Casus belli czyli etiuda rycerska

Moderator: RedAktorzy

Awatar użytkownika
terebka
Dwelf
Posty: 562
Rejestracja: ndz, 13 lip 2008 23:56

Casus belli czyli etiuda rycerska

Post autor: terebka » pn, 13 paź 2008 19:33

Jakby co, to tutaj jest mały okup.


Zgadzam się ze zdaniem Xiri wygłoszonym w jednym z wątków. Ewentualne podanie gatunku pozwoli czytelnikowi podjąć decyzję czy znajdzie tu coś dla siebie. Osobiście nie przepadam za S-F, zatem informacja taka w moim przekonaniu ma sens.
Niniejsze opowiadanie śmiało można zaliczyć do gatunku fantasy - mimo że nie występują w nim żadne krasnoludy, czy inne elfy. Jeśli ktoś nie znajdzie mimo moich zapewnień cech fantasy, z chęcią wyjaśnię rzecz na PW.


Casus Belli czyli etiuda rycerska


Hrabia Donatello, pan na Altenburgu, na platformie dla arystokracji zajmował poczesne miejsce. Obok, po Jego prawej ręce zasiadała szacowna małżonka, hrabina Ambrozja. Zaś w linii prostej za hrabiną jej osiem córek, począwszy od najstarszej, zamężnej już i dzieciatej, skończywszy na najmłodszej, samej będącej dzieckiem młodszym od najstarszego ze swych siostrzeńców. Lewą stronę hrabiego zajmowali pomniejsi arystokraci, przypadkiem bawiący w Altenburgu, których miana i herby sposób wymienić jednym tchem.
Platforma górowała nad tłumem, co nie powinno dziwić, wszak zasiadała na niej śmietanka Nivelenu. Przybrana też została pięknie barwami hrabiego. Cała się pstrzyła na złoto i na czerwono. Od czoła, poniżej balustrady przedniej, widniał herb, w którym stojąca na zadnich nogach złota kozica trzymała w pysku gałązkę świerkową. Czerwono-złote pasy dopełniały całości. Takiż sam herb miał hrabia na przedzie jedwabnej, białej tuniki oraz na opończy pół jardu nad głową.
Po obu stronach rusztowania sporządzono rozchodzące się jak okiem sięgnąć w przeciwnych kierunkach barierki. Taką samą ale jednolitą, długą na pięćdziesiąt prętów, czy też jak kto woli na ponad dwieście jardów barierkę postawiono na przeciw rusztowania, czyniąc tym samym pośrodku pas pustej przestrzeni o długości dwustu i szerokości czterdziestu jardów. Pas między barierkami był pusty, natomiast przeciwne ich strony zajmował zbity, gęsty tłum podzielony na dwie stojące na przeciw siebie drużyny.
Przypadkowy wędrowiec, który mógłby zabłądzić w to miejsce, dojrzawszy w taki sposób zapełnione błonia grodu, nie miałby najmniejszych wątpliwości, na co patrzy. Tak mogły wyglądać wyłącznie rycerskie szranki.
Póki co pozbawione śniegu pole walki wciąż nie skaziła plamka krwi – nadal dziewiczo czyste i puste, jeśli nie liczyć kilku pachołków doglądających broni ustawionej rzędem na stojaku, na wprost platformy z arystokratami.
Czekający na widowisko tłum szemrał, na pozór sennie, niczym pszczoły wewnątrz szykującej się do zimowego snu barci. Póki co nic się jeszcze nie działo, senność tłumu była więc usprawiedliwiona. Głośniej ponad szmer tłumu wznosiły się jeno odgłosy zabijania ramionami, gdy komuś uczyniło się za bardzo chłodno. A zimno było, i to jeszcze jak. Spostrzegawczego, przejeżdżającego przypadkiem obserwatora mogłoby zadziwić, dlaczego do rycerskiego turnieju wybrano jeden z najzimniejszych miesięcy w roku. Jakby nie było cieplejszych. I praw byłby. W rzeczy samej, można było wybrać lepiej.
Ale też i nie był to żaden turniej, choć na taki mogło wyglądać.
Tymczasem brakło już czasu na zastanawianie się, bowiem z nagła zagrzmiały surmy u wylotu pola walki, skutkiem czego z miejsca gwar wśród ludu wzmógł się. Ryk surm trwał jeszcze chwilę, po czym zamilkł, jak ucięty nożem.
Tłum westchnął niemal jednym głosem. U wylotu pojawili się główni aktorzy mającego za chwilę nastąpić spektaklu. Nie sami jednakże. Przodem stąpali z godnością odziani w stosowne barwy młodzi pachołkowie, w liczbie dwóch, każdy niosący przed sobą pawęż, na której widniał znak reprezentowanego przezeń pana. Na lewej pawęży, w herbie, każdy, kto tylko chciał, mógł zobaczyć lwa z łbem zadartym ku górze, ryczącego srodze – godło rodu Duchamphse. Herb na drugiej pawęży świadczył natomiast, że Lwu Duchamphse przyjdzie się za chwilę potykać z Białym Jednorożcem z rodu Kapenrock.
Nieco za parą pachołków z pawężami sunęła z gracją kolejna para, niosąca długie, ciężkie, przeznaczone raczej do walk na śmierć i życie niźli rycerskich szranków kopie. A za tymiż dopiero pachołcy trzymający za uzdy bojowe ogiery, dosiadane przez rycerzy w pełnych zbrojach. Obydwaj mężni rycerze trzymali się sztywno, jakby połknęli kije. Obydwaj też mieli opuszczone przyłbice, tak że nikt nie mógł zobaczyć, co się kryje pod spodem – odwaga, czy może strach.
Podczas gdy szum podniecającego się z każdą chwilą tłumu rósł, potężniał, poprzedzani przez pacholików przeciwnicy dotarli na miejsce, wyznaczone stojakiem z bronią na wprost platformy z możnymi. Tam się zatrzymali. Hrabia Donatello podniósł się dostojnie, na który to znak ponownie zagrały surmy. Tłum począł cichnąć. Hrabia czekał, aż ucichnie zupełnie, wówczas zbliżył się do balustrady i oparł się o nią oburącz.
– Zali pewni jesteście, panie Pierre de Duchamphse oraz Ulrichu von Kapenrock, że konfliktu waszego nie da się rozwiązać bez przelewu krwi? Może uładzicie się jakoś? Podacie sobie dłonie?
Na to Lew Duchamphse pokręcił hełmem aż zachrzęściła zbroja i zabrzęczał coś niezrozumiale spod przyłbicy. Po czym uderzył się pięścią w stalowej rękawicy w napierśnik, aż gruchnęło.
Hrabia odwrócił się do swych wielmożów, marszcząc brwi.
– Co on rzekł? Niech ktoś mu powie, aby ściągnął tę puszkę.
Jeden z arystokratów wstał.
– Nie wolno mu, panie – rzekł cicho. – Ślubował, że nie uczyni tego, dopóki krwią tego tu młodzieńca nie przebarwi jego Białego Jednorożca na czerwono.
Hrabia wzruszył ramionami.
– To chociaż tłumaczcie mi go, bo ni cholery nie rozumiem.
– Powiedział. – Czoło arystokraty pokryła sieć bruzd. – Powiedział, że pasowany Ulrich von Kapenrock musi zejść z wierzchowca, na kolanach obejść dokoła bandę i odszczekać to, co powiedział o jego pani.
Hrabia westchnął i zerknął na Białego Jednorożca. Ten siedział spokojniutko na swym karym jak diabla dupa ogierze i nie wyglądał na urażonego słowami oponenta. Widocznie słowa, które wypełzły spod hełmu tamtego jako bełkot, pod jego hełm już wpełznąć nie zdołały nawet jako szmer.
– Co wy na to, młody panie von Kapenrock? Słyszeliście żądanie pana de Duchamphse?
Biały Jednorożec podniósł na to przyłbicę i rzekł, wyraźnie, słyszalnie i zdumiewająco spokojnie:
– Słyszałem, wasza miłość. Nie dam mu satysfakcji. Zaś to, co rzekłem wówczas o jego pani, powtarzam teraz, co do słowa. I to dodam, że sam szczeka, bo psa ma za ojca.
To powiedziawszy ponownie opuścił przyłbicę.
Hrabia wzniósł ramiona, jakby błogosławił rycerzy.
– Zatem, niech lepszy zwycięży – zawołał i zajął na powrót miejsce, które opuścił uprzednio.
Dwójka pasowanych przejęła tymczasem od swych giermków pawęże i kopie. Giermkowie pochowali się w odosobnione miejsce, z którego mieli się przyglądać walce, zaś ich panowie zaburczeli niezrozumiale zza przyłbic. Hrabiemu nie przetłumaczono tego, bowiem była to zwyczajowa formułka rycerska, jaką się w podobnych sytuacjach wygłasza – polecenie się bogom, miłościwemu panu oraz paniom swych serc.
Na to z samego skraju hrabiowskiej platformy podniosła się niewiasta przybrana cała na biało, w powłóczystej sukni, wysokim czepcu, z ukrytym za białym szalem obliczem. Zbliżyła się i zrzuciła na pozbawione trawy, zmrożone odgarniętym śniegiem błonia chustkę z wyszytym monogramem. Lew Duchamphse końcem kopi podjął z ziemi chustkę, wprawnie wycofał drzewce kopii i ujął ją w dłoń, przytknął do przodu przyłbicy jakby całował, na koniec wcisnął w szparę pomiędzy nałokietnikiem a przedramieniem.
Ryk surm dał znak, po którym obydwaj pankowie wycofali swe rumaki i pogalopowali ku przeciwległym krańcom pola. Tam ustawili się na przeciw siebie, czekając na kolejny, ostateczny już znak.
Wśród obserwującego widowisko tłumu zapanowało pełne wyczekiwania milczenie. Nawet ci, którzy nie wiedzieli jeszcze w czym rzecz – a takich było już naprawdę niewielu – przestali przepytywać sąsiadów, zapatrzyli się tam, gdzie za małą chwilę miała się polać krew.
Jak już zostało powiedziane, nie były to zwykłe szranki, bowiem w tych potyka się większa hurma pasowanych, więcej też jest konkurencji, częstokroć wymyślnych, ku uciesze możnych. Walki zaś nie są prowadzone do krwi, bądź śmierci jednego z konkurentów, lecz do zwalenia go z konia, względnie z nóg, jeśliby się potykali pieszo. Za tym natomiast wydarzeniem ewidentnie kryła się jakaś zniewaga, czyjaś urażona duma. W oczach połyskujących zza szpar przyłbic nie było śladu pardonu.
– Długo trzeba było czekać na tę walkę – rozległ się wśród tłumu czyjś głos, szept nieledwie, ale i tak stłumiono go niecierpliwymi syknięciami, nakazując milczenie.
Książę podniósł ramię. Zaryczały surmy.
Spod końskich kopyt poczęły pryskać grudki zbrylonej, twardej jak kamień ziemi, głuchy tętent stał się jedynym dźwiękiem na równinie przed miastem. W dali, przyczajony, czekał na rozwój wypadków Altenburg. A wypadki toczyły się z prędkością lawiny. Dwa bojowe ogiery, kary i siwy, sunęły na siebie z ogromną prędkością, ponad ich łbami cięły powietrze ostrza bojowych kopi. Jeszcze chwila, jeszcze ułamek chwili i jedna z kopi uderzyła z piekielną mocą zbyt nisko, w koński kropierz przeciwnika, pękając w drzazgi. Kary ogier zarżał dziko, wierzgnął kopytami i zwalił się na ziemię. Wraz z nim jeździec, rycerz z Kapenrocku. Tłum wrzasnął z wrażenia jednym głosem.
Tymczasem Lew Duchamphse wstrzymał siwego ogiera, po czym spokojnie podjechał w pobliże usiłującego wstać Białego Jednorożca Kapenrocka. Zabrzęczał coś spod hełmu, czego nie usłyszał i nie zrozumiał nikt, pewnie nawet przeciwnik. Ten jednakże wstał z trudem i kołysząc się jeszcze na nogach pokręcił przecząco głową, po czym nic nie mówiąc podszedł do stojaka z bronią. Wybrał miecz, ogromny, dwusieczny, machnął nim kilkakroć i odrzucił precz. Jego wzrok padł na nadziany kolcami morgenstern. Z pawężą osłaniającą lewą stronę ciała, z morgnensternem w prawej odwrócił się ku przeciwnikowi i rzucił mu spojrzeniem wyzwanie. Lew Duchamphse je przyjął, wybierając tą samą broń.
Stanęli na przeciw siebie, dwaj mocarze, pochyleni nieco ku przodowi, krążąc to w lewo kilka kroków, to znów w prawo, ani na chwilę nie spuszczając z siebie wzroku.
Tłum wstrzymywał oddech, czekając aż wreszcie rzucą się ku sobie.
Pierwszy wykonał ruch Lew Duchamphse. Postąpił kilka kroków naprzód, wziął zamach i uderzył ze wszech sił. Jego morgenstern gruchnął z pełną mocą w pawęż Białego Jednorożca. Kapenrockiem aż odrzuciło, ustał jednak i sam zaatakował. Z identycznym skutkiem. Każdy uderzył jeszcze dwukrotnie, po czym obaj odskoczyli na bezpieczną odległość i na powrót jęli krążyć, niczym dwa psy walczące o jedną kość, nie uderzające jednak, mierzące z oddali siły tego drugiego.
Sapanie słychać było z daleka. Kapenrock sapnął głośniej i tym razem to on naskoczył pierwszy. Jak wprzódy zadali po trzy ciosy i odskoczyli w tył. Walka przedłużała się. Tłum milczał jak zaklęty.
Po blisko kwadransie naskakiwania i odskakiwania łańcuch duchamphsowego morgensterna zerwał się z trzonka i wraz z głownią odfrunął daleko w bok. Walkę przerwano. Znów obydwaj rycerze podeszli do stojaka z bronią. Zerkając na siebie spode łbów jęli przebierać w bogactwie zebranego tam żelaza. Po czym ponownie stanęli naprzeciw siebie, tym razem w dłoniach dzierżąc sierdziste topory.
I jak wprzódy, znów poczęli krążyć, podejmując taniec w przerwanym momencie.
Zrazu nie atakował nikt, więc tu i ówdzie z tłumu ozwały się przynaglające okrzyki oraz gwizdy.
Kapenrock uczynił zamach i ciął strasznie, Duchamphse przyjął jednak jego topór na pawęż, i choć ta powyginana była już w wielu miejscach i mało pawęż przypominała, to jednak wytrzymała i tym razem. W odpowiedzi Duchamphse uczynił to samo z tą należącą do Kapenrocka. I znów jęli krążyć, sapiąc z wysiłku i zacietrzewienia.
Tłum począł się niecierpliwić.
Jednak rycerze nie widzieli i nie słyszeli nic poza własnym światem, w którym tylko jeden z nich miał niebawem odejść z tego miejsca żywym. Reszta stanowiła dlań tło, nieistotne, nie warte uwagi. Współistniejąc zaś w jednym rytmie, niemalże we wspólnym biciu serc, prawie jednocześnie zmienili kierunek, tym razem krążąc w drugą stronę.
Dla tłumu ich taniec wydał się dziwnym, krzyki więc i gwizdy wzmogły się. Na swym podwyższeniu jął także niecierpliwie oglądać się na szarzejące niebo hrabia.
Tymczasem Kapenrock znów ciął, zaś siła uderzenia rzuciła Duchamphsem w tył jak kukłą. Wprawdzie utrzymał się na nogach, ale opuścił pawęż. Ujrzawszy to, Biały Jednorożec natychmiast wziął ponowny zamach i ciął raz jeszcze, częścią ostrza w górny skraj opuszczonej pawęży, częścią zaś w lewą płytę napierśnika. Duchamphse stęknął i runął na plecy, aż się rozległo. Ponad tłum wzniósł się gromki jęk.
Lew z rodu Duchamphsów już nie wstał. Dysząc ciężko patrzył na zwycięzcę przez szpary przyłbicy.
Tamten zaś zbliżył się powoli i stanął ponad nim w rozkroku. Jego spojrzenie przyciągnęła długa szczerba w płycie zbroi leżącego, podeszła na skrajach krwią. Przez głowę przemknęła mu chęć dania pardonu, ale pamiętał dobrze, że nie było takiej możliwości. Pamiętał doskonale, bo przecież to właśnie Duchamphse kilkakroć zastrzegał się, że walka ma być do ostatniego tchu, bez miłosierdzia dla pokonanego. Przybrał więc lepszą, pewniejszą pozycję, ujął oburącz stylisko topora i wzniósł ów wysoko ponad głowę. W takiej pozie zamarł na chwilę w bezruchu.
Tłum spowiła cisza. Niemalże słychać było bicie ludzkich serc. Tłum już wiedział, co za moment nastąpi, ale chciał to zobaczyć, i nie uronić ani rąbka widowiska.
Na swoim podwyższeniu powstawali z miejsc wszyscy arystokraci, również chcący widzieć więcej i lepiej.
Gdzieś z boku rozległ się jeszcze pełen bezbrzeżnej rozpaczy krzyk pani duchamphsowego serca, po którym dał się słyszeć jeno krótki świst ciętego żelazem powietrza oraz głuchy trzask niszczonej stali. Tłum wrzasnął. Krzycząca dama padła zaś na deski podwyższenia niczym podcięty kwiat.
Kapenrock odstąpił kilka chwiejnych kroków, po czym padł na kolana, wsparł się oburącz o wbity w ziemię topór, opuścił głowę i tak zamarł w bezruchu, obok rzuconej byle jak pawęży.
Hrabia skinął szybko w stronę pachołków i wskazał głową leżącego. Czterech pobiegło zaraz wykonać polecenie, tymczasem pan na Altenburgu począł schodzić szparko po schodkach platformy. Za nim, niczym sfora psów, pospieszyli możni. Dźwignięto Duchamphsa i poniesiono w stronę hrabiego, o kilka kroków odeń złożono ponownie na ziemi. Ktoś zdjął mu z głowy hełm. Jeden z pachołków przytknął opuszki palców do szyi rycerza, potrzymał chwilę, po czym pokiwał w milczeniu głową. Nikt nie zapytał o więcej.
Hrabia zaś postał jeszcze w zamyśleniu, po czym zbliżył się do klęczącego wciąż Kapenrocka.
– Powstańcie, panie Ulrichu von Kapenrock – rzekł głosem nie znoszącym sprzeciwu. – I zdejmijcie hełm, jeśli łaska.
Ów uczynił zadość hrabiowskiemu życzeniu. Ukazała się twarz okolona jasnym zarostem, oblicze człowieka młodego, a już chrobrością mogącego iść w zawody z wieloma starszymi od siebie. W niebieskich oczach znać było smutek.
– Nie jestem winny tej śmierci – poinformował drżącym głosem. – Proponowałem mu rycerski pojedynek na kopie, do pierwszego uderzenia, ale... to on...
– Ale to on nie chciał – dokończył cicho za niego hrabia, – żądając walki na śmierć, bez pardonu. Ma więc, czego sobie życzył.
Po czym odwrócił się do wiwatującego nieprzerwanie tłumu i uciszył go wzniesieniem ku górze ramion. A gdy stało się cicho podług jego woli, zawołał gromko i uroczyście:
– Chwała zwycięzcy.
Tłum skwitował koniec widowiska entuzjastycznym wyciem.

Podaltenburskie błonia pustoszały długo, dopóki było jeszcze co oglądać. Pierwsi poczęli uchodzić w kierunku bram miasta natychmiast po zakończeniu walki. Ale wszak na tym wydarzeniom nie nadszedł kres. Wciąż przecie kręcili się wszędy możni, wciąż widać było zwycięzcę oraz jego świtę, jak też świtę i samego pokonanego. Widziano wciąż hrabiego Donatella, jak w otoczeniu arystokracji długo gratuluje Kapenrockowi. No i było na co popatrzeć, gdy na podwyższeniu grupka możnych starała się docucić zemdloną panią w bieli. Wszystko to było ciekawe, więc chciwa sensacji gawiedź obserwowała zachłannie każdy element przedstawienia.
Znacznie później, kiedy suto przybrane kosztownościami kolaski poodwoziły arystokratów do zamku hrabiego, kiedy na niedawnym polu walki pozostali jeno pachołcy demontujący rusztowania, wciąż było wielu naprawdę zdesperowanych, którzy się dziełu owemu przyglądali z oddalenia.
Dopiero długo po zmierzchu zdeptane do imentu tysiącami stóp błonia stały się puste i ciche. Noc, która nadeszła z głębi gór, zastała bezludną pustać, po której jedynie myszy harcowały w poszukiwaniu pozostawionych przez ludzi resztek jadła.
Ale i wówczas nikt nie myślał o spaniu. W zamknięciu, poza murami ucztowała arystokracja, w towarzystwie zaproszonego przez hrabiego von Kapenrocka. Odgłosy uczty słychać było daleko. Bawiło się również samo miasto.
W czterech altenburskich gospodach nie wraziłbyś igły, takie oblegały je tłumy. Podnieceni minionymi wydarzeniami, ludzie mieli wspaniały temat do przedyskutowania i wiele godzin przed sobą. Tylko głupiec by w taki czas spał.
Wszystkim znany był najdrobniejszy aspekt sprawy, a jednak nie ustawano w dyskusjach. Zastanawiano się, czy gdyby nie zmieniono zasad pojedynku na wyraźne życzenie rycerzy, zwyciężyłby ten, który zwyciężył. Wszak legł niemal na początku walki, zrzucony z rumaka kopią tamtego, któremu na koniec przyszło zginąć. Zwyczajnie coś podobnego kończy wszystko – legły uznaje się za pokonanego, konny zaś odchodzi w glorii zwycięzcy. Temu sława, tamtemu plama aż do odkupienia w innym pojedynku. Czy naprawdę musiało dojść aż do takich scysji? Ludowi prostemu wystarczy, jak znieważony wytrzaska po pysku znieważającego. Częstokroć sprawa kończy się wspólnym zwaleniem się pod stół, względnie za wygrzebaną z kieszeni drobnicę wychędożeniem jednej potłucznicy – w zależności od chwilowego kaprysu jeden po drugim, bądź jednocześnie. Tylko możni muszą gmatwać to, co wydaje się być prostym.
Pytań było zbyt wiele, aby je rozstrzygnąć przy jednym kuflu, piwo więc lało się złotą strugą, uderzając do głów i czyniącą rozważania z garnca na garniec coraz żywszymi i głośniejszymi. Przekrzykiwano się nawzajem, tu i ówdzie racje swe popierając klątwami bądź groźbą bicia. W różnych miejscach od słów przechodzono do czynów, gdy racje przestawały wystarczać. Wszystkim się wydawało, że o rycerskim zatargu wiedzą wszystko, okazywało się tymczasem, że co zdanie, to różnice rodziły się takie, że można by na ich podstawie stworzyć kilka całkiem nowych historii.
Jednakże w gospodzie "Pod rączą kozicą" przy ulicy Sukienniczej znalazł się ktoś, kto zgoła nie wiedział o sprawie nic, kto przysiadłszy się do towarzystwa rozkrzyczanych mieszczan zaczął pytać o przyczynę swarów. Temu natychmiast zawsze skorzy do przetwarzania i kolportażu plotek mieszczanie jęli przedstawiać rzecz od samego początku, aby łatwiej mu było wniknąć w szczegóły i, być może, samemu wydać osąd.
Nieuświadomiony nosił się ze swojska, odziany jak każdy dobry góral w baranicę włosiem na zewnątrz. Grubą kapotę trzymał przewieszoną przez kolano, jako że w zaludnionej izbie karczmy, pomimo mrozu panującego za oknami, było gorąco i duszno. Wyglądał na miejscowego, ale nikt z obecnych go nie znał. Był chudy jak pomidorowa tyczka i długi, zaś gęste wąsy opadały mu dalece poniżej ust – co chwila musiał wierzchem dłoni ocierać je z piany.
Z początku chciało mówić wielu, ale z tego uczyniła się taka kołomyja, taki groch z kapustą, że musiano wybrać spomiędzy siebie tego, który przedstawi wszystko najlepiej. Padło na wielkiego człeka w skórzanym fartuchu, widocznie kowala. Za kowalską proweniencją, prócz fartucha, przemawiały także szerokie, nawykłe do perlika dłonie, mocarne ramiona z grającymi pod rękawami mięśniami oraz przypalone brwi i ogorzała jakby od żaru bijącego z paleniska twarz.
– To już osiem miesięcy – zaczął – jak w Altenburgu pojawił się bogaty rycerz ze świtą. Cała hurma ludu i wozów z dobytkiem. Prawili, że są jeno przejazdem, ale na błoniach przy trakcie wiodącym do bram miasta rozbili obóz, że i dla samego cysorza lepszego by nie uczyniono. Nasz hrabia zrazu próbował przymusić ich, posyłając swych pachołków z listami, do opuszczenia podgrodzia, jako że czynili despekt podróżnym zdążającym k'nam. Pry, namawiał hrabia, są w mieście gospody, zajmijcie którą i uczyńcie trakt przejezdnym. Bo to widzicie, rycerz ów zagrodził drogę belką sosnową na dwóch kozłach, rzut kamieniem zaledwie od mostu na fosie, a na belce owej zawiesił pawęż i deskę z wypisanymi uczenie na niej słowami.
– Cóż to za słowa? – chciał wiedzieć obcy, bowiem bajarz zamilkł aby napić się piwa. – Mówcie.
– Tak, mówcie – poparło go kilka mocno przepitych głosów. – Nie przerywajcie, bracie Macieju.
Maciej dopił piwo, otarł z piany wargi i podjął przerwany wątek:
– Słowa układały się w zdania, te zaś brzmiały tak, mniej alibo więcej: "Ten, kto by twierdził, że najpiękniejszą i najcnotliwszą dziewicą na całym świecie nie jest pani Michelle Chateauarno, temu na udeptanej ziemi dowiedzione zostanie, że bresze kak sobaka".
– Nie, nie, bracie Macieju – ozwano się tu i ówdzie. – Inaczej jakoś to brzmiało. – Początek taki, jako prawicie, ale koniec inny deczko. "... temu skopane zostanie dupsko", względnie "... przetrzepana rzyć".
– Wżdy nie, bracie Józefie. O rycerzach błędnych mowa, a ci grubymi słowy się brzydzą. Już zwykła "kuśka" przez gardziel im nie przejdzie, nie mówiąc zupełnie o "kuciapce", czy "chędóżce". Nie, inaczej to brzmieć musiało. Coś, jak: "... temu przyjdzie potykać się pieszo, libo konno; mieczem bądź toporem; o świcie lub o zmierzchu". Czy jakoś tak.
– Cisza mnie tu, bracie Marcinie i ty, bracie Józefie! – rozległ się głuchy bas kowala Macieja. – Ja opowiadam, i ma być, jak ja chcę. Ja zaś mówię, że po sobace, to szło dalej coś około tego: "... Następnie zmuszon zostanie do odszczekania kłamstw swych w przytomności dwóch tysięcy i dwustu osób. Ci zaś po wszelkich świata stronach rozniosą, jako prawda zwyciężyła, zaś łeż została zdeptana". Głupie, ale nie jam to wymyślił.
– Pewnie, że głupie – poparto Macieja tu i ówdzie. – Tylko w możnych łbach lęgną się podobne durnoty.
– Tydzień z okładem obóz rycerza stał ku uciesze oblegających mury gapiów – kontynuował kowal. – W tym czasie hrabia jeszcze kilkakroć próbował zmusić szalonego dudka do odstąpienia i nie przeszkadzania porządnym ludziom w swobodnej jeździe, gdzie się komu żywnie podoba. Ten zaś za każdym razem odmawiał, prawiąc bzdety o honorze, miłości i czymś jeszcze... Zapomniałem, czym. Przepuszczał zaś jeno chłopstwo i nas, mieszczan. Każdy zaś, kto mu wyglądał na szlachetnie urodzonego, otaczany był przez jego zbrojnych pachołków i zmuszany do poświadczenia, że nie ma piękniejszej i cnotliwszej dziewicy nad damę jego serca. Część poświadczała, aby zbyć wariata, część zaś odjeżdżała w swoją stronę.
– Mówcie o tym, który przyjął wyzwanie.
– Wszak mówię. Przyjął wyzwanie młody rycerz, który objawił się dopiero na ósmy, bądź dziewiąty dzień hecy. Nadjechał od strony przełęczy Bocznej. Zatrzymał się przed belką. Będąc piśmiennym przeczytał to, co stało na desce, po czym wzruszył ramionami, postukał się w czoło i zakrzyknął, aby odwalono mu z drogi belkę, bo pragnie zajechać do miasta na popas, a że w drodze od wielu miesięcy, to i pragnie odpoczynku, po którym chce ruszyć dalej. Krzyk młodzianka sprawił, że z namiotu wylazł sprawca zamieszania. Dostrzegłszy zaś człeka w bogatych szatach wraz poznał w nim kogoś znacznego. Miast uczynić zadość wyraźnemu życzeniu, zaszedł drogę młodzikowi i założywszy ramiona na piersiach uderzył w mowę, jakiej nie powstydziłoby się stu błędnych rycerzy. O wszystkim później opowiadał jeden parobek tego od tarczy i pisma, w karczmie przy piwie. Słuchajcie więc, co powiem, bo wszytko jest z pierwszej ręki, nie łeż jaka. Mowa traktowała o obowiązkach względem dam, o kodeksach rycerskich, o dumie i honorze. Wreszcie o takich pierdołach, że tylko kiep by się nimi przejął, a człek rozumny machnął na nie ręką. Rycerz nakazał młodzikowi zastosować się do pisma. Ten zaś odrzekł, że pierwej by musiał obaczyć ową Michelle, bo kota w worku nie zwykł wychwalać. Dodał też, że choćby była jak jutrzenka gładka i cnotliwa, to on niczego nie zamierza wygłaszać pod przymusem. Wywiązała się po tym sprzeczka, która rychło przerodziła się w karczemną awanturę. A kiedy jeszcze z pobliskiego namiotu wyszła ta, o którą szła cała chryja, i kiedy się okazało, że to starka bez mała trzydzieści lat mająca, młodzian wrzasnął, iż gładsze i cnotliwsze chędożył w zamtuzie "U Piegowatej Bronki" w Wiciach. Co się działo później, szkoda się rozwlekać. Tylko tyle powiem, że ów urażony odszczeknął coś nieprzystojnego i o pani przybysza, a ten, nie zwlekając już ani chwili dłużej, uderzył ostrzem swej kopii w tarczę zawieszoną na belce, na której to tarczy ryczący lew wymalowany widniał.
Kowal zamilkł, wpił się w skraj kufla i wyżłopawszy resztę piwa jednym haustem gestem nakazał, aby nalano mu z gąsiorka do pełna. Sam tymczasem podjął w przerwanym momencie:
– Ów Lwa w herbie mający – gadali o nim Duszą Psa. Cholera jedna wie, po co komu takie miano. Chyba dla ogólnego pośmiewiska.
– Nie tak, bracie Macieju – ozwał się nazwany wprzódy Marcinem, woniejący zakwasem, zapewne piekarz. – Duchamphse mu było.
– Jak go zwał, tak go zwał, bracie Marcinie. Lew czy pies. Srała go sobaka, ot co. Krzyczał ci, jako z młodzikiem, co tak strasznie znieważył jego starkę, wolę ma potykać się jakąkolwiek bronią, z ziemi czy z konia, wszytko jedno, byle natychmiast. Młodzik ze swej strony odrzekł, że z chęcią dałby mu pola jeszcze tego samego dnia, niestety nie może. Oto, będąc jeszcze otrokiem ślubował, że jeśli mu bogowie zdarzą i pas z ostrogami otrzyma nim ośmnasty rok mu upłynie, z rodowego Kapenrocku nad jeziorem Kedregen natychmiast przemierzy świat wzdłuż, i nie zatrzyma się, dopóki zadarłszy głowę ku górze nie dostrzeże sinych grzbietów gór Zorite. Bogowie zdarzyli mu. Wsławił się podczas szranków w stolicy cesarstwa i sam konderyjski cysorz pasował go na oczach tłumu. Ruszył więc sam w długą podróż, w której trwa już bez mała półtorej roku. Dwie trzecie drogi pozostawił już za plecami, zostało ledwie co. Jeśliby miał się potykać na śmierć, nie na rzucenie o ziem, to tylko za dyspensą kapłana świątyni Żywie w Dordobie, przed którym w dzień wyjazdu przysięgał, że nie skrzyżuje z nikim żelaza, dopóki nie zakończy młodzieńczego ślubu. Jako zaś, że do Zorite bliżej jest niźli do Dordoby, dokończy, co zaczął, i wówczas wróci, aby dać mu pola. W tym czasie zaś, kiedy on będzie w drodze na zachód, pośle do rodzinnego Kapenrocku umyślnego, aby nie zwlekając zjechała do Altenburga przyrodzona rycerzowi świta, jako że nie pochodzi od byle ścierciałków i nie chce, aby miano go za chudopachołka, którego stać aby na poszerszeniałą chabetę i kopię z krzywej leszczyny. Jest możnym panem i możnie się pokaże. Ale nie teraz.
– A co Lew Duchamphse? – zapytał z zaciekawieniem obcy.
– Tak, bracie Macieju. Mówcie mu o tamtym.
– Cichaj, bracie Józefie. Wżdy mówię. Nie taję niczego. Nie wiedział on tego, ale nie tym najbardziej młodego Kapenrocka rozeźlił, że kazał mu wysławiać swoją panią nad wszelkie inne, lecz tym, że okazała się ona tak w leciech posuniętą. Trudno się było bowiem młodzikowi pogodzić w duszy z podobnym bluźnierstwem, że trzy krzyżyki na karku mająca starka miałaby być gładszą i cnotliwszą dziewicą od pani jego serca, która nie skończyła jeszcze podówczas nawet szesnastu lat. Ot, co. Przyjął więc wyzwanie, ale choć Lew ryczał, że chce się bić natychmiast, Kapenrock za błogosławieństwem naszego hrabiego ruszył nazajutrz dalej. W tym zaś czasie hrabia podejmował Duchamphsa niby jakiego króla. A ów –miast sposobić się do walki, trenować, czy co tam obłędni rycerze czynią – żarł na potęgę i obrastał w sadło. Pry, widać, co mu z tego przyszło Tamten przyjechał, jak zapowiedział, i sprawił Lwa jak parsiuka, co się go żywi, aby więcej jadła było.
– Oj, z tym sprawieniem to odrobinę przesadziliście, bracie Macieju. Widziało całe miasto, więc i wy musieliście, że nie tak łatwo młodzikowi ze starzykiem poszło. Nie tak łatwo. I z konia go starzyk zwalił. I pieszo pola godnie dotrzymywał.
– Et! – Machnął ręką ze wzgardą kowal. – Gadacie, bracie Józefie. Słyszeliście jak brzęczało, gdy żelazo Lwa waliło w pawęż Kapenrocka? Jakby osa bzyczała. A kiedy Kapenrock bił w Lwa, to chyba w Konderii było słychać. Mówię, jako było. Niech skonam w tej chwili. Stary z młodym przegrał, bo przez ośm miesięcy żył w dobrobycie, i mięśnie mu porosły mchem jak pień starego dębu.
– Ale walka była przedniej urody. Co, bracie Macieju?
– Była, bracie Marcinie. Była. Nie powiem. Ale ze strony Kapenrocka jeno, a i długo też nie trwała. Mogła trwać dłużej? Mogła, aby tylko tamten się postarał. Et! – westchnął.
Zamilkli. Tymczasem wokół nich, przy ławach i przy szynkwasie, gwarzono nad miarę. Tłum był w karczmie taki, że i szpilki byś nie wcisnął. Krzyczało to, piło na umór i śmierdziało piwem, potem i pierdami. Jedynie ten, kto sam pił, pocił się i pierdział, mógł wytrzymać w tym cuchu. Całkiem zaś spore były szanse i na to, aby prócz wymienionych, zwyczajnych ludziom czynności, naszła kogo chęć na kilka innych. W tej nadziei stało przy szynkwasie kilka obserwujących tłum, usiłujących przybrać jak najbardziej zachęcające pozy miejscowych potłucznic. Do jednej właśnie co podszedł zalany w pestkę gruby jegomość, pochylił się do ucha i jął krzyczeć, starając się przekrzyczeć gwar. Ta przysunęła się nieco do grubasa, aby słyszeć co prawi, po minie zaś znać było, że ciężko jej się skupić. W końcu machnęła ręką – wyszedłszy widocznie z założenia, że ktoś taki, jak tamten, od kogoś takiego, jak ona sama, mógł chcieć wyłącznie jednego – po czym ująwszy go za rozpiętą na piersiach koszulę poczęła ciągnąć w kierunku zaplecza.
Przez tłum trzeba się było przebijać. Czynili to więc wspólnymi siłami. Przechodząc obok ławy, przy której wdrażano w sprawę pojedynku noszącego się ze swojska obcego, grubas przypadkowo potrącił kowala. Przeprosił go bełkocąc i poszedł dalej, holowany przez równie zawianą dziwkę.
Kowal Maciej poprzestał na pogrożeniu mu pięścią, bo i nie było sensu wszczynać awantury o byle co. Wrócił zaraz do opowieści
Po chwili przy wspólnej ławie, wśród bulgotu piwa, przekrzykiwania się oraz smrodu zwykłych ludzkich wydzielin, znów zakrólowała wspaniała rycerska historia. Jakże nie pasująca do tego miejsca.

Z czasem, gdy niebo nad wierzchołkami niewidocznych szczytów nieśmiało jeszcze pojaśniało, tak na zamku hrabiego, jak i w samym mieście poczęło się robić jakby ciszej. Zmożeni wydarzeniami, którym przyszło świadczyć, Altenburżanie zapadali w sen, w jakim miejscu który akurat się znajdował. Jedni przy karczemnych ławach bądź szynkwasach, drudzy zgoła pod, na podłodze, skuleni jak kocięta. Bywało, że w domach, ale też i poza nimi – w stodołach, oborach, zamkowych korytarzach. Hrabia Nivelenu zamknął oczy w puchowych pieleszach, we wspólnym łożu ze swą małżonką, miłościwą panią Ambrozją. W komnatach gościnnych, polecając się dalekiej wybrance swego młodego serca, zasnął Ulrich von Kapenrock, młody rycerz, który dał miastu moc niezapomnianych wrażeń. W kaplicy Welesa, pana mrocznych dziedzin, boga zaświatów, spał snem wiecznym Pierre de Duchamphse, bez nadziei na przebudzenie niestety. Kiedy świt począł wyłaniać się znad grzbietów dwóch pobliskich gór – Karła i Waligóry – nie spał już mało kto.
Pianie pierwszego kura nie zbudziło ze snu miasteczka. Nie rozległ się skrzyp otwieranych wierzei. Nie poniósł się głośny turkot kół wozów, wiozących na targ co tam akurat który woźnica miał do sprzedania. Nie zakrzyczały do siebie przekupki, pytające kumoterki z sąsiednich kramów, czy pomogła chłopu maść dana na żylaki i czy grzybki, przepis na które trzeba było sprowadzać aż z Baskhed, okazały się warte zachodu. Nie zadzwoniły o zręb cembrowiny miejskiej studni konwie przyniesione przez hoże dziewki z warkoczami sięgającymi okrągłości poniżej pleców. Załomotał wprawdzie o kocie łby wąskich uliczek miarowy stukot podkutych butów straży miejskiej. Ten jednak słychać było zawsze i tylko jego brak mógłby się wydawać nienormalnym.
Za drugim i trzecim pianiem wciąż nad grodziskiem panowała cisza. Nie dziwota. Altenburg musiał odespać emocje.

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Re: Casus belli czyli etiuda rycerska

Post autor: mirgon » czw, 16 paź 2008 12:40

Dla dobra Terebki przydałby się jeszcze komentarz osoby z doświadczeniem, która wytknie błędy które przeoczyłem jak i dop... się, jakby co, do moich komentarzy.

Casus Belli czyli etiuda komentatorska
terebka pisze: Niniejsze opowiadanie śmiało można zaliczyć do gatunku fantasy - mimo że nie występują w nim żadne krasnoludy, czy inne elfy. Jeśli ktoś nie znajdzie mimo moich zapewnień cech fantasy, z chęcią wyjaśnię rzecz na PW.
Nie znalazłem i wolałbym wyjaśnienia nie na PW ale tu, bo tu jest na to właściwe miejsce. Jeszcze bardziej zaś wolałbym znaleźć elementy fantasy w opowiadaniu, bo błędy rzeczowe (niektóre co prawda zahaczają o fantastykę...) fantastyką nie są. Same nazwy nie zrobią fantastyki.
Hrabia Donatello, pan na Altenburgu, na platformie dla arystokracji zajmował poczesne miejsce.
Pierwsze zdanie nie zachęca do dalszej lektury. Pan na Altenburgu, pan na platformie...
Obok, po Jego prawej ręce zasiadała szacowna małżonka, hrabina Ambrozja.
Bo nie baronowa.
Jego, przez duże Jot? Czy to On?
Zaś w linii prostej za hrabiną jej osiem córek, począwszy od najstarszej, zamężnej już i dzieciatej, skończywszy na najmłodszej, samej będącej dzieckiem młodszym od najstarszego ze swych siostrzeńców.
Komiczny widok. Jako, że platforma to "płaska pozioma powierzchnia czegoś", to takie uszeregowanie córek za plecami hrabiny budzi uśmiech - no i nic sobie panienki nie oglądną.
Zaczynają się zaimki.
Lewą stronę hrabiego zajmowali pomniejsi arystokraci, przypadkiem bawiący w Altenburgu, których miana i herby sposób wymienić jednym tchem.
Rozumie się, że nie siedzieli na tej lewej stronie, tylko do niej np zagadywali, zajmując ją?
Jednym tchem? A ilu ich było? dwóch? kilku? dużo? Jeśli więcej niż dwóch to jednym tchem ciężko by było nawet dobremu heroldowi. Jan Maria Podcieciowiec, syn Zbyszka Sierżmiętnego, herbu Trzech Cieci wraz z synem Januszem... itd.
Platforma górowała nad tłumem, co nie powinno dziwić, wszak zasiadała na niej śmietanka Nivelenu.
A nie aby śmietanka Altenburgu? No i mam na dodatek komiczną wizualizację platformy górującej nad tłumem, który to tłum po podniesieniu głowy i wypatrzeniu odpowiedniej szczeliny w deskach, może sobie zobaczyć co też tam pod suknią hrabina chowa.
Przybrana też została pięknie barwami hrabiego. Cała się pstrzyła na złoto i na czerwono.
Dobrze, że nie ubraniem hrabiego ani nie jego zapachami.
Pstrzyła się?
pstrzyć
1. «pokrywać coś plamkami odmiennego koloru»

Czy została przybrana jedynie?
Od czoła, poniżej balustrady przedniej, widniał herb, w którym stojąca na zadnich nogach złota kozica trzymała w pysku gałązkę świerkową. Czerwono-złote pasy dopełniały całości. Takiż sam herb miał hrabia na przedzie jedwabnej, białej tuniki oraz na opończy pół jardu nad głową.
Do czego odnosi się drugie zdanie? Do balustrady czy do herbu?
takiż daw. «taki sam» czyli; taki sam sam.
Pół jardu. Hm, nie podoba mi się ten jard, znam tą miarę głównie z większej ilości a nie z jego połówek. Półtorej stopy nad, albo pół metra i już.
Takiż sam herb miał hrabia na przedzie jedwabnej, białej tuniki oraz na opończy pół jardu nad głową.
Uf, Miał na przedzie i na opończy, ten sam. A opończe miał pół jardu nad głową miast na sobie? Lewitowała ta opończa?
Ponoć było zimno? Jedwabna tunika na taką aurę?

Opisy - dużo i niepotrzebne a na dodatek nic nie dające, zdaj się na wyobraźnię czytelnika, podsuń mu słowa klucze które sam rozwinie bo to co Ty opisujesz kupy się nie trzyma.
Wiem, ku warsztatom! :)
Po obu stronach rusztowania sporządzono rozchodzące się jak okiem sięgnąć w przeciwnych kierunkach barierki. Taką samą ale jednolitą, długą na pięćdziesiąt prętów, czy też jak kto woli na ponad dwieście jardów barierkę postawiono na przeciw rusztowania, czyniąc tym samym pośrodku pas pustej przestrzeni o długości dwustu i szerokości czterdziestu jardów. Pas między barierkami był pusty, natomiast przeciwne ich strony zajmował zbity, gęsty tłum podzielony na dwie stojące na przeciw siebie drużyny.
"bum tralala, chlapie fala, po głębinie statek płynie..." że pozwolę sobie zacytować słynnego barda.
Jak okiem sięgnąć? Jak teren był lekko pod górkę to okiem sięgnę i ze trzy kilometry - Tyle tej barierki tam było?
Taką samą ale inną bo jednolitą?
Pas między barierkami był pusty, natomiast przeciwne ich strony zajmował zbity, gęsty tłum podzielony na dwie stojące na przeciw siebie drużyny.
No, pomyślałem, wreszcie się fantastyka zaczyna - za chwilę te dwie drużyny wyskoczą zza barierek i zaczną się naparzać aż miło będzie popatrzeć.
Przypadkowy wędrowiec, który mógłby zabłądzić w to miejsce, dojrzawszy w taki sposób zapełnione błonia grodu, nie miałby najmniejszych wątpliwości, na co patrzy. Tak mogły wyglądać wyłącznie rycerskie szranki.
A guzik prawda, naszkicowałeś jakąś chorą wizję jakiegoś miejsca gdzie niby miał się odbyć pojedynek. Mam wrażenie, że nawet Alicja by zgłupiała widząc takie miejsce.

Podaltenburskie błonia wrzały, tłum napierał na barierki nie chcąc stracić nawet najmniejszej części widowiska. Na głównej trybunie panował jednak spokój, pozorny, bo przecież wysoko urodzonym głowom nie przystoi pokazywać po sobie zniecierpliwienia. Hrabia zerknął na żonę, na podekscytowane córki, na kilku szlachciców których zaprosił na trybunę. Wstał i uciszył gestem tłum.
- Pojedynek czas zacząć! - krzyknął władczo.
Zagrały surmy.

W taki mniej więcej sposób można wprowadzić w miejsce, bez zbędnych opisów, czytelnik ułoży sobie w głowie co i jak. Że błonia, hrabia, żona i dziatki, i szlachta i trybuna i pojedynek. Włączy mu się jakieś wspomnienie filmu gdzie widział podobną scenę i będzie na tym bazował. Nie ma potrzeby katować wyobraźni czytelnika umiejscowieniem opończy o pół jardu nad głową hrabiego przyodzianego w jedwabną, białą z herbem takim samym...

Póki co pozbawione śniegu pole walki wciąż nie skaziła plamka krwi – nadal dziewiczo czyste i puste, jeśli nie liczyć kilku pachołków doglądających broni ustawionej rzędem na stojaku, na wprost platformy z arystokratami.
Chciałeś chyba skontrastować śnieg z krwią ale póki co śnieg był odgarnięty do gołej ziemi i nazwanie tej zgrudniałej, zmarzniętej ziemi dziewiczo czystym nie jest dobrym pomysłem.
Puste pole, nie licząc pachołków ale że stojak z bronią w polu walki to już zakrawa na rzeźnię, szczególnie koni.
Platforma z arystokratami? Brzmi jak talerz z ciastkami. Stylizujesz tekst, a umieszczenie w nim np. platformy, czy kolportażu psuje wszystkie zabiegi. Tu się tylko czepiam.

Czekający na widowisko tłum szemrał, na pozór sennie, niczym pszczoły wewnątrz szykującej się do zimowego snu barci.
Szykującej się do zimowego snu barci? Barć szykująca się do snu?
Póki co nic się jeszcze nie działo, senność tłumu była więc usprawiedliwiona.
Pozorna senność!
Głośniej ponad szmer tłumu wznosiły się jeno odgłosy zabijania ramionami, gdy komuś uczyniło się za bardzo chłodno.
Kogo zabijano ramionami? I czyimi ramionami?
A zimno było, i to jeszcze jak.
Biedny hrabia w jedwabnej tunice.
I praw byłby.
?
Tymczasem brakło już czasu na zastanawianie się, bowiem z nagła zagrzmiały surmy u wylotu pola walki, skutkiem czego z miejsca gwar wśród ludu wzmógł się. Ryk surm trwał jeszcze chwilę, po czym zamilkł, jak ucięty nożem.
Tymczasem brakło już czasu.
Zagrzmiały surmy, ryk surm - nie mogły by tak zagrać? I te ryki i grzmienia surm będą się jeszcze powtarzać.
Ryk zamilkł czy surmy zamilkły, co bardziej pasuje?

Przodem stąpali z godnością odziani w stosowne barwy młodzi pachołkowie, w liczbie dwóch, każdy niosący przed sobą pawęż, na której widniał znak reprezentowanego przezeń pana.
To jakiś żart?
Na lewej pawęży, w herbie, każdy, kto tylko chciał, mógł zobaczyć lwa z łbem zadartym ku górze, ryczącego srodze – godło rodu Duchamphse. Herb na drugiej pawęży świadczył natomiast, że Lwu Duchamphse przyjdzie się za chwilę potykać z Białym Jednorożcem z rodu Kapenrock.
A jeśli nie chciał zobaczyć a patrzył przypadkiem w tamtą stronę to co? Nie widział?
Po co te opisy? Chcesz zamordować czytelnika? Bo gdy biedak zacznie wizualizację to po nim.
Nieco za parą pachołków z pawężami sunęła z gracją kolejna para, niosąca długie, ciężkie, przeznaczone raczej do walk na śmierć i życie niźli rycerskich szranków kopie. A za tymiż dopiero pachołcy trzymający za uzdy bojowe ogiery, dosiadane przez rycerzy w pełnych zbrojach. Obydwaj mężni rycerze trzymali się sztywno, jakby połknęli kije. Obydwaj też mieli opuszczone przyłbice, tak że nikt nie mógł zobaczyć, co się kryje pod spodem – odwaga, czy może strach.
Jak z kościoła wylezie procesja to też wszystkich po kolei opiszesz? Za księdzem szli ministranci w liczbie dwóch, trzymali w rękach... dalej szły staruszki w wieku 75 i 69 druga, przy tym ta pierwsza nie była pewna ile ma lat bo nikt jej nie powiedział kiedy się urodziła, wiedziała tylko że to była zima. Za staruszkami szły kolejne staruszki...
A na cholerą mi te opisy? Opracowanie pseudo historyczne robisz czy jak.
Obydwaj też mieli opuszczone przyłbice, tak że nikt nie mógł zobaczyć, co się kryje pod spodem – odwaga, czy może strach.
Co się kryje pod przyłbicą? Odwaga czy strach? Ja bym rzekł, że zlane potem mordy, błyszczące ogarniętymi szaleństwem oczyma.
Jeśli chcesz by pod przyłbicą nr 1 była odwaga wyślij smsa.

Podczas gdy szum podniecającego się z każdą chwilą tłumu rósł, potężniał,
Wiesz jak głupio to brzmi w tym ścisku.
miejsce, wyznaczone stojakiem z bronią na wprost platformy z możnymi.
Już to gdzieś czytałem.
Tam się zatrzymali.
No, skoro wcześniej tam dotarli to logiczne by było, że sie i tam zatrzymali.
Hrabia Donatello podniósł się dostojnie, na który to znak ponownie zagrały surmy.
Surmy grają, ok. U wylotu pola walki, tak? Czy może podeszły bliżej by zobaczyć, że hrabia wstaje. No i te surmy samogrające, samochodzące wyrastają mi na głównego fantastycznego bohatera.
Zali pewni jesteście, panie Pierre de Duchamphse oraz Ulrichu von Kapenrock, że konfliktu waszego nie da się rozwiązać bez przelewu krwi? Może uładzicie się jakoś? Podacie sobie dłonie?
Stylizujesz tekst, no i po co? Żeby go potem spiertolić wkręcając nowosłowie.

Na to Lew Duchamphse pokręcił hełmem aż zachrzęściła zbroja i zabrzęczał coś niezrozumiale spod przyłbicy. Po czym uderzył się pięścią w stalowej rękawicy w napierśnik, aż gruchnęło.
Zachrzęściła, zabrzęczał, gruchnęło, uf.
Ten siedział spokojniutko na swym karym jak diabla dupa ogierze i nie wyglądał na urażonego słowami oponenta.
Te słowa oponenta niepotrzebne i bez tych słów uznaję ten fragment za najlepszy w całym opku.
– Zatem, niech lepszy zwycięży – zawołał i zajął na powrót miejsce, które opuścił uprzednio.
Rany boskie.
Dwójka pasowanych przejęła tymczasem od swych giermków pawęże i kopie.
Od cudzych by nie wzięła.
Pawęż - sugeruję dowiedzieć się co to jest i do czego służy (+5 do O w Warhammerze ale tego źródła nie polecam).

Giermkowie pochowali się w odosobnione miejsce, z którego mieli się przyglądać walce, zaś ich panowie zaburczeli niezrozumiale zza przyłbic.
Pochowali się w odosobnione miejsce? Po jakiemu to jest?
I czemu ci rycerz nic tylko burczą? Nie służy to opowiadaniu.
Hrabiemu nie przetłumaczono tego, bowiem była to zwyczajowa formułka rycerska, jaką się w podobnych sytuacjach wygłasza
Skoro to zwyczajowa formułka to chyba wiadomo że się ją w takich sytuacjach wygłasza. Ale mniejsza z tym.
Stylizujesz i psujesz.

zmrożone odgarniętym śniegiem
Zmrożone czymś czego nie było bo zostało odgarnięte.
Lew Duchamphse końcem kopi podjął z ziemi chustkę, wprawnie wycofał drzewce kopii i ujął ją w dłoń, przytknął do przodu przyłbicy jakby całował, na koniec wcisnął w szparę pomiędzy nałokietnikiem a przedramieniem.
Byłeś kiedyś na jakimś turnieju? W każdym razie powinieneś być.
Wprawnie wycofał drzewce kopi i ujął ją w dłoń - kopię którą wycofał.
Wprawnie wycofać kopię? Opisz ten wyczyn.
Ujął w dłoń - którą dłoń? Tą w której trzymał kopię czy tą w której trzymał pawęż?
Szpara pomiędzy nałokietnikiem a przedramieniem. Uf. Wcisnął nie zdejmując rękawicy, no. Wcisnął w szparę nałokcicy bądź między nałokcicę a zarękawie.

Ryk surm dał znak... i tu zrobię przerwę, zasłużyłem na pół paczki papierosów, może nie za komentarz ale za to że czytam ten tekst drugi raz.
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
Harna
Łurzowy Kłulik
Posty: 5588
Rejestracja: ndz, 05 mar 2006 17:14

Re: Casus belli czyli etiuda rycerska

Post autor: Harna » czw, 16 paź 2008 13:05

mirgon pisze:Dla dobra Terebki przydałby się jeszcze komentarz osoby z doświadczeniem, która wytknie błędy które przeoczyłem jak i dop... się, jakby co, do moich komentarzy.
A forumokietę Ci zacytować? Fragment o wulgaryzmach?
Gwoli ścisłości — tu się nikt nie dop..., jak to raczyłeś ująć, do komentarzy czy tekstów. Aż tak źli nie jesteśmy :-P
– Wszyscy chyba wiedzą, że kicający łurzowy kłulik to zapowiedź śmierci.
– Hmm, dla nas znaczy coś całkiem odmiennego – szczęśliwe potomstwo...
© Wojciech Świdziniewski, Kłopoty w Hamdirholm
Wzrúsz Wirúsa!

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Post autor: mirgon » czw, 16 paź 2008 13:34

Dop... się to jeszcze nie wulgaryzm, miałem zamienić to i tak na; jak ktoś zauważy i moje błędy w komentarzu, ale mi umknęło :)
Dop... czepi się, dop... powie się do moich komentarzy, o tak :) o doppowiedzenie mi chodziło :p
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
Harna
Łurzowy Kłulik
Posty: 5588
Rejestracja: ndz, 05 mar 2006 17:14

Post autor: Harna » czw, 16 paź 2008 13:40

Doppowiedzenie może być. No.
I żeby mi to było przedostatni raz, bo jak się doppowiem... ;-)
– Wszyscy chyba wiedzą, że kicający łurzowy kłulik to zapowiedź śmierci.
– Hmm, dla nas znaczy coś całkiem odmiennego – szczęśliwe potomstwo...
© Wojciech Świdziniewski, Kłopoty w Hamdirholm
Wzrúsz Wirúsa!

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Post autor: mirgon » czw, 16 paź 2008 15:45

Zwracam honor co do pawęży - właśnie się dowiedziałem, że funkcjonował i w odniesieniu do konnicy.
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
terebka
Dwelf
Posty: 562
Rejestracja: ndz, 13 lip 2008 23:56

Post autor: terebka » czw, 16 paź 2008 16:16

Ulala. Zasłużyłeś na te fajki. Jedną paczkę wypal w intencji "Casus belli..."
mirgon pisze:Casus Belli czyli etiuda komentatorska
To mnie nie rozbawiło. Jeśli taki był Twój zamiar, mogłeś to sobie śmiało darować.
mirgon pisze:
Terebka pisze:Niniejsze opowiadanie śmiało można zaliczyć do gatunku fantasy - mimo że nie występują w nim żadne krasnoludy, czy inne elfy. Jeśli ktoś nie znajdzie mimo moich zapewnień cech fantasy, z chęcią wyjaśnię rzecz na PW.
Nie znalazłem i wolałbym wyjaśnienia nie na PW ale tu, bo tu jest na to właściwe miejsce.
Jak sobie życzysz. Mógłbym się tłumaczyć, że akcja opowiadania rozgrywa się w świecie fantasy, który wymyśliłem na potrzeby wielu innych historii. I że "Casus..." jest jedną z nich. Jednak po namyśle nie uczynię tego. Takie tłumaczenie się mocno kuleje i sam przyznaję, że niczego nie dowodzi. Na PW byłoby jednak w sam raz, bo, nie narażając się na krytykę osób postronnych, móglbym Ci zapodać nieco więcej podobieństw mego świata do gatunku fantasy. Określiłeś się jednak, że nie chcesz. Nie ma sprawy.
Oprzyjmy się więc na imionach bogów, wymienianych w opowiadaniu - Welesa, Żywie, innych. Były to bóstwa starosłowiańskie. Nazwy rodów zaś, brzmiące z niemiecka i francuska, mogłyby raczej wskazywać, że noszący je rycerze wierzą w jednego Boga, naszego. Mamy więc tu alternatywną wizję świata bazującego na średniowieczu.
Nazwy geograficzne. Miejsc tych nie znajdziesz na mapie, mimo że zapewne odszukasz jedną czy kilka brzmiących identycznie. Altenburg w hrabstwie Nivelen jednak nie istnieje, jak też nie ma samego hrabstwa Nivelenu. Nazwy nieistniejących miejsc to już jest fantastyka.
mirgon pisze:Komiczny widok. Jako, że platforma to "płaska pozioma powierzchnia czegoś", to takie uszeregowanie córek za plecami hrabiny budzi uśmiech - no i nic sobie panienki nie oglądną.
Rzeczywiście, obsuwa. Miało być "obok".
mirgon pisze:Podaltenburskie błonia wrzały, tłum napierał na barierki nie chcąc stracić nawet najmniejszej części widowiska. Na głównej trybunie panował jednak spokój, pozorny, bo przecież wysoko urodzonym głowom nie przystoi pokazywać po sobie zniecierpliwienia. Hrabia zerknął na żonę, na podekscytowane córki, na kilku szlachciców których zaprosił na trybunę. Wstał i uciszył gestem tłum.
- Pojedynek czas zacząć! - krzyknął władczo.
Zagrały surmy.
W taki mniej więcej sposób można wprowadzić w miejsce, bez zbędnych opisów, czytelnik ułoży sobie w głowie co i jak. Że błonia, hrabia, żona i dziatki, i szlachta i trybuna i pojedynek. Włączy mu się jakieś wspomnienie filmu gdzie widział podobną scenę i będzie na tym bazował.
Albo nic mu się nie włączy, bo niczego takiego nie oglądał i jedynym, na czym będzie mógł bazować, pozostanie suchy, pozostawiający zbyt wiele domysłom, opis tnącego znaki aŁtora.
mirgon pisze:
terebka pisze:Nieco za parą pachołków z pawężami sunęła z gracją kolejna para, niosąca długie, ciężkie, przeznaczone raczej do walk na śmierć i życie niźli rycerskich szranków kopie. A za tymiż dopiero pachołcy trzymający za uzdy bojowe ogiery, dosiadane przez rycerzy w pełnych zbrojach. Obydwaj mężni rycerze trzymali się sztywno, jakby połknęli kije. Obydwaj też mieli opuszczone przyłbice, tak że nikt nie mógł zobaczyć, co się kryje pod spodem – odwaga, czy może strach.
Jak z kościoła wylezie procesja to też wszystkich po kolei opiszesz? Za księdzem szli ministranci w liczbie dwóch, trzymali w rękach... dalej szły staruszki w wieku 75 i 69 druga, przy tym ta pierwsza nie była pewna ile ma lat bo nikt jej nie powiedział kiedy się urodziła, wiedziała tylko że to była zima. Za staruszkami szły kolejne staruszki...
A na cholerą mi te opisy? Opracowanie pseudo historyczne robisz czy jak.
Z Nadopisami, dookreśleniami, słowem: gadulstwem, problem mam. Nie zaprzeczę. Czy jednak podany przez Ciebie przykład jest tego przejawem? Nie sądzę. Wydaje mi się, że miałem prawo wspomnieć o pachołkach w tym właśnie miejscu, aby nie wyskoczyli z nagła gdzie indziej:

"Panowie rycerze ustawili się na przeciw siebie, tymczasem pachołkowie odeszli na bok".

Pachołkowie? Jacy pachołkowie, cholera? Wcześniej nie było o nich ani słowa.
mirgon pisze:Jeśli chcesz by pod przyłbicą nr 1 była odwaga wyślij smsa.
W tym miejscu powinienem się zaśmiać, tak?
mirgon pisze:Byłeś kiedyś na jakimś turnieju? W każdym razie powinieneś być.
Wprawnie wycofał drzewce kopi i ujął ją w dłoń - kopię którą wycofał.
Wprawnie wycofać kopię? Opisz ten wyczyn.
Ujął w dłoń - którą dłoń? Tą w której trzymał kopię czy tą w której trzymał pawęż?
Szpara pomiędzy nałokietnikiem a przedramieniem. Uf. Wcisnął nie zdejmując rękawicy, no. Wcisnął w szparę nałokcicy bądź między nałokcicę a zarękawie.
Ze wstydem przyznaję, że nie byłem. Polegać więc musiałem na wyobraźni. Widzę to tak:
Podnosi kopię do góry wraz z chustką na jej ostrzu, używając dłoni, w której trzymał kopię, przesuwa ją do tyłu (naciągane, wiem - może to też element fantastyki? :P), przyciskając do pachy, po czym, nie wyjmując kopii spod pachy, tą samą dłonią ściąga chustkę z ostrza kopii i wciska ją w szparę pomiędzy nałokietkiem a opachą :P lewej ręki, tej dzierżącej pawęż. Uuuufffff!

No dobra, nie palę więc napiję się kawy. Dzięki Ci, mirogonie, za czas spędzony przy tak wyczerpującym opowiadaniu. Co złego, to nie ja. To głosy w mojej głowie.

Edit: zwrot honoru się pojawił, wyciąłem więc domaganie się go w kwestii pawęży

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Post autor: mirgon » czw, 16 paź 2008 16:25

Po pierwsze mam ochotę Cię zamordować za przekręcenie mojego nicka, ale że to nie jest taki pierwszy wypadek to daruję.
Co do tej nieszczęsnej pawęży to znałem ją jako tarczę piechoty, z błędu wyprowadziłem się sam, bo zacząłem się zastanawiać dlaczego używasz tak nagminnie pawęży, zamiast od czasu do czasu nazwać ją tarczą.

Nie napisałeś nic bym przestał komentować to spodziewaj się części dalszej.
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
terebka
Dwelf
Posty: 562
Rejestracja: ndz, 13 lip 2008 23:56

Post autor: terebka » czw, 16 paź 2008 16:43

mirgon pisze:Po pierwsze mam ochotę Cię zamordować za przekręcenie mojego nicka
O rany! Wybacz. Dopiero teraz zobaczyłem. Ale babola strzeliłem.
mirgon pisze:Nie napisałeś nic bym przestał komentować to spodziewaj się części dalszej.
No, teraz ja mam prawo czuć się urażony. Czy gdyby bolała mnie krytyka, w ogóle bym się na FF pojawił? Hulaj po tym słabym "Casusie... " do upadłego.

Awatar użytkownika
kiwaczek
szuwarowo-bagienny
Posty: 5629
Rejestracja: śr, 08 cze 2005 21:54

Post autor: kiwaczek » czw, 16 paź 2008 16:43

mirgon pisze:Po pierwsze mam ochotę Cię zamordować za przekręcenie mojego nicka, ale że to nie jest taki pierwszy wypadek to daruję.
Ooooo... Kolega agresywny... Kolega sobie pójdzie na siłkę, spacerek, basenik - no co tam szanownego kolegę relaksuje....
I'm the Zgredai Master!
Join us young apprentice!
Jestem z pokolenia 4PiP i jestem z tego dumny!

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Re: Casus belli czyli etiuda rycerska

Post autor: mirgon » pt, 17 paź 2008 17:21

Ryk surm dał znak, po którym obydwaj pankowie wycofali swe rumaki i pogalopowali ku przeciwległym krańcom pola.
Ryk surm rządzi i daje znaki, a powinien hrabia.
No i niepotrzebny zaimek, oni raczej na pewno mieli swe rumaki, a nawet można było pominąć rumaki, później będą w użyciu, i napisać np; rycerze rozjechali się na przeciwległe krańce pola
Co do galopu - jeszcze na niego za wcześnie, prędzej pokłusowali.
Tam ustawili się na przeciw siebie, czekając na kolejny, ostateczny już znak.
Tam, na przeciw siebie? Źle to brzmi, bo mówi że tam, czyli w tamtym miejscu ustawili się na przeciw siebie, a nie po przeciwległych stronach pola.
Książę podniósł ramię. Zaryczały surmy.
Ach te surmy, ryczą i ryczą ale pierwszy raz na gest hrabiego.
Spod końskich kopyt poczęły pryskać grudki zbrylonej, twardej jak kamień ziemi, głuchy tętent stał się jedynym dźwiękiem na równinie przed miastem. W dali, przyczajony, czekał na rozwój wypadków Altenburg.
Ruszyli? Przegapiłem start, bu.
Myślałem, że Altenburg to gród a tu mi wychodzi, że człek.
A wypadki toczyły się z prędkością lawiny. Dwa bojowe ogiery, kary i siwy, sunęły na siebie z ogromną prędkością, ponad ich łbami cięły powietrze ostrza bojowych kopi.
Jeszcze chwila, jeszcze ułamek chwili i jedna z kopi uderzyła z piekielną mocą zbyt nisko, w koński kropierz przeciwnika, pękając w drzazgi.
Dlaczego zbyt nisko, dobrze uderzyła bo zwaliła konia z nóg.
Koński kropierz przeciwnika, wiem, taka moda...
Hm, a skoro uderzyła w kropierz, a nie w konia to aby na pewno miało to takie skutki.
Kary ogier zarżał dziko, wierzgnął kopytami i zwalił się na ziemię.
Ja bym tu radził odwrotną kolejność, przy tej prędkości byłoby słychać tylko trzask łamanych kości i zgrzyt blach.
usiłującego wstać Białego Jednorożca Kapenrocka.
Po takim upadku próbować wstać, no no to naprawdę jest fantastyka. Ale dawniej to były chłopy na schwał więc byle upadek z konia na zmrożoną ziemię to jak z ławy pod stół.
Zabrzęczał coś spod hełmu, czego nie usłyszał i nie zrozumiał nikt, pewnie nawet przeciwnik. Ten jednakże wstał z trudem i kołysząc się jeszcze na nogach pokręcił przecząco głową, po czym nic nie mówiąc podszedł do stojaka z bronią.
To brzęczenie jest wkurzające, niepotrzebne wręcz. Wyobraź sobie film gdzie masz takie brzęczenie a lektor tego nie tłumaczy. Co? co? powiedział coś ważnego? Ale ten drugi usłyszał bo pokręcił przecząco głową. Co on mógł zabrzęczeć...
Wybrał miecz, ogromny, dwusieczny, machnął nim kilkakroć i odrzucił precz.
Widać się nie znał na robieniu mieczem, że wybrał bardziej siłową broń przeciwko (o ile pamiętam) komuś kto żarł na potęgę i obrastał w sadło.
No a co do miecza, widziałeś kiedyś miecz jednosieczny? To już nie jest miecz - to może być szabla, tasak. Miecze są dwusieczne. Ogromny miecz - jak ogromny, jak flamberg np?
Jego wzrok padł na nadziany kolcami morgenstern. Z pawężą osłaniającą lewą stronę ciała, z morgnensternem w prawej odwrócił się ku przeciwnikowi i rzucił mu spojrzeniem wyzwanie.
A widziałeś kiedyś morgensterna nie nadzianego kolcami?
No ale przynajmniej pawęże wróciły do piechoty:)
Jak wygląda rzucone spojrzeniem wyzwanie? Mrugnął, wbił w niego wzrok i nie popuścił czy jak?
Ale po kolei - jego wzrok padł na... odwrócił się z pawężą i morgensternem. Niby opisujesz dokładnie a nie dajesz informacji, że chwycił tą nabitą kolcami pałę a z ziemi, bądź ze stojaka, podniósł pawęż.
Bo jeśli zwalił się na ziemię i nie puścił pawęży to czy puścił kopię?
Stanęli na przeciw siebie, dwaj mocarze, pochyleni nieco ku przodowi, krążąc to w lewo kilka kroków, to znów w prawo, ani na chwilę nie spuszczając z siebie wzroku.
Pominę fakt, że to brzmi komicznie ( de facto jak walka w Blade of Darkness) i zapytam; co się stało z końmi? Jeden powinien wierzgać i kwiczeć, ewentualnie podnieść się z ziemi i odkuśtykać z pola walki a drugi winien być odprawiony klepnięciem w zad. Znikły?
Postąpił kilka kroków naprzód, wziął zamach i uderzył ze wszech sił. Jego morgenstern gruchnął z pełną mocą w pawęż Białego Jednorożca. Kapenrockiem aż odrzuciło, ustał jednak i sam zaatakował. Z identycznym skutkiem. Każdy uderzył jeszcze dwukrotnie, po czym obaj odskoczyli na bezpieczną odległość i na powrót jęli krążyć, niczym dwa psy walczące o jedną kość, nie uderzające jednak, mierzące z oddali siły tego drugiego.
Walka, kwintesencja opowieści o rycerzach, bo wszak rycerze nic innego nie robią ino się łupią po czerpach, powinna być opisana na tyle żywo i wiarygodnie by strudzony długimi opisami, czytelnik miał chwilę wytchnienia.
Jego morgenstern gruchnął - "jego" daje złudzenie że morgenstern sam gruchnął z pełną mocą.
Każdy uderzył jeszcze dwukrotnie - zabijasz tą walkę takimi stwierdzeniami.
niczym dwa psy walczące o jedną kość, nie uderzające jednak, mierzące z oddali siły tego drugiego
niczym dwaj rycerze chcący się pozabijać! no i nie uderzające psy?
Sapanie słychać było z daleka.
Czyli skąd? Spod gór? Czy może sapanie rycerzy było słychać z daleka?
Kapenrock sapnął głośniej i tym razem to on naskoczył pierwszy.
Kto sapnie głośniej i głośniej niż co? Niż sapanie z daleka?
Jak wprzódy zadali po trzy ciosy i odskoczyli w tył.
A wprzódy to nie zadali aby po dwa ciosy?
Walka przedłużała się. Tłum milczał jak zaklęty.
Brakło pomysłów na scenariusz walki?
Po blisko kwadransie naskakiwania i odskakiwania łańcuch duchamphsowego morgensterna zerwał się z trzonka i wraz z głownią odfrunął daleko w bok.
Uf, chyba muszę podręczniki odświeżyć. Skąd u morgensterna łańcuch i głownia? Łańcuch przeboleję, mogło Ci chodzić o kiścień ale głownia funkcjonuje chyba raczej (lepiej się zabezpieczę bo pawęż mnie zaskoczył) z mieczem.
No i ten łańcuch zerwał się bo naskakiwali i odskakiwali? Nie walili się tym sprzętem wszędzie gdzie tylko popadnie?

Zerkając na siebie spode łbów jęli przebierać w bogactwie zebranego tam żelaza.
Bogactwo zebranego tam żelaza, tj, że np brony i kowadło też tam było?
Jak czytam ten fragment to jak żywo staje mi przed oczyma fragment filmu; "Hot Shots 2" i Charlie Sheen jako tajski bokser maczający pięści w cukierkach.
Po czym ponownie stanęli naprzeciw siebie, tym razem w dłoniach dzierżąc sierdziste topory.
I jak wprzódy, znów poczęli krążyć, podejmując taniec w przerwanym momencie.
I jak wprzódy brak pomysłu na walkę? Po dwa razy, może trzy...
Podejmując taniec - niszczysz tych dwóch rycerzy na każdym kroku i robisz z nich nieudolnych tancerzyków, dwa kroki w lewo, trzy w prawo, doskok i wymiana po dwa uderzenia...
Z życiem chłopie, z życiem.
Kapenrock uczynił zamach i ciął strasznie, Duchamphse przyjął jednak jego topór na pawęż, i choć ta powyginana była już w wielu miejscach i mało pawęż przypominała, to jednak wytrzymała i tym razem. W odpowiedzi Duchamphse uczynił to samo z tą należącą do Kapenrocka. I znów jęli krążyć, sapiąc z wysiłku i zacietrzewienia.
Pogubiłem się, szczerze. O co tu chodzi? Uczynił to samo z tą należącą do Kapenrocka - tzn co zrobił? Przeczytaj uważnie fragment wyżej i powiedz co niby z tą pawężą, mało przypominającą pawęż, zrobił?
Tłum począł się niecierpliwić.
Spontaniczna i bardzo na miejscu, reakcja.
Jednak rycerze nie widzieli i nie słyszeli nic poza własnym światem, w którym tylko jeden z nich miał niebawem odejść z tego miejsca żywym.
Po jakiemu to jest?
Dla tłumu ich taniec wydał się dziwnym, krzyki więc i gwizdy wzmogły się. Na swym podwyższeniu jął także niecierpliwie oglądać się na szarzejące niebo hrabia.
A co ma piernik do wiatraka? Tłum na dziwny taniec a hrabia na szarzejące niebo.

częścią ostrza w górny skraj opuszczonej pawęży, częścią zaś w lewą płytę napierśnika.
Części ostrza? Podzieliło się ostrze na części?
Tamten zaś zbliżył się powoli i stanął ponad nim w rozkroku....Przybrał więc lepszą, pewniejszą pozycję,
Jaką?

W takiej pozie zamarł na chwilę w bezruchu... opuścił głowę i tak zamarł w bezruchu, obok rzuconej byle jak pawęży.
Jeden z pachołków przytknął opuszki palców do szyi rycerza, potrzymał chwilę, po czym pokiwał w milczeniu głową. Nikt nie zapytał o więcej.
Prędzej lusterko do ust.

Podaltenburskie błonia pustoszały długo, dopóki było jeszcze co oglądać.
Pierwsi poczęli uchodzić w kierunku bram miasta natychmiast po zakończeniu walki.
A drudzy?

Odgłosy uczty słychać było daleko.
Zaraz zacznę twierdzić, że masz bardzo ubogi słownik.
W czterech altenburskich gospodach nie wraziłbyś igły,
Założysz się? I nie powiem Ci gdzie tą igłę bym wsadził, a na pewno nie tam gdzie kieruję tą małą aluzję.

C.D.N.
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Post autor: mirgon » pt, 17 paź 2008 17:24

kiwaczek pisze:
mirgon pisze:Po pierwsze mam ochotę Cię zamordować za przekręcenie mojego nicka, ale że to nie jest taki pierwszy wypadek to daruję.
Ooooo... Kolega agresywny... Kolega sobie pójdzie na siłkę, spacerek, basenik - no co tam szanownego kolegę relaksuje....
A Kolega tak z racji doświadczenia czy z urzędu?
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
kiwaczek
szuwarowo-bagienny
Posty: 5629
Rejestracja: śr, 08 cze 2005 21:54

Post autor: kiwaczek » pt, 17 paź 2008 17:29

A czy to ważne?

Istotne jest obniżanie poziomu agresji na Forum. Widać kolega ze swoim gołąbkiem się był minął, to żółć i frustracje na nas przelewa. A nieładnie, niegrzecznie i z forumokietą niezgodnie...
I'm the Zgredai Master!
Join us young apprentice!
Jestem z pokolenia 4PiP i jestem z tego dumny!

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Post autor: mirgon » pt, 17 paź 2008 17:57

Po odpowiedzi wnioskuję, że z urzędu...
A gdzie to Kolega, tą żółć i frustrację znalazł. Pytam bo ja no to z drugiej strony patrzę. A i jeszcze przelewam na Was.
Kolega wyjaśni (jak napiszę; jeśli łaska to będzie żółć czy frustracja? hm, nie napiszę) jeśli może, to pokiwam głową i nadstawię do skarcenia.
Co do mordowania, to jeśli bym tam wstawił dwukropek i nawias brzuszkiem w prawo to byłoby lepiej?
Dead man dance, dead man dance, stary...

Xiri
Nexus 6
Posty: 3386
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 17 paź 2008 19:04

mirgon pisze: A gdzie to Kolega, tą żółć i frustrację znalazł.
Podwójne ajjjjjjjjjj.

Po tak długim czasie bycia na tym forum wiem w końcu, o co chodziło wtedy z tymi gołąbkami przy powitaniach :]

Zablokowany