. Nagle się okazuje, że oni pragną tylko czułości i powrotu do natury, co również nie wynikało z wcześniejszych opisów. Czy cyborgi na serio walczą z androidami? Ale czemu, skoro najwyraźniej szybko przekonują się, że tamci mają rację? O co w ogóle walczą te cyborgi? Przedstawiłaś cele przyświecające androidom, ale zapomniałaś pokazać, o co chodzi cyborgom (poza tym, że bronią się napadnięci w forcie).

I najważniejsze: Xiri, potrzebujesz słownika frazeologicznego języka polskiego. Potrzebujesz go jak powietrza. Na przykład tego. :)
Z życia chomika niewiele wynika, życie chomika jest krótkie
Wciąż mu ponura matka natura miesza trociny ze smutkiem
Ale są chwile, że drobiazg byle umacnia wartość chomika
Wtedy zwierzyna łapki napina i krzyczy ze swego słoika

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » śr, 26 mar 2008 16:01

Bebe

Dziękuję Ci za poświęcony czas i zajęcie się powyższym tekstem. Szczególnie zależało mi właśnie na komentarzach osoby, która czytała mój pierwszy wstawiony na forum tekst (z tymi dinusiami).

Zatem teraz wyjaśnienia.
Co my tu mamy. Rok 7017 – moja myśl tak daleko nie sięga, ale niech będzie. Jakieś starcia między cyborgami i androidami. Podobno od tysiąca lat toczy się między nimi wojna. Cyborgi są spadkobiercami ludzi, kiedyś tam cyborgi stworzyły androidy, a androidy to taki greenpeace i chcą odtworzyć świat sprzed tej tysiącletniej wojny.
W kontekście tego podsumowania świata przedstawionego zapytam od razu – co ma z tym wspólnego ostatnie zdanie opowiadania:
1. Chciał rosnąć. 2. Chciał żyć. Chciał, by było jak dawniej. Podobnie jak ludzie z cyborgami. ?
Ta cała konkluzja nie wynika absolutnie z informacji, które podano czytelnikowi wcześniej.
Tekst jest o ginącym, "starym" człowieczeństwie, czyli takim, jakie my znamy dzisiaj (cyborgi) i jednocześnie odradzającym się w innej postaci (Ares). Pogrubione zdania są oczywiście aluzją dotyczącą świata ludzi i cyborgów (androidy na razie zostawmy - im nie można niczego zarzucić bo są w porządku, mają własną inteligencję, są maszynami, więc nie są rozdarte wewnętrznie). Ludzkość w moim uniwersum zeszła do podziemia, cyborgom też wiedzie się nienajlepiej, bo odrywają od androidów. Jedni i drudzy chcą zatem móc znów żyć normalnie we współczesnym dla nich świecie. Cyborgi jednak obawiają się człowieczeństwa; są rozdarci. Ich problem komplikuje i potęguje to, że są częściowo maszynami. Z jednej strony chciałyby iść śladami androidów, by osiągnąć taką perfekcję jak oni (Stąd w tekście szacunek cyborgów do androidów - wróg nie oznacza przecież, że należy go przeklinać i równać z ziemią. Takie jest współczesne podejście. Cyborgi w tej kwestii myślą może inaczej.), lecz z drugiej strony męczą się, bo zawadza im w tym człowieczeństwo. Jednak to człowieczeństwo wygrywa w finale. Wygrywa człowieczeństwo, jakie pokazał im Ares, a nie pseudoczłowieczeństwo, czyli skakanie sobie do gardeł, wyzysk społeczny, podkładanie świń, zabójstwa, materializm i takie tam, doskonale znane nam ze współczesności. Tak więc cyborg Paralaks, który obawiał się miłości postrzeganej subiektywnie jako coś złego i strasznego, ulega jej. I jest z tego zadowolony. "Chciał, by było jak dawniej" odnosi się do człowieczeństwa w jego bardzo pierwotnej formie (stąd porównanie do protoplasty, czyli czegoś pierwotnego i nieskażonego postępem), czyli można to interpretować jako odniesienie do mitycznego, złotego wieku ludzkości, kiedy to ludzie żyli stulecia (niektóre źródła podają, że byli wówczas nieśmiertelni) i ogólnie wszystko było poukładane. Mam nadzieję, że teraz jest już jaśniej.

A swoją drogą...
androidy to taki greenpeace i chcą odtworzyć świat sprzed tej tysiącletniej wojny.
Poległam ;]
Jak dla mnie - problemem Twoich tekstów jest wciąż i niezmiennie słownictwo. Stosujesz słowa, których znaczenie nie do końca rozumiesz albo słowa, których chyba nie potrafisz prawidłowo stosować w danym kontekście.
Tym razem do słownictwa dochodzi też odrobina bełkotu i cale fragmenty tekstu, z których nic nie wynika.
Wszystkie słowa, jakie stosuję, rozumiem (Jeśli się nie ma pięciu lat, to inaczej się nie da. To tak jakby lekarz poszedł operować pacjenta z oponą i garnkiem). Zatem problem dotyczy bardziej stosowania wyrazów w danym kontekście. Przekaz tekstu wcale nie jest taki prosty, jak się to z początku wydaje. Jest w nim pełno symboliki i aluzji. Np. sama walka jest symboliczna. Długa, tytaniczna, nużąca, której finał jest nieznany. Czyli jak w ludzkim życiu. Dlatego zajmuje tyle miejsca. Androidy, jako perfekcjoniści, którzy szanują prawa natury i ogólnie trzymają się wszelkich wartości, wygrywają. Można to interpretować jako ostrzeżenie dla ludzi współczesnych, że jeśli się nie zmienią, w końcu ich chaotyczny świat upadnie, zniszczony przez jakąś nadrzędną siłę, a najbardziej przez nich samych.

Co masz na myśli, Bebe, pod pojęciem bełkotu? Bełkot naukowy czy nudną gadaninę Aresa?
Po pierwsze – od początku postaci chodzą i biegają po blankach. Czy blanki, to nie jest ta część muru, po której ciężko chodzić, bo można spaść poza mur i co krok trzeba przeskakiwać zęby? Chyba trudno się po tym chodzi.
Tutaj problem jest taki, jaki napotkałby przedkolumbijski Indianin, gdyby chciał opisać napęd odrzutowy - brak odpowiednich wyrazów. Stąd "rydwany", "demony z gwiazd" i "strzelające kije". Obraz ogrodzenia tego fortu mam w głowie, mogłam opisać to tak, jak widzę, używając wymyślonych przez siebie słów (czyli dochodzi więcej bełkotu), bo w realu nie ma przecież czegoś takiego. Dlatego wstawiłam te blanki, bo co to są blanki większość przecież wie. A wyobrażenie sobie futurystycznych blanek chyba już nie powinno sprawiać problemu. W grach komputerowych czy filmach jest podobnie. Przykładowo jest taka gierka, która nazywa się Unreal Tournament 2003 i jest w niej mapa, która nazywa się CTF-Citadel. Ta tytułowa cytadela to nic innego, jak niewiadomoco. Tę kosmiczną architekturę absorbującą plazmę nie można też nazwać zamkiem czy bazą, a gracze tak ją właśnie nazywają i każdy wie, o co chodzi.
Pytanie nr 1: co to są postnuklearne barwy?
Wśród graczy - tych używających prądu i tych bez prądu - to popularny i normalny zwrot, jak dla zwykłego człowieka łyżka czy palma. Występuje zarówno w publikacjach sieciowych, jak i czasopismach komputerowych. Najprościej to opisać, że jest to niebo jak w grze Quake2 o gamie kolorów od żółtej do czerwonej. Możesz znaleźć na sieci obrazki jpg przedstawiające niebo po detonacji bomb jądrowych - ono wtedy właśnie tak wygląda... Albo jak przy zachodzie słońca:
"Zupełnie jakby słońce stanęło w miejscu nad zachodnim horyzontem."


Skoro jest poranek, to słońce znajduje się na wschodzi,. Zdecydowanie.
Oczywiście, że na wschodzie (no, u mnie słońce wschodzi na zachodzie, bo mam okna zwrócone na południe). Ale tu podałam przecież wyraźne porównanie.
"Skoro już jesteśmy przy anomaliach, to warto wspomnieć jeszcze, że równie monotonnie i apokaliptycznie wyglądają spore połacie planety, przez co można odnieść wrażenie, że tysiącletnią wojnę z androidami toczymy na powierzchni Marsa. Ziemia stała się jałowa."

Jak długo żyje ten cyborg, skoro jałowość Ziemi jest dla niego anomalią? Jak dawno temu Ziemia stała się jałowa? Jeżeli było to już za jego życia, to chyba nie powinien odczuać tego jako anomalii, bo to jedyny krajobraz jaki zna.
Małe dzieci dzisiaj także wiedzą, że żyjące na terenie Czarnobyla dżdżownice, większe o 20% niż powinny, to anomalia, choć nie żyły (dzieci oczywiście) w czasach wybuchu. Po prostu wiedzą to od rodziców/z książek/z programów edukacyjnych/z historii. Z cyborgiem jest tak samo: wie, jaki status określa się mianem "normalny", a czego być w naturze nie powinno. Chodziło mi dokładnie o coś takiego.
Do tego masz tu jeden mały bezsens: jedyna anomalia wśród anomalii. To czysty bełkot. Nie wiem, co chciałaś przekazać. Nie wyszło.
To miał być chwyt logiczny (skoro bohater po części jest człowiekiem, to ma prawo rzucać podobnymi zwrotami) w stylu: głupi dla głupiego = człowiek mądry. Anomalia wśród anomalii to coś poprawnego. Ale skoro nie wyszło...
"jego nieodzownymi towarzyszami"

Nieodzowni towarzysze? Nieodzowny zwykle idzie w parze z elementem itp., a nie przyjacielem czy towarzyszem.
Przyznam, że pierwszy raz czytam coś takiego. Widziałam w literaturze - i to nie jeden raz - zarówno "nieodzownych towarzyszy broni" jak i samych "nieodzownych towarzyszy", czyli że jedni bez drugich nie potrafią się obejść.
"Sam lord Ares był uzurpatorem, szczytem androidzkiej piramidy."

Jakiej piramidy, żywienia? Mogłaś po prostu napisać, że jest ich przywódcą.
Tak, mogłam. Ale czy tak jest niepoprawnie? Każdy to zrozumie. Potocznie mówi się przecież, że "ktoś stoi na piedestale", "wzniósł się na szczyt", "jest mózgiem [czegoś]", "stoi na szczycie piramidy", "stał się światłem w tunelu", itp. Uważam ponadto, że taki zwrot pasuje do kontekstu: bohater mówi o Aresie nieco z ironią, nieco ze zdziwieniem, gdyba i próbuje oddzielić fakty od fikcji.
"to przybysz z innej planety, który przygotowuje grunt pod swoich kosmicznych towarzyszy."

A jak przybędą jego kosmiczni towarzysze, to on ich na tym gruncie zasadzi, a oni będą kwitnąć. Znów skrót myślowy, który brzmi groteskowo i śmiesznie.
Zwrot potoczny. "Iść z kapcia do miasta" nie oznacza przecież, że ktoś idzie do centrum w kapiach, lecz że nie korzysta z pojazdów :)
"ja również byłem zwolennikiem ludzkiego pochodzenia uzurpatora."

Cyborg, który jest zwolennikiem ludzkiego uzurpatora = cyborg, który popiera pana Aresa. A mogłaś napisać zwolennikiem teorii ludzkiego pochodzenia. I by nie było potworka językowego.
Rzeczywiście paskuda. Kiedy czytałam tekst, jakoś mi to nie zgrzytnęło.
"To, co obserwowałem, na stówę było szczytem góry lodowej."

Na stówę. Przybij piątkę ziom.
Dlaczego wplotłam kilka slangów, wyjaśniłam już Buce. Gdybym trzymała się wyłącznie patosu, czytelnik zasnąłby po 20. linijce. W życiu jest przecież podobnie. W Sądzie np. w trakcie poważnej rozprawy padają słowa typu: "laik", "k**a", "kłamca", "nienormalny", cytowane bądź nie. Kiedy informatyk tłumaczy klientowi obsługę komputera, to także sypie słowami typu blaszak czy twardziej, choć wypowiedź jego brzmi poważnie. Skoro mój bohater jest częściowo człowiekiem, to ma prawo zachowywać się jak człowiek. A każdy człowiek sypie slangami, czy w urzędzie, czy na poczcie, czy w sklepie, choć jego wypowiedź wydaje się być poważna.
Ja przeprasza, ale nie ma w języku polskim takiego słowa jak prebitewny.
Sytuacja jest tu podobna jak z "postnuklearnym". Stosowanie przedrostków do tradycyjnych wyrazów nie jest przecież błędem, z tego co mi wiadomo, w znaczeniach żartobliwych/przenośnych. "Jesteś arcykretynem, Krzysiu".
Wyłączyłem zoom i dla odmiany otaksowałem w myślach nasze jednostki.


Taksuje się wzrokiem i to oznacza np. ocenianie wyglądu, a nie przeliczanie liczebności.
Tu chodziło o wszystko, od uzbrojenia po liczbę (na tej ostatniej Paralaks skupia się najbardziej), co czytelnik na logikę powinien się domyśleć, skoro użyłam takiego wyrazu.
Skorzystawszy z portera bliskiego zasięgu, pułkownik Arlun zmaterializował się przy mnie na galwanicznej płycie exitu.
- Przygotujcie się. Wiecie co macie robić - rzekłem do niego.
- Oczywiście - odparł przybyły.

A tutaj pytanie za 100 punktów: po co przybył Arlun? Ten fragment wyskakuje nagle z środku narracji, pułkownik pojawia się i znika, a Autorka daje nam do zrozumienia, że nawet rozkazów nie potrzebował, bo wiedział, co ma robić. A to oznacza, że powyższy fragment jest zbędnym zapychaczem. I nie, nie da się tego podciągnąć pod wprowadzanie postaci, bo ta postać potem prawie nie występuje.
Właśnie taki był mój zamiar.
Ponadto chciałam przedstawić prawdziwość sytuacji, czyli nie skupiać się na samym dowódcy, skoro nie jest on jedynym cyborgiem na zewnątrz. Opisałam, jak inni się zachowują, co robią, gdzie patrzą. W moim pierwszym wstawionym na forum tekście (tak, dinusie) wytknięto mi właśnie taki błąd: że skupiam się na jednostce, kiedy zapominam o drugoplanowcach.
tak więc pozostało nam oczekiwanie na działania zaczepne, byśmy mogli zorganizować się z lotem błyskawicy i ruszyć do kontrofensywy.

Co to znaczy zorganizować się z lotem błyskawicy? Będą się z piorunami synchronizować?
Robić coś z lotem błyskawicy = szybko, migiem, piorunem.
Czas pęczniał.

Co to znaczy??
Wlókł się, przedłużał się.
konserwujących mazideł

Smarów Xiri, w kontekście urządzeń to są smary...
Pierwotnie tak miało właśnie być, lecz zmieniłam to, bo mamy przecież rok 7017. Teraz smary, za tysiąclecia smary... Nie może być. To tak jakby starożytny Egipcjanin grawerował na reliefie powieść o czasach nam współczesnych i wrzuciłby nam do rąk papirusy, a na ulice lektyki czy rydwany z końmi. "Konserwujące mazidła" natomiast dają czytelnikowi pole do popisu. W tym przypadku nie jest to więc xirionizm ;]
uniosło karabiny polienergetyczne do pozycji bojowej, czyli kierując lufty

Luft, lub lufcik, to takie małe okienko uchylne. W karabinach chyba takich nie montują. :P
Łojej. Buko, chyba coś nam umknęło ;p
Po pierwsze, mogłaś sobie ta sinusoidę darować, bo użyłaś wystarczającej ilości określeń, żebyśmy zrozumieli chaotyczne ruchy. Po drugie – jechanie sinusoidą to znaczy że jechały po pagórkach góra – dół, góra – dół? Cytat:
Za nią zjechały baony czołgów, by osłaniać przodowników.
Sinusoida to nie linia przedstawiana koniecznie w pionie. Może zatem być równie dobrze w poziomie. Tu: omijać łukami jakieś przeszkody w terenie. Co do nadmiaru określeń, to się zgadzam.
"Ruszył naprzód w eskorcie Nexvala i Liuteneta, w takim stylu, jakby już był zwycięzcą i szedł właśnie, by przyjąć kapitulację."


Wygląda to tak, jakbyś nie potrafiła nazwać tego stylu zwycięskiego i dlatego opisujesz to naokoło
W tym przypadku wszystko było zamierzone. Możesz napisać mi jakie konkretnie określenie miałaś na myśli?
"Uzurpator miał na sobie futurystyczny pancerz."


Futurystyczny w stosunku do 7017 roku pancerz, to musi być dopiero cud techniki i designu. Oczywiście nie chodzi o to, że jest futurystyczny w stosunku do naszych obecnych wyobrażeń o pancerzach?
Zdanie sens nabierze jedynie wówczas, gdy przeczyta się go w całości (i wie się, kim byli hoplici):

"Uzurpator miał na sobie futurystyczny pancerz ceremonialny, lecz stylizowany częściowo na zbroję hoplity."
obróciłem się i popatrzyłem na Introduxa, którego komiczny wyraz twarzy

Komiczny wyraz twarzy? Znaczy wywołujący śmiech? Czy może chodziło o zdziwiony, który byłby bardziej na miejscu w tym kontekście?
Tak zdziwiony, że aż komiczny. My również się śmiejemy, patrząc na czyjeś zdziwione oblicza, np. w ukrytej kamerze.
Złomiarze zaczęli dawać dęba, ujrzawszy kto zmierza w ich stronę.

Po jakiemu to jest? Dawać dęba? Pierwsze słyszę i pierwsze czytam. Stawać dęba to jeszcze znam
To już od dzisiaj znasz również "dawać dęba" :) O to samo pytała się Buka.

Ze SJP PWN, Tom I A-K, pod red. prof. Mieczysława Szymczaka, W-wa 1995:

Dąb (...) pot. "dać dęba" <<uciec, dać drapaka>>
"Wpadnij do mnie wieczorem, o ile Ares nie zechce odesłać się [to chyba lepiej, że SIĘ odeśle] do bazy androidów"

Gdy Ares SIĘ odeśle, to przynajmniej nie będzie przeszkadzał.
O nie, o nie, o nie. Czemu takich literówek nie widzą oczy? Buko znów nam coś uciekło.
Przez to na przykład nagle pojawia się jakiś wątek miłosno – romansowy, o którym czytelnik nie miał prawa wiedzieć, bo nigdzie nie dawałaś wskazówek ku temu.
Wspominałam o tym, nawet dość szeroko, co powinno wzbudzić ciekawość czytelnika:

"Naukowca... Tego człowieka kazałem zamknąć chyba bardziej dlatego, że sam się go obawiałem, niż ze względu na jego wiedzę w zakresie technologii bionicznej i technonekrofizacji. Znałem go doskonale. To przez niego odezwało się we mnie niebezpieczne dziedzictwo przodków, które pragnąłem stłamsić za wszelką cenę."
Czy cyborgi na serio walczą z androidami? Ale czemu, skoro najwyraźniej szybko przekonują się, że tamci mają rację?
O szacunku dla przeciwnika pisałam gdzieś powyżej. Załóżmy, że zaatakowaliby nas Rosjanie w jakiejś słusznej sprawie (wiem, że fikcja, ale czytać proszę dalej), to czy poddalibyśmy się bez walki, wystawiając tym samym nasze idee na pośmiewisko? Raczej nie. Ludzie często bronią czegoś, choć wcale nie mają w tym racji - po prostu inaczej nie potrafią. Boją się do czegoś przyznać przed światem. Boją się spaść poza margines w polityce globalnej. W przypadku tekstu jest podobnie: świat cyborgów ginie, giną stare, ludzkie ideały, ale jednak cyborgi ich bronią, choć jednocześnie ich nienawidzą. Wcale to nie jest takie dziwne, jeśli tak się zastanowić: sami często bronimy swoich wad, a raczej nie chodzi nam o wady, lecz o to, by świat nie wszedł nam na głowy.
Przedstawiłaś cele przyświecające androidom, ale zapomniałaś pokazać, o co chodzi cyborgom (poza tym, że bronią się napadnięci w forcie).
Tak, faktycznie za mało miejsca poświęciłam cyborgom.
I najważniejsze: Xiri, potrzebujesz słownika frazeologicznego języka polskiego. Potrzebujesz go jak powietrza. Na przykład tego . :)
Z sieciowego mogę korzystać sporadycznie, jednak w domu mam książki. I naprawdę z nich korzystam.

Ogólnie jestem troszkę z siebie zadowolona, bo spodziewałam się większej ilości bugów (chyba, że pojawi się ich więcej, gdy ktoś jeszcze zdecyduje się tekst przeczytać, i to malutkie zadowolenie pryśnie). Jak na tak długie opowiadanie nie jest źle, w porównaniu z tym, co było kiedyś. Przynajmniej tak uważam.

Powiem jeszcze na marginesie, że ten tekst jest jakby kontynuacją "Ognia niebios" z Warsztatów, gdzie androidy (a raczej android) zniszczyły ludzkość, nie z nienawiści do nich, lecz z konieczności. Jednak nie wszyscy ludzie zostali wybici, gdyż sporo osób przebywało wówczas poza Ziemią. Akcja "Za życie" dzieje się jakieś 3000 lat po opisanych w "Ogniu" wydarzeniach.

Awatar użytkownika
Buka
Psztymulec
Posty: 945
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 16:55
Płeć: Kobieta

Post autor: Buka » śr, 26 mar 2008 21:08

Xiri pisze:
Bebe pisze:Luft, lub lufcik, to takie małe okienko uchylne. W karabinach chyba takich nie montują. :P
Łojej. Buko, chyba coś nam umknęło ;p
:D Rzeczywiście^^
Xiri pisze:
Bebe pisze:Gdy Ares SIĘ odeśle, to przynajmniej nie będzie przeszkadzał.
O nie, o nie, o nie. Czemu takich literówek nie widzą oczy? Buko znów nam coś uciekło.
Znowu na mnie? :P Każdy z nas wie, jak się czyta z monitora... Czasem coś umknie;)

Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

Post autor: Bebe » śr, 26 mar 2008 22:35

Odpowiedź do odpowiedzi. ;)

Po pierwsze - dziękuję za wyjaśnienie koncepcji jaka stała za opowiadaniem. Jedyny problem jaki widzę, to, że w moim odbiorze - nie wynika to z tekstu. Znaczy nie wynika tak dogłębnie i całościowo, co powoduje, że jako czytelnik mam wrażenie, że:
- była wojna
- nadchodzi potyczka należąca do wojny i biją się
- ni stąd ni zowąd okazuje się, że główny cyborg odrzucał miłość, czyli swój pierwiastek człowieczeństwa.

Ja tam widziałam, że cyborg P. odrzucał swój pierwiastek człowieczeństwa jako niedoskonałość, która mu zawadza - tak, to było widoczne w tekście.
Także po Twoim objaśnieniu mogę rzec, że jak na tak długi tekst skoncentrowałaś się na szczególikach, a sens całości potraktowałaś trochę po macoszemu i na końcu ten sens wyskakuje nagle jakby to była autorska zachcianka "a teraz będzie tak!", taka bez szczególnego uzasadnienia w treści opowiadania.

Aczkolwiek:
Jest w nim pełno symboliki i aluzji. Np. sama walka jest symboliczna. [ciachnięcie] ... w końcu ich chaotyczny świat upadnie, zniszczony przez jakąś nadrzędną siłę, a najbardziej przez nich samych.
Niestety, dla mnie ten tekst nie ma zbytniej głębi. Owszem, przesłanie proekologiczne, ostrzeżenie dla ludzi - da się odczytać. Ale symbolika walki niestety leży, czytelnik ma wrażenie, że jest długa i nużąca, bo autor źle wyważył proporcje tekstu, za dużo ciężaru rzucił na walkę i drobiazgi niewiele wnoszące do fabuły.
Co masz na myśli, Bebe, pod pojęciem bełkotu? Bełkot naukowy czy nudną gadaninę Aresa?
Mam na myśli całe kwestie i scenki, które nic nie wnoszą, a nawet trudno jest zrozumieć, o co w nich chodzi. Czytelnik nie siedzi w głowie autora i nie widzi. Autorowi bełkot wychodzi przeważnie wtedy, gdy zapomina o tym, że czytelnik nie widzi. (Albo gdy autor się sili na oryginalność i eksperymenty, ale wtedy łatwo wyodrębnić bełkot, bo słowa nie układają się w żaden sens.)
Tę kosmiczną architekturę absorbującą plazmę nie można też nazwać zamkiem czy bazą, a gracze tak ją właśnie nazywają i każdy wie, o co chodzi.
Czyli wracamy do podstaw: co ma zrobić czytelnik, który nie jest graczem? Dla mnie blanki to część muru i to dość konkretna. Mogę Ci szczerze napisać, że w mojej głowie cyborgi biegają po ceglanym murze. I sądzę, że blanki są temu winne.
Wśród graczy - tych używających prądu i tych bez prądu - to popularny i normalny zwrot, jak dla zwykłego człowieka łyżka czy palma.

Wracamy do podstaw: co ma zrobić czytelnik, który nie jest graczem, ale zwyczajną istota myślącą? Chcesz osiągnąć efekt komiczny? Chcesz, żebyśmy chichotali nad tekstem? Czy żeby czytelnik zadawał sobie pytanie "czemu Xiri pisze o czymś, skoro nie ma pojęcia co to jest?".
Nie wystarczy mi wyjaśnienie :"znajdź sobie jpg w sieci" albo "w tych grach to normalne określenie". Nie jesteś w grze, poruszasz się po poletku literatury. Chcesz tworzyć literaturę a nie scenariusze od gier dla ściśle zamkniętego grona graczy!
no, u mnie słońce wschodzi na zachodzie, bo mam okna zwrócone na południe
Xiri! Słońce wschodzi na wschodzie! I taki tekst w opowiadaniu to jest bzdura, którą wyłapie każdy myślący czytelnik!
Anomalia wśród anomalii to coś poprawnego. Ale skoro nie wyszło...
Zbyt zakręcone Ci wyszło...
Widziałam w literaturze - i to nie jeden raz - zarówno "nieodzownych towarzyszy broni" jak i samych "nieodzownych towarzyszy"
Mnie to nie brzmi dobrze stylistycznie. Masz zadatek do dyskusji z językoznawcami. :)
Tak, mogłam. Ale czy tak jest niepoprawnie? Każdy to zrozumie. Potocznie mówi się przecież, że "ktoś stoi na piedestale", "wzniósł się na szczyt", "jest mózgiem [czegoś]", "stoi na szczycie piramidy", "stał się światłem w tunelu", itp.
Poprawność to kwestia dość względna. Użyłaś takiego sformułowania, że po pierwsze jest niezgrabnie, po drugie od razu nasuwa się pytanie "jakiej piramidy". Czyli jednak nie jest do końca poprawnie. Kontekst Cię wykańcza. ;)
Zwrot potoczny. "Iść z kapcia do miasta" nie oznacza przecież, że ktoś idzie do centrum w kapiach, lecz że nie korzysta z pojazdów :)
Ale przygotowywanie gruntu pod towarzyszy to zwyczajnie bełkot jest. Ani to po polsku, ani zrozumiale, ani nie zachwyca Twoimi umiejętnościami pisarskimi. Tu nie chodzi o to, że ja nie mogę zrozumieć przenośni. Ty stosujesz takie przenośnie, których odbiór dosłowny narzuca się sam. Frazeologia leży.
Gdybym trzymała się wyłącznie patosu, czytelnik zasnąłby po 20. linijce.
Więc zapewnij czytelnikowi taki poziom emocji, żeby nie zasypiał.
A każdy człowiek sypie slangami, czy w urzędzie, czy na poczcie, czy w sklepie, choć jego wypowiedź wydaje się być poważna.
No i gdybyś stosowała te słowa w jego wypowiedziach, to może byś się obroniła. Ale Ty je wpakowałaś w narrację. A nie stylizowałaś narracji na slang. Czyli wyszła Ci niekonsekwencja w języku narracji i skakanie od języka literackiego po wyrażenia potoczne bez uprzedzenia i bez uzasadnienia.
Stosowanie przedrostków do tradycyjnych wyrazów nie jest przecież błędem, z tego co mi wiadomo, w znaczeniach żartobliwych/przenośnych. "Jesteś arcykretynem, Krzysiu".
W żartobliwych potocznych wyrażeniach przejdzie wiele. Ale nie w tekście literackim i to w części pisanej na poważnie. Nie ma słowa prebitewny, a jeśli jest to funkcjonuje chyba wśród osób nieoczytanych.
Tu chodziło o wszystko, od uzbrojenia po liczbę (na tej ostatniej Paralaks skupia się najbardziej), co czytelnik na logikę powinien się domyśleć, skoro użyłam takiego wyrazu.
Nie, czytelnik się nie domyśli, czytelnik zaraz rzuci Twoją książką o ścianę, bo ileż można wytrzymać kulejącej polszczyzny?
Użyłaś niewłaściwego słowa (taksować) w stosunku do znaczenia, jakie chciałaś przekazać.
Ponadto chciałam przedstawić prawdziwość sytuacji, czyli nie skupiać się na samym dowódcy, skoro nie jest on jedynym cyborgiem na zewnątrz. Opisałam, jak inni się zachowują, co robią, gdzie patrzą. W moim pierwszym wstawionym na forum tekście (tak, dinusie) wytknięto mi właśnie taki błąd: że skupiam się na jednostce, kiedy zapominam o drugoplanowcach.
No nie, to nie jest skupianie się na postaciach drugoplanowych, tylko wprowadzanie bez sensu postaci, która w tekście występuje w dwóch może wzmiankach. Postaci drugoplanowe wprowadzaj z sensem. Ten generał był postacią bardzo-daleko-planową. Wszedł i wyszedł, a Ty zmarnowałaś kilka linijek tekstu. Dłużyzna, zbędny wtręt, pierwszy akapit do wycięcia - jak zwał tak zwał. Piszesz opowiadanie, tutaj cenna jest każda linijka, więc rozważnie należy dobierać wprowadzane osoby. Na pewno nikt Ci tego generała nie policzy na plus w kwestii wprowadzania postaci drugoplanowych.

Uwaga zbiorcza:
Robić coś z lotem błyskawicy = szybko, migiem, piorunem.
Robić - tak, synchronizować - nie.
Czas nie pęcznieje, tylko się wlecze i to właśnie słowo "wlecze się" jest tutaj na miejscu. Dłużyć się może jeszcze.
Frazeologia. Język polski. Tak się nie mówi i nie pisze po polsku.
"Konserwujące mazidła" natomiast dają czytelnikowi pole do popisu. W tym przypadku nie jest to więc xirionizm ;]
Mazidła brzmią, jakby kobieta próbowała opisać smary i nie wiedziała jakiego słowa użyć. Mazidła nie są bardziej stylowe niż smary w kontekście roku 7017. :D
W tym przypadku wszystko było zamierzone. Możesz napisać mi jakie konkretnie określenie miałaś na myśli?
Dokładnie to: "w takim stylu, jakby już był zwycięzcą i szedł właśnie, by przyjąć kapitulację". Nie kapuję jaki to styl i nie wiem, czy aby nie ma na to jednego prostego słowa. Może dwóch słów. ;)
Zdanie sens nabierze jedynie wówczas, gdy przeczyta się go w całości (i wie się, kim byli hoplici):
A kto to są hoplici?
Tak zdziwiony, że aż komiczny. My również się śmiejemy, patrząc na czyjeś zdziwione oblicza, np. w ukrytej kamerze.
Śmianie się to nie jest komiczny wyraz twarzy, bo komiczny to taki, który wywołuje śmiech, jest śmieszny. Nie pasuje.
To już od dzisiaj znasz również "dawać dęba"
Zaiste. To, że znalazło się w słowniku niewiele nam daje. Nie słyszałam tego ani razu w życiu i to może być albo stary slang młodzieżowy albo jakiś regionalizm. Czyli unikać jak ognia, zwłaszcza w SF!
"Naukowca... Tego człowieka kazałem zamknąć chyba bardziej dlatego, że sam się go obawiałem, niż ze względu na jego wiedzę w zakresie technologii bionicznej i technonekrofizacji. Znałem go doskonale. To przez niego odezwało się we mnie niebezpieczne dziedzictwo przodków, które pragnąłem stłamsić za wszelką cenę."
Na tym etapie naukowiec był dla mnie facetem. Nijak mi się nie skojarzyło z miłością. Czyli coś Ci umknęło w budowaniu tego wątku.


Podtrzymuję moją tezę, że frazeologia i kontekst zastosowania słów to Twoje bardzo słabe punkty. "Odpowiednie dać rzeczy słowo" to sztuka. Język wymaga również intuicji. Ty piszesz jakbyś miała to czytać sama. Wiele razy wspominałaś o swoim problemie w komunikacji - będziesz musiała się do tego przyłożyć, bo zabrałaś się za sztukę trudnej komunikacji - trudnej o tyle, że odbywa się na piśmie i po opublikowaniu nie da się już nic dookreślić i dodatkowo wyjaśnić. :)

Dodam może, że - w mojej opinii - opowiadanie ma zaburzoną równowagę konstrukcyjnie. Ciężki i długi opis bitwy przeważa i powoduje, że to co następuje po bitwie wydaje się być naprędce skreślone i potraktowane zbyt skrótowo. Jakby na zdjęciu była wielka bryła po lewej a po prawej cienka gałązka jakiegoś krzaczka. ;)
Z życia chomika niewiele wynika, życie chomika jest krótkie
Wciąż mu ponura matka natura miesza trociny ze smutkiem
Ale są chwile, że drobiazg byle umacnia wartość chomika
Wtedy zwierzyna łapki napina i krzyczy ze swego słoika

Awatar użytkownika
kiwaczek
szuwarowo-bagienny
Posty: 6053
Rejestracja: śr, 08 cze 2005 21:54

Post autor: kiwaczek » śr, 26 mar 2008 22:50

Xiri... Ile to już lat omawiamy Twoją twórczość?

I jak do tej pory wszyscy zwracają Ci uwagę na frazeologię i używanie słów niezgodnie z ich znaczeniami. A Ty dalej swoje...

I to nawet nie chodzi o to, że robisz błędy, ale o to, że potem bronisz ich do upadłego. A tu mimo obrony one wcale się nie stają poprawne.
I'm the Zgredai Master!
Join us young apprentice!
Jestem z pokolenia 4PiP i jestem z tego dumny!

Awatar użytkownika
Novina
Mamun
Posty: 144
Rejestracja: ndz, 20 sty 2008 06:35

Post autor: Novina » śr, 26 mar 2008 22:50

Hoplita - ciężkozbrojny piechur typu greckiego, zbrojny w długą włócznię, okrągłą tarczę i noszący (w przeciwieństwie do tego co pokazano paniom w 300;]) pancerz osłaniający tors, oraz karwasze, nagolenniki i zabudowany hełm. Pancerz często był rzeźbiony anatomicznie, oddając z detalami mocną muskulaturę męską. Element ten dość długo zachował się w zbrojach paradnych i przeniknął do późniejszych czasów, kiedy sama falanga i tworzący ją hoplici byli już przeszłością.

<wcalemnietuniebyło>
The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Tom Clancy

Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

Post autor: Bebe » czw, 27 mar 2008 08:13

Zdanie sens nabierze jedynie wówczas, gdy przeczyta się go w całości (i wie się, kim byli hoplici):
"Uzurpator miał na sobie futurystyczny pancerz ceremonialny, lecz stylizowany częściowo na zbroję hoplity."

Nie chodziło mi o sens ale o zgrzyt na słowie "futurystyczny".
Skoro hoplici nosili zbroje takie, jak opisane zostały przez Novinę wyżej, to w której części ten pancerz był stylizowany? Co oznacza "futurystyczny" dla cyborga z 7017 wieku? Niesamowicie nowoczesny?
Czy nie lepiej opisać pancerz z punktu widzenia właśnie stylizacji, którą jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, np.: "jego pancerz, choć na wskroś współczesny, stylizowany był na zbroję hoplity, ukazując - prawdziwą bądź wymarzoną - muskulaturę Aresa."
Z życia chomika niewiele wynika, życie chomika jest krótkie
Wciąż mu ponura matka natura miesza trociny ze smutkiem
Ale są chwile, że drobiazg byle umacnia wartość chomika
Wtedy zwierzyna łapki napina i krzyczy ze swego słoika

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » wt, 01 kwie 2008 16:18

Bebe

Rzeczywiście, masz rację, że źle wyważyłam tekst i skupiłam się nie za bardzo na tym, co trzeba.
Wracamy do podstaw: co ma zrobić czytelnik, który nie jest graczem, ale zwyczajną istota myślącą? Chcesz osiągnąć efekt komiczny? Chcesz, żebyśmy chichotali nad tekstem? Czy żeby czytelnik zadawał sobie pytanie "czemu Xiri pisze o czymś, skoro nie ma pojęcia co to jest?". Nie wystarczy mi wyjaśnienie :"znajdź sobie jpg w sieci" albo "w tych grach to
normalne określenie". Nie jesteś w grze, poruszasz się po poletku literatury. Chcesz tworzyć literaturę a nie scenariusze od gier dla ściśle zamkniętego grona graczy!
Ja tez nie jestem graczem i nie znam się na warhammerach. Jednak z wieloma "ukierunkowanymi" słowami mamy do czynienia w życiu codziennym. Przykładowo nie jestem ziomalką, ale wiem, co oznacza joł czy lecieć w kulki. Sądziłam, że użyte w opku wyrazy znają wszyscy. I tu pojawia się największy problem: używanie przez autora niektórych zwrotów jest jak strzelanie w ślepo. Przykładowo te "dać dęba", które znam od zawsze, lecz Ty z kolei o nim nie słyszałaś. Skoro jest w słowniku ogolnym taki zwrot (zatem nie jest to gwara ani regionalizm), to czemu nie można go używać w sf w odpowiednim kontekście, kiedy pisze się jakąś komedię?
Xiri! Słońce wschodzi na wschodzie! I taki tekst w opowiadaniu to jest bzdura, którą wyłapie każdy myślący czytelnik!
Na Ziemi Słońce wschodzi na wschodzie, ale gdzie indziej wcale tak nie jest. Np. Wenus obraca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czyli przeciwnie niż Ziemi, zatem gwiazda wstaje tam odwrotnie. Trochę tu nie rozumiem: skoro napisałam, że okna wychodzą na południe, to logiczne będzie, że wówczas w stosunku do obserwatora Słońce wzejdzie na zachodzie.
A nie stylizowałaś narracji na slang.
Następnym razem - o ile nastąpi - wystylizuje tak tekst i postaram się wszystkich rozwalić ;)
Mazidła brzmią, jakby kobieta próbowała opisać smary i nie wiedziała jakiego słowa użyć. Mazidła nie są bardziej stylowe niż smary w kontekście roku 7017. :D
To miała być peryfraza. Czym są smary wie przecież byle przedszkolak :)
Dokładnie to: "w takim stylu, jakby już był zwycięzcą i szedł właśnie, by przyjąć kapitulację". Nie kapuję jaki to styl i nie wiem, czy aby nie ma na to jednego prostego słowa. Może dwóch słów. ;)
Uważasz, że to był skrót myślowy? "Taki styl" miał oznaczać, że jedzie na jednorożcu z dumnie wypiętą piersią, uniesionym wzrokiem, kamiennym obliczem, itp. Przecież nikt nie idzie do pobitego przez siebie grodu, płacząc i jęcząc. Uznałam, że obejdzie się tu bez łopat.
A kto to są hoplici?
No wiesz co? :] Zabawa w hoplitów to jedna z ulubionych zabaw chłopców w podstawówce. Hoplici, transformersi, naziści - każdy ich zna. Cóż, może oglądałaś inne bajki ;p
Na tym etapie naukowiec był dla mnie facetem. Nijak mi się nie skojarzyło z miłością. Czyli coś Ci umknęło w budowaniu tego wątku.
Specjalnie tak napisałam, by zaskoczyć później czytelnika, że naukowcem jest kobieta. Nazwy większości zawodów są przecież rodzaju męskiego. Jeśli mówimy porucznik czy pilot Kruk, nie oznacza to koniecznie faceta.

Reszty omawiać nie trzeba, wszystko ładnie mi opisałaś. Nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz bardzo Ci podziękować.

kiwaczek
I jak do tej pory wszyscy zwracają Ci uwagę na frazeologię i używanie słów niezgodnie z ich znaczeniami. A Ty dalej swoje...
Czuję się baaardzo urażona za ten pochopny, niesłuszny osąd ;)

Nie po to tu jestem, by marnować swój czas i innych. Jestem oporna na zmiany (constans rules), wypadłam na pierwszym zakręcie z wyścigu szczurów i wróciłam pod piramidy. A mówiąc po ludzku: wolno się uczę. Każdy jest w końcu inny, prawda? To, że Kowalski nauczy się prowadzić traktor w pięć minut, nie oznacza, że nie wolno mi posiąść tej samej umiejętności w 200 lat. Proszę Cię tylko o więcej cierpliwości. Umówmy się, że napiszę Ci komunikat, kiedy uznam, że możesz bez tłuczenia czołem w biurko przeczytać jakiś mój tekst. Zgoda? :)

Novina Dziękuję za definicję.

Buka Nie zwalam nic na Ciebie, tylko żartowałam ;p Dlatego każda książka powinna mieć przynajmniej 5 korektorów (czasem nawet to nie wystarcza), bo dosłownie te literówki uciekają.

Pzdr

Awatar użytkownika
kiwaczek
szuwarowo-bagienny
Posty: 6053
Rejestracja: śr, 08 cze 2005 21:54

Post autor: kiwaczek » wt, 01 kwie 2008 16:26

Xiri...

Pozwolę sobie wrócić do tego wschodu. Jedno sobie ustalmy. Aksjomat taki. Słońce zawsze wschodzi na wschodniej stronie horyzontu. Nigdy, ale przenigdy na zachodniej. I nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia czy okna są na południe czy na północ, czy planeta kręci sie w prawo czy w lewo.

Bo wschód nazywa się wschodem nie dlatego, że jest po prawej stronie jak się stoi przodem do bieguna północnego, tylko dlatego, że wschodzi tam słońce. A zachód nazywa się zachodem dlatego, że zachodzi tam słońce.

I nie jest to fanaberia naszego li tylko języka. W rosyjskim masz chociażby wostok i zapad (też od ruchów słońca), w innych językach też ma to związek z astrologią.

I skończ, proszę, dywagacje na ten temat, tylko uznaj to za prawdę objawioną. Aksjomat. Taki jak ten, że proste równoległe nigdy się nie przecinają, czy że cząsteczka wody składa się z atomu tlenu i dwóch atomów wodoru.

Edit: A! Jeśli zaś dalej będziesz się upierać to pomyśl sobie o żegludze po morzach i oceanach w tym kontekście. I o tym, że jeśli to, gdzie jest wschód zależy od tego jak stoi obserwator, to dawni żeglarze mieli przerąbane. Dopóki nie pojawił się system GPS.
I'm the Zgredai Master!
Join us young apprentice!
Jestem z pokolenia 4PiP i jestem z tego dumny!

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » wt, 01 kwie 2008 16:35

Przeczytałam i przyjęłam.

Pozdrawiam

Zablokowany