Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji

Moderator: RedAktorzy

Zablokowany
Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 442
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji

Post autor: rubens » czw, 24 kwie 2008 21:52

Tytułem wstępu, jest to pierwsze z przewidzianej serii opowiadań.
Miłego czytania, [pręgierz mode: ON].


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji (by rubens)~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Budzik zadzwonił jak zwykle o siódmej. Kain zaczął powoli podnosić się z łóżka.
- No, jazda! – ryczał budzik. – No, jazda! No, jazda!
- ku**a mać! – Kain rąbnął weń pięścią.
Zapadła błoga cisza. Muszę zmienić melodyjkę – pomyślał gorzko.
Po kilkunastu minutach, kompletnie już rozbudzony i odświeżony, zjadł szybkie śniadanie i rozsiadł się na kanapie w saloniku. Zdrobniała forma idealnie pasuje do pomieszczenia, gdyż ów zdołał pomieścić tylko kanapę, mały stolik i telewizor. Plusem były natomiast duże okna, z których roztaczał się wspaniały widok na centrum Rzymu.
Sięgnął po laptopa leżącego na stoliku. Po przyciśnięciu włącznika, ekran zabłysnął, a głośniki zagrały radosny dżingiel dając znak, że komputer gotowy jest do użytku. Kain uruchomił klienta poczty.
- You’ve got mail – wyrecytował spokojnie żeński głos.
- Wreszcie – mruknął i otworzył wiadomość.

„od: abel(at)vatican.gov
CEL: Jose Madingo, 35 l.
MIEJSCE: Kordowa, Hiszpania.
WYTYCZNE: Eliminacja.
Szczegóły na miejscu”

Kain uśmiechnął się szyderczo. Ile to już lat nie byłem w Hiszpanii? – zamyślił się. Faktycznie, można powiedzieć, że nie był tam dosyć długo. Sam się zdziwił, gdyż przecież bardzo mu się tam podobało. Morze, słońce, wyśmienite jedzenie i rzecz, którą Kain kochał nad życie – zabijanie. Kto, jak kto, ale on – nadworny siepacz biskupa Rzymu – musiał to kochać, nie miał najmniejszego wyboru. Mógł, co prawda, odjeść z branży, ale to nie rzutowałoby dobrze na jego dalsze życie. W końcu nadawał się do tego jak nikt inny. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że w tej materii był pionierem.
Odłożył komputer i poszedł się ubierać. Muszę kupić jakiś szybki kurs hiszpańskiego. Taki szmat czasu, pora przypomnieć sobie co nieco – pomyślał, wychodząc za drzwi.

***

Plaza de las Tendillas wyglądał bajecznie z okna apartamentu Kaina. Jak zwykle się postarali – pomyślał z zadowoleniem, stojąc przy oknie. Nie mógł narzekać. Wszelkie formalności zawsze załatwia za niego Watykan. Bookują bilet, zamawiają pokój w dobrym hotelu. Tam też czeka na niego walizka, w której zawsze znajduje ten sam zestaw przedmiotów. Najważniejszymi z nich są dwie koperty. Pierwsza, oznaczona logiem Instytutu Abla, zawiera wyrok, który należało odczytać oskarżonemu tuż przed wymierzeniem kary. Koperta ta może być otwarta tylko w tej sytuacji, nigdy wcześniej i nigdy później. Druga, oznaczona literką „K”, zawiera dokładne dane celu, kilka zdjęć, dokumenty dające Kainowi nową tożsamość i kartę kredytową na „drobne wydatki”. Czasami może znaleźć się tam jeszcze kilka innych rzeczy, jak zezwolenia na wjazd do enklawy, czy wytyczne zadań pomniejszych, które Kain może wykonać „przy okazji”. Tym razem jednak, zadanie było banalnie proste.
Jose Madingo był heretykiem. A dokładniej rzecz biorąc, był głową lokalnego kościoła adwentystów. Czym taki człowiek mógł zawadzić Stolicy Apostolskiej? Tego Kain nie wiedział, co ważne – nie musiał i nie chciał. Liczyły się tylko informacje dotyczące samego celu. Wiek, wygląd, adres, rodzina, posiadane zwierzęta, hobby – wszystko miało znaczenie. Oczywiście, to wywiad przygotowywał pełną listę informacji, Kain był tym od brudnej roboty.
Po dokładnym zapoznaniu się z specyfikacją celu, Kain postanowił wyjść na miasto, zakosztować Hiszpanii po raz kolejny, a zarazem pierwszy, dziewiczy. Tyle lat to szmat czasu – pomyślał. Tak dawno nie oddychał tym specyficznym, południowym powietrzem, w którym czuć było żywiołową muzykę i namiętność, a zarazem leniwy spokój rozgrzanej Słońcem ziemi.
Kilka minut marszu i znalazł się u celu swojego krótkiego spaceru. Ulica Cabrera była dosyć krótka, pod względem architektonicznym panował na niej niemały ścisk. Stylizowane na późny renesans fasady niektórych budynków kłóciły się z wyrastającymi spomiędzy nich postmodernistycznymi tworami, które ze zwykłymi domami nie miały wiele wspólnego. Kain bez trudu odnalazł właściwe okno – okno mieszkania Jose Madinga. Wrócę tu wieczorem – pomyślał, uważnie przyglądając się okolicy. Zawrócił na plac de las Tendillas i zajął miejsce przy stoliku jednego z ogródków wystawionych przez liczne w tym miejscu restauracje. Zamówił małą kawę i rozsiadł się wygodniej.
- Tak, Hiszpania jest piękna – rzucił do siebie.

***

Mrok zapadł bardzo późnym wieczorem. Ulice, oddychające teraz głęboko tym chłodniejszym nieco powietrzem, opustoszały na tyle, że można było poruszać się w miarę niezauważenie. Ludzi dalej siedzieli na placach, chadzali po głównych alejach i bawili się w dyskotekach, jednak do ciemniejszych zaułków nie wielu odważyło się zaglądać. Kordowa była miastem jak każde inne – po zmroku lepiej nie pytać o godzinę przechodnia, lepiej trzymać się z dala od ciemnych miejsc. Właśnie te ciemne miejsca najbardziej interesowały Kaina. Skrytobójca przemykał między budynkami, chowając się w wnękach i niedomkniętych klatkach schodowych. Z jego mieszkania do ulicy Cabrera było bardzo blisko, musiał zatem przedsięwziąć odpowiednie środki ostrożności. Wiedział bowiem, że wywiad watykański nie jest jedynym, a sam Kościół ma wielu wrogów. Gdyby został zauważony, cała akcja mogłaby skończyć się fiaskiem, a do tego nie mógł dopuścić.
W końcu, po licznych szykanach i zwrotach kierunkowych, jakie wykonał na ulicach Kordowy, dotarł na ulicę Cabrera. Odnalazł wzrokiem odpowiednie okno. Tak jak się spodziewał – w mieszkaniu ktoś był. Madingo, według informacji wywiadu, jest zapalonym pisarzem. Czas na pisanie ma tylko wieczorem, więc kiedy tylko zapada zmrok, on zasiada do komputera i pisze. Przeważnie są to manifesty antyklerykalne, rozprawy teologiczne lub analizy Biblii.
Kain sprawdził raz jeszcze, czy nie zapomniał czegoś w mieszkaniu. Koperta – jest, glock z tłumikiem – jest, linka do wspinaczki – jest, latarka – jest, skórzane rękawiczki - są. No, mam wszystko – upewnił się. Zawsze odczuwał zdenerwowanie. Nie umiał policzyć, ile osób już zabił. Ile dzieci, matek, dobrych żołnierzy i złych skurwieli. Za każdym razem odczuwał jednak ten dreszczyk emocji, dziwne uczucie dzierżenia w rękach czyjegoś losu. Z jednej strony – było to uczucie siły, więc napawało go zadowoleniem. Z drugiej jednak – było to rozpaczliwe wołanie resztek sumienia o odebranie mu tego brzemienia. Gdyby mógł, cofnąłby czas, cofnąłby się do dnia, kiedy zabił po raz pierwszy i powstrzymał samego siebie. Teraz, po latach cierpienia, było już za późno. Pierwsza osoba, na jaką podniósł rękę była martwa, a Bóg, w którego wierzył i który miał udzielać przebaczenia, postanowił najprawdopodobniej o Kainie zapomnieć. Porzucony przez Boga i bliskich, postanowił zatem wyruszyć w świat. Imał się wielu zadań, nie raz walczył na wojnie, łupił, grabił i gwałcił. A potem? Nie pamiętał. Potem ktoś go chyba odnalazł i powiedział, że nie musi swojej winy nosić całą wieczność. Tak właśnie trafił do Watykańskiego Instytutu Abla, zajmującego się rozłamami w Kościele, herezjami i tym podobnymi, nieprzyjemnymi sprawami. Tak właśnie zaczął swą krwawą drogę ku odkupieniu.
Podszedł do drzwi prowadzących na klatkę schodową. Tak jak przypuszczał – były otwarte. Na południu nikt chyba nie boi się złodziei – pomyślał rozbawiony tym, z jaką łatwością przychodzi mu wykonać zadanie.

***

Jose Madingo przysnął przed komputerem. Miał naprawdę ciężki dzień, nic więc dziwnego, że umysł w końcu dał za wygraną i odpłynął na spokojne morze snu. Jose poczuł nagle czyjąś silną dłoń, która opadła na jego ramie. Nim zdążył się zorientować, napastnik zakneblował mu usta jakąś szmatką i chwycił drugą rękę. Jose był bezbronny. W przebłysku zdrowego rozsądku ułożył dłonie w odpowiedni sposób i wyszeptał cicho kilka słów. Naraz błysnęło oślepiające światło, a napastnik odskoczył. Korzystając z sytuacji, Jose wybiegł z mieszkania.
- ku**a! – szepnął Kain i pobiegł za swoim niedoszłym celem.
Jak mogłem nie zauważyć, że złączył dłonie! – zbeształ się w myślach. A więc ma dar czynienia cudów. To może nie być takie łatwe, jak przypuszczałem – pomyślał zbiegając ze schodów na klatce. Madingo był już na dworze, Kain wybiegł na ulicę i ruszył za nim w stronę jednej z głównych alei.
- Cholera! – rzucił do siebie.
Był rozjuszony. Wszystko miało pójść łatwo. Dlaczego nikt go nie poinformował, że cel ma charyzmat czynienia cudów.
Madingo, pomimo najszczerszych chęci, nie mógł biec nawet w połowie tak szybko, jak Kain. To też, nim zdążył dotrzeć do skrzyżowania, tamten dopadł go i zaciągnął w zaułek, przyciskając dłonią usta Hiszpana. Jose wyrywał się, ale gdy ujrzał broń wycelowaną w skroń, zaraz się uspokoił. Kain postawił Madingo pod ścianą i stanął przed nim
- Ręce do góry, cwaniaku – powiedział po hiszpańsku.
Jose posłusznie uniósł ręce. Kain dobył glocka i przestrzelił lewą dłoń Hiszpana. Tamten zawył i skulił się. Kain zbliżył się do niego, w jednej ręce trzymał wymierzony w głowę Hiszpana pistolet, w drugiej kartkę z wyrokiem.
- A teraz się zamknij, mam ci coś do objaśnienia – powiedział ściszonym tonem zabójca. Rozwinął kartkę i począł czytać. – W imieniu Głowy Kościoła Katolickiego, papieża Piotra Piusa I; za narzucenie klątwy na Kościół Święty, szerzenie herezji i wprowadzanie nienawiści pomiędzy wyznawców Chrystusa, zostajesz skazany na śmierć. Niech Pan ulituje się nad Twoją duszą.
Jose trząsł się jak osika, spodnie miał mokre od moczu, a po policzkach płynęły mu łzy.
- Nie, proszę… Nie rób tego… Błagam! – Upadł na kolana, łkając jak dziecko.
Kain spokojnie wycelował w klęczącego przed nim człowieka.
Nagle padł strzał, Kain zawył cicho i upadł. Pistolet wyślizgnął mu się z dłoni. Postać, która oddała strzał podeszła wolnym krokiem do zdezorientowanego adwentysty.
- Proszę, proszę, dwie pieczenie na jednym ogniu – zaśmiał się cicho nieznajomy.
- Nie rób mi krzywdy, błagam… - wydukał kompletnie zdezorientowany Madingo.
- Jose Madingo, jak mniemam? Mam panu coś do przekazania – powiedział, po czym strzelił Hiszpanowi w głowę. Ciało opadło bezwładnie z klęczek. – Kościół Prawosławny pozdrawia braci w Hiszpanii – szepnął z uśmiechem na ustach nieznajomy.
- Ach, więc prawosławni się wtrącili – rzucił ktoś za nim.
Zabójca odwrócił się i zobaczył stojącego przed nim Kaina. Twarz zalewała mu krew, na ustach pojawił się szyderczy uśmiech.
- Jak to?! Przecież strzeliłem ci w głowę – wykrzyknął napastnik po rosyjsku.
Uniósł broń i znów strzelił do Kaina, tym razem w klatkę piersiową. Tamten zawył, zachwiał się, jednak zaraz znów wyprostował.
- Oj, no drugi raz?– wysapał Kain w języku ojczystym zabójcy.
- Kim ty jesteś? – zapytał przerażony nieznajomy.
- Widzisz, ja jestem kimś, kto jest tysiąc razy lepszy od ciebie, mój młody koleżko – odpowiedział już swobodniej, gdyż ból powoli mijał.
- Jak to? – Napastnik stał jak wryty, a ręka z podniesionym pistoletem trzęsła się niemiłosiernie.
Ani się obejrzał, a Kain doskoczył do niego i wybił mu pistolet z ręki. Chwycił za kark i przycisnął do muru. Rosjanin był kompletnie zdezorientowany i przerażony.
- Wiesz, kim jestem? – zapytał Kain przyciskając mocniej napastnika.
- Nie… p-proszę pana… nie… - zająknął się Rosjanin.
- Wiesz, kim był Abel?
- Słucham? – zapytał z niedowierzaniem Rusek.
Pytanie kompletnie zbiło go z pantałyku. Kain tymczasem zacisnął mocniej palce na karku zabójcy.
- Czy wiesz, kim był Abel? – powtórzył powoli Kain.
- Abel… A-Abel został zabity przez… - nie zdążył dokończyć.
- Przeze mnie – wszedł mu w słowo Kain. – Ja go zabiłem, rozumiesz? Jestem Kain, ten przeklęty Kain, którego Bóg wygnał na wieczną tułaczkę po tym zasranym świecie. I choćbyś nie wiem jak długo siedział w tym fachu, to nigdy nie zdołasz mnie załatwić, wiesz czemu? – zapytał, zaciskając ręce na szyi Rosjanina. – Wiesz? No, wiesz?! – krzyknął. - Bo jestem, ku**a, nieśmiertelny – odpowiedział sam sobie.
- Bóg cię ukarze – wysapał Rusek ostatkiem sił.
- Lepiej go pozdrów – powiedział szyderczo Kain.
Schwytany narobił w spodnie. Kain nie wiedział, czy to prawda, którą tamten usłyszał, czy też skręcenie karku tak na niego podziałało. Puścił trupa, który osunął się po ścianie i opadł obok ciała Hiszpana.

***

Po powrocie do apartamentu, zrzucił z siebie zakrwawione ubranie i poszedł pod prysznic. Gorąca woda zawsze go uspokajała, a on zdecydowanie potrzebował uspokojenia. Który to już raz? – pomyślał. – Nie potrafię tego policzyć. Od ponad dziesięciu wieków zabijam dla Kościoła. Ilu ludzi zabiłem w Imię Boże? – starał się przeliczyć, jak duża była to liczba. – ku**a, chyba się starzeję – zaśmiał się w duchu. Po kąpieli nalał sobie pełną szklankę whisky, rozsiadł wygodnie w fotelu i uruchomił laptopa. Chwilę później otworzył klienta poczty i napisał wiadomość:

„do: abel(at)vatican.gov
Zadanie wykonane.
Status ofiar: 2.
Uwaga na wschodni wywiad.”

Po wysłaniu maila odłożył komputer i wyszedł na mały balkonik, wychodzący na Plaza de las Tendillas. Przypomniał sobie. Ostatni raz widział Hiszpanię w 1660 roku, jeszcze jako inkwizytor. Piękne to były czasy – pomyślał. Był kompletnie wolny od wszelkich zwierzchności. On wydawał wyroki, on je wykonywał. Zasłynął, jako „Drugi Torquemada”, wydając prawie osiem tysięcy wyroków. A wszystko to w Imię Boże.
- Hiszpania faktycznie jest piękna. Przepiękna – powiedział do siebie i pociągnął łyk whisky.
Niecierpliwy dostaje mniej.

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » czw, 24 kwie 2008 22:30

Teraz jest tu komentarz:
Po przyciśnięciu włącznika, ekran zabłysnął, a głośniki zagrały radosny dżingiel dając znak, że komputer gotowy jest do użytku
Źle mi to wygląda to zabłysnął, wiem, że to moja opinia, a ty jesteś autorem, ale wolę rozbłysł. I ten dzingiel...

Boże, jak masz używać słow pochodzenia angielskiego, to już wolę widzieć je w oryginale, jak choćby jeansy, nie dżinsy. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale spolszczanie obco brzmiących słów wygląda śmiesznie.
You’ve got mail
Co ty masz z tym angielskim?! Nie możesz używać polskich słó, albo przynajmniej ich odpowiednika w języku polskim. Ja też je używam, na co dzień, ale nie muszę wszystkim się chwalić, że je znam!

Sam się zdziwił, gdyż przecież bardzo mu się tam podobało
się i się obok siebie. Uwaga, to Gryzie!
odjeść z branży
z czystej ciekawości jak to się robi? Odjeżdża, czy odjada?
ale to nie rzutowałoby dobrze na jego dalsze życie
To samo zdanie heh, na życie czy życiorys? Bo domyślam się, że mógłby stracić życie, ale coś mi to nie pasuje, al jak już wspomniałam, to moja prywatna opinia. A opowiadanie twoje.
Bookują bilet
A tutaj przegiąłeś w drugą stronę. Rozumiem ang słowo booking, ale po polsku mówi sę chyba rezerwować, albo w ostateczności buking?
Pierwsza, oznaczona logiem Instytutu Abla,
Oznaczna LOGO, to się chyba nie odmienia przez przypadki! Slowo obcojęzyczne na Boga!

Jose Madingo był heretykiem. A dokładniej rzecz biorąc, był głową lokalnego kościoła adwentystów.
Drugie "był" idzie w kosmos. Co za dużo, to niezdrowo.
a zarazem leniwy spokój rozgrzanej Słońcem ziemi.
a czemu Panoczku, słoneczko przyświecające z nieba, jest z dużej litery? Co top bóstwo jakieś, czy może Konkretna Nazwa?
Mrok zapadł bardzo późnym wieczorem
Niesamowite! Bardzo odkrywcze.
Ludzi dalej siedzieli na placach
eeeeeeeeeeee ,wiesz, już co?
glock z tłumikiem
A to jest już nazwa własna. Z dużej litery proszę.
złych skurwieli
A mogą być inni? Skurwiel z natury jest zły, inaczej nie byłby skurwielem, prawda?
Jose poczuł nagle czyjąś silną dłoń, która opadła na jego ramie.
ogonek na końcu ramienia
napastnik zakneblował mu usta jakąś szmatką i chwycił drugą rękę.
Jakąś? w kropki, w ciapki, może flanelową? Jesteś narratorem w trzeciej osobie, powinieneś widzieć takie rzeczy!
cel ma charyzmat czynienia cudów
I znasz takie trudne słowa? I wiesz co znaczą? Kurczę a ja musiałam sprawdzić w słowniku... żeby być pewną, że dobrze je użyłeś. Niech ci będzie, dobrze użyłeś. ;-)
To też, nim zdążył dotrzeć do skrzyżowania
Wbrew pozorom piszę się razem ;-)
Rozwinął kartkę i począł czytać
Ja mogę to zrozumieć, mnie też czasem staropolski wskakuje w zdania, ale ten tekst jest ewidentnie współczesny!
- Nie, proszę… Nie rób tego… Błagam! – Upadł na kolana, łkając jak dziecko.
Hej, stop! Wydawało mi się, że najpierw został zakneblowany jakąś tam szmatką, a potem dla pewności uciszony dłonią. To jak mówi? Brzuchomówczo?! A to numerant pełną gębą!
odpowiedział już swobodniej, gdyż ból powoli mijał.
Ech, wylezie ze mnie teraz weterynarz... Ból nie istnieje na początku, gdy organizm jest w szoku, nieraz trwa i dobrych kilkanaście minut, ale potem to się zaczyna jazda, dociera do ciebie z początku mocniej, jakby chciał nadrobić stratę. To co napisałeś nie trzyma się kupy. W każdym razie medycznej :)
Rosjanin był kompletnie zdezorientowany i przerażony.
Nie jestem specem, ale Rosjanie chyba ( z tego co czytałam u Suworowa) negują istnienie Boga, to wszystkie rusko-podobne nacje mają obrządek prawosławny. Nie jestem pewna, mogę się mylić, jak ktoś wie, niech to poprawi, lub mnie zgani :)
Gorąca woda zawsze go uspokajała, a on zdecydowanie potrzebował uspokojenia .
powtórzenia.

Czytałam kiedyś książki Morella, a konkretnie trylogię Bractwa. To co przeżywa Kain, jest podobne (nie mówię że identyczne) z dylematami Saula i Chrisa. Pomysł jest.... wiesz jaki, tzn świetny, wykonanie także niezłe, tylko, te błędy. Więcej nie powiem, żeby nie było, że głąskam po główce. Z zresztą, jak teraz spuchniesz, to mam szpilki na wyposażeniu.

Opowiadanie jest, zaryzykuję stwierdzenie, nowatorskie. Dużo lepsze od Piotra W, czy historyjki o małżeństwie, nie mówiąc o warsztatach tematycznych. Tu naprawdę pokazałeś klasę. Fabuła trzyma się kupy, jest logiczna i spójna, tchnie, ledwie zauważalnym poczuciem humoru, to sprawia, że czyta się lekko i dobrze. Nowa tematyka, nowe postacie, mnóstwo inteligentnych odniesień do Biblii, krótko mówiąc, wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie, choć tak sobie myślę, że nie przykładałeś się do szukania błędów. Jak sam kiedyś napisałeś do Ka, autor nie powinien, wręcz nie wolno mu robić sobie samemu łapanki, ale bez przesady! Te błędy, które ja znalazłam, mogłeś swobodnie wygrzebać sam, bez naszej pomocy!

I ... sam się o to prosiłeś ;-P
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 442
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Post autor: rubens » czw, 24 kwie 2008 23:58

hundzia pisze:
Mrok zapadł bardzo późnym wieczorem
Niesamowite! Bardzo odkrywcze.
Kochana, chodziło mi o to, ze w ciepłych krajach, podczas upalnych wieczorów, mrok zapada dosyć późno. Nic odkrywczego, nic zdrożnego też.
glock z tłumikiem
A to jest już nazwa własna. Z dużej litery proszę.
radzę poczytać Toma Clancy'ego, czy też Grishama. Tam pojawia się z małej :)
I znasz takie trudne słowa? I wiesz co znaczą? Kurczę a ja musiałam sprawdzić w słowniku... żeby być pewną, że dobrze je użyłeś. Niech ci będzie, dobrze użyłeś. ;-)
Akurat, jeśli chodzi o terminy teologiczne - wiem co mówię i staram się ich nie nadużywać, uwierz mi :)
- Nie, proszę… Nie rób tego… Błagam! – Upadł na kolana, łkając jak dziecko.
Hej, stop! Wydawało mi się, że najpierw został zakneblowany jakąś tam szmatką, a potem dla pewności uciszony dłonią. To jak mówi? Brzuchomówczo?! A to numerant pełną gębą!
No jak to, przecież pisze wyraźnie, że Kain stanął przed nim - jedna ręka na spluwie, druga na kartce, nie miał niestety trzeciej, więc nie trzyma go juz za twarz. A łatwiej się biegnie bez knebla, wiec jak już uciekł, to zdjął - pominąłem to, bo Kain nie mógł tego widzieć. Kropka ;P
odpowiedział już swobodniej, gdyż ból powoli mijał.
Ech, wylezie ze mnie teraz weterynarz... Ból nie istnieje na początku, gdy organizm jest w szoku, nieraz trwa i dobrych kilkanaście minut, ale potem to się zaczyna jazda, dociera do ciebie z początku mocniej, jakby chciał nadrobić stratę. To co napisałeś nie trzyma się kupy. W każdym razie medycznej :)
Problem w tym, że Kain nie jeste ZWYKŁYM ŚMIERTELNIKIEM. Rana postrszałowa go boli, ale wie, że nic mu się nie stanie - jaki zatem szok? :)
Rosjanin był kompletnie zdezorientowany i przerażony.
Nie jestem specem, ale Rosjanie chyba ( z tego co czytałam u Suworowa) negują istnienie Boga, to wszystkie rusko-podobne nacje mają obrządek prawosławny. Nie jestem pewna, mogę się mylić, jak ktoś wie, niech to poprawi, lub mnie zgani :)
Jestem w naprawdę dobrych kontaktach z kilkoma prawosławnymi Rosjanami, istnieją :)
Gorąca woda zawsze go uspokajała, a on zdecydowanie potrzebował uspokojenia .
powtórzenia.
Celowe, nie koniecznie muszą polecieć :)

Bóg Ci zapłać, dobra kobieto, za wyłapanie tych wszystkich błędów. Muszę się przyznać i robię to bez bicia, że nie odleżało wystarczająco długo. Za bardzo chyba się uradowałem tym, że składnie mi to jakoś wyszło i opublikowałem. Można powiedzieć, że falstart. Z drugiej strony - strasznie się ciesze, że Ci to moje pitolenie podeszło i się podobało. Mam nadzieję, że dalsze historyjki z Watykanem w tle będą mniej zabugowane :) Pozdrawiam i kłaniam się w pas! :)
Niecierpliwy dostaje mniej.

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » pt, 25 kwie 2008 00:12

A ja cię kiedyś podrapię, za te angielskie zwroty w tekście! Ja się z moich postponować wyleczyłam, ty też powinieneś!

I a propos twojego odniesienia do komentarzy, cytat z Tomasza Lisa:
" A skąd ten biedny, pier.... widz ma to wiedzieć, jak nawet ja tego nie wiem?!"

A w tekście tego odkneblowywania nie ma.
EDIT: drobna kosmetyka
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Keiko
Klapaucjusz
Posty: 2200
Rejestracja: wt, 22 sty 2008 16:58

Post autor: Keiko » pt, 25 kwie 2008 00:55

Rubensie – niestety nie jestem w stanie docenić oryginalności twojego pomysłu bo Kain jako postać jest okrutnie wyeksploatowany w Świecie Mroku (RPG, White Wolf) – więc tutaj jestem już skrzywiona i nie mogę się wypowiedzieć. Odniosę się więc jakby do idei która zaprezentowałeś. Super-zabójca i super-bohater. Szczerze mówiąc dostaję prawie epilepsji przy takim bohaterze. Absolutne pójście na łatwiznę ze strony autora. I to pójście na łatwiznę ze strony fabularnej.
Super-bohater jest nieśmiertelny więc nie musi:
- robić rozpoznania terenu – Rubensie co to za rozpoznanie? Czy on wiedział ile pomieszczeń ma mieszkanie? Kto jest sąsiadem? Ile osób znajduje się w mieszkaniu i kto z niego wychodzi… Wiem wiem wywiad to zrobił – ale każdy profesjonalista o ile ma czas – sprawdzi to. On miał dużo czasu. Czy bohater sprawdził, czy w czasie akcji nie ma w mieszkaniu kogoś innego – nie. Przecież z sąsiedniego pokoju mogła wyjść żona, kochanka, syn – co wtedy?
- Maskować się – Jeśli korytarzem szedł sąsiad, jeśli w pobliżu by bankomat lub cokolwiek innego – policja w ciągu 12h będzie miała jego podobiznę. Rozumiem jednak że dla superbohatera to nie problem.
- Nie dba o ślady zostawione na ofierze – oj dotykał go, szamotał się trochę by się zebrało dna, z pewnością zostały jakieś włosy; Rozumiem, że Kain krwawił? To krwią pozostawioną na miejscu zbrodni tez się nasz superbohater nie przejął. Ani tym, że jeśli zostawi ze dwa-trzy takie ślady (krew, twarz na kamerach) to policja jednak to powiąże i wystawi list gończy za seryjnym zabójcą. Świat XXI jest małą globalna wioska. Superbohater jak widać jednak absolutnie o to nie dba.
- Jest nieśmiertelny nie ma więc problemów z noszeniem kamizelki kuloodpornej (ukryj coś takiego pod koszula w gorącym klimacie) – jak oberwie i tak przeżyje.
- autor nie musi odrabiać pracy domowej z zakresu taktyki, bohater może sobie pozwolić na kardynalne błędy – dać się podejść z boku na odległość strzału jakiemuś „ludkowi”, W końcu i tak jest nieśmiertelny.
- bohater nie dba o środki przeciwbólowe, opatrunek ani nie ma problemu z opuszczeniem miejsca akcji kiedy oberwie – jest super.

Autor lekką ręką może sobie wrzucić postać z gry komputerowej i opisać kolejny level. Opisać wyidealizowany zawód – płatny zabójca. Powiem wprost nawet w Hitmenie było znacznie więcej realizmu.

Ech tyle na tę godzinę, jutro zerknę mniej zmęczonym okiem to może gdzieś jeszcze się czepne.
Wzrúsz Wirúsa!

Ha! Będziemy nieśmiertelni! To nie historia nas osądzi, lecz my osądzimy ją! (Małgorzata)

Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 442
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Post autor: rubens » pt, 25 kwie 2008 01:00

Cholera, masz dużo racji. Nie pomyślałem o tym, że można to odczytać jako pójście na łatwiznę. Dzięki za komentarz, wnioski wyciągnę bankowo :)
Niecierpliwy dostaje mniej.

Awatar użytkownika
Keiko
Klapaucjusz
Posty: 2200
Rejestracja: wt, 22 sty 2008 16:58

Post autor: Keiko » pt, 25 kwie 2008 10:09

To ja się jeszcze poznęcam, tym razem na tle odrobienia przez autora pracy domowej pt: „jak wygląda miejsce, gdzie umieszczam akcję”
Zasadniczo wieczorem na ulicach Hiszpanii jest bardzo tłoczno – Hiszpanie idą na obiad, spotkać się ze znajomymi, a dodatkowo w mieście turystycznym przetaczają się tłumy przybyszów z aparatami. Mam więc kilka pytań:
- Dlaczego cel o tej godzinie pisze książki a nie jak porządny Hiszpan idzie na obiad i spotkać się ze znajomymi/wiernymi – jeśli ma taki tryb dnia to kiedy on dogląda swoje owieczki? W dzień to one albo pracują albo maja sjestę.
- Dlaczego cel nie ucieka w stronę ludzi, dlaczego nie krzyczy „Pomocy?”, lub co byłoby jeszcze lepsze – pali się ;) Sprawdziłam sobie na google maps, że ulica na której mieszkał jest w centrum (było kilka ulic o tej samej nazwie, ale zgodnie ze wskazówkami wzięłam najkrótszą) – tam za rogiem jest przecież mnóstwo otwartych o tej porze restauracji – dlaczego do żadnej z nich nie wpadł krzycząc, że ktoś chce go zabić? Ok. – może nie zdążył, ale dlaczego nie krzyczał, nie narobił hałasu?
- W jaki zaułek został wciągnięty cel, skoro tam są domy mieszkalne? Oświetlone zabytkowe kamienice – a nie wejścia na ciemne podwórka rodem z warszawskiej Pragi ;)
I uwaga natury ogólnej – szkoda że na początku tekstu wyjaśniłeś kim jest bohater. W sumie gdybym się tego dowiedziała z rozmowy z „ruskim” byłoby trochę zaskoczenia – ale tutaj to już moje prywatne „degistibus”
Wzrúsz Wirúsa!

Ha! Będziemy nieśmiertelni! To nie historia nas osądzi, lecz my osądzimy ją! (Małgorzata)

Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 442
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Post autor: rubens » pt, 25 kwie 2008 14:18

Thx :)
Niecierpliwy dostaje mniej.

Awatar użytkownika
Riv
ZasłuRZony KoMendator
Posty: 1164
Rejestracja: śr, 12 kwie 2006 15:09
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Riv » sob, 26 kwie 2008 01:59

strasznie się ciesze, że Ci to moje pitolenie podeszło i się podobało.
Grrr... Rubensie, nie rób tego. Jak ktoś Cię chwali, nie p..l o pitoleniu, wypocinach czy innych bazgrołach - podziękuj po ludzku i nie kryguj się. Guuupia maniera. Niepozytywna. Be.

Ale to tak na marginesie.

Rubensie, wkurzyłeś mnie tym opowiadaniem. I nie zmieni mojego zdenerwowania nawet to, że pominę takie kwiatki stylistyczne, jak:
Sam się zdziwił, gdyż przecież [...]
Łojeżu... Naprawdę nie zgrzyta Ci to zestawienie?! Tobie, Hundziu, też nie?!...

Albo logiczne, jak:
Kto, jak kto, ale on – nadworny siepacz biskupa Rzymu – musiał to [zabijanie]kochać, nie miał najmniejszego wyboru. Mógł, co prawda, odjeść z branży, ale to nie rzutowałoby dobrze na jego dalsze życie.
Czym uzasadniasz stwierdzenie, że musiał zabijanie kochać? Kto go zmuszał? Do kochania? Jakim sposobem?
I skąd uwaga o odchodzeniu z branży? Skoro kocha, to po co w ogóle rozważać taką możliwość? Nie mówiąc o jakimkolwiek rzutowaniu rozważanego odejścia?
Za bardzo wysilone te dywagacje. Nie przekonują. Brak im najpierw uzasadnienia (nagle przeskok od hiszpańskich wspominków), a następnie wewnętrznej spójności i logiki.

Ach, i jeszcze zdanie wcześniej wykwitło takie oto coś:
- Wreszcie – mruknął i otworzył wiadomość.
[...]
Kain uśmiechnął się szyderczo.
Dlaczego szyderczo? Szydził z wiadomości? Czy z jej nadawcy? Na pewno o szyderczy uśmiech Ci chodziło?

[chwila ciszy... jak by to powiedzieć...]

Rubensie.
Po pierwsze: To, co wyżej, to szczegóły – irytujące, ale łatwe do poprawienia, a więc nie takie znów tragiczne.
Po drugie: Do dopracowania jest także ogólny styl opowiadania. Choć tu już byłby większy zgryz. Prowadzenie historyjki wyszło Ci nieco... topornie. Zbytnio trzymasz się konstrukcji kolejno następujących po sobie czynności. Za mało pracujesz długością zdań, przy czym prawie nie stosujesz równoważników, przez co opowiadanie traci dynamikę. A do tego dialogi, zamiast ujędrniać tekst – rozmywają go, bo są właściwie o niczym. Nieco więcej szczegółów wypiszę niżej.
Po trzecie (i tu jest to, co powoduje moje wkurzenie): Nie do dopracowania jest całość opowiadania na poziomie logiczno-konstrukcyjnym. Historyjka Ci się sypła, rubensie - moim zdaniem dlatego, że za mało sobie pytań do niej postawiłeś. I tu nie ma co dopracowywać. Tu pomóc mogłaby tylko radykalna rekonstrukcja całości...

Zaczynamy od pierwszego fragmentu.

Cały poprowadzony jest do obrzydzenia wręcz liniowo. Kain budzi się, myje, je, siada, sięga, otwiera, włącza, czyta, odkłada, idzie się ubierać, wychodzi... Mnie znudziło już w połowie. Nawet mimo wtrętów, mających nam nieco szerzej przedstawić bohatera i wprowadzić w akcję. Piszę: wtręty – bo na dobrą sprawę kompletnie nieistotne dla historii jest np. to, czy Kain siedzi w saloniku, czy może w apartamencie; zaś kompletnym laniem wody jest poniższy cytat:
Ile to już lat nie byłem w Hiszpanii? – zamyślił się. Faktycznie, można powiedzieć, że nie był tam dosyć długo.
Swoją drogą, mogłeś nieco dłużej się z czytelnikiem podroczyć i nie potwierdzać tak otwarcie domysłów co do Kaina już na samym początku. Jak dobrze pomyśleć, to dałoby się taki zamysł ukryć niemal do ostatnich zdań opowiadanej historyjki. A tak? Cóż, zobaczysz wnioski na końcu.

Jedziemy dalej.

Nie wiem, czy takie było Twoje zamierzenie, ale cały opis profesji Kaina - łącznie z procedurami i organizacją watykańskiej instytucji wywiadowczej - na kilometr pachnie obrazami podpatrzonymi w popularnych filmach i/lub książkach szpiegowskich. Nie wiem, może wymagam za dużo, jednak po Stolicy Apostolskiej oczekiwałbym czegoś... bardziej wyrafinowanego? Mniej bondowskiego? A przynajmniej podanego mi, czytelnikowi, tak, żebym w to uwierzył. Trochę inwencji by się przydało.

Powyższe da się mniej więcej odnieść do całego splotu akcji, prowadzącego do spotkania kata i ofiary. Przemykania zaułkami, kluczenie i krycie się (rajdowo zwane przez Ciebie szykanami i zwrotami kierunkowymi), mgliste wspomnienia o innych wywiadach i wrogach kościoła, które w zasadzie niewiele wnoszą, a pozwalają domyślić się rozwoju zdarzeń... Tani film szpiegowski klasy B. A może i C.

I znów - choćbyś nie wiem, jak chciał, wysilone wstawki opisujące wewnętrzne przemyślenia Kaina niewiele tu pomagają.

Po pierwsze, czytelnik i tak już wie, o kim piszesz, więc Hameryki nie odkrywasz. Po drugie, rozterki emocjonalno-duchowe wiecznego zabójcy wychodzą Ci sztucznie: z jednej strony kocha zabijanie, z drugiej sumienia resztki krzyczą: dość!, zaś wszystkie minione lata były tylko pasmem cierpień; to by czas cofnął, to jednak dochodzi do wniosku, że po ptokach – nie ma co, pozostaje tylko kropić... Biedny, zapomniany przez Boga morderca... Nosz, kurka, nie wierzę! Nie wierzę, że facet, który od mileniów kręci się po ziemskim padole, ma tak ubogie przemyślenia! Rubensie, IMO, jeśli opowiadanie miało być tylko wstępem do cyklu, to trzeba było pominąć tą część w ogóle – skupić się tylko na jednym, opisywanym zabójstwie i podejściu Kaina do niego właśnie. Z ewentualnymi, drobnymi sugestiami dla czytelnika, że to nie tak prosto, że jednak powiesz mu coś nowego... w stosownym czasie (czyli w kolejnych opowiadaniach). Tą historią miałeś tylko i wyłącznie czytelnika kupić.
(A co, trzeba było się przyznawać, że to ma być coś więcej? ;) )

Dalej.

Scena zabójstwa.
Zaczyna się od potknięcia: dziwacznie przeskakujesz z narracją - najpierw patrzymy od strony ofiary, by po tycim błysku przeskoczyć znów na kata. Niezgrabne i zupełnie nieuzasadnione to było.

Potem robi się gorzej.
Zabójca najpierw inteligentnie sobie przeklina, potem znów elokwentnie sobie klnie, by zakończyć wszystko powalającym: "Ręce do góry". To nie policjant przecież, rubensie! To zabójca! Lufą po nerach, „stul pysk i ani drgnij, śmieciu” - takie coś by mi tu bardziej pasowało. A tak – parsknąłem śmiechem.

(Uwaga oderwana nieco, ale mogę potem zapomnieć: Ciekaw jestem, jak Jose mógł "zobaczyć" broń wycelowaną w skroń. Z kontekstu wynika, że chodziło o jego skroń. Ale kto wie w sumie, co Kainowi mogło strzelić do głowy...)

Elementu zaskoczenia przy wystrzale pozbawiłeś się sam, wcześniej (zwracałem uwagę na zbyt szybkie wprowadzenie „innych wywiadów i wrogów kościoła”).
Niczym zaskakującym nie jest także z martwych powstanie Kaina, bo (znów) czytelnik od początku przecież wie, co to za ziółko – można się spodziewać, że nie tak łatwo go ukatrupić.
Tym samym także finałowa rozmowa Kaina z prawosławnym została - na Twoje własne życzenie - wykastrowana. Bo właściwie pojawia się w niej po raz trzeci już chyba to samo, co wcześniej przed czytelnikiem odkryłeś! I to pojawia się w formie dalekiej od polotu i błyskotliwości...
- Kim ty jesteś? – zapytał przerażony nieznajomy.
- Widzisz, ja jestem kimś, kto jest tysiąc razy lepszy od ciebie, mój młody koleżko
Odpowiedź Kaina, przyznaj sam, brzmiałaby naturalniej, gdyby zaczynała sie od "kimś". Poza tym, czy Kain jest rzeczywiście lepszy? Dał się podejść przecież... Jak dla mnie, to ma tylko jedną, malutką, choć – trzeba przyznać – znaczącą przewagę...
- Czy wiesz, kim był Abel? – powtórzył powoli Kain.
- Abel… A-Abel został zabity przez… - nie zdążył dokończyć.
Hmm... Pytanie brzmiało: kim był Abel. Dlaczego więc prawosławny zaczyna od tego, jak Abel zginął? Taka domyślna bestia? Dobra, może trochę się czepiam, ale naprawdę nie podoba mi się ten dialog. Bardzo mi się nie podoba.

Poza tym, mam wrażenie, że nie możesz się zdecydować, czy zrobić z Kaina cwaniaka w stylu Bonda, czy może psychopatę pokroju Kurgana lub Vica Vegi, czy może jednak kogoś jeszcze innego? Z tych kilku krótkich wypowiedzi i tych kilku potraktowanych po łebkach tropów emocjonalno-duchowych – nie wynika żadna wskazówka. A raczej z każdego fragmentu wynika co innego, co w efekcie daje ten sam efekt: żadnych wyraźnych wskazówek, że wiesz, co chcesz mi, czytelnikowi, powiedzieć.

I wreszcie sama końcówka opowiadania... cóż. Muszę powtarzać, że ją także własnoręcznie zatłukłeś?
Czytelnik od dawna wie właściwie wszystko, co stanowić mogło smaczek historyjki. Kain jak był, tak pozostał postacią papierową i płaską, choć sztucznie i na siłę próbowałeś nadać mu nieco głębi. Powyższym całkowicie rozmyłeś akcję, odwracając uwagę czytelnika od tego, co będzie (jak mniemam) stanowiło pretekst do spisania kolejnych opowiadań – czyli od krwawych przepychanek między super-hiper-tajnymi i nie przebierającymi w środkach organizacjami wywiadowczymi różnych wyznań. I tylko – zgodnie z tytułową zapowiedzią – Inkwizycja pojawia się nie wiadomo skąd. Ani po co. Ot, taka gruszka na wierzbie.

[chwila milczenia...]

Rubensie, możliwości są dwie.

1.Jaja dobie robisz, a mi gorączka nie pozwala tego dojrzeć, więc się produkuję ku uciesze ogółu.
2.Popełniłeś ten tekst serio. W takim przypadku czeka Cię jeszcze sporo pracy. A Hundzi (której komentarze przecież nie raz, nie dwa czytałem) się dziwę, że tak po łebkach opowiadanie potraktowała...

Ze względu na siebie wolę drugą opcję ;P

PS. Co do samego Kaina i wyeksploatowania tematu: o RPG niewiele wiem, ale poszukaj np. Karla E. Wagnera i jego cyklu, którego bohaterem jest pewien rudowłosy Kane – też zabójca, ale jakoś bardziej przekonujący.

PPS. Keiko, jak widzę, też zgrzytnęło to, że się za szybko odkrywasz. Ale nie zgadzam się z nią, że to tylko degustibus. Śmiem twierdzić, że – w przypadku tego konkretnego opowiadania, w obecnej formie – takie rozwiązanie to błąd. Rażący.

- Od dawna czekasz?
- OD ZAWSZE.

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » sob, 26 kwie 2008 12:01

A widziałeś która to była godzina jak pisałam, dodaj godzinę do przodu na inną strefę czasową i wiesz zcemu poszło po łebkach. Poza tym literatura sensacyjna nie należy do moich ulubionych, choć zdarzyło mi się czytać MacLeana i Clancy'ego, wolę Grishama, z trillerami prawniczymi i kryminały np Dana Browna czy Agathę Christie, więc to co Rubens przedstawił miało mało porównania do innych książek tego typu. Mówię, że pomysł był taki, nie inny, bo w odniesieniu do tych kilku książek które znam z zakresu sensacji, szpiegów i najemnych zbirów było to oryginalne :)

Ale przeciez mogę się mylić :) Jeśli spotkam się z fantasy lub sf skomentuję z dziką chęcią, bo to tematyka którą znam i lubię.

Następnym razem nie będę komentować tego, na czym się słabo, bądź wcale nie znam, ok?
:)

Poza tym więcej wyłapałeś, bo ... może jesteś bardziej inteligentny, albo masz wprawniejsze oko? ;-)
Mea culpa, pozdrawiam
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Riv
ZasłuRZony KoMendator
Posty: 1164
Rejestracja: śr, 12 kwie 2006 15:09
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Riv » sob, 26 kwie 2008 14:38

A widziałaś, która to była, kiedy ja pisałem? Nic nie dodawaj, bo u mnie strefa normalna - i też Ci wyjdzie :P Późna pora to żadne usprawidliwienie. Tu jest forum, a nie wakacje ;)
I proszę mi tu nie imputować, że ja może bardziej albo więcej. Jak mówiłem, czytałem Twoje komentarze - i nadal podtrzymuję, że się po prostu nie postarałaś. Leniuszek, ot co. ;>

Zaś znajomość literatury szpiegowsko-sensacyjnej nie ma tu wiele do rzeczy, bo - zauważ - nie porównanie do innych leży u podstaw mojego wkurzenia, a zarzut nie przemyślenia tematu i złej konstrukcji, która położyła pomysł na opowiadanie. O.

- Od dawna czekasz?
- OD ZAWSZE.

Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 442
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Post autor: rubens » sob, 26 kwie 2008 16:03

@Riv
Bardzo, bardzo dziękuję za komentarz i CIERPLIWOŚĆ. Jak mi to tak wszystko fajnie wyłożyłeś na ekranie, to teraz faktycznie widzę potknięcia, ba, upadki ze 100 metrów. Dlatego, broń Boże, nie zamierzam się tłumaczyć, bo to są błędy tak rażące i w wielu miejscach tak oczywiste, że po prostu pała mała :)
Muszę się jeszcze wiele nauczyć, szczególnie jeśli chodzi o prowadzenie narracji, bo jak widzę - to siada u mnie najbardziej. Dziękuję Ci jeszcze raz ogromnie i mam nadzieję, ze wpadniesz znowu, zbesztać mnie po raz kolejny :):) Pozdrawiam!
Niecierpliwy dostaje mniej.

elantari

Post autor: elantari » ndz, 27 kwie 2008 14:35

rubensie

Skoro już inni wytkneli ci wszystkie potkniecia mnie pozostaje jedynie pochwalic tne tekst. Czytało się na prawdę świetnie i za jednym zamachem. Życzę weny.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17036
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pn, 18 sie 2008 23:33

Językowo ten tekst jest niezły, a błędy łatwo poprawić. Autoru niniejszym przypomina się, że na zaimki dzierżawcze oraz nieokreślone została rzucona anatema. Znaczy, ich używanie jest niebezpieczne. Za czyjąś dłoń, która spoczęła na ramieniu... - można nawet chłostę dostać.

Akapit z gapieniem się na piękno Hiszpanii w całości prawdopodobnie poszedłby do piachu, a początkowy - do modyfikacji, gdyby utwór szedł do redakcji. Fabuła - do przemodelowania tak, by kwestia tożsamości i może nawet profesji głównego bohatera pojawiła się na końcu.

Ale ten utwór do redakcji nie trafi, Rubensie.

Ponieważ, jak powiedziano wcześniej, Twój bohater jest do niczego. Niestety, superhero ma zawsze niewiele do zaoferowania fabule. Przychodzi-wymiata-wychodzi. Pokona wszystkie trudności, bo ma moc, a może Moc. Koniec. Taki hero jest nietykalny, niepokonany, nie do złamania. Wynik konfrontacji - do przewidzenia. Nieśmiertelni są najgorsi w tej kategorii...

Ratunek w psychologii bohatera, ale u Ciebie - jak wykazali Przedpiścy (Rivu, Keiko?) - to raczej cieniutko z tym wyszło, niestety. Chociaż ten kawałek:
W końcu nadawał się do tego jak nikt inny. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że w tej materii był pionierem.
daje nadzieję.

Pozostaje wrócić do korzeni, spojrzeć na jednego z pierwszych super herosów w literaturze i zastanowić się, dlaczego epopeja jest najdoskonalszą z opowieści. Albo tylko nad tym, po co Achillesowi pięta, Supermanowi kryptonit, a McLeodowi miecz?

Co może zabić nieśmiertelnego? Co może zagrozić pierwszemu zabójcy, o którym Bóg chce zapomnieć?

Lepiej to wymyśl, Autorze. Bo inaczej Twojego Kaina powali śmiertelna nuda. Czytelników.

BTW. A cykl "Kane" Moorcocka (nie pamiętam, czy tak się powinno pisać to nazwisko, ale jakoś podobnie chyba) jest koszmarny. Czytasz na własną odpowiedzialność, Rubensie.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
flamenco108
ZakuŻony Terminator
Posty: 2555
Rejestracja: śr, 29 mar 2006 00:01
Płeć: Mężczyzna

Re: Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji

Post autor: flamenco108 » wt, 19 sie 2008 05:46

rubens pisze: - No, jazda! – ryczał budzik. – No, jazda! No, jazda!
- ku**a mać! – Kain rąbnął weń pięścią.
rubens pisze: - Tak, Hiszpania jest piękna – rzucił do siebie.
rubens pisze: - ku**a! – szepnął Kain i pobiegł za swoim niedoszłym celem.
rubens pisze:- Cholera! – rzucił do siebie.
rubens pisze: - Ręce do góry, cwaniaku – powiedział po hiszpańsku.
A mnie to opowiadanie ominęło, bo pojawiło się w czasie, kiedy czułem się bardzo zajęty. Teraz wypłynęło i je przeczytałem. Powyżej cytaty, które spowodowały moją negatywną opinię na jego temat. Nie mam powodu się jakoś mocno czepiać, po prostu znielubiłem je i podrzucam to jako temat do rozważań. Powyżej cytuję wszystkie wypowiedzi głównego bohatera, jakie pojawiają się w całym tekście aż do głównego punktu kulminacyjnego, kiedy w ogóle pojawia się dialog, więc wszyscy robią się gatatliwi.
Pytania:
1. Czy tak nie mogło być od samego początku?
2. Czy użycie tych słów było w 100% uzasadnione (bez zasłaniania się sztuką i innymi banałami)?
3. Dlaczego zczytując tekst z ekranu mógłbym go streścić:
"blablabla blabla blablabla blablabla -ku**a! - blablabla blablablabla blabla - ku**a! - blablabla blablabla"?

Na koniec pochwała: sam bym sobie kupił taki budzik. Ten fragmencik był znakomity.
Nondum lingua suum, dextra peregit opus.

Zablokowany