Ostatni wpis ...na zadupiu galaktyki.

Moderator: RedAktorzy

Zablokowany
Awatar użytkownika
Sexy Babe
Fargi
Posty: 308
Rejestracja: wt, 22 sie 2006 23:42

Ostatni wpis ...na zadupiu galaktyki.

Post autor: Sexy Babe » pn, 16 cze 2008 07:49

No siema :)

Bye-bye, maszkaro
Wódko pozwól żyć

Warsztatów nie ma i nie ma, miałem chwilę spokoju, a nóż komuś się spodobie.
Niniejszym, po nie wiem jak długiej przerwie, czwarty odcinek minicyklu.
Mata :P

Ostatni wpis ...na zadupiu galaktyki

- To był długi dzień - Bronsky przetarł oczy i ziewnął, zmierzając do kajuty lekko chwiejnym krokiem. Dwudniowe nominacje, uroczystości, przemowy i finałowy bankiet wykończyły go bardziej niż trwające przeszło kwartał manewry. Zerknął na mankiety galowej marynarki. Są: raz, dwa, trzy, cztery belki i efektowny zawijas. - Dobra robota, panie kapitanie - uśmiechnął się do siebie - ale czas odespać. Do końca wolnego nie wyłażę z wyra - mruknął. Po drodze kilka razy przyjemnie odbiło mu się szampanem.
Położył dłoń na skanerze, machinalnie wystukał kod, zasłużony odpoczynek wreszcie stanął otworem.
Pierwsza niespodzianka spotkała go zaraz po wejściu do kajuty: światło nie zapaliło się samo. Być może gdyby włączył je głosem druga niespodzianka nie byłaby tak uderzająca, ale kapitan stwierdził że gdzie jak gdzie ale we własnym domu do łóżka po ćmaku trafi. Nie zdołał. Wykładzina okazała się niewielkim pocieszeniem dla rozpędzonej głowy, bo plastalowa podłoga zachowała wszelkie normy twardości. Solidne, psia kość, tworzywo - zdążył pomyśleć nim napastnik przydusił go, chyba krzesłem. Bronsky próbował się oswobodzić, podnieść, dosięgnąć miotających się nad nim zielonych kropek noktowizora - oczywiście bezskutecznie, bo w głowie zaczęło mu się kręcić już dobre kilka godzin wcześniej. Poczuł ukłucie w żebra, kątem oka wychwycił grubą iskrę, nagłe wyładowanie paralizatora szarpnęło całym jego ciałem. Bronsky stracił przytomność.

- Rusza się, żyje! Zostaw go, idioto! - powracająca w bólu świadomość zaczynała dozować bodźce. Głosy, światło i narastające "łuup, łuuup" w czaszce. - Napaść na oficera, zwariowałeś?! Przecież nas puszczą przez śluzę! - dramatyzował znajomy głos.
- Powinni wasz, psza macz, pierwej podłogą pszyp... - wybełkotał z trudem, milknąc nieoczekiwanie. Wydął usta i jęknął głucho. Ząb był ewidentnie ułamany, chyba górna dwójka. - Psza jucha! - syknął przez opuchnięte wargi i splunął krwią. W zestawieniu z nadszarpniętym uzębieniem całe zajście nagle przestało się liczyć. Bite dwa dni wysłuchiwania górnolotnych prawideł starych pierdzieli w komandorskich i admiralskich frakach, trzy kurewsko długie miesiące wypruwania żył na manewrach, kilkanaście lat żmudnej pracy nad sobą - wszystko to miało stanąć pod znakiem zapytania z powodu jednego, ukruszonego zęba? Zaklął plugawie. Implanty rzeczywiście kosztowały fortunę. Widmo sepleniącego dowódcy i gasnący blask gwiazdy manewrów niebezpiecznie podgrzewał krew młodego kapitana, ten jednak tunelowanie agresji opanował jeszcze w Akademii. - Adrenalina, osobisty Anioł Stróż - w pamięci brzmiały mu słowa wykładowcy, gdy Bronsky zaczął drażnić językiem skazę na uśmiechu. Bolało jak cholera, z każdym ruchem bardziej, ale nie przestawał. Z uporem żądnego wrażeń masochisty wysysał krew z rozbitego dziąsła i warg, w końcu zacisnął szczękę tak mocno, że prawie go zamroczyło. - O wy biedne, głupie skurwiele - nakręcał koło zamachowe straszliwej machiny, zwanej układem nerwowym - mieliście swoje pięć minut, ale wasz czas dobiega końca.
Pulsujące bólem dziąsło okazało się mieć zbawienną moc, bo kapitan oprzytomniał jak po zastrzyku z antysnu. Intruzów było kilku, trzech w polu widzenia, chyba niezamaskowani. Stali nieruchomo i gapili się w skrępowanego gospodarza, jakby czekając na reakcję, jeśli nie na rozkazy. Pionki, amatorszczyzna wali wam z ryja - pomyślał. Przenośna lampka nocna dawała zbyt mało światła by wyłowić szczegóły, ale jedno było pewne - intruzi nie spodziewali się że zostaną nakryci, i przedwczesny powrót właściciela okazał się dla nich zaskoczeniem z którym nie potrafili sobie poradzić lepiej niż sobie poradzili. Pomieszczenie było wywrócone do góry nogami - musieli czegoś szukać. Szara rzeczywistość nasuwała oczywiste wnioski - nie chodziło o pieniądze. Instynkt analityka działał wzorowo, do tego stopnia że Bronsky w pewnym momencie zawahał się, czy nie pomija czegoś ważnego przez to że jest w szoku. Nie umknęło to uwadze intruzów, z których jeden - ten z paralizatorem - zdawał się przejmować inicjatywę. Był najbliżej, ale Bronsky wciąż zbyt niewyraźnie widział by na obserwacji oprzeć dalszą strategię działania. - Awans zobowiązuje - warknął gniewnie i dźwignął się na ramionach. Już wiedział co robić. Podniósł głowę, wbił wzrok w zbliżającego się typa i najtrzeźwiejszym tonem, na jaki było stać porażoną prądem, szczerbatą, podpitą i rozjuszoną ofiarę napadu, wyrecytował:
- Jeszsze krok, a dopilnuje szeby pszed relegowaniem sze szłuszby te szeszdżesząt kilowoltów które czszymasz w ręku pełszało czi po jajach tak długo, sze do kończa szycza nie oduczysz szę choczyć okrakem.
Podziałało. Bronsky postanowił nie dawać włamywaczom okazji do namysłu.
- Szłuchacz uwasznie, patałachy. Niniejszym naszraliszcze na wasze kariery bardżo szadkim gównem. I choczbyszcze terasz to wszysztko szliszali do czyszta, szmród będże szę unoszył jeszcze długo po tym jak kogokolwiek przesztanie to gówno obchodzicz. A teraz proszę szę szkupicz i szapamiętacz chwilę, w której wszysztkich wasz upierdolę. Uwaga: czszy magiczne szłowa.
Bronski chrząknął znacząco. - KOMPUTER: KOT CZERFONY - po czym zrobił efektowną pauzę.
- Dżękuję. A terasz wypierdalacz do aresztu, zanim szawlecze wasz tam szandarmeria.

Plan był oryginalny a momentami wręcz spektakularny, ale miał kilka słabych punktów. Po pierwsze zakładał że komputer, który kontrolował między innymi dostęp do kajuty i centralne oświetlenie - działał, i to w trybie głosowego wprowadzania komend. Po drugie, W momencie konstruowania planu, Bronsky nie wziął poprawki na uszkodzenia aparatu mowy. A coś musiało być na rzeczy, skoro alarm nie zaskoczył.
Bronsky zerknął w kierunku lampy, wytężył słuch: nic, nawet brzęczka.
- Brawo, panie kapitanie - westchnął w duchu - jesteśmy w dupie.
Plan typa dzierżącego paralizator okazał się, jak i poprzednim razem, bardziej skuteczny. Sześćdziesiąt tysięcy Volt po raz wtóry pozbawiło kapitana przytomności.

Bronsky ocknął się pod wpływem jakiegoś ostrego śmierdzidła. Świdrujący odór wykręciłby na lewą stronę nawet umarlaka. Bronsky kichnął zamaszyście przez nos, po czym wciągnął powietrze tak łapczywie że zachłysnął się własną śliną, a może krwią. Dławił go bolesny szczękościsk, od którego potwornie dzwoniło w uszach. Z czasem przez dzwonienie przebiły się dźwięki alarmu, który jakimś cudem musiał się włączyć. Zrozpaczony kapitan zdał sobie sprawę że jego język wciąż tkwi między zębami. Dłuższą chwilę trwało zanim doszedł do siebie. Zmysły wracały w wiele toporniej niż ostatnio. Po dłuższej chwili zorientował się że leży obok własnej pryczy, nieskrępowany. W czerwonej poświacie dostrzegł pochyloną nad nim postać. Oficer pokładowy Jets, podkomendny z manewrów pomógł mu usiąść. Bronsky rozejrzał się. Na środku pokoju ktoś leżał, ktoś inny siedział pod ścianą, kołysząc się nerwowo z głową między kolanami. Jets miał minę stłuczonego kundla, rozedrgane wargi, przerażenie w oczach.
- To moja wina, ja ich tu wpuściłem, sir. Nie tak miało być, wszystko się spierdoliło.
Bronsky niewiele rozumiał. Mimo to czuł że nadciąga coś złego, coś nad czym nie da się zapanować, czym nie da się zarządzać. Coś, co nie słucha rozkazów, nie poddaje się woli. Czuł że całe jego przygotowanie, kolekcjonowane i doskonalone przez lata techniki i plany awaryjne wezmą w łeb już niebawem, za chwilę, w momencie próby. Gdyby tylko miał więcej czasu, lepiej by się przygotował, doszlifował... Lepiej i dokładniej...
Po raz pierwszy od dziecinnych lat czuł że błędu, który wkradł się gdzieś po drodze nie da się już naprawić, szkody nie da się odczynić, że stało się nieodwracalne.
- To porucznik Davies, nie żyje. - Jets wskazał na leżącego. - Próbowałem pana bronić, sir. Tak mi przykro. Przyszliśmy tylko po pamiętnik...
Ból napierających na siebie zębów atakował czaszkę Bronskiego falami, z każdą mocniej i mocniej. Przez szczeliny z słabnącym falochronie powoli sączyła się panika, z którą kapitan nie potrafił w tej chwili walczyć. Nie wiedział co zrobić. Nie zrobił niczego.

***

Drogi Pamiętniku.

Właśnie wróciłem ze szpitala. I właściwie nie wiem co powiedzieć, prócz tego, że nie mogę mówić.

Kilka dni temu mieliśmy pierwszy od wielu lat wypadek śmiertelny. Miał on miejsce w tym pokoju.
Długo o tym myślałem, i doszedłem do wniosku że nie jestem bez winy. Niedopełniłem spoczywających na mnie obowiązków dowódcy. Pofolgowałem załodze, porzuciłem formalne style dowodzenia na rzecz rozwoju stosunków nieformalnych. Siema, sir. Dobry, sir. Ta jes, sir.
Krzywe wyników pięły się w górę, ale na dłuższą metę plan był skazany na porażkę.
Dystans, służbowy chłód i prestiż dowódcy jak widać liczą się nie tylko na mostku dowodzenia, a ich brak po godzinach służby urąga przesłankom dyscypliny, posłuszeństwa i podporządkowania: głównych założeń każdej teorii wojskowości.
Dzięki wynikom stałem się sławny, a Ty wraz ze mną. Wraz ze mną stałeś się celem. Chcieli mnie ośmieszyć, pogrążyć, być może szantażować. Po części im się udało.

Nie mogę dowodzić ludźmi. Jak się okazuje - nie muszę. Dostałem przydział do departamentu cybernetyki i automatyki neuronowej. Admirał Jericho powiedział że docelowo i tak miałem tam trafić. Będę dowodził maszynami, będę jedynym czynnikiem ludzkim w jednostce bojowej. Dowództwo twierdzi że to potrzebne, że odstępstwa od optimum są wskazane, szczególnie jeżeli wróg może wyznaczyć je szybciej. Nie bardzo rozumiem co mają na myśli.

Jets i ten pilot zostali postawieni przed Trybunałem. W aktach: sabotaż i nieumyślne spowodowanie śmierci. Davies przypłacił ciekawość życiem. A chcieli tylko poznać historię Bronskiego, ścieżki kariery, może znaleźć jakieś świnstewka na idyllicznym obrazie. Dlaczego po prostu nie zapytali - nie wiem. Dlaczego nie włamali się do komputera - również nie potrafię powiedzieć. Szukali czegoś materialnego, a Ty jesteś tylko plikiem tekstowym.

Żegnaj Pamiętniku.
To mój ostatni wpis.
Zbyt mało pamięci lub miejsca na dysku aby...

Awatar użytkownika
mirael
Mamun
Posty: 175
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 22:59

Post autor: mirael » pn, 16 cze 2008 10:49

Jedna rzecz mnie nurtuje... Byli zaskoczeni powrotem kapitana? Przeszukiwali jego pokój? Ale dlaczego po ciemku? Mogli zgasić światło kiedy usłyszeli że się zbliża, ale lampy były sterowane głosem, więc gdyby sie odezwali kapitan usłyszałby ich.
W ogóle tyle ludzi przeszło do jego sypialni, a on nie ich nie usłyszał, nie zobaczył nic podejrzanego... Dziwne mi to
..::Reality Is Almost Always Wrong::..

Komu potrzebna jest inteligencja, świadomość i takie tam podobne?

Awatar użytkownika
Sexy Babe
Fargi
Posty: 308
Rejestracja: wt, 22 sie 2006 23:42

Post autor: Sexy Babe » pn, 16 cze 2008 21:53

Heh, klepiąc potworka miałem tak klarowny obraz przed oczyma, że nawet do głowy mi nie przyszło by zagłębiać się w układ pomieszczeń, wystrój wnętrz i zasady działania komputerów i drzwi przyszłości.

Natychmiast zabieram się do myślenia: jak by to lepiej akcentować bez zbytniego gmatwania.

Dzięki za cenne uwagi, dobrze wiedzieć w którym miejscu przekaz szwankuje :>
Zbyt mało pamięci lub miejsca na dysku aby...

Awatar użytkownika
Urlean
Fargi
Posty: 325
Rejestracja: śr, 09 kwie 2008 18:15

Post autor: Urlean » pn, 16 cze 2008 23:45

Nikt nie komentuje, to może ja wypiszę, co znalazłem.
I tak:
zasłużony odpoczynek wreszcie stanął otworem.
Nie za bardzo.
do łóżka po ćmaku trafi.
Po ćmaku? Naprawdę używa się takiego słowa?
podłoga zachowała wszelkie normy twardości
?
kapitan stwierdził, że gdzie jak gdzie, ale we własnym domu
Przecinki. Zauważyłem, że nie stawiasz przecinka przed "że". W całym tekście. Dlaczego?
Widmo sepleniącego dowódcy i gasnący blask gwiazdy manewrów niebezpiecznie podgrzewał krew młodego kapitana, ten jednak tunelowanie agresji opanował jeszcze w Akademii.
Przekombinowane.
Pulsujące bólem dziąsło okazało się mieć zbawienną moc
To też. To okazało się mieć. Jak to brzmi?
zaskoczeniem z którym nie potrafili sobie poradzić lepiej niż sobie poradzili.
Pomijając, że brakuje przecinków, to masło maślane.
- jesteśmy w dupie
Tak mówią też oszukane plemniki :)
Sześćdziesiąt tysięcy Volt
Czemu z dużej volt?
Bronsky kichnął zamaszyście przez nos
He he, dobrze, że nie kichnął uszami.
Zmysły wracały w wiele toporniej niż ostatnio
Słyszałem, że mówi się, że coś idzie topornie, ale tu mi to nie pasuje. A i to "w".
Na środku pokoju ktoś leżał
Po środku IMO
Niedopełniłem spoczywających
Nie z czasownikami piszemy oddzielnie.
Ogólnie, to nie jest to mój klimat, więc nie wypowiem się, czy mnie to rusza, czy nie.
Czytało się w miarę płynnie.
Tyle co mogę powiedzieć.
There is always another secret.

Awatar użytkownika
Sexy Babe
Fargi
Posty: 308
Rejestracja: wt, 22 sie 2006 23:42

Post autor: Sexy Babe » wt, 17 cze 2008 07:27

Zanotowane.
Dziekujem :)

Bleh, z tymi przecinkami. Mam wrażenie że za dużo by tego było :/ A w mowie jakoś tej pauzy nie wyczuwam, i jakoś mi się tak nie stawia :/
Zbyt mało pamięci lub miejsca na dysku aby...

Awatar użytkownika
Buka
C3PO
Posty: 828
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 16:55
Płeć: Kobieta

Post autor: Buka » ndz, 20 lip 2008 21:40

Całkiem ciekawe opowiadanie. Czyta się płynnie... do części zaczynającej się od
Bronsky ocknął się pod wpływem jakiegoś ostrego śmierdzidła.
i kończącej
Nie wiedział co zrobić. Nie zrobił niczego.
Nagle jest jakiś Jets, jakiś trup i jakieś bliżej nieokreślone wielkie zuo. I tak nie bardzo wiadomo, o co chodzi. (Albo po prostu ja nie wiem). Czy tym czymś (,,momentem próby"?) ma być praca w departamencie cybernetyki i niemożność mówienia?

Według mnie zakończenie dobre, w szczególności motyw:
Będę dowodził maszynami, będę jedynym czynnikiem ludzkim w jednostce bojowej. Dowództwo twierdzi że to potrzebne, że odstępstwa od optimum są wskazane, szczególnie jeżeli wróg może wyznaczyć je szybciej. Nie bardzo rozumiem co mają na myśli.
I gdyby nie tytuł, to chyba nikt by się nie spodziewał czegoś takiego.
EDIT: w sensie czegoś związanego z pamiętnikem.

Xiri
Nexus 6
Posty: 3386
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pn, 28 lip 2008 09:57

Położył dłoń na skanerze, machinalnie wystukał kod, zasłużony odpoczynek wreszcie stanął otworem.
Tutaj coś nie gra. Jeśli położył dłoń na skanerze [rozumiem, że dermatoglifów], to wystukiwany kod jest już niepotrzebny. Chyba że na tym promie zebrała się dość skrajna załoga, może jakieś zbiorowisko meliny, że jeden drugiemu nie ufa i zabezpieczenie musi być podwójne.
Pierwsza niespodzianka spotkała go zaraz po wejściu do kajuty
Kajuta brzmi bardzo współcześnie i bardzo "statkowo", jak przykładowo z takiego ORP "Rolnika" :). Moje sugestie: kabina pasażerska, kabina personalna [pokładu], pomieszczenie socjalne, prywatna kabina (zwłaszcza, że to kapitan). Dla załogi niższego stopnia może być też kubryk.
do łóżka po ćmaku trafi.
Nie znam tego wyrazu. To ma tak być, bo bohater zalał ślimaka?
Bronsky próbował się oswobodzić, podnieść, dosięgnąć miotających się nad nim zielonych kropek noktowizora - oczywiście bezskutecznie, bo w głowie zaczęło mu się kręcić już dobre kilka godzin wcześniej.
Nie rozumiem, czy to Bronsky ma na oczach noktowizor, czy napastnik posiada tryb noktowizji? To nie wynika z tego zdania.

Ludzie zwykle piszą, że widok w trybie noktowizji jest zielony. A teraz ciekawostka: z technicznego punktu widzenia nie ma znaczenia jaki kolor jest wyświetlany z noktowizora. Mógłby być czarno-biały, czerwony, żółty, itd. Zielony kolor w noktowizorach i wzmacniaczach obrazu podyktowany jest historią, bowiem w pierwszych noktowizorach nie umiano zbudować innego ekranu niż zielony.
kątem oka wychwycił grubą iskrę
Lepiej napisać, że dostrzegł/zauważył/spostrzegł, bo wychodzi, że iskra sparaliżowała organizm, wchodząc przez oko (może dlatego, że oko jest stale wilgotne?)
Przecież nas puszczą przez śluzę! - dramatyzował znajomy głos.
Proponuję coś mniejszego, np. kluzę, luk, sztolnię odpadową, bo nikt raczej nie będzie się fatygował, by rozsuwać ciężkie wrota hangarowe, wysysać powietrze i wyrównywać ciśnienie, by jedynie wywalić zwykłych zbirów.
- Rusza się, żyje! Zostaw go (...) opanował jeszcze w Akademii.
Cały ten fragment mi nie pasuje, ponieważ u góry mamy bełkotliwą mowę porywaczy i upitego człowieka, a pod koniec - uporządkowane myśli tego podpitego człowieka i jeszcze kolidującą zmianę stylów. Przynajmniej mnie rzuciło się to w oczy.
Intruzów było kilku, trzech w polu widzenia, chyba niezamaskowani.
Jakby brak spójności w tym zdaniu. Albo "niezamaskowanych" w związku z czasownikiem "było", albo można powtórzyć czasownik raz jeszcze, czyli: "byli chyba niezamaskowani".

Nie widzę tu sensu logicznego, bo mimo iż kapitan był pijany, powinien wiedzieć czy napastnicy mają jakieś chusty/hełmy/kominiarki na twarzach. Nie ratuje sytuacji nawet ta lampa, o której jest wzmianka później - wyjaśnienie, że jest półmrok powinien być w tym samym zdaniu, aby można było sobie scenkę dobrze wyobrazić.
Sześćdziesiąt tysięcy Volt po raz wtóry pozbawiło kapitana przytomności.
To nie przesada? W "Parku Jurajskim" ogrodzenia miały 10 tys. Volt i to zabijało dorosłego tyranozaura, czyli 15. metrowej długości drapieżnika. Przy gniazdku domowym może dojść nawet do zejścia śmiertelnego. Nawet androidowi spaliłoby to układy, a bohater androidem raczej nie jest, bo androidy się nie upijają.
Zmysły wracały w wiele toporniej niż ostatnio.
A nie oporniej?
I jeszcze to "w".


Nie czytałam Twoich poprzednich minicyklów, jeśli je zamieściłeś na FF (może uda mi się to nadrobić), a ten tekst jest pierwszy. I tak:

- po pierwsze: kompletnie nie rozumiem fabuły. Ani trochę dosłownie. Na pytanie: "O czym jest ten tekst" nie potrafiłabym odpowiedzieć. Nie rozumiem, po co tyle miejsca poświęciłeś na opisywanie stanu dziąseł i uszkodzonego uzębienia bohatera w tak krótkim tekście.

-po drugie: przecinki. Jest ich w tekście przynajmniej o kilkadziesiąt za mało. Zwykle nie stawiałeś ich przed "że". Ile razy w ogóle przeczytałeś własny tekst? Bo odnoszę wrażenie, że wcale albo raz.

-po trzecie: fatalna budowa zdań. Nie wiem, jak innym, ale mi czytało się strasznie ciężko, szczególnie ten fragment, jak bohater był związany (narracja). Tu jest taka sama sytuacja jak z przecinkami: sądzę, że nie wgłębiałeś się we własny tekst i dlatego wiele fragmentów tak opornie się czyta.

Jak zaczęłam czytać o jakimś kapitanie, paralizatorach i statkach, sądziłam, że będzie ciekawie, lubię zresztą sf. Ale niestety. Tekst mnie nie wciągnął ani trochę. Nie rozumiem, czy to miał być patos (koniec), czy groteska (początek). Z jednej strony oficer zabawnie sepleni, zabawnie zachowuje się na początku, a potem mamy jakieś trupy. Oczywiście ekspertem żadnym nie jestem, lecz zwyczajną czytelniczką, która tekst, któremu brakuje porządnej fabuły, żwawej akcji, mocnej końcówki, dobrego klimatu i elementu zaskoczenia uważa za mocno skopany i niewarty świeczki.

Mighty Baz

Re: Ostatni wpis ...na zadupiu galaktyki.

Post autor: Mighty Baz » pn, 11 sie 2008 19:46

Sexy Babe pisze:
Ostatni wpis...na zadupiu galaktyki

- To był długi dzień - Bronsky przetarł oczy i ziewnął, zmierzając do kajuty lekko chwiejnym krokiem. Dwudniowe nominacje, uroczystości, przemowy i finałowy bankiet wykończyły go bardziej niż trwające przeszło kwartał manewry. Zerknął na mankiety galowej marynarki. Są: raz, dwa, trzy, cztery belki i efektowny zawijas. - Dobra robota, panie kapitanie - uśmiechnął się do siebie - ale czas odespać. Do końca wolnego nie wyłażę z wyra - mruknął. Po drodze kilka razy przyjemnie odbiło mu się szampanem.
Położył dłoń na skanerze, machinalnie wystukał kod, zasłużony odpoczynek wreszcie stanął otworem. [koszmarek - odpoczynek ...otworem]
Pierwsza niespodzianka spotkała go zaraz po wejściu do kajuty: światło nie zapaliło się samo. Być może gdyby włączył je głosem druga niespodzianka nie byłaby tak uderzająca, ale kapitan stwierdził że gdzie jak gdzie ale we własnym domu do łóżka po ćmaku trafi. [ za długi opis oczywistej czynności, chyba że ma to jakieś kosmiczne znaczenia dla fabuły - jakis obcy atakuje, kiedy automat od światła nie działa] Nie zdołał. Wykładzina okazała się niewielkim pocieszeniem dla rozpędzonej głowy, bo plastalowa podłoga zachowała wszelkie normy twardości. [mają normę ISO ?] Solidne, psia kość, tworzywo - zdążył pomyśleć nim napastnik przydusił go, chyba krzesłem. [ jestem kompletnie zdruzgotany - kilometr opisu i dopiero akcja] Bronsky próbował się oswobodzić, podnieść, dosięgnąć miotających się nad nim zielonych kropek noktowizora [ skąd one się wzięły? materializacja jest niewskazana ] - oczywiście bezskutecznie, bo w głowie zaczęło mu się kręcić już dobre kilka godzin wcześniej. [ czytelnik nie jest przygłupem i pamięta, że bohater był po drinku] Poczuł ukłucie w żebra, kątem oka wychwycił grubą iskrę, nagłe wyładowanie paralizatora szarpnęło całym jego ciałem. [ nie ta kolejność - zobaczył, poczuł i ewentualnie stracił ] Bronsky stracił przytomność.

- Rusza się, żyje! Zostaw go, idioto! - powracająca w bólu świadomość zaczynała dozować bodźce. [dozować to można np. morfinę]Głosy, światło i narastające "łuup, łuuup" w czaszce. - Napaść na oficera, zwariowałeś?! Przecież nas puszczą przez śluzę! - dramatyzował znajomy głos...
Dalej nie dałem rady, wyczerpałem się ...tekst słaby, niespójny


wpis moderatora:
Harna: Forumokieta w pas się kłania. A konkretnie punkt 6.

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » wt, 12 sie 2008 07:40

Przepraszam

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » ndz, 17 sie 2008 00:13

Mnie tylko nurtuje pytanie, dlaczego oni założyli odgórnie, że ten pamiętnik, to musi być taka książeczka? Statek kosmiczny, high-tech, a tu facet sobie pamiętniczek skrobie? Jak pensjonarka?
I w ogóle, skąd podwładni wiedzieli, że Bronsky pamiętnik prowadzi? To miało wyniknąć z informacji, że się fraternizował z załogą? Tak im się chwalił w rozmowach przy piwie, czy co?

Poza tym, to ja tak nie bardzo rozumiem, co z tej opowieści wynika. Znaczy, jest kapitan, któremu podwładni chcieli ukraść pamiętnik i kradzież zmieniła się w jatkę. W efekcie - kapitan przestał dowodzić ludźmi, a zaczął dowodzić maszynami.
I co z tego? Ano, chyba nic...
So many wankers - so little time...

Xiri
Nexus 6
Posty: 3386
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » ndz, 31 sie 2008 13:25

Małgorzata pisze:Mnie tylko nurtuje pytanie, dlaczego oni założyli odgórnie, że ten pamiętnik, to musi być taka książeczka? Statek kosmiczny, high-tech, a tu facet sobie pamiętniczek skrobie?
Z papierem jest w końcu jak ze świeczkami: czasy się zmieniają, ale tych sukcesy pozostają. Kiedy wysiądzie zasilanie, a technika to coś takiego, co tylko nawala, dobrze jest mieć papier pod ręką, choćby z jakiejś syntetycznej celulozy, by drzew nie niszczyć. Problem doskonale znają pisarze, kiedy w pobliżu siada elektrownia.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » ndz, 31 sie 2008 23:56

Wiesz, Xiri, mnie osobiście tak się wydaje, że jak na takim hiper-super-high-tech statku siądzie prąd wszędzie, to kaplica. Ale, że zwykle takie maszyny, jak statki kosmiczne, to raczej buduje się z awaryjnymi źródłami zasilania, dublowanymi, to problem, że nie będzie prądu raczej nie wystąpi.

Mogłabym raczej przypuszczać, że większą niedogodnością będą skoki ciążenia, co z kolei stawia pod znakiem zapytania dość archaiczny styl utrwalania myśli na papierze.

Niemniej, to tylko moje wrażenia. Istotne natomiast jest to, że Autor nie wyjaśnił, skąd to powszechne przekonanie wśród członków załogi, że kapitan w książeczce skrobie. Nie wiadomo, skąd ta wszechwiedza, na dodatek błędna. A to kluczowy węzeł intrygi.

Poza tym, kołek niewiary mi zatrzeszczał wówczas. Ponieważ nawet mnie, wychowanej w czasach, gdy komputer kojarzył się z salą wypełniona szafami z mrygającymi diodkami, pisanie ręczne (pamiętnika czy czegokolwiek) wydaje się cokolwiek anachroniczne. Za parę lat notebook będzie tak powszechny, jak komórka. Mój syn w tej chwili nie robi już nawet ręcznie listy zakupów - wpisuje sobie z komputera do komórki...
Nie twierdzę, że jest to niemożliwe, żeby pisać na kartce papieru - ale mam wrażenie, że dobie podróży kosmicznych po prostu będzie to taki anachronizm, że słowo "pisać" stanie się jednoznacznym wyznacznikiem znaczenia: "klepać w klawiaturę, by napisać coś w pliku/na komputerze". A pisanie w sensie "pisanie na papierze" będzie wymagało właśnie tego długiego wyrażenia. Już w tej chwili zmiana znaczeń jest bardzo częsta. A język rozwija się teraz bardzo szybko. Chyba nigdy nie miał takiego speeda.

Ergo: IMAO, ten pamiętnik źle jest wprowadzony do fabuły. Albo nawet się w niej nie mieści.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Sexy Babe
Fargi
Posty: 308
Rejestracja: wt, 22 sie 2006 23:42

Post autor: Sexy Babe » ndz, 07 wrz 2008 14:20

Heh.
To ja się szybciutko acz nieudolnie usprawiedliwię, że to jest po prostu któryś-tam odcinek jakiegoś-tam minicyklu. Poprzednie odcinki wyleciały z Foruma w kosmos, i to był chyba najlepszy powód żeby nie wklejać kolejnego.
Tym właściwie można odpowiedzieć na większość pytań czy zarzutów (odpowiedzi oczywiście w charakterze wyjaśniającym, nie: prowokującym do dalszego drążenia tematu).
Jedyne zaś co ma z tego odcinka wynikać to nauka dla mnie, może w jakimś tam nikłym ułamku tło dla kolejnych odcinków.
Taka tam wprawka, żeby nie zapomnieć do czego służy klawiatura.

Dziękujem za uwagi, z większością się nawet zgadzam :)
Zbyt mało pamięci lub miejsca na dysku aby...

Zablokowany