Hospicjum

Moderator: RedAktorzy

Mighty Baz

Hospicjum

Post autor: Mighty Baz » czw, 18 wrz 2008 22:09

Ponieważ piętro niżej nikt jakoś sie nie kwapił z oceną, stad ponowna próba. Liczę na prawdziwą rzeźnię. Zmieniłem tytuł i poprawiłem parę drobiazgów, wskazanych przez rubensa.

Hospicjum

Motto: Ryby jedzą ryby, psy jedzą psy, ptaki jedzą ptaki. Nawet bogowie zjadają się nawzajem. Dlaczego więc ludzie nie mieliby się zjadać?” – Psalm XXVI, Księga Chaosu

Jaggred o'Neal od dłuższego czasu maszerował wzdłuż sekcji mieszkalnych, jednej z największych stacji orbitalnych. Sarum Prime była głównym ośrodkiem tranzytowym pomiędzy Republiką Teokratyczną a Imperium. To miejsce wyjątkowe, gdzie słowo życie nabiera innego sensu - każdy tutaj ma swoją szansę, choć nie zawsze potrafi ją zauważyć...
Habitaty ciągnęły się bez końca. Mężczyzna mijał setki ludzi. Jedni szli wolnym krokiem, inni pędzili, jakby ktoś ich stale poganiał. Obywatele i niewolnicy.

Doszedł w końcu do miejsca, gdzie miał być poddany następnej próbie i osądzony. Otworzył drzwi modułu mieszkalnego i wszedł do środka. Miał wrażenie jakby znalazł się w zimnym pomieszczeniu klonowni. Czuł, jak jego odwaga topnieje jak kostki jidda, wrzucone do drinka. Nie jestem szczęśliwy. Nie chce być niewolnikiem. - Powtarzał te słowa, uświadamiając sobie jak bardzo są prawdziwe.
I wtedy zgasło oświetlenie. Tylko nikłe, punktowe światło z fluoryzujących sygnalizatorów urządzeń, oczyszczających powietrze pozwało zorientować się, że to nie jest awaria zasilania. Nieznaczny szum w powietrzu, podobny do bzyczenia owadów, na tyle głośny, by wychwycić jego mechaniczne pochodzenie.
Próbował sobie wyobrazić, jak wygląda Sala Przemian. Był tu już wcześniej. W jego pamięci odżyły teraz wspomnienia o nużących instrukcjach, udzielanych przez Mistrza Ceremonii, który wielokrotnie kazał mu powtarzać na pamięć słowa psalmów, zmuszając do klękania na zimnej posadzce. Pamiętał, że centralnym, miejscem jest prosta konstrukcja sarkofagu, częściowo pomalowana na czarno i obita czerwonym kirem, kształtem przypominała ogromne łoże czekające na wybrańca. Ściany ozdobiono mozaikami i rytualnymi płaskorzeźbami o kłującej oczy kolorystyce. Dominującą barwą była głęboka purpura.
Poczuł jak zaczynają pocić się dłonie. Domyślał się, że ukryte, wszechwidzące kamery rejestrowały każdy jego ruch. Pomimo, że w pomieszczeniu panował chłód, brakowało mu tchu, jakby przebywał w saunie.
Nie chciał iść dalej, ale musiał. Ruszył po omacku, robiąc kilkanaście kroków.
Gdy jego stopa uderzyła o katafalk. Serce skoczyło do gardła. Ciało wychyliło się, obie ręce wystrzeliły do przodu dla złapania równowagi. Prawa ręka uderzyła w marmurowy sarkofag, wyczuł na jego krawędzi ostrze noża. Chwycił mocno. Druga ręka spoczęła na ciepłym, nagim torsie leżącego człowieka, zaschło mu w gardle.
Teraz dopiero dotarło do niego, że ktoś oddychał, jak w głębokim transie. Oddech dochodzący z nozdrzy był tak słaby, że pobrzmiewały w nim zaledwie odległe echa życia.
Nagle zewsząd rozległ się śpiew chóru. Dźwięki z niewidocznych głośników wrzynały się w ciszę. Znał je na pamięć. „…Kiedy ciało moje stanie się życiem…”. Nie miał wyboru – dyrektywa była nadrzędna. Uniósł nóż i szybkim ruchem zadał cios. Przeraźliwe jęki mordowanego człowieka zagłuszały śpiew chóru.
Wtem sarkofag rozbłysnął bladym światłem. Jaggred z przerażeniem ujrzał swoje ciało w kałuży krwi…

***

Ledwo dotarł do doków, gdzie czekał na niego wahadłowiec sekty. Kiedy wszedł na statek, ciężko opadł na fotel. Jeszcze teraz cały drżał. Niewiele brakowało, a zwróciłby wczorajszy posiłek wprost na pulpit sterowniczy. Zabijanie nie było niczym nowym, ale nigdy nie zjadał swoich ofiar. Chciał zamknąć oczy i zapomnieć o tych odrażających scenach sprzed dwóch godzin, ale one natarczywie powracały. Włączył autopilota. Zgodnie z dyrektywą, ustawił koordynaty na stację Nafgar V, w systemie Gemminate. Autopilot w tym samym czasie uruchomił silniki. Właśnie podawali wiadomości:

„…Dzisiaj w sektorze willowym, na stacji Sarum Prime w godzinach porannych znaleziono szczątki klona mężczyzny. Przyczyną zgonu były liczne uderzenia i cięcia ostrym narzędziem. Rozrzucone części ciała nosiły widoczne ślady ludzkich zębów. Prawdopodobnymi sprawcami tych makabrycznych zbrodni byli przeciwnicy technologii klonowania…”

Miał dość, serdecznie dość. Nienawidził tego świata. Nienawidził tego co z nim zrobili. Wcześniej był kimś w rodzaju handlarza. Jego działalność nie ograniczała się jedynie do handlu, ale do wszystkiego co przynosiło dochody. Ludzie stale mieli problemy, a on wiedział jak je rozwiązywać. Na stację Sarum Prime sprowadziły go głównie pieniądze. Nie wiedział, że jego zleceniodawcą będzie nawiedzony psychopata, lider dziwacznej sekty – Dzieci Jedynego Chaosu.
Dał się podejść jak gówniarz. Okazało się, że sekta traktuje ludzi jak hodowlane bydło. Ręką dotknął potylicy, wyczuwając wszczepiony implant. Nie mógł go się pozbyć żadnymi znanymi metodami. Samobójstwo nie wchodziło w rachubę. Chciał wykorzystać swoje opłacone i ubezpieczone klony, i raz na zawsze uwolnić się od tej cholery. Ale implant blokował dokonanie transferu do innego ciała. Piekielni kanibale, co oni mu zrobili. Teraz płaci cenę za swoją pazerność.
- Procedury startowe rozpoczęte - zabrzmiał zmysłowy, kobiecy głos autopilota. Fotel zwinął się w kokon, otulając bezpiecznie całe ciało. Startowanie i lądowanie na autopilocie jest jak szybka toaleta przed następnym razem, nie wiadomo kiedy i jest już po wszystkim.

***
W tym samym czasie, na stacji Nafgar V, działy się rzeczy doniosłe dla Republiki. W jednym z laboratoriów trwała szaleńcza praca. Przygotowywano się do końcowej fazy eksperymentu terraformingu.

Aż do dzisiaj, wielu naukowców próbowało bezskutecznie zmierzyć się z zadaniem zmiany warunków panujących na planetach do takich, aby można było je zaludniać. Proces terraformowania nie był dotychczas dostatecznie zbadany, aby istniała możliwość wprowadzenia go w życie. Ponadto główną barierę stanowiły problemy technologiczne. Aktualnie kolonizacja systemów planetarnych opierała się wyłącznie do budowaniu stacji orbitalnych. Planety do tej pory traktowano jako źródła surowców, które eksploatowano przy pomocy bezzałogowych urządzeń.

- Slama, wynocha stąd! Co ty robisz z tym fazowaniem? Co za głupia dziewucha! – Wściekłość w głosie Seniora siekała ją po twarzy raz za razem. Ostatnia symulacja procesu nie wyszła najlepiej. Slama poczuła się mała i niepotrzebna, jak wtedy, kiedy będąc niesfornym dzieckiem została porzucona przez rodziców. Nie miała wtedy pojęcia, że rodzice uratowali jej w ten sposób życie. W czasie rebelii skierowanej przeciwko feudalnej polityce Imperatora, jego lojaliści podstępnie wdarli się na jej rodzinną stację i wybili prawie wszystkich do nogi. Jako jedna z ocalonych, trafiła później pod skrzydła Seniora. Człowiek legenda, bardzo surowy, łatwo wpadający we wściekłość z byle powodu, wyrzucający przy tym potok soczystych przekleństw, potraktował ją jak własne dziecko i wychował. Dzięki Seniorowi poznała już swoją wartość, była dobrym i cenionym inżynierem genetycznym. Zaś on, po wielu latach badań, uzyskał w końcu potężne fundusze z republikańskiej kasy i mógł nareszcie spełnić swoje marzenia o własnym świecie, o własnej planecie.

- No dobra, ruszać te swoje, leniwe cielska, inkubatory są już na powierzchni Nafgara! – Cały personel w napięciu wpatrywał się w monitory kontrolne. Nikt ze zwracał uwagi na Seniora. Każdy z nich wiedział co ma robić, gdy kilka miliardów inkubatorów opadało na powierzchnię planety.

Slama nie wierzyła, że wizjonerski projekt Seniora zostanie kiedykolwiek zrealizowany. Pamiętała, że jej opiekun nigdy nie przepadał za politykami, a zbudowanie tak wielkich obiektów jak pulsacyjne elektrownie orbitalne do celów naukowych musiało wymagać wyrafinowanej retoryki na szczeblu rządowym. Ale ku jej wielkiemu zaskoczeniu, po kilku miesiącach negocjacji, Senior otrzymał pełne poparcie kluczowych decydentów. W końcu Rada Teokratyczna uległa i podjęła decyzję. Planeta Nafgar, którą wybrano, spełniała wszystkie zakładane parametry.
Slama była zadowolona, że brała w tym udział, miała w tym swój prywatny interes. Katem oka zobaczyła, ze Senior jest wzruszony.

Inkubatory zakotwiczyły się na powierzchni planety. Technicy zasygnalizowali gotowość pulsatorów. Elektrownie już od kilku miesięcy orbitowały nad wybranymi biegunami tej martwej planety, czerpiąc energię z macierzystej gwiazdy tego systemu.
- Uwaga, do godziny zero dziesięć sekund! – głos Slamy rozbrzmiewał we wszystkich navcomach.
- Uwaga, rozpoczynam odliczanie.…3-2-1 – IMPULS !
Pulsujące rozbłyski energii pojawiały się na ekranach kontrolnych. Pulsatory zostały tak zmodyfikowane przez Seniora, że generowały impulsy energetyczne przesunięte w fazie, zmuszając płynny, metaliczny rdzeń planety do generowania silniejszego pola magnetycznego.
Po osiągnięciu punktu krytycznego, płaszcz magnetyczny planety stabilizował się na właściwym poziomie, chroniąc jej powierzchnię przed morderczym promieniowaniem macierzystej gwiazdy, po czym inkubatory eksplodowały, rozrzucając niezliczoną armię mutagennych szczepów bakterii, których jedynym zadaniem było wykształcenie w drodze seryjnej endosymbiozy prostszych form ewolucyjnych, zdolnych do fotosyntezy.
Powstałe glony będą zdolne do pobierania trujących związków chemicznych i wytwarzania ogromnych ilości tlenu. Według przeprowadzonych testów i symulacji proces adaptacji tej pustynnej planety do warunków zbliżonych do atmosfery przyjaznej dla ludzkiego życia nie powinien przekroczyć jednego roku.

- Oto nadszedł nasz czas…czas Republiki!!! – głos Seniora, pełen patosu, został natychmiast zagłuszony owacjami. Nikt nie zauważył jak Senior bezgłośnie dodał: Czas Jedynego Chaosu.

***
Jaggred, po wylądowaniu na stacji Nafgar V, skierował się od razu do knajpy - "BożyGen". Miał w głębokim poważaniu dyrektywę. Niech się dzieje co chce. Poczekają na niego. Musiał się napić. Kiedy stanął przed barem, zgarbiony niewolnik-barman służebnie zapytał o drinka. Na czole miał wytatuowany znak republikański, symbol niższej kasty niewolniczej. Pewnie złapali biedaka, jak próbował przekroczyć nielegalnie granicę Republiki. Na aukcji poszedł pewnie za grosze.
- Podwójną esensję - mruknął Jaggred niewyraźnie.

Swojski klimat jak na całej stacji. W powietrzu unosił się śmierdzący zapach mentów. W końcu, to nie miejsce do jakiego przywykł, tam menty sprowadzano prosto z imperialnych plantacji hydroponicznych. W tym regionie wytwarzano tylko nędzne podróbki zapachowych stymulantów. Cała stacja wyglądała jak jedna wielka chałtura republikańskich rzemieślników, próbujących dorównać imperialnym inżynierom. Jedno wielkie dziadostwo.

Nagle z głębi baru ryknął wściekły głos:
– Rusz swoją obsraną dupę, Taqar i chodź tutaj – Niewolnik zgarbił się jeszcze bardziej i ruszył wolnym krokiem jak na egzekucję. Za kolorową, lekko wypłowiałą kotarą słuchać było wyraźnie uderzenia i stłumione jęki. Zza kotary wychylił się schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku, lekko utykał na prawą nogę. Rzucił zawodowy uśmiech w stronę Jaggreda. Wyraźnie był z siebie zadowolony.
– Już podaję , z jiddem? - Właściciel baru nalał drinka szybkim, wprawnym ruchem, jednocześnie wrzucając dwie kostki jidda.

Jaggred oderwał wzrok od barmana, oglądając ukradkiem salę. Szum klimatyzacji zagłuszała muzyka. W kątach, miejscowi co chwila wybuchali zaraźliwym rechotem. Całe pomieszczenie było zapuszczone. Kolorowe ściany już dawno straciły swój blask. Pod jedną z nich stał konfesjonał, ktoś musiał o niego dbać, bo jako jedyny mebel w tym dobytku lśnił jak nowy.
Na samym środku siedział jakiś mnich, ubrany w czarny habit. Coś było z nim nie tak, coś nieuchwytnego, jakby jego aura rozpychała tą salę. Teraz zauważył, że stoliki wokół niego są puste. Jednym haustem wychylił szklankę i odstawił zbyt mocno. Szklanka potoczyła się pod nogi zakonnika. Zmełł w ustach przekleństwo, może tak ma być, przed śmiercią wyspowiadam się jeszcze, eh ...Żachnął się. W tym rejonie kosmosu prawie każdy był sługą jakiejś religii.

- Jeszcze raz to samo! – z nową szklanką ruszył w stronę obcego. Kiedy podchodził, do jego stolika, gwar umilkł. Muzyka też nabrała tempa. Barman, spojrzał przez okno, na przechodzący patrol porządkowy.
- Ej, Ty.. można się przysiąść? - usiadł bez ceregieli, sadowiąc się naprzeciwko mnicha. Nieznajomy ani drgnął, wpatrzony w jakiś interesujący punkt na stole. Miejscowi znowu zajęli się kontemplacją drinków. Napięcie na sali zmniejszyło się, tylko muzyka grała jak poprzednio.
- Co słychać na tej stacji? Dawno tu nie byłem. - Zagaił, ręce lekko zaczęły mu drżeć, wiedział co nadchodzi...miał dość, naprawdę miał już serdecznie dość. Ale ciągnął dalej. Teraz dopiero dobrze przyjrzał się obcemu. Zniszczony, poplamiony habit z kapturem, na wysokości kolana wypalona dziura, niechybnie ślady po jakiejś walce. Na twarzy kilkudniowy, lekki zarost, oczy szeroko osadzone, ciemne i długie włosy spięte w kok. Dziwny typ. Ból wrócił, tym razem intensywniejszy, aż zaszkliły mu się oczy.
- Eeee.. na tym zadupiu nic się nie zmieniło, co za dziura. - Ledwo wyszeptał i skulił się. Pulsujący ból w potylicy przypomniał mu o dyrektywie.

Mnich nachylił się i surowym tonem, nie znoszącym sprzeciwu syknął prosto do ucha:
– Wstań i chodź ze mną, a będzie Ci odpuszczone.
Twarz Jaggreda wyrażała już tylko cierpienie, łzy nabierały powoli samodzielności, uderzał dłonią szklany blat stolika. Obcy znienacka złapał jego rękę, stalowy chwyt nie pozwolił jej drżeć. Jaggred nie czuł zagrożenia, i to było najdziwniejsze. Jego percepcja zmieniała się, wszystkie doznania stały się bardziej ostre, przejmujące...zapadał się, zapadł się coraz głębiej, ból ustępował pomału. Nadchodziły obrazy i znikały. Nagle coś zbliżało się z ogromną prędkością , prosto na niego. To coś przybrało kształt świetlistego kwiatu o mieniących się barwach. Nie wiedział jak, ale rozumiał słowa:

„...Na początku była Pustka razem z nieskończoną ilością możliwości spośród których jedną jesteś Ty... „

- Co się dzieje, gdzie ja jestem? –

„…Jesteś wystarczająco dojrzały, żeby samemu ją poznać...
Prawdziwą sztuką jest żyć nie w wiedzy...lecz w tajemnicy...”


***
Jaggered obudził się, leżał na czymś co mogło uchodzić za prostą pryczę. Sterylny pokój bez żadnych mebli. Na ścianach wokół, zauważył jakieś ornamenty o dziwacznych, fantastycznych i nieokreślonych kształtach, nie kojarzyły się z niczym znanym. Im bardziej przyglądał się, tym bardziej stawały się nieznośne. Linie zaczynały żyć własnym życiem, pulsowały, feeria barw zmuszała do koncentracji. Zmiany kolorów nabierały tempa. Wystraszony szybko odwrócił wzrok i dopiero spostrzegł, że drzwi są rozchylone.
Wyskoczył jak oparzony, otwierając je z rozmachem. Korytarz, ubrany w takie same ornamenty mocno go zaniepokoił, zaczął biec przed siebie. Dygocząc, dobiegł do ślepego zaułka. Impet uderzenia zamroczył go na moment.
Nagle poczuł ciepły dotyk na ramieniu. Znajomy mnich uśmiechnął się do niego.
- Chodź za mną – rzekł łagodnym, pełnym troski głosem.
Prawie rozpłakał się na jego widok. Potulnie podniósł się i ruszył za nim, starając się nie obserwować tych żywych ścian.
- Gdzie ja jestem? - zapytał. Ton własnego głosu zaniepokoił go.
- To ten implant – Mnich wysunął dłoń, na której leżał niewielki cylinder
- To był jedyny ratunek, inaczej… – Zawiesił głos.
- Wybacz mi, tylko tyle mogłem dla Ciebie zrobić – Mnich zamilkł, bo w tym momencie dotarli do śluzy. Po otwarciu, oczom jeszcze oszołomionego Jaggreda ukazał się olbrzymi hol. Panował tu potworny zaduch i rytmiczny hałas. Brudne, stalowe ściany, słabo oświetlone, widać że od dawna nikt tu nie sprzątał.
- Ten korytarz poprowadzi Cię prosto do doków. Jesteś zdrowy i wolny.
Jaggred zwrócił głowę w kierunku korytarza, na ścianie, ktoś starannie wyrył jakieś napisy, zmarszczył brwi, bacznie chłonął ich treść:

„...zapragnąłem uciec w otchłań bez dnia i końca
gdzie zgliszcza i ruiny palą usta i oczy nowe
lecz złudną droga ma się stała
bo konając niszczę zawzięcie
kiedy ciało moje stanie się życiem...”

Jaggred, gwałtownie odwrócił się w kierunku Mnicha, zapytał z paniką w głosie:
– Kim ty Jesteś do cholery? Co to za miejsce? Co mi zrobiłeś ? Jesteś jednym z tych nawiedzonych Dzieci ? – Rozpaczliwie szukał broni. Nie znalazł nic. Już miał dać nogi za pas, gdy usłyszał odpowiedź.
- Nie jestem, ale ciężko to wytłumaczyć. Każdy, kto spędza zbyt dużo czasu próbując cokolwiek wytłumaczyć, prawdopodobnie zagubi się na zawsze w nieskończonym labiryncie tajemnic. - Odparł mnich, nie przejmując się zupełnie wystraszonym mężczyzną.
Spokój, opanowanie i wielka charyzma jakie emanowały od mnicha, uspokoiło Jaggreda na tyle, że zaczął zastanawiać się co dalej. Czy znowu ma się wplątać w jakaś dziwaczną aferę czy też wróci do dawnego zajęcia.
- Tak, świat jest ogromnym miejscem. – Mnich zmienił temat
- Jest bardzo tajemniczy. Sam jego mechanizm nie jest odpowiedzią, ale nie zamierzam Ci mówić co nią jest, ponieważ nie jesteś wystarczająco dojrzały, żeby samemu ją poznać. – Nabrał powietrza i kontynuował monolog:
- Nic na siłę, nie w tym rzecz. Zawsze wybieramy to czego tak naprawdę chcemy, będąc w wielu miejscach i doświadczając wielu możliwości jednocześnie, aby w końcu skupić się na jednej. Tak będzie też z Tobą. – Twarz mnicha wyrażała rozbawienie
– Cierpienie nadaje sens naszej prawdziwej egzystencji. – Mnich wykonał nieokreślony ruch ręką, gdy nagle coś błysnęło na jego nadgarstku. To był komunikator. Mnich z kimś rozmawiał.
- Co tak późno! – ton głosu mnicha zmienił się raptownie, stał się niezwykle drapieżny. Jaggred nie zdążył zareagować, gdy znienacka jego rozmówca wyjął paralizator.
- Na-re-sz-cie… - Wypowiadane słowa przez mnicha dobiegały do niego jak dudnienie startującego statku. Jaggred zemdlał.

***

Senior uśmiechnięty, opadł w końcu na fotel w swojej samotni. Pierwsza faza przekształcania planety zakończona, brakowało tylko Loosh. Gong u drzwi przerwał chwilę zadumy. Do jego ekskluzywnego habitatu wszedł Gallen, którego zawsze zastanawiało jak Senior stał się tak obrzydliwie bogaty. Ze wszystkich stron nacierał na niego luksus. Nikt do końca nie wiedział jak ktoś taki jak on zbił tak olbrzymia fortunę. Ale co go to obchodziło, ostatnio ich relacje nie były najlepsze.
- Seniorze! - lekko skłonił się - Jaggred 0’Neil wylądował, ale gdzieś zniknął bez śladu. – Zameldował, sapiąc przy tym nieznośnie.
- Jak mógł zniknąć?
- Nie możemy go wyskanować, implant przestał działać!
- To niemożliwe, chyba że nasz o’Neil zdechł w jakieś zapadłej dziurze na tej zasranej stacji ! No co jełopie, może w końcu zasłużysz na swój tytuł Opata-Komandora, ludzie nie znikają bez powodu ! – chyba, że dobrze smakują, dodał w myśli.
- Czego tu stoisz, znajdź go debilu, żywego lub martwego!
Gallen nie czekał na dalsze słowa zachęty. Biegiem wypadł z habitatu.

Senior obawiał się, że wiedza na temat jego odkrycia mogła trafić w niepowołane ręce. Arcybishop – przewodniczący Rady? – myślał intensywnie. To od niego dowiedział się o możliwościach Loosh. Nie, to niemożliwe. Arcybishop zniknął z życia publicznego kilkanaście lat temu, zaś Wielka Rada Teokratyczna była powoływana bardzo rzadko ostatnimi czasy. Jej aktywność była żadna. Wiązało się to z niezgodą wśród najwyższych. Walkom o dominację i wpływy towarzyszyły częste intrygi i lokalne potyczki pomiędzy liczącymi się sektami. Aktualna rola i znaczenie Dzieci Jedynego Chaosu w życiu politycznym Republiki Teokratycznej była mało znacząca.
Senior po raz pierwszy miał szansę zmienić to radykalnie. Nie często stawał przed taką możliwością. Większość członków Rady traktowała go nadal z góry. Bezwartościowe pozostałości czasów, w których Republika żyła w wielkiej chwale. Pozostałości beznadziejnej tradycji...tradycji, której nawet Senior nie mógł ignorować. Przybył z zewnątrz. Musiał szanować ich podejście do niego. Dobrze pamiętał ekskomunikę i upokarzającą banicję kiedy był Arronem Taarem.
Ach gdyby nie jego Slama, nie miałby drugiej szansy. Teraz po zmianie genotypu, nikt nie domyślał się, kim był naprawdę. I tak miał dużo szczęścia, że przekonał wszystkich do projektu terraformingu. Uśmiechnął się po raz kolejny do siebie, nawet nie wiedzieli jaki los chce im zgotować.
Rozmyślania przerwał sygnał połączenia. Na ekranie pojawił się łysy, przysadzisty mężczyzna, ubrany ciemny uniform z kapturem, z insygniami komandora.
- Co tam łysa pało? Masz w końcu jakieś ważne informacje dla mnie? – Obelżywy ton nie zraził Gallena.
- Seniorze! – lekko schylił głowę - Wszystko wiem, o’Neil był w knajpie „BożyGen” w towarzystwie – Tu specjalnie zawiesił głos – Arcybishopa. Barman zeznał, że dziwnie się zachowywali, i zaraz wyszli w stronę doków. Ponoć o'Neil był zalany w trupa. Przeczesaliśmy cały sektor, ani śladu. Żaden statek w tym czasie nie wydokował – Wypalił jednym tchem, licząc na pochwałę.

Seniora zamurowało, po raz pierwszy od tak długiego czasu, poczuł jak zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Arcybishop, jego znienawidzony wróg, sprawca jego upokorzenia, jest w posiadaniu jego Loosh, w dodatku żywego.

***

Jaggred obudził się. Czy to pasmo nieszczęść się nigdy nie skończy? Rozpaczliwie próbował się ruszyć. Oczy zlustrowały otoczenie. Był w przezroczystym kokonie, podobnym do jego fotela na statku, tylko że o wiele większym. Był unieruchomiony. Na wprost niego stał mnich, z którym niedawno rozmawiał.
- Przebacz nam Jaggredzie o'Neil, a będzie nam odpuszczone. - Usłyszał.
- Uratowałeś mnie a teraz więzisz? Wypuść mnie stąd natychmiast!
- Hm... – Arcybishop, złożył dłonie do modlitwy, ignorując krzyki mężczyzny. Zgarbił się jakby świat zwalił się na niego całym swoim ciężarem.
- Jesteś Loosh - Mnich spojrzał na niego jak na zabójcę - Jesteś ostatnią urodzoną istotą ludzką. Czekaliśmy na Ciebie naprawdę długo. Dzięki Tobie nasz czas w tej fizycznej formie dobiegnie końca.
- Co to za brednie? Powariowaliście czy co? Uwolnij mnie, proszę, słyszysz...– Głos Jaggreda zupełnie się załamał, zrezygnowany zmrużył oczy.
Wtem do pomieszczenia weszła Slama, podchodząc bezpośrednio do Arcybishopa, czule i namiętnie przytuliła się do niego całym ciałem - Powiedziałeś mu? - szepnęła wprost do jego ucha.
- Po co ma znać prawdę i tak nie uwierzy, szkoda czasu.
- Powinien wiedzieć! - Slama lekko odepchnęła Arcybishopa, podchodząc do nieruchomego Jaggreda.
- Słuchaj mnie uważnie, Loosh! Spójrz na mnie, kiedy do Ciebie mówię! - warknęła, jednocześnie dłubiąc coś przy jego fotelu. Jaggred nie zareagował.
- Dobra, nie chcesz wiedzieć, to bez łaski!
Jaggred nie widział juz kobiety. Przeobrażał się. Odchodził na zawsze.


„...Na początku była Pustka razem z nieskończoną ilością możliwości spośród których jedną jesteś Ty...

…a Ty wciąż Jesteś taki niepełny...zbierz plony…loosh jest dojrzały „


Loosh uniósł się nad martwym ciałem Jaggreda. Z początku niewielki, pęczniał z każdą chwilą, stając się coraz większy. Swoim promieniem obejmował już przytuloną ludzką parę. Oboje osunęli się martwi na podłogę. Ciągle rósł, coraz szybciej nabierając morderczego rozmachu. Wszystkie żywe organizmy na stacji umierały jedeo po drugim. Wchłaniał je wszystkie. Po kolei przenosił się na pozostałe ludzkie światy, pożerając je kawałek po kawałku.

„...Jesteśmy pełni ... „

Loosh znalazł nową planetę. Powstałe glony pobierały trujące związki chemiczne i wytwarzały na niej ogromne ilości tlenu. Proces adaptacji tej pustynnej planety do warunków przyjaznych dla życia powinien trwać nie dłużej niż ludzki rok. Loosh opadł na planetę, wypełniając każdy łańcuch DNA. Planeta budziła się do życia. Znowu trzeba będzie zebrać plony…

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » czw, 18 wrz 2008 22:45

Hm...już widzę parę błędów, dwa powtórzenia i nadużywanie słowa był/było...grr. Ostatnie zdanie jest koszmarne. Dopiero po edycji widać jak na dłoni.

Awatar użytkownika
Albiorix
Klapaucjusz
Posty: 2055
Rejestracja: pn, 15 wrz 2008 14:44

Post autor: Albiorix » czw, 18 wrz 2008 22:50

Polecam guzik "zmień" czy jakoś tak.

Jest polskie słowo arcybiskup i angielskie archbishop, ale napewno nie ma słowa arcybishop.

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » czw, 18 wrz 2008 23:04

Arcybishop to imię w tym opowiadaniu, może dziwne...i nie na miejscu, po prostu spodobało mi się


edit: zgubiłem literę

Awatar użytkownika
Bakalarz
Stalker
Posty: 1990
Rejestracja: pn, 01 sty 2007 17:08

Post autor: Bakalarz » czw, 18 wrz 2008 23:21

Albiorix pisze:Polecam guzik "zmień" czy jakoś tak.
Jakie to proste, nieprawdaż? Problem polega na tym, że skoro autor wysłał opowiadanie to nie może go zmienić.
A skoro autor widzi błędy, to znaczy, że najlepiej nie jest. Nie można było zastosować się do zasad, żeby odłożyć tekst, a potem sprawdzić błędy?
Sasasasasa...

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » pt, 19 wrz 2008 06:12

Opowiadanie leżakowało trochę, ale w trakcie przeróbek, gdy czytasz po raz n-ty, ludzka rzecz - niektóre rzeczy umykają...
To jest moje pierwsze opowiadanie jakie napisałem w ogóle. Nikt nie może zarzucić, że nie ma w nim treści. Pomysł jest oryginalny, fabuła się kręci. Czy napewno? - oceńcie sami.
Konstrukcja opowiadania? Tego nie jestem pewien. Może więcej opisów?
Tak czy siak, uważam, że jest odpowiednim tekstem warsztatowym i spokojnie można się na nim pastwić...

Awatar użytkownika
Ika
Oko
Posty: 4461
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:26

Post autor: Ika » pt, 19 wrz 2008 07:45

Więcej opisów? Chyba się starzeje, bo się mnie oko przy tych zmęczyło. Tym bardziej, że część z nich jest potrzebna ja zęby w d... :)))
Jaggred o'Neal od dłuższego czasu maszerował wzdłuż sekcji mieszkalnych, jednej z największych stacji orbitalnych. Sarum Prime była głównym ośrodkiem tranzytowym pomiędzy Republiką Teokratyczną a Imperium. To miejsce wyjątkowe, gdzie słowo życie nabiera innego sensu - każdy tutaj ma swoją szansę, choć nie zawsze potrafi ją zauważyć...
Habitaty ciągnęły się bez końca. Mężczyzna mijał setki ludzi. Jedni szli wolnym krokiem, inni pędzili, jakby ktoś ich stale poganiał. Obywatele i niewolnicy.
Spójrz na pierwszy akapit i z rączką na sercu powiedz, która z zawartych tu informacji ma bezwzględne znaczenie:
a - dla fabuły
b - dla budowanego nastroju
c - dla zrozumienia tekstu.
Im mniej zębów tym większa swoboda języka

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » pt, 19 wrz 2008 08:08

Ika pisze:Więcej opisów? Chyba się starzeje, bo się mnie oko przy tych zmęczyło. Tym bardziej, że część z nich jest potrzebna ja zęby w d... :)))
Spójrz na pierwszy akapit i z rączką na sercu powiedz, która z zawartych tu informacji ma bezwzględne znaczenie:
a - dla fabuły
b - dla budowanego nastroju
c - dla zrozumienia tekstu.
Ika,
W sumie można spokojnie wyciąć. Zgadzam się. Informacje o świecie mogą np. padać z ust bohaterów. Święta racja.
E, ale miałem nadzieję na rzeźnię, a nie takie subtelności...:))))

Awatar użytkownika
Ika
Oko
Posty: 4461
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:26

Post autor: Ika » pt, 19 wrz 2008 08:13

E jadę do lekarza, nie mam czasu się pastwić. Zaś może, jak w dobrej kondycji powrócę.
Im mniej zębów tym większa swoboda języka

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » pt, 19 wrz 2008 08:29

Ika pisze:E jadę do lekarza, nie mam czasu się pastwić
Życzę szybkiego powrotu do zdrowia, też ostatnio walczyłem z katarem, niby nic, a jakie upierdliwe i męczące

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » sob, 20 wrz 2008 00:41

Rzeźnię czas zatem zacząć. Pozwól, że skupię sie tylko na merytoryce tekstu, na konstrukcjach, interpunkcji i inszych takich zawiłościach nie za bardzo się wyznaję, więc nie wskażę, ale błedy logiczne jak najbardziej. Przynajmniej te, co zaatakowały mnie w trakcie czytania.
Jaggred o'Neal
Juz mi się źle kojarzy. Zwłaszcza, że potem połączyłeś go z sarkofagami. Na myśl przychodzi mi od razu seria Stargate, myślę tu przede wszystkim o serialu. wiodący bohater miał na imię Jack O' Neal, zauważ, że w języku angielskim (uogólniam tu języki celtyckie takie jak irlandzki czy szkocki, tzw. Gaelic) nazwiska O'Coś tam pisze się z dużej litery. Zawsze.

Sarum Prime
Bład, określenie pierwszy czy kolejny zawsze występuje jako pierwsze. Np. Alfa Centauri (Babylon V), Prima Syracuse (Battlestar Gallactica).
Tylko nikłe, punktowe światło z fluoryzujących sygnalizatorów urządzeń, oczyszczających powietrze pozwało zorientować się, że to nie jest awaria zasilania.
Po co jest ten przecinek? Nie powinien być za słowem powietrze? Bo nie wiem, czy sygnalizatory oczyszczały powietrze, czy filtry które miały sygnalizatory.
Nieznaczny szum w powietrzu, podobny do bzyczenia owadów, na tyle głośny, by wychwycić jego mechaniczne pochodzenie.
Zdanie jest bezsensowne. Słyszałeś kiedyś lecącego szerszenia? Brzmi jak pomniejszony motocykl, a wcale nie znaczy, że jest mechanicznego pochodzenia.
Próbował sobie wyobrazić, jak wygląda Sala Przemian. Był tu już wcześniej.
To był tu już wcześniej, czy nie? Jeśli był, to dlaczego usiłuje sobie wyobrazić jak wygląda?
Pamiętał, że centralnym, miejscem jest prosta konstrukcja sarkofagu, częściowo pomalowana na czarno i obita czerwonym kirem, kształtem przypominała ogromne łoże czekające na wybrańca
Dlaczego przecinek? Centralnym czego? Kir przypominał ogromne łoże? Podmiot trochę się rozpłynął.
Gdy jego stopa uderzyła o katafalk. Serce skoczyło do gardła.
Gdyby nie ta kropka w środku zdania, przeszłabym przez nie gładko.
Prawa ręka uderzyła w marmurowy sarkofag, wyczuł na jego krawędzi ostrze noża. Chwycił mocno.
Wyczuł ostrze? I co, nie skaleczył się? Zwłaszcza, jak chwycił mocno? To nieludzki odruch, czując ostrą krawędź raczej nie zacisnę tam uchwytu a zareaguję ostrożniej, żeby się nie pociąć.
Druga ręka spoczęła na ciepłym, nagim torsie leżącego człowieka, zaschło mu w gardle. Teraz dopiero dotarło do niego, że ktoś oddychał, jak w głębokim transie. Oddech dochodzący z nozdrzy był tak słaby, że pobrzmiewały w nim zaledwie odległe echa życia.
Zgubiony podmiot. Komu zaschło w gardle? Człowiekowi leżącemu w sarkofagu? KTOŚ oddychał? Nie on sam? Te zdania są bez sensu. Masz na myśli człowieka w sarkofagu, lecz nijak nie idzie zrozumieć, czy nie chodzi o trzecią osobę.
Uniósł nóż i szybkim ruchem zadał cios
Przyczyną zgonu były liczne uderzenia i cięcia ostrym narzędziem
Zdecyduj się, zadał jeden cios czy wiele?
Autopilot w tym samym czasie uruchomił silniki. Właśnie podawali wiadomości:
Czy było to związane z właczeniem silników? Dotąd powiedziane było, że ciężko opadł na fotel i właczył autopilota. Czy autopilot odpowiada także za start i ladowanie? Czy włacza także radio? To faktycznie science-fiztion, bo z czymś takim jeszcze się nie spotkałam.
Aż do dzisiaj, wielu naukowców próbowało bezskutecznie zmierzyć się z zadaniem zmiany warunków panujących na planetach do takich, aby można było je zaludniać. Proces terraformowania nie był dotychczas dostatecznie zbadany, aby istniała możliwość wprowadzenia go w życie. Ponadto główną barierę stanowiły problemy technologiczne. Aktualnie kolonizacja systemów planetarnych opierała się wyłącznie do budowaniu stacji orbitalnych
Bardzo proszę, jestm miłośniczka SF, nie myl pojęć. Terraforming to kształtowanie planety na potrzeby Homo Sapiens, czyli m.in. przekształcanie atmosfery by stała się zdatna do oddychania bez filtrów i kombinezonów, by woda była zdatna do picia, by zniknęły drobnoustroje chorobotwórcze i rośliny stały się ludziolubne. Nie ma to żadnego związku z zakładaniem stacji orbitalnych!
MIR także miał byc stacją orbialną, wcale to nie znaczy, że zamierzano terraformować Ziemię czy Księżyc.

DEFINICJA: Terraformowanie to proces zmiany warunków panujących na planecie, księżycu lub innym ciele kosmicznym do tych, jakich dana rasa przeprowadzająca projekt chce uzyskać, w najróżniejszych celach - upodabniając planetę do dawnej ojczyzny czy też przygotowując ją do aktualnych potrzeb (do hodowli, zamieszkania, etc.).
Terraformacja to łaciński termin, który można przetłumaczyć jako "uziemiowienie". Nijak ma się do twojego fragmentu, to, co opisujesz to kolonizacja.
Wściekłość w głosie Seniora siekała po twarzy raz za razem. Ostatnia symulacja procesu nie wyszła najlepiej. Slama poczuła się mała i niepotrzebna, jak wtedy, kiedy będąc niesfornym dzieckiem została porzucona przez rodziców. Nie miała wtedy pojęcia, że rodzice uratowali jej w ten sposób życie. W czasie rebelii skierowanej przeciwko feudalnej polityce Imperatora, jego lojaliści podstępnie wdarli się na jej rodzinną stację i wybili prawie wszystkich do nogi. Jako jedna z ocalonych, trafiła później pod skrzydła Seniora. Człowiek legenda, bardzo surowy, łatwo wpadający we wściekłość z byle powodu, wyrzucający przy tym potok soczystych przekleństw, potraktował jak własne dziecko i wychował. Dzięki Seniorowi poznała już swoją wartość, była dobrym i cenionym inżynierem genetycznym. Zaś on, po wielu latach badań, uzyskał w końcu potężne fundusze z republikańskiej kasy i mógł nareszcie spełnić swoje marzenia o własnym świecie, o własnej planecie.
Zaimkoza aż piszczy!
Planeta Nafgar, którą wybrano, spełniała wszystkie zakładane parametry.
Znaczy się?


Pulsujące rozbłyski energii pojawiały się na ekranach kontrolnych. Pulsatory zostały tak zmodyfikowane przez Seniora, że generowały impulsy energetyczne przesunięte w fazie, zmuszając płynny, metaliczny rdzeń planety do generowania silniejszego pola magnetycznego.
Po osiągnięciu punktu krytycznego, płaszcz magnetyczny planety stabilizował się na właściwym poziomie, chroniąc jej powierzchnię przed morderczym promieniowaniem macierzystej gwiazdy, po czym inkubatory eksplodowały, rozrzucając niezliczoną armię mutagennych szczepów bakterii, których jedynym zadaniem było wykształcenie w drodze seryjnej endosymbiozy prostszych form ewolucyjnych, zdolnych do fotosyntezy.
Z punktu naukowego to czyste sf! W jaki sposób można zmienić natężenie pola magnetycznego planety za pomocą pulstaorów?! Ustabilizował się tak, od kopa w kilka minut? I od razu powstał płaszcz magnetyczny? Bzdura!
A jako zootechnik, z przeszkoleniem w zakresie mikrobiologii powiem ci, że wytłuszczone zdanie powaliło mnie na łopatki! Prostsze formy ewolucyjne wykształcone z bakterii - ok, ale na drodze endosymbiozy?! Jejku jej, ale ta technologia skoczyła. Omija podstawowe prawa Darwina Wallace'a a Kimura w grobie się przewraca!
Powstałe glony będą zdolne do pobierania trujących związków chemicznych i wytwarzania ogromnych ilości tlenu. Według przeprowadzonych testów i symulacji proces adaptacji tej pustynnej planety do warunków zbliżonych do atmosfery przyjaznej dla ludzkiego życia nie powinien przekroczyć jednego roku.
Normalnie spadłam z krzesła. Człowieku, uczyłeś się kiedyś biologii choćiażby na stopniu podstawowym? Wiesz, ile czasu zajęło wytworzenie powłoki tlenowej na Ziemi?! Nawet z przyspieszaczami, katalizatorami i róznego rodzaju pożywkami dla bakterii i glonów (przecież to pustynna planeta!) zajęłoby to setki, jak nie tysiące lat!
zgarbiony niewolnik-barman służebnie zapytał o drinka.
A jak inaczej mógł zapytać? Arogancko? To wtedy faktycznie musiałbyś to napisać, żeby było wiadomo, że niewolnik nie jest pokorny i służalczy, bo taki powinien byc z założenia.
Podwójną esensję - mruknął Jaggred niewyraźnie.

Esensję? Chciał coś poczytać? A, wiem, chodziło oesencję?
W powietrzu unosił się śmierdzący zapach mentów.
Czego? Co miałeś na myśli? Mentusów, a może kolejny wynalazek rodem z SF, czy też odrynarnych, ziemskich mętów? Co to są menty, sprowadzane z
prosto z imperialnych plantacji hydroponicznych. W tym regionie wytwarzano tylko nędzne podróbki zapachowych stymulantów. Cała stacja wyglądała jak jedna wielka chałtura republikańskich rzemieślników, próbujących dorównać imperialnym inżynierom. Jedno wielkie dziadostwo.

Wymiękam, jest późno, ale nic się nie martw, wydrukowałam dziełko, poczytam zanim pójdę spać, z pewnością pomaziam jeszcze parę szlaczków po tekście. Już widzę, że zapowiada sie inetersująco, choć z błędami.
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » sob, 20 wrz 2008 08:39

Dzięki Hundzia, poczekam na dalszą część i wtedy odpowiem.


edit: może jednak spróbuję:

1. nic nie napisałem, że bohater jest np. Irlandczykiem. :))

2. w pomieszczeniu był ciemno, stad wyobrażenie przywołane z pamięci, bo już wcześniej tam był

3. zaimki, przecinki, zgadzam się

4. co do noża, hm...faktycznie, należy jakoś inaczej to ująć, niezbyt zgrabnie to wyszło

5. pisałem prace z teorii pola elektromagnetycznego, oczywiście można polemizować, ale będzie to chyba w tej chwili niemożliwe, bo nikt czegoś takiego nie próbował zrobić z polem magnetycznym ziemi.

6. terraforming i endosymbioza- nim napisałem o tym , jak tez o bakteriach, czytałem zawzięcie czy to jest możliwe - i owszem:
* http://en.wikipedia.org/wiki/Terraforming
* http://pl.wikipedia.org/wiki/Endosymbioza
Zatem zarzut o głupoty chyba jest nie na miejscu.

Oczywiście można dyskutować, czy rok to dużo czy mało, ale jeśli cywilizacja osiągnęła dość zaawansowany poziom w naukach biologicznych (patrz masowe klonowanie ludzi - można mieć zapasowe ciała jak samochody zastępcze - jest mowa w tekście o ubezpieczeniu ciała :)) to jest prawdopodobne, że owe bakterie dadzą sobie radę z agresywnym środowiskiem planety

7. esensja , a nie esencja - nazwa własna drinku, ale w domyśle autora - takie żartobliwe odniesienie do czasopisma Esensja, "przeczytaj a poczujesz się jak pijany..." :))

8. menty - zapachowe stymulanty http://pl.wikipedia.org/wiki/Stymulanty

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » sob, 20 wrz 2008 09:55

1.
hundzia pisze: Nie ma to żadnego związku z zakładaniem stacji orbitalnych!
MIR także miał byc stacją orbialną, wcale to nie znaczy, że zamierzano terraformować Ziemię czy Księżyc... Nijak ma się do twojego fragmentu, to, co opisujesz to kolonizacja.

.
Nie rozumiem tej argumentacji...w tekście jest informacja, że kolonizacja systemów polegała wyłącznie na budowaniu stacji orbitalnych i automatycznych kopalni na planetach.

2. a propos bzyczenia owadów - dla jednych to będzie szerszeń a dla innych komar - dośś subiektywne - nie widzę błędu

3. jeszcze o symulantach - jest o nich mowa, ponieważ bohater doznawał w tej knajpie mistycznych uniesień :)) - żeby jakoś uzasadnić, że miał "odloty"

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » sob, 20 wrz 2008 19:18

Mighty Baz:
Nie twierdzę, że bohater musiał być Irlandczykiem, ale wychodze z takiego założenia ze względu na nazwisko, równie dobrze mógł mieć tylko korzenie irlandzkie, wszystko jedno, to nie jest istotne. Istotna jest pisownia. Nawet jeśli to Amerykaniec, O'Neil, O'Donnel, McKane, G'Kar czy inszy, nazwisko zawsze zaczyna się z dużej litery. Tylko o to się czepiam, że twój bohater to raz O'Neal, a innym razem o'Neal. Po pierwsze, to niekonsekwentne, po drugie niezgodne z zasadami ortografii.

Ja wiem czym jest tarraforming i koloniazacja, wiem czym się różnią, ale w twoim tekście tego nie ma. Wiem, że ty tez wiem, ale czytając ten fragment:
Proces terraformowania nie był dotychczas dostatecznie zbadany, aby istniała możliwość wprowadzenia go w życie. Ponadto główną barierę stanowiły problemy technologiczne. Aktualnie kolonizacja systemów planetarnych opierała się wyłącznie do budowaniu stacji orbitalnych. Planety do tej pory traktowano jako źródła surowców, które eksploatowano przy pomocy bezzałogowych urządzeń.

z łatwością można pomyśleć, że dla Ałtora to jedno i to samo. Jest źle sformułowany, wprowadza mnie w błąd, bo opisujesz problemy z wprowadzeniem terraformingu w życie i równocześnie kolonizujesz planety. To zabrzmiało tak, jakbyś te dwa słowa uważał za synonim.
Nieznaczny szum w powietrzu, podobny do bzyczenia owadów, na tyle głośny, by wychwycić jego mechaniczne pochodzenie.
Co do owada, nie chodzi o to jaki to był owad, podałam przykładz szerszenia bo jest jednym z najgłośniej latających owadów, podobnie jak trzmiel, chodzi mi o określenie na tyle głośny. Dlaczego? Na ile głośny? Bo szerszenia akurat łatwo pomylić z buczeniem np pompy, nieraz się zdarzało, że człowiek był pzrekonany, że to buczy zmywarka lub pompa a w rzeczywistości był to latający po domu szerszeń. Głośność nie może być takim wyznacznikiem. Metaliczny dźwięk, rezonujący, świdrujący owszem, ale nie głośny.

Wiem także czym jest endosymbioza, nie czepiam się pojęć których użyłeś, ale sposobu w jaki je użyłeś. Bakterie endosymbityczne musza mieć "gospodarza". Rozrzucenie samych bakterii nie spowoduje ewoluowania ich do glonów. To długotrwały proces, z mnóstwem zmiennych, zamiast glonów, mogło powstać Bóg-wie-co. Aż takie jechanie po bandzie, argumentowanie, że to przuyszłość i wszystko jest możliwe mnie nie przekonuje. Bo równie dobrze możnaby odrzucić wszyskie prawa nauki i wymyślać światy gdzie drzewa rosną do góry korzeniami a grawitacja odpycha ludzi od powierzchni planety, tylko po co?

EDIT: nie musisz mnie także odsyłać do definicji stymulantów, ja nie pytam co to są stymulanty, ja pytam co to są MENTY?

Wybacz, że nie popelemizuję już dzisiaj, grypa skutecznie mi to uniemożliwia, ale jak tylko się z nią uporam i zmuszę na powrót szare komórki do myślenia, zapoznam cię z dalszymi uwagami.
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Mighty Baz

Post autor: Mighty Baz » sob, 20 wrz 2008 19:35

Hundzia, w pierwszej wersji trochę więcej opisałem jak odbywa się proces endosymbiozy, ale dowiedziałem się, że to jest opowiadanie sf, a nie wykład - stąd konieczne skróty, żeby nie przynudzać. Dlatego też jest jedno zdanie, że planeta spełniała wymagane parametry.


O mentach już pisałem - to są stymulanty -

Z tekstu: " W powietrzu unosił się śmierdzący zapach mentów. W końcu, to nie miejsce do jakiego przywykł, tam menty sprowadzano prosto z imperialnych plantacji hydroponicznych. W tym regionie wytwarzano tylko nędzne podróbki zapachowych stymulantów.

Zablokowany