Woda w proszku

Moderator: RedAktorzy

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Woda w proszku

Post autor: Xiri » śr, 03 gru 2008 15:41

Przepustka: Ja, kretyn

A jednak coś wrzucę. To nie jest wspomniana w NZT bajka, lecz zupełnie inne, choć podobne do niej, opowiadanie. Z tamtym postanowiłam wstrzymać się na czas nieokreślony.

Byli zaskoczeni. I to jak jasna cholera. Najpierw dostrzegłem w ich oczach młodzieńczą nadzieję, która błyskawicznie przekształciła się w konsternację, gdy wrota śluzy transportera uchyliły się dokumentnie, a metalowy trap pacnął z brzękiem o przysypaną piachem płytę kosmodromu.
Nie tego się spodziewali.
Po pochylni ruszyłem jako pierwszy, bombardowany smutnymi spojrzeniami, jakbym, kurde, zmierzał na pogrzeb rzetelnego prezydenta, a nie jakąś poufną misję nie cierpiącą zwłoki. Piątka uzbrojonych podkomendnych ruszyła, kolumną, zaraz za mną, trzaskając buciorami o stalową nawierzchnię trapu. Nie oglądałem się do tyłu, by wiedzieć, że miny moich zwykle ekstrawertycznych chłopaków muszą stanowić wierne odzwierciedlenie ponurych masek kujonów obrzeżających keramzytową drogę. Pięknie. Witamy serdecznie żołnierzy słynnej drugiej drużyny trzeciego plutonu kompanii Vaduz! Niech wam słonko dziewiczej planety łaskawym będzie! Nareszcie jesteście!
A jednak...
Jeden z kitlowców, zbliżywszy się tak, jakbym był opancerzonym wilkołakiem, uścisnął mi dłoń.
- Doktor Jeremy Carter. Witamy na Atli, starszy sierżancie Skajnerze Rogfighter.
- Rogerze Skyfighter - wywaliłem na twarz pełen przekąsu uśmieszek, odwzajemniając uścisk. Zdawkowość? To nie dla mnie! - No cześć. Miło mi.
Stojący obok techniczny Forkis ledwo powstrzymał wybuch spontanicznego śmiechu, Dzieciak i Waligrucha byli nie dalsi od tego. Małż schylił niżej głowę, udając, że szuka czegoś intensywnie w walniętym na ziemię plecaku. Jedynie Sherman zdołał jakoś utrzymać na twarzy wyraz bezbrzeżnej obojętności.
Carter zmieszał się lekko. - Przepraszam. Najwyraźniej zostałem źle poinformowany...
- Dobra, nie szkodzi. Mógłbym porozmawiać z kierownikiem naukowym, Nestorem Bohulą? - Przetoczyłem spojrzeniem po doktorkach. - Bo chyba go tu nie ma.
- Nie, czeka w recepcji placówki. Proszę tędy.
Tędy oznaczało przebycie jak strzelił odległości trzystu metrów, dzielącą prywatną płytę kosmodromu od topornej bramy technogotyckiego kompleksu Inion Vertex.
Idąc, rozglądałem się wokół bez nadmiernej ciekawości. W sumie nie było czego oglądać: wieczorne niebo postnuklearnej barwy, kilka gwiazdek na wschodzie, dwa spore księżyce, sierp trzeciego, półpustynia ciągnąca się aż po horyzont, barchany, rosochate krzewy, opoki, gdzieniegdzie spękana, czerwona gleba, kilka piaskowych dróg wyżłobionych przez łyżki spychaczy, sztuczne zbiorniki czerpiące zasoby z wód podziemnych, akwedukty, kolektory kalibru fiuta King Konga, partacko zaparkowane maszyny, żuraw, skrzynie, kontenery, pojemniki. No i oczywiście odcinająca się krzykliwie od reszty planety tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka ogromnego kompleksu do badań militarno-biologicznych.
Tę ostatnią otaksowałem skrupulatnie okiem żołnierza. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Pracownicy nie wybiegali z budynków, wrzeszcząc obłąkańczo, nikt nie naparzał się ciężkim kalibrem z zombiakami, na horyzoncie nie wyrastały nuklearne grzyby, ruscy terroryści nie wysłały nam jeszcze żadnych ultimatów. Nie było skarżenia ani zabójczych wirusów - Forkis dokładnie przeskanował technomogramem obszar w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, ze skutkiem negatywnym. Nic. Czyściutko. Wiec na wuj komu był ten pośpiech?
W budynku administracji przywitano nas podobnie: dzieciakom najwidoczniej nie spodobały się prezenty przywiezione aż z innego systemu planetarnego. Nie było więc trywialnej ludzkiej życzliwości, ani miłych - choćby i zdawkowych - uśmiechów. Personel gapił się nachalnie na naszą szóstkę, zmierzającą za Carterem głównym, oświetlonym na błękit holem, jak na znienawidzoną we wszystkich instytucjach upierdliwą komisję kontrolą. Już czułem się jak u siebie w swojskich, domowych pieleszach!

Kierownik naukowy, Nestor Bohula, okazał się prawie taką istotą, jaką sobie wyobrażałem: leptosomik średniego wzrostu, pociągła twarz, otoczone dorzeczem zmarszczek, taksujące, niebieskie oczy osoby stale intensywnie nad czymś myślącej, wysokie czoło, pożałowania godna powaga. Jedynie bujna, brązowa, zadbana czupryna nie pasowała do schematycznego typu palanta laboranta.
Wyszedł nam na spotkanie, jak tylko przekroczyliśmy grodzie obszernego pomieszczenia recepcji, nie było więc studenckich kwadransów płynących w bezbrzeżnej irytacji. Nie w Inion Vertex, placówce znajdującej się pod auspicjami najbogatszej korporacji tej części Drogi Mlecznej.
Jak tylko odfajkowaliśmy zbędne wstępne ceregiele, a Carter wrócił do obowiązków, Bohula zapytał, zerkając ukradkiem na grodzie:
- Kiedy przybędą pozostali?
Nie musiałem zgrywać durnia, że go nie rozumiem.
- Korporacja obiecała nam, że wyśle pełen pluton dowództwa porucznika Dawida Lenarta - dodał, wzdychając z rezygnacją. - Rozumie pan, sierżancie... kogoś starszego, z doświadczeniem - dodał ostrożnie.
Szelesty z tyłu świadczyły, że moi ludzie musieli popatrzyć po sobie.
- A może od razu całą dywizję?! - rzekłem wesoło, lecz bez złośliwości. - Ja - skinąłem na chłopaków stojących bądź siedzących na torbach - Małż, Waligrucha, Sherman, Dzieciak i Forkis jesteśmy tu, by zbadać sytuację. Jeśli okaże się nieciekawa, sporządzimy raport i wówczas może pan spodziewać się wsparcia, o jakie pan prosił. - Oparłem pięści na biodrach, przetoczyłem spojrzeniem po połyskującym i gładkim jak tyłek mojej dziewczyny stropie. - Jednak nie dostrzegłem, jak na razie, żadnych komplikacji, przed jakimi nas przestrzegano.
- A przed czym pana przestrzegano na odprawie, sir? - zapytał kierownik z... obawą w głosie?
Splotłem ramiona na piersi i wzruszyłem nimi. - Podobno jakiś wariat groził rozwaleniem waszej łajby. Taki przynajmniej nasunął mi się wniosek, po wysłuchiwaniu nie trzymających się kupy informacji. Krążono, krążono, lecz ostatecznie nie zdradzono mi meritum problemu.
- Zaraz wszystko wyjaśnię, proszę za mną. Zostawcie bagrze tutaj, niebawem zostaną przeniesione do waszej kwatery. - Nestor zagadał do kogoś przez podręczny interkom, następnie przetarł czoło chusteczką: w pomieszczeniu było nazbyt ciepło.
- Chodźcie - rzuciłem chłopakom. Waligruszy wytrąciłem Playboya z rąk. - Weźcie sprzęt i broń.
Przeszliśmy na drugi koniec Działu Administracji, skąd zjechaliśmy elewatorem towarowym do podziemi, przez cały czas wysłuchując ciekawostek i istotnych szczegółów kierownika dotyczących placówki. Na minus drugim piętrze znajdował się rozbudowany Sektor Testowania Broni, który musieliśmy przebyć, by dostać się do Działu Badań Biologicznych.
- Dział Badań Biologicznych? - Dzieciak skamieniał, jak tknięty przekleństwem Meduzy. Wlepił spojrzenie w oszklony pokój po lewej, w którym okutani dokumentnie białymi kombinezonami naukowcy grzebali z saperską ostrożnością igłami w jakichś szalkach. Musieli robić coś naprawdę ważnego, skoro nie korzystali z pomocy robotów.
- Tak, zgadza się - odparł Bohula, używając skanera dermatoglifów do zatrzaśnięcia potężnych wierzei z karbonizowanej stali, oddzielających strefę laboratoryjną od magistrali, którą przybyliśmy. - Prawie jesteśmy na miejscu.
- Wujek! - Z bocznego korytarza wybiegła całkiem ładna dziewczynka, wywijając na lewo i prawo kucykiem złocistych włosów. Mogła mieć góra osiem lat.
Na jej widok kierownik stanął jak wryty, następnie omiótł oskarżycielskim spojrzeniem wysokiego, młodego technika okutanego cajgiem, który człapał za dzieckiem.
- Klaro, co ty tutaj robisz? - zapytał Bohula wyważonym tonem, kiedy dziewczynka przyssała się do jego kitla. - Nie wolno ci przebywać w tym miejscu, już to przerabialiśmy. Krzyśku, możesz mi wytłumaczyć, co się tu dzieje?
- Przepraszam, nie zorientowałem się, kiedy wyśliznęła się z pokoju... - zafrasował się technik.
- Czy to oni? - Puściwszy ubranie kierownika i poprawiwszy rozluźniony kucyk, Klara przeszła kilka kroków, mając utkwione w naszym oddziałku chłodne, ostrzegawcze spojrzenie młodego wilka, gotowego bronić swojego terytorium.
- Cześć, Klaro. - Wyciągnąłem okutaną rękawicą dłoń w jej kierunku. O dziwo wyciągnęła swoją, choć niechętnie.
- Nie dostaniecie go - rzekła z nienaturalną jak na jej wiek powagą, po czym cofnęła rękę.
- Słucham? - Przykucnąłem, tak, że prawie wzrostem zrównałem się z dzieckiem. - Czego nie dostaniemy?
- On przychodzi tylko do mnie - dodała cichutko.
Odgarnąwszy z twarzy dziewczynki złocisty kosmyk długiej grzywki, zerknąłem pytająco na kierownika. Kątem oka dostrzegłem, że Krzysztof zaciska zęby. Chłopaki mamrotały coś szeptem, z emfazą, za moimi plecami.
- Wystarczy, dziecko - bąknął ostrzej Bohula. - Jak już tu jesteś, to chodź.
Klara chwyciła doktora za rękę, jednak nie oderwała ode mnie enigmatycznego spojrzenia zielonych oczu. Podczas kilkuminutowego spacerku do centrum sektora, często zerkała w moim kierunku, jak i przyglądała się z niechęcią naszym pukawkom oraz wypchanym sprzętem plecakom, dźwiganym przez podkomendnych.
Dotarliśmy do sporego, metalowego pomieszczenia naszpikowanego grodziami prowadzącymi do dalszych meandrów ogromnej kondygnacji. Z wbudowanych w geometrię stropu i ścian ampli padał chłodny, plazmowy błękit, nie zabrakło również monotonnej bieli. Stukot butów przechodzących co chwilę przez pokój pracowników mieszał się z szumem zabezpieczonych sztangami wentylatorów i subtelnym buczeniem wewnątrz kolektorów lecących ponad głowami. Pierwotnie pomieszczenie musiało pełnić funkcję prowadzonej przez laików przeładowni, pomyślałem, bowiem dolne partie ścian, jak i posadzka, były wypaczone i porysowane od lemieszy ładowarek. Nie zabrakło także wypalonych na wylot dziur.
Doktor Jeremy Carter, którego spotkaliśmy na lądowisku, przeszedł przez automatyczne drzwi, lecz zanim dołączył do naszej dziewiątki, szepnął coś kierownikowi na stronie.
- Czyli nie jest tak źle - odpowiedział Nestor, wyraźnie czymś zmartwiony.
Zerknąłem na Shermana, starszy szeregowy bezradnie wzruszył ramionami i potrząsnął głową. Sytuacja stawała się coraz bardziej kuriozalna, zwłaszcza że mijany personel obdarowywał nas naprzemiennie zatroskanymi i rozbawionymi spojrzeniami. Przeczuwałem, że Nestor Bohula naumyślnie odwleka momentu wyjawienia nam jakiejś chorej prawdy. Banda zakompleksionych kunktatorów!
- O kurde, a co to takiego? - Wszyscy, jak jeden mąż, zerknęliśmy na Dzieciaka, który właśnie zainstalował się przy cokole stalowej kolumny, badając jej powierzchnię z pedantycznością zegarmistrza.
- Nie widzisz, ślepoto? Karby! - Waligrucha przykucnął obok.
- Takie głębokie? W karbonizowanej stali? W placówce genetycznej? - odburknął żołnierz.
- I to jest właśnie meritum problemu. - Nasza uwaga została skierowana na pocierającego kark kierownika naukowego. - Krzychu, zabierz dziewczynę do jej pokoju.
- Nigdzie nie idę! Zrobicie krzywdę Itusiowi! - pisnąwszy, Klara wyrwała się z uścisku wuja, by kilka oddechów później zniknąć za automatycznymi drzwiami, goniona przez nawołującego ją opiekuna.
- A mianowicie? - Powieki zwęziły mi się same, kiedy zerknąłem na Bohula.
- Testudo hermanni.
- Że co proszę? - wyrwało się Shermanowi.
- Panie doktorze, my jesteśmy prości żołnierze, więc proszę...
- Żółw grecki - poprawił Carter, zanim dokończyłem.
Z początku sądziłem, że koleś sobie żartuje, lecz przeczyły temu kamienne oblicza obu naukowców, jakby żywcem wzięte od posągów antycznych bogów.
- Żółw grecki? - Małżowi oczy niemalże wyskoczyły z orbit. Shermanowi mitralieza plazmowa prawie wypadła z rąk, kiedy opuścił je nisko.
- Żółw grecki - repetował Dzieciak, wstając. - Ja jebię, ale numer...
Waligrucha nie wytrzymał, buchnął spontanicznym śmiechem, lecz nie zaraził nikogo swoją wesołością.
- Żółw grecki... - Zaczepiłem wzrok na butach Forkisa i oblizałem wargi, zrobiłbym chętnie jeszcze tysiąc pięćset innych rzeczy, przed popatrzeniem naszemu zleceniodawcy w oczy. - Czy to jakiś chory żart, panie Bohula?!
- Sierżancie Skyfighter... Wiem, co pan sobie teraz myśli, jednak sytuacja jest naprawdę poważna. Tak, chodzi o zwierzę, konkretnie żółwia zmodyfikowanego genetycznie, o twardym jak korpus czołgu pancerzu, który uciekł nam z laboratorium i którego nie jesteśmy w stanie złapać, mimo iż próbowaliśmy już chyba wszystkiego, poza wsparciem armii.
- Wywołaliście nas z innego układu planetarnego, zmuszając do porzucania ważnego szkolenia, z powodu głupiego... żółwia?! - rzekłem głośniej, niż zamierzałem. Zorientowałem się, że nachylam się nad kierownikiem, jakbym miał go zaraz obsobaczyć na dobre.
- To nie jest zwykłe zwierzę! - Bohula również uniósł głos. - W tych budynkach prowadzone są poważne badania nad modyfikacją genotypów zwierząt pochodzenia ziemskiego, a wszystko dla dobra sił lądowych penetrujących nowe światy. Przyroda jest skarbnicą potencjałów, wystarczy tylko podkręcić parę proponowanych przez nią rozwiązań. Przeprowadzamy tu dość, że tak powiem, śmiałe, lecz przyszłościowe, eksperymenty. Poprawiamy błędy natury.
- To natura popełnia błędy? Niby od kiedy? Człowiek tylko popełnia błędy - rzucił z ironią Waligrucha. Doktor zignorował go.
- Latami modyfikowaliśmy geny Testudo hermanni, tak, by, jak najbardziej to możliwe, zwiększyć twardość plastronu i karapaksu oraz szybkość obiektu. To był największy projekt przy współpracy genetyków, biologów, bioników i cybernetyków od czasów powstania wielkiego zderzacza hadronów...
Bohula używał coraz bardziej ekstrawaganckich słów, że, przyznam bez ogródek, niewiele rozumiałem z tego naukowego bełkotu. Kątem oka dostrzegłem, jak Małż szturcha Waligruchę karabinem tempestowym.
- Ej, co to jest karapaks?
- Auuu! Nie wiem, kurde.
- Chyba skorupa, nie? - wtrącił Dzieciak.
- A plastron? - dopytywał się dalej Małż, znów szturchając irytującego się coraz bardziej kompana.
- Odwal się, nie jestem jajogłowym! Zapytaj tego tam w szlafroku.
- Plastron to na stówę taki kwadracik na skorupie, na plecach żółwia - odparł Forkis poważnie.
- Na grzbiecie, idioto - syknął Sherman. Skinął głową ku kierownikowi.
- No dobrze, zatem jak wygląda sytuacja - udało mi się przerwać erudycję doktorka, kiedy ten przystanął dla zaczerpnięcia oddechu.
Usłyszeliśmy tak potworny wrzask, jakby golas wpadł do ogniska.
Chłopaki bez namysłu utworzyli kordon wokół obu cywilów, ich oblicza stały się niesłychanie poważne, zaklekotały repetowane bronie. Ha! Dobrze młodych wyszkoliłem! Sam przywarłem plecami do ściany obok grodzi, skąd dochodził wrzask, przytulając fibiusa do piersi.
- IIIIIIIIIIDZIEEEEEEEEEEEE!!!
To, co się później stało, trudno opisać słowami - trzeba coś takiego po prostu samemu zobaczyć i zdębieć w następnej kolejności.
Zanim wrzaskliwe anonsowanie dobiegło końca, wszystkie doktorki, akurat przechodzące przez pomieszczenie, powskakiwały na metalowe pojemniki i skrzynie poustawiane byle jak na uboczu. Jeden koleś podskoczył nawet do góry i chwycił się nogami i rękoma hydrokolektora, pozwalając, by kitel zawisł mu niczym lekarski parawan w przychodni.
Popadliśmy w stupor, my, wyszkoleni wojownicy, których nic w życiu, jak i poza nim, nie powinno już zaskoczyć.
Przez pomieszczenie przeleciał z impetem pieprzony mały odrzutowiec, wybijając niewielkie wejście w jednej ścianie, tuż nad podłożem, a ułamek sekundy później czyniąc to samo w przeciwnej. Na posadzce pozostały jarzące się ogniście zadrapania, które wystygły w przeciągu paru oddechów. W moje nozdrza uderzył specyficzny zapach sfajczonej keratyny, jaki czuć przy przypalaniu włosa zapałką.
Zbaraniałem, nie mniej niż chłopaki z oddziałku. Shermanowi tym razem mitralieza plazmowa rzeczywiście wysunęła się z rąk i brzęknęła głucho, uderzywszy o stalową kratownicę. Zaległą cmentarną ciszę przez kilka chwil zakłócał jedynie szum wentylatorów i przyśpieszone oddechy ludzi, którzy z obawą kładli stopy na podłoże, jakby miało ono temperaturę piekła.
- Na kutasa Leonidasa... - rzekł Małż ciut za głośno.
- Widzieliście?! - Ciągle klęcząc w pozycji bojowej, Forkis pukał zamaszyście palcem w analizator bioskanera broni. - Zepsuło się czy jak?
- Mam to samo - Dzieciak odparł z nutką groźby w głosie. - Żadnych odczytów, jakbyśmy wszyscy doświadczyli zbiorowej halucynacji.
- Halucynacji? - Małż ruszył energicznym krokiem w stronę świeżutkiej dziury o lekko podtopionych krawędziach. Przystanąwszy w znacznej odległości od niej, stanowczo wskazał ją palcem. - Właśnie przeleciała przez pokój jakaś jebana, płonąca torpeda o twardości kilku diamentów, a nasze czujniki niczego nie wykryły! Ani maszyny, ani zwierzęcia! Kiedy dysponujemy najlepszym sprzętem w Galaktyce!
- Korporacja płaci nam grube pieniądze, byśmy stworzyli jeszcze doskonalsze bronie i technologie, jak najbardziej wydajne i niezawodne. Nie dziwcie się więc, że wasz sprzęt nie zidentyfikował wzorca genomu Iti, który jest na razie jedyny w swoim rodzaju.
W szóstkę zerknęliśmy na Nestora, który, westchnąwszy w zakłopotaniu, podszedł do najbliższego nowopowstałego zadrapania i przeleciał po nim podeszwą buta. Stanąłem po lewej stronie doktora, omiotłem spojrzeniem świeżo wydrążone dziury w ścianach. Lemiesze ładowarek właśnie zostały wykluczone z gry.
- To zdarza się czasem nawet kilka razy dziennie - zagaił Nestor, posyłając mi, niedowiarkowi, triumfalny uśmiech. - Lecz są takie dni, że Iti nie objawia swojej obecności. Siedzi w ciemnych zakamarkach - których w Inion Vertex tyle jest, co mrówek w mrowisku - zamknięty w skorupie, podczas gdy cały personel pracuje nerwowo, jakby siedział na jeżu, obawiając się, że to jest właśnie ten dzień, w którym zostanie uszkodzony główny reaktor. Bo skąd mamy mieć pewność, dokąd ta mała, twarda cholera uda się w następnej kolejności? A nie możemy opuścić obiektu, dopóki komisja śledcza, czyli wy, nie zbada sytuacji i nie potwierdzi zagrożenia na poziomie kodu żółtego.
- Iti... Tak go nazwaliście?
- Tak go nazwała moja siostrzenica. - Spoważniał. - Musicie go jakoś złapać. Od kilku tygodni nie opuszcza sektora badawczego, lecz nie powstrzymają go nawet metrowej grubości śluzy separujące poszczególne Działy. - Doktor wskazał ręką grodź. - W sąsiedztwie znajduje się siłownia, jeśli Iti przygrzmoci w generator, albo, nie daj Boże, w któryś rdzeń reaktora, niewykluczone, że nawet sam reaktor, cała placówka może wylecieć w powietrze. Musicie coś z tym zrobić, odnieść sukces tam, gdzie inni zawiedli.
- To znaczy, że ktoś już siedział w tym bajzlu przed nami? - Zabrzmiało to tak, jakbym mówił o zmasakrowanej armii, której byliśmy spóźnionym wsparciem. Myśląc o malutkim żółwiku, poczułem się jak bezdenny idiota.
- Na początku sami próbowaliśmy go schwytać, potem musieliśmy poprosić o pomoc ochronę Inion Vertex. Kiedy i ci nie podołali niby tak prostemu zadaniu, zaczęliśmy ściągać z kosmosu weterynarzy, biologów i przyrodników. Nawet najemników. Ci ostatni odlatują dzisiaj, teraz powinni siedzieć w kantynie i oblewać swoje niepowodzenie.
Ostatnie słowa doktora bynajmniej nie zabrzmiały jak żart - raczej jak hiobowe oznajmienie.
Zanim wzięliśmy się do roboty, również udaliśmy się do kantyny, by skosztować wreszcie normalnego, nie cuchnącego folią i gipsem posiłku, popić go aromatycznym piwem, jak i zaczerpnąć nieco informacji od kapitulantów.
Najemnicy siedzieli przy sąsiednim, chromowanym stoliku, rozmawiając przyciszonymi głosami. Wyglądali na prawdziwych twardzieli: kose spojrzenia, marsy na czołach, kozackie fryzury, tatuaże, kevlarowe natorśniki, karwasze, płytki chroniące stawy, toporne gnaty jak u ciężkozbrojnych zawodowych piechurów, porozkładany na blacie najlepszy, mobilny sprzęt skanujący. Jeden z nich miał akurat zdjętego buta i masował stopę; dostrzegłem tuż powyżej kostki ślady po kleju molekularnym, który nakłada się wyłącznie do zasklepiania poważniejszych ran. Czyżby nasz niesforny Ituś tak go urządził? Jak tylko zajęliśmy miejsca, bojówkarze omietli nas powłóczystymi, wymownymi spojrzeniami. Dogadaliśmy się bez słów.
- Powodzenia, kowboje - klepnął mnie w ramię lider grupki sposobiącej się do wyjścia, przechodząc obok krzesła. Skinąłem mu głową. Poczułem w sercu irracjonalny niepokój. Kurde jego mać, Roger, wyluzuj! To tylko żółw, których dziesiątki zżarłeś od urodzenia!
Kwadrans później byliśmy już na miejscu, gdzie doszło do ostatniej akcji skorupiastego, która wystarczyła, by poważnych intelektualistów roznieść w sekundach na lewo i prawo, nawet do góry. Istne szaleństwo do sześcianu. Opróżniliśmy sektor z pracowników, udało nam się wyperswadować im, by na kilka godzin zaniechali badań, przynajmniej oszacowaliśmy, że tyle czasu powinno zająć nam uporanie się z problemem. Z przyzwyczajenia nabytego przy wykonywaniu podobnych akcji, kazaliśmy technikom zamknąć wszystkie grodzie, uszczelniliśmy cały rejon jak przy kontaminacji czy kwarantannie.
No i się zaczęło żołnierskie utyskiwanie...
- Zawsze to samo. - Jak zwykle ciekawą wymianę zdań zagaił Waligrucha. Nie mogłem się nie uśmiechnąć pod nosem, kalibrując minidetektor ruchu. - Zawsze, kwa mać, to samo! Kitlonosze robią pierdolnik, a my musimy po nich sprzątać! Jak nie wirusy, to zbuntowane, zboczone androidy, jak nie zbuntowane, zboczone androidy, to cholerne żółwie z napędem turbowentylatorowym w dupie, skorupą twardą jak cyc laski przed okresem i wiertłami zamiast pazurów!
Małż wzruszył ramionami.
- Taki już nasz los, co poradzić? Nikt ci nie zaprosi żołnierzy na zakrapianą imprezę, lecz dopiero na końcówkę, jak wszyscy leżą pod stołem utytłani wymiocinami. W pewnym sensie jesteśmy śmieciarzami, cmentarnymi hienami.
- Taaa - ciągnął Waligrucha. - Gdyby ogłoszono konkurs na najbardziej debilną branżę, to jajowate głowy zajęłyby pierwsze trzy miejsca.
Forkis uśmiechnął się.
- Gdyby nie jajowate głowy, miałbyś do dyspozycji jedynie swojego mikroskopijnego gnata.
Małż zaczął rechotać.
- Przesadzacie - bąknął Sherman, segregując wespół z Dzieciak ampułki ze środkiem usypiającym. - Zobaczycie, że i ta robota pójdzie nam raz dwa!
- Już to widzę - prychnął Waligrucha.
Nie przysłuchiwałem się dalszej wymianie zdań, pozwoliłem sobie na chwilę rozluźnienia i zatopiłem się we własnych myślach.
Żółw. Hmmm...
Jak złapać żółwia?
Po prostu idziesz na plażę i wybierasz jaja lub robisz przybrzeżną łapankę, jeśli chcesz zdobyć młodziutkie osobniki. Jeśli natomiast zależy ci na starszych, bierzesz nukloindektor, smyrgasz w dzicz, namierzasz, zbierasz, wrzucasz do wiaderka i łala. Nawet kropli potu. Dwutonowe kolubryny możesz sobie załadować dźwigiem na przyczepę. Ewentualnie idziesz do sklepu zoologicznego, jeśli jesteś leniwy, albo na żebry do laboratorium. Objęte niegdyś ochroną żółwie lądowe z czasem stały się gatunkami równie licznymi co karaluchy i szczury, że wykluczono ich z wszystkich intergalaktycznych Dyrektyw, więc hulaj dusza. No ale co zrobić, jeśli twój zmodyfikowany przez bandę zajobów turbogadzior kładzie ogień na tłoki, przez co zahacza o prędkość świetlną i przebija ściany grube niczym biceps dresa?
- Wszystko gotowe. - Forkis puknął mnie w plecy, następnie podał do ręki nukloindektor.
Wstawszy, ustawiłem urządzenie na wykrywanie materiału genetycznego Testudo hermanni w promieniu kilometra - aktualizacja nowo odkrytych i opisanych taksonów odbywała się co kilka godzin, drogą portacji informacji za pomocą satelitów. Na kwarcowym skanerze zaczęły pykać zbite w grupkę, zielone kropki oznaczające "normalne" obiekty doświadczalne z pobliskiego laboratorium. Nie było wśród nich jednak naszego Speedy Gonzalesa.
"Lokalizacja nie została dokonana: nie znaleziono obiektu spełniającego kryteria".
Bohula uprzedzał, że zawsze skuteczny przy penetracji nukloindektor tym razem na niewiele się przyda, dlatego udostępnił nam na poufnym serwerze placówki elektroniczny zapis genetycznego wzorca Iti. Niestety nic to nie dało. Urządzenia skanujące nadal nie mogły uchwycić obiektu, jakby nasz turbogadzior był stale mutującym wirusem.
Jak zatem złapać takiego żółwia?
Doktor Jeremy Carter przesłał do mojego elektronika mapkę, na której zaznaczył kreskami jego marszrutę, iksami nakreślił natomiast miejsca, w których prawdopodobnie ucinał sobie drzemkę. Kolejny gadżet był jednak wart, by go o kant tyłka rozbić: Iti łaził sobie, gdzie mu się iście podobało, że na podstawie jego dotychczasowych wędrówek kompletnie nie dało się wyciągnąć żadnych wniosków.
Spróbowaliśmy zwykle skutecznego bajeru z żywnością i pułapką, którą miał być środek usypiający, rozpylany kierunkowo z czterech przyczepionych do podłoża krążków podobnych do min przeciwpancernych. Obok ustawiliśmy czułe kamery. Gaz wydobywał się w chwili naruszenia strefy zero, obejmującej promień kilku metrów od pryzmy składającej się z jajka na twardo, liści sałaty, krojonego jabłka i gotowanej marchewki.
Ukryliśmy się między skrzyniami w pobliżu grodzi.
Minęła godzina. I nic. Po piątej siedzieliśmy już jak na jeżozwierzach, w dodatku Bohula zaczął dopytywać się przez interkom o postępy w naszej arcytrudnej misji; laboranci pluli się, że chcieliby kontynuować ustawiczne badania, bowiem z powodu obławy stanęła trzecia część Inion Vertex. Aż głupio było się przyznawać. Ledwo udało mi się dogadać z kierownikiem, by przedłużył nam czas o pełną atlańską dobę.
Nocą czuwaliśmy na zmianę. Następnego dnia znudzonym, niewidzącym sensu w tej robocie podkomendnym zaczęło pomału odpierdalać: marudzili, sarkali, wiercili się, łazili po korytarzach, hałasując i psując wszystko. Ech, kiepscy byliby z nich snajperzy...
Po tym, jak Waligruszy po raz trzeci wykopałem Playboya z rąk, doznałem nagłego olśnienia. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami czytałem, iż żółwie są w stanie głodować przez wiele miesięcy, ponoć nawet kilka lat. Niemal zmartwiłem się tym faktem, myśląc o nadaremnie zmitrężonym czasie, kiedy uzmysłowiłem sobie, że przecież Iti nie jest żółwiem, lecz turbogadziorem muszącym zużywać ogromne ilości energii na tak potwornie wysoki metabolizm. Nie mogło być inaczej. Kurde, skąd znam tak trudne słowa?
Tak jak przewidziałem, Iti faktycznie się pojawił, dosłownie moment przed tym, nim Dzieciak i Forkis wstali ze skrzyń, chcąc zabrać się za rozbieranie zasadzki. Przeciął pokój z szybkością nierejestrowalną dla ludzkiego oka... jak i czułej, wojskowej kamery. Usypiający gaz zaczął wydobywać się z rozpylaczy dopiero w chwili, gdy obiekt opuścił pomieszczenie, wybiwszy skorupą w ścianie kolejną mysią dziurę. Znana mi fizyka pieprznęła właśnie na łeb na szyję. Może zacznę wierzyć także we wróżki?
Małż oczyścił neutralizatorem strefę zero w kilka sekund, unieszkodliwiając gaz. Kiedy zabrałem się za odtwarzanie filmiku w zwolnionym, klatkowym tempie, widziałem jedynie srebrno-brązowy, rozmazany kształt, zupełnie jakbym fotografował szybko jadący samochód w czasach dwudziestowiecznych, cyfrowych aparatów. Sprytna łachudra zabrała jabłko. Podświadomie słyszałem jej kostyczny śmiech, dochodzący gdzieś z głębszej części kompleksu. Po raz pierwszy w życiu nie podobało mi się, że jestem żołnierzem, miałem tego wszystkiego serdecznie dosyć.
Skaner odpadł. Gaz odpadł. Przynęta odpadła. Paralizatorem jonowym nadświetlnego gnojstwa i tak nie dałoby się uziemić. Co nam jeszcze zostało? Cip, cip, kici, kici? Gdzie jesteście, moje śliczności, pokażcie się, a zrobimy z twojego żywota jesień średniowiecza? Niemożebnie ciężki kaliber, nawet jak dla zawodowców...
W ciągu dwóch kolejnych dni, w których musiałem palić głupa przed kierownikiem, że wszystko znajduje się pod całkowitą kontrolą, tylko potrzebujemy odrobinę więcej czasu, Iti pojawił się wiele razy, bezczelnie smyrgając nam koło butów. Siedzieliśmy nonszalancko rozwaleni pod ścianą, z posępnymi minami, podpierając sobie głowy, kiedy zwierzę biegało w tę i we w tę, tworząc silne, cuchnące odczynnikami laboratoryjnymi podmuchy. Raz omal nie pozbawił pionu Shermana, przelatując między jego nogami, gdy naszła go wielka ochota do penetracji sąsiedniego korytarza.
A potem biegaliśmy jak debile po całym Dziale, niczym małolaty szukające wielkanocnych jajek zaglądając we wszystkie ciemne zakamarki.
Wieczorem daliśmy sobie spokój. Ku wielkiemu rozczarowaniu i smutkowi kierownika - jakże nie mógł być zafrasowany, skoro nawalili wojacy, ostatnia nadzieja placówki? - wyznałem mu rzetelną prawdę, streszczając przebieg całej "akcji". Wróciliśmy do punktu zero, niemniej zniecierpliwiony personel mógł w końcu kontynuować swoje kuriozalne badania nad cholera wie czym. Ciężkie grodzie ponownie poszły w górę.
Resztę wieczoru spędziliśmy w kantynie, golnęliśmy sobie na spółę z jednej Starki... no może czterech, dzięki czemu posępność zrodzona ze sromotnej klęski szybko przekształciła się w bezdenną wesołość. Jakiś czas później odesłałem chłopaków do łóżek, by wreszcie porządnie się wyspali. Sam natomiast, trzymając ręce w kieszeniach, czasem pogwizdując, przechadzałem się samotnie po oświetlonych słabym, błękitnym światłem podsektorach Działu Badawczego, skąd przeszedłem oszkloną magistralą do Sektora Technicznego: otrzymawszy przepustkę od szefa ochrony, postanowiłem rzucić okiem na ten nieszczęsny reaktor. Dudnienie w kolektorach, przytłumione jazgoty ustawicznie pracujących maszyn, świsty elewatorów kursujących w podziemiu i szum wirników wentylacji nie jednego mogłoby doprowadzić do stanu, w którym chciało się wyskoczyć z własnej skóry, zwłaszcza że w pustych korytarzach i ogromnych halach pełnych maszynerii kręciło się o tej porze niewielu pracowników.
Ku memu zaskoczeniu, wrota do monumentalnego pomieszczenia z niebotycznym reaktorem zastałem otwarte. Poczułem w sercu namiastkę atawistycznego niepokoju, instynkt żołnierski zadziałał automatycznie: przywarłem do ściany i wyciągnąłem z kabury przepisowy pistolet. Łypnąłem okiem za węgieł.
Wymoszczona najdoskonalszymi stopami metalu hala miała cylindryczny kształt, nieoświetlony pułap tonął w mroku, wśród promieniście ułożonych belek, sterczących ukosem. Ze znacznie niżej znajdujących się prowadnic zwisało sporo łańcuchów klekoczących sugestywnie w przeciągu. Sam reaktor znajdował się pośrodku pomieszczenia, w sporej wnęce otoczonej piętrami kolistych platform i drabin konserwacyjnych. Przypominał olbrzymie, podświetlone seledynem jajo okutane sześciennymi płytkami o kształtach plastrów miodu. Otaczało go kilka prętów reaktorów zabezpieczonych stojanami. W powietrzu lewitowały hurmy wyglądających jak rozwielitki robocików naprawczych, z przezroczystych odwłoków wydobywały się pomarańczowe światełka, nadające otoczeniu ognistej, hutniczej barwy. Doprawdy całość tworzyła niesamowity widok, prawdziwie industrialny.
Jednak największym zaskoczeniem okazała się malutka, przykucnięta postać, szukająca coś zawzięcie pomiędzy dwoma kontenerami.
Gdybym nie miał do perfekcji opanowanej autokontroli, strzeliłbym do ręki, która opadła mi na ramię kilka oddechów po tym, jak zacząłem kroczyć ostrożnie ku tajemniczemu człowieczkowi.
- Ciiii. - Krzysztof przyłożył palec do warg. Kompletnie nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi, póki nie przykucnęliśmy za rogiem dyspozytorni i techniczny nie skinął ku nieznajomemu.
To była Klara.
A przy rąbku jej sukienki balansował Iti na swoich rachitycznych nóżkach, beztrosko wcinając po żółwiemu sałatę.
Żuchwa omal nie spadła mi na posadzkę i nie spierniczyła za węgieł.
Turbogadzior kształtem wyglądał jak normalny żółw, jedynie jego skóra, karapaks i plastron (hehe, zapamiętałem) opalizowały srebrem, jakby zwierzę zostało wykąpane w rtęci. Dziewczynka wyglądała na spokojną i rozluźnioną, uśmiechała się i szeptała coś do zwierzaka, który, zjadłszy liść sałaty, zabrał się za chrupanie rzodkiewki.
Do hali wpadł z impetem zaskoczony doktor Bohula, a razem z nim kilku konserwatorów poziomu. Sekundy później do gromadki dołączył zdyszany Carter.
Wstaliśmy z przykucu; przestraszona Klara omal nie zaliczyła gleby.
Chwyciwszy żółwia rękoma, przywarła plecami do karbowanej blachy kontenera. Jej przepełnione iskierkami irytacji oczy, teraz wlepione w pąsowiejącego ze złości wuja, ciskały gromy. Przygryzła wargi. Również zaczęła dyszeć, jakby przebiegła sprintem pół placówki. Żółw dokumentnie schował się w skorupie.
- Klaro, na litość boską, co ci strzeliło do głowy! Tu nie wolno wchodzić nawet naukowcom! - Kierownik wykonał kilka zamaszystych kroków. Małolata pisnęła z niezadowoleniem, przytuliła żółwia do piersi i, naburmuszona, obróciła się do wszystkich bokiem.
- Przyszedł do mnie, nie oddam go. - Rzekłszy to, ponownie stanęła do nas twarzą, jakby w sekundzie nabrała wystarczającej odwagi, by przeciwstawić się niezrozumiałemu światu dorosłych. - Przyszedł do mnie. Nie zasługujecie na niego. Tylko ja znałam sposób...
- Dziecko - Bohul odsapnął, wyminąwszy mnie i Krzysztofa, przystanął kilka metrów od dziewczynki. - To nie jest zwykły żółw, lecz dość niebezpieczny eksperyment, którego potrzebujemy, by stworzyć kolejne, lepsze i doskonalsze prototypy.
- Prototypy?! A więc tak to nazywacie! - Klara naparła silniej na blachę, choć stryj nie był tyranozaurem.
- Sir, chcieliśmy ci... - do hali wpadli kolejni uczestnicy nocnej robinsonady: Sherman i Dzieciak. Jakby, nawalone bałwany, nie mogły zagaić do mnie przez komunikator. Cokolwiek chcieli oznajmić, przepadło zapomniane, bowiem popadli w stupor, ledwo przekroczywszy próg i ujrzawszy, co Klara trzyma w rękach.
Uśmiechnąłem się, unosząc brwi. No właśnie, chłopcy, mała dziewczynka użyła tak oczywistego fortelu na schwytanie stworzenia, na jaki nie wpadła banda dorosłych, wyuczonych, wysportowanych zakapiorów.
- Klaro, bo załatwimy to inaczej! - Przez zaległą na moment nad mym umysłem myślową mgiełkę przebił się dobitny tembr kierownika.
Podszedłem do dziewczynki, oparłem rękę jej na karku i zmusiłem, by oderwała się od kontenera. Zwróciłem się do Bohula:
- Daj pan spokój. Proszę tylko popatrzyć, czyż to nie jest urzekający widok? Czy dziecko prosi o tak wiele? Zostaw pan dzieciakowi tego Destrukto heroin.
- Zwariowaliście, sierżancie Skyfighter?! Czy zdaje pan sobie sprawę, o co pan prosi?! To tak, jakby dawać oseskowi sztylet do ręki! Toż to...
- Nie wydaje mi się - odparłem ciepło. Spostrzegłem, że żółwik zaczyna powolutku wychylać rozkoszny łepek ze skorupy. I wyjechałem, ja, prosty żołnierz, z filozoficzną erudycją, jak tknięty ręką Sokratesa (nie, nie, nie wypiłem za dużo!): Wciąż dążymy do niemożliwego, staramy się osiągnąć tak wiele, najbardziej wyszukanymi metodami. Jednak zapominamy o podstawach - spojrzenie moje i uśmiechniętej Klary skrzyżowały się - o tym, że świat tak naprawdę nie składa się z rzeczy skomplikowanych, lecz prostych trybików scalonych w jeden ogromny tryb. Oddalamy się... rozpraszamy... niczym składowe wszechświata, nasz żywot staje się pusty i zimny. Warto więc czasem się zatrzymać, popatrzyć na otoczenie oczyma dziecka, odrzucić broń i probówkę wpizdu.
Na ustach technicznego Krzyśka wykwitł drobny, porozumiewawczy uśmieszek. Z kolei milczący przez cały ten czas konserwatorzy lampili się na mnie jak na Matkę Teresę. Kierownik naukowy stał się natomiast zlepkiem wszystkich skrajnych odczuć, co ewidentnie odmalowywało się na jego bladawym obliczu.
Chyba mi odbiło (nie, nie, powtarzam raz jeszcze: to nie z powodu wódki!), w sumie nie miałem pojęcia, co mną kieruje, po co w ogóle to robię, skoro nasza sprawa na tej powalonej planecie praktycznie została już zamknięta. Ku memu miłemu zaskoczeniu, podkomendni stanęli po bokach, teraz zadowolonej jak jasna choinka, Klary. Sherman zaczął robić do kierownika infantylne, błagalne miny. Za to kochałem moich chłopaków!
Spektakl okazał się skuteczny, bowiem, po wyjątkowo długim jak na ścisły umysł namyśle, doktor westchnął, pokonany.
- No dobra. Zwierzak jest twój - bąknął, po czym niedbale machnął ręką.
- Zatem po sprawie - klepnąłem dziewczynkę w ramię, pochyliwszy się nieco.
- Dzięki! - Stanęła na palcach i cmoknęła mnie w policzek.
Kierownik rozchichotał się szczerze, chyba jak jeszcze nigdy w życiu. I całkiem miły był to widok.
Zgrają zaczęliśmy powoli opuszczać pomieszczenie.
- Patrz, co narobiłaś, ty wstrętna gadzino! - Pogilgotałem skwapliwego do pieszczot gada po fałdach podgardla.
Tak oto, poruczniku Dawidzie Lenarcie, misja drugiej drużyny trzeciego plutonu kompanii Vaduz została ostatecznie skompletowana. Skajner Rogfighter pozdrawia zabłoconych szkoleniowców.

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » śr, 03 gru 2008 20:34

Wybacz Xiri, dotarłam do tego zdania:
W sumie nie było czego oglądać: wieczorne niebo postnuklearnej barwy, kilka gwiazdek na wschodzie, dwa spore księżyce, sierp trzeciego, półpustynia ciągnąca się aż po horyzont, barchany, rosochate krzewy, opoki, gdzieniegdzie spękana, czerwona gleba, kilka piaskowych dróg wyżłobionych przez łyżki spychaczy, sztuczne zbiorniki czerpiące zasoby z wód podziemnych, akwedukty, kolektory kalibru fiuta King Konga, partacko zaparkowane maszyny, żuraw, skrzynie, kontenery, pojemniki. No i oczywiście odcinająca się krzykliwie od reszty planety tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka ogromnego kompleksu do badań militarno-biologicznych
jednego zdania. Żeby je pojąć musiałam przeczytac na głos, żeby przeczytać, prawie się udusiłam, by zrobić to na jednym wdechu. Wszak kropka kończąca to zdanie znajdowała się na końcu 4 linijki.

W rzeczywistości masz rację. Nie było czego oglądać. Nadopisowość mnie skutecznie zniechęciła.
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
BlackHeart
Pćma
Posty: 224
Rejestracja: sob, 01 gru 2007 08:48

Post autor: BlackHeart » czw, 04 gru 2008 14:02

Nadopisów rzeczywiście sporo, ale ja nie o tym chciałem. Nie chodzi mi też o literówki, których kilka można się dopatrzyć w tekście. O przecinkach i inszych ogonkach też nie będę gadał.

Największą bolączką podczas czytania tego opowiadania jest słownictwo. Xiri, podstawową funkcją języka jest komunikatywność. Ty wiesz ile razy ja musiałem do słownika zaglądać? Bardo fajnie, że Twój zasób słów jest tak ogromny, ale bredzisz waćpanna. Mącisz i męczysz. Rozmazujesz to, co chcesz przekazać. Ja rozumiem, że w dwudziestym którymśtam wieku takie słownictwo może być na miejscu, ale czytelnik to nie postać z Twojego opowiadania. On żyje tu i teraz i życzy sobie kawę na ławę. Chce żebyś mu opowiedziała jakąś historię, a nie nawijała psuedonaukowym żargonem.

Za szczegółową łapankę się wezmę, jak znajdę chwilkę wolnego czasu. Może po weekendzie jakoś.

Ale zanim się wezmę, to... No, co tu dużo gadać. Opowiadanie (co dziwne, bo SF wybitnie nie trawię) mi się podobało. Nie przekombinowałaś. Obszerniejsze naukowe wtręty mają swoje uzasadnienie w fabule. Poza tym, nareszcie posłużyłaś się wpadającymi w ucho imionami. Żadnego tam nazewnictwa z kosmosu. Ot swojskie ksywy i parę niezbyt skomplikowanych nazwisk. Nareszcie :) Choć czytanie tego tekstu przypominało szukanie drogi w lesie, po ciemku i we mgle, to jednak odczuwam jakąś dziwną radość, że wysiłek się opłacił. Bo oto się przekonałem, że jak chcesz, to potrafisz powściągnąć nieco swoją fascynację SF i spłodzić w miarę stonowany i zjadliwy tekst. Normalnie, wraca wiara w ludzi ;)

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Re: Woda w proszku

Post autor: mirgon » pt, 05 gru 2008 13:12

Spróbuję trochę skomentować.
Chciałem przeczytać całość i wrócić do komentarza ale po paru akapitach wysiadłem; wiem, że drugi raz nie dam radę temu tekstowi. Będzie ubożej, bo w trakcie czytania będę wstawiał uwagi.
Xiri pisze:Najpierw dostrzegłem w ich oczach młodzieńczą nadzieję, która błyskawicznie przekształciła się w konsternację, gdy wrota śluzy transportera uchyliły się dokumentnie, a metalowy trap pacnął z brzękiem o przysypaną piachem płytę kosmodromu.
Pierwsze spostrzeżenie; przeładowane zdania.
błyskawicznie, wrota śluzy transportera (wrota transportera, śluza transportera i powinno wystarczyć) dokumentnie, metalowy (skoro transporter to wiadomo, że metalowy trap - bo nie drewniany), o przysypaną piachem płytę. Za dużo informacji jak na jedno zdanie.
Nie tego się spodziewali.
A czego się spodziewali - zapytam.
Po pochylni ruszyłem jako pierwszy, bombardowany smutnymi spojrzeniami, jakbym, kurde, zmierzał na pogrzeb rzetelnego prezydenta, a nie jakąś poufną misję nie cierpiącą zwłoki. Piątka uzbrojonych podkomendnych ruszyła, kolumną, zaraz za mną, trzaskając buciorami o stalową nawierzchnię trapu.
Pochylnia, stalowa (czyli; metalowy trap, potocznie zwany pochylnią, o stalowej nawierzchni).
Pogrzeb rzetelnego prezydenta? Trudno mi coś takiego przyjąć do wiadomości, rzetelny się mnie bardzo kłóci z prezydent. (Wtrącenie moje)
Zdanie sprowadza się do; trzaskając buciorami zeszliśmy.
Czy ważne jest że; piątka, uzbrojonych, kolumną? Piątka wyjdzie w praniu, że uzbrojonych też, w końcu żołnierze, kolumną - a niech sobie idą jak chcą, czy to ważne?
Nie oglądałem się do tyłu, by wiedzieć, że miny moich zwykle ekstrawertycznych chłopaków muszą stanowić wierne odzwierciedlenie ponurych masek kujonów obrzeżających keramzytową drogę.
Ale ja już wiem, że chłopakom nie w smak ta misja, już trzeci raz to samo czytam.
Miny stanowiące wierne odzwierciedlenie ponurych masek (maska dosłownie?). Kujony obrzeżające (cokolwiek to słowo znaczy), keramzytową drogę, ekstrawertyczni chłopcy... dokąd to zmierza? Zobaczymy.
Witamy serdecznie żołnierzy słynnej drugiej drużyny trzeciego plutonu kompanii Vaduz!
Czy to naprawdę ważne?
Niech wam słonko dziewiczej planety łaskawym będzie!
Dziewiczej? Skoro jest na niej kosmodrom to już nie jest dziewicą, ktoś ją zdobył.
A jednak...
A jednak... co? Że słonko łaskawe nie będzie? Że nie nareszcie są? Do czego to się odnosi?
Jeden z kitlowców,
Kim są kitlowcy? Jakieś ugrupowanie?
zbliżywszy się tak, jakbym był opancerzonym wilkołakiem, uścisnął mi dłoń.
"zbliżył się jakbym był opancerzonym wilkołakiem i uścisnął mi dłoń"
W sumie, to jestem ciekaw jak to zbliżanie się wyglądało (ja bym uciekał a nie zbliżał się ale ja nie jestem kitlowcem).
Stojący obok techniczny Forkis ledwo powstrzymał wybuch spontanicznego śmiechu, Dzieciak i Waligrucha byli nie dalsi od tego. Małż schylił niżej głowę, udając, że szuka czegoś intensywnie w walniętym na ziemię plecaku. Jedynie Sherman zdołał jakoś utrzymać na twarzy wyraz bezbrzeżnej obojętności.
Przeładowane, znów. Spontaniczny (skoro ledwo powstrzymał), niżej, intensywnie, walniętym, nawet stojący obok ( w sumie to wszyscy stali obok, chyba że ma to związek z kolumną - wtedy ok, techniczny Forkis był najbliżej... ale jak narrator by wtedy widział zachowanie reszty?)
Tędy oznaczało przebycie jak strzelił odległości trzystu metrów, dzielącą prywatną płytę kosmodromu od topornej bramy technogotyckiego kompleksu Inion Vertex.
Chyba tu jakiegoś przecinka brak.
Odległości - dzielącą, odległości dzielącej.
Reszty nie widzę, tu bym opisem kompleksu nie pogardził.
W sumie nie było czego oglądać: wieczorne niebo postnuklearnej barwy, kilka gwiazdek na wschodzie, dwa spore księżyce, sierp trzeciego, półpustynia ciągnąca się aż po horyzont, barchany, rosochate krzewy, opoki, gdzieniegdzie spękana, czerwona gleba, kilka piaskowych dróg wyżłobionych przez łyżki spychaczy, sztuczne zbiorniki czerpiące zasoby z wód podziemnych, akwedukty, kolektory kalibru fiuta King Konga, partacko zaparkowane maszyny, żuraw, skrzynie, kontenery, pojemniki.
Zdanie potykacz, coś jak półmetrowy próg zwalniający na autostradzie.
Pozwolę sobie to nazwać lenistwem. To powinien być - jeśli już - jakiś konkretny opis, a nie dwukropek i lista.
:
postnuklearna barwa? - czyli jaka bo bladego pojęcia nie mam,
kilka gwiazdek - na koniec wszechświata polecieli, że tylko kilka? gwiazdek? gwiazd.
dwa spore księżyce, sierp trzeciego - spore czyli jak wielkie, na pół nieba? Nie znam się na astronomii ale skoro dwa były spore a trzeci był tylko sierpem to by znaczyło, że jest więcej niż jedno słońce. Mylę się?
sztuczne zbiorniki czerpiące zasoby - same czerpały zasoby z wód podziemnych czy jak?
kolektory kalibru fiuta KK - wystarczyłoby przyrodzenie, fiuty i inne takie polecam na szczególne okazje.
No i oczywiście odcinająca się krzykliwie od reszty planety tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka ogromnego kompleksu do badań militarno-biologicznych.
To ten technogotycki kompleks?
Nieuporządkowany opis i tak samo podawany.
Tę ostatnią otaksowałem skrupulatnie okiem żołnierza.
Tj, tę sylwetkę?

Technomogram, postnuklearne, technogotycki vs opancerzony wilkołak, ryscy terroryści, zombiaki. Jak na razie czysty chaos.
Dead man dance, dead man dance, stary...

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 05 gru 2008 15:13

hundzia

Tak, w opowiadaniu pojawiły się dwie kolubryny (druga jest pod koniec tekstu). Lecz sądzę, że są to proste i klarowne kolubryny. Specjalnie użyłam dwukropka i zaczęłam wyliczać przedmioty, by wyszło jak najbardziej obrazowo. Chciałam pokazać czytelnikowi szczegółowo, jak wyglądają budynek i okolica (mam słabość do opisów landszaftów). Gdybym zaczęła opisywać każdą rzecz jednym zdaniem, przenudziłabym. Zobacz, że pierwsze zdanie jest znacznie lepsze od drugiego:

"U Krzyśka w pokoju były: lampka, szafa, łóżko, biała firanka, palma, trzy drewniane krzesła i wełniana narzuta na drewnianych panelach."

"Krzysiek mógł się poszczycić wspaniałą lampką w kształcie myszki Mickey, włączającą się automatycznie, jak ktoś tylko wchodził do pokoju. Obok drzwi stała lakierowana, dębowa szafa, za wiecznie wyglansowaną szybką znajdował się ordynek książek, na najniższych półkach stały resoraki, pod którymi, w trzech szufladach, chłopak trzymał ubrania. Firanka natomiast..."

Uważam ponadto, że wyliczanie przedmiotów jest najlepszą i najbardziej klarowną formą przekazania sporej ilości informacji.

BlackHeart

Jak zobaczyłam Cię w tym temacie, to od razu pomyślałam, że będą baty, bo wiem z Warsztatów, że z tekstami się nie patyczkujesz i robisz porządne krytyki. Twoje słowa stały się więc miłym zaskoczeniem. Z wielką chęcią i ciekawością przeczytam krytykę :)

Jeśli możesz, wypisz słowa, których nie rozumiałeś.

Niektóre nazwy, jak fibius czy tempest, wymyśliłam sama. Tak naprawdę nie znaczą one nic konkretnego, a czytelnik sam powinien sobie wyobrazić, jak taka broń może wyglądać. Broń żołnierzy nie jest w końcu meritum tekstu. Zatem interpretacja dowolna.

Literówek nie znalazłam, z przecinkami na 100% gdzieś się walnęłam - to każdemu się zdarza. Nie dałam ludziom wersji beta do przeczytania, co zwykle robię, gdyż nikt nie miał czasu albo mu się nie chciało przejrzeć, więc po co człowiek ma się naprzykrzać. Stąd mogą wyniknąć niezauważalne, drobne błędy. To nie ignorancja, lecz zwyczajne przeoczenie.

mirgon
Pierwsze spostrzeżenie; przeładowane zdania.
błyskawicznie, wrota śluzy transportera (wrota transportera, śluza transportera i powinno wystarczyć) dokumentnie, metalowy (skoro transporter to wiadomo, że metalowy trap - bo nie drewniany), o przysypaną piachem płytę. Za dużo informacji jak na jedno zdanie.
- Z "wrotami i śluzą" się zgodzę.
- "Błyskawicznie i dokumentnie" są w zdaniu raczej niezbędne, bo najpierw naukowcy, ledwo zobaczywszy żołnierzy, np. ich buty, spodziewali się ujrzeć cały pluton, o czym czytelnik dowiaduje się potem. A tak, kiedy śluza uchyliła się do końca, zobaczyli tylko kilku młodych kolesiów.
Najlepiej wyobraź sobie taką sytuację: 6 grudnia. Wolno otwierasz prezent. Widzisz przez papier coś gumowego, czerwonego i metalowego. Skaczesz z radości. "Auto!", myślisz sobie... Lecz kiedy otwierasz paczkę do końca, radość przemienia się w zawód, widzisz bowiem krasnoludka-przybornik na długopisy.
A czego się spodziewali - zapytam.
Wyjaśnienie w dalszej części tekstu.
Pogrzeb rzetelnego prezydenta? Trudno mi coś takiego przyjąć do wiadomości, rzetelny się mnie bardzo kłóci z prezydent. (Wtrącenie moje)
Cóż, to nie są w każdym bądź razie polskie klimaty :)
"Witamy serdecznie żołnierzy słynnej drugiej drużyny trzeciego plutonu kompanii Vaduz!"

Czy to naprawdę ważne?
Ironiczne myśli bohatera. Taka przyprawa do zupy: dla polepszenia klimatu.
Dziewiczej? Skoro jest na niej kosmodrom to już nie jest dziewicą, ktoś ją zdobył.
Planetę, gdzie jest tylko jeden obiekt, uważam za dziewiczą, czyli dziką i niewyeksploatowaną.
Kim są kitlowcy? Jakieś ugrupowanie?
Żartobliwa myśl bohatera.
Pozwolę sobie to nazwać lenistwem. To powinien być - jeśli już - jakiś konkretny opis, a nie dwukropek i lista.
Dlaczego opis jest taki a nie inny, wyjaśniłam już hundzi
postnuklearna barwa? - czyli jaka bo bladego pojęcia nie mam,
Spektrum barw od żółtej po czerwoną.
kilka gwiazdek - na koniec wszechświata polecieli, że tylko kilka? gwiazdek? gwiazd.
Sporo barwa postnuklearna (żartobliwa nazwa Rogera; cyberpunkowa), oznacza to, że jest zachód słońca. Kolejny dowód na to, to "kilka gwiazdek na wschodzie". Kiedy słońce wciąż intensywnie świeci, nie da się zobaczyć większej ilości gwiazd. I nie polecieli na koniec wszechświata, lecz znajdują się gdzieś "na terenie" Naszej Galaktyki, czyli Drogi Mlecznej:

"Nie w Inion Vertex, placówce znajdującej się pod auspicjami najbogatszej korporacji tej części Drogi Mlecznej."

Wszystkie informacje zawarte są, wcześniej bądź później w tekście. Resztę dopełnia logika. Nie przeczytałeś uważnie.
dwa spore księżyce, sierp trzeciego - spore czyli jak wielkie, na pół nieba? Nie znam się na astronomii ale skoro dwa były
Jak spore, to już zależy od Twojej wyobraźni, czyli np. 2x takie jak nasz Księżyc. Na pół nieba nie - wyszłaby kompletna herezja, nie wspominając już o bałaganie grawitacyjnym i pływach planetarnych.
spore a trzeci był tylko sierpem to by znaczyło, że jest więcej niż jedno słońce. Mylę się?
Tak. Nie napisane nic było o tym, że dwa księżyce są w pełni, lecz że są spore. Mogłam faktycznie zmienić to zdanie, po czułam, że tutaj ludziom bezsprzecznie będzie kojarzyć się ze słońcami i pełniami...
kolektory kalibru fiuta KK - wystarczyłoby przyrodzenie, fiuty i inne takie polecam na szczególne okazje.
Z "przyrodzeniem" zdanie raczej nie byłoby rytmiczne. Ponadto uważam, że "fiut" w tym przypadku brzmi zabawniej, bo "przyrodzenie" (jak i penis) jest bardziej określeniem naukowym, niż potocznym.
"Tę ostatnią otaksowałem skrupulatnie okiem żołnierza."

Tj, tę sylwetkę?
Tak. Sądzę, że jest zrozumiałe, skoro rzeczownik r.ż. występuje na końcu poprzedniego zdania.

Dziękuję serdecznie za dotychczasowe komentarze, że przedstawiliście mi swoje
punkty widzenia. Wszystko wezmę pod uwagę na przyszłość.

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » pt, 05 gru 2008 16:17

Xiri pisze:Uważam ponadto, że wyliczanie przedmiotów jest najlepszą i najbardziej klarowną formą przekazania sporej ilości informacji.
To koniecznie muszę wiedzieć, że niebo jest postapokaliptyczne, nawet jesli główna akcja rozgrywa się w zamkniętym pomieszczeniu, skąd tego nieba nie widać? I musze wiedzieć, jaka to była lampka, jesli akcja rozgrywa się w dzień w słonecznym blasku i nikt tej lampki nie potrzebuje? To po co ja mam to zapamiętywać?

Xiri, to jest opowiadanie, nie inwentaryzacja ani raport. Nadmiar szczegółów, zwłaszcza tych nieistotnych dla treści, męczy czytelnika.


editek malutki.
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 05 gru 2008 16:30

Listowanie jest środkiem wyrażania emocji, nie tylko informacji. I kiedy służy do wyrażania emocji, jest fajne. A kiedy służy do epatowania danymi - wywołuje również pewien stan emocjonalny, którego Autor chyba nie powinien lubić.
Nudę.

A ja chyba wiem, co jest nie tak z tym tekstem. Ale wnioski później. Warsztaty są i mam priorytety. Do tego czasu może mi się wniosek uleży i lepszy będzie?
So many wankers - so little time...

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » pt, 05 gru 2008 17:11

Małgorzata pisze:Listowanie jest środkiem wyrażania emocji.
Tak, wnioski później. Prosiłabym również o rozwinięcie powyższego cytatu, bo widzę tu bezdenną zbieżność: suchym listowaniem nie da się wyrazić emocji. "Był przerażony, zsikał się w spodnie, oczy niemalże wyszły mu z orbit, nogi się pod nim uginały" - jakoś nie czuję tego strachu bohatera. To za mało, by stworzyć klimat. Swoją drogą co złego jest w trafnym wyliczaniu przedmiotów? Dwukropek właśnie temu służy.

mirgon

Jeszcze jedno: napisałeś, że mój tekst to chaos, czemu zatem wcześniej stwierdziłeś, że w pewnych momentach szłam na łatwiznę, czyli, rozumiem, wyrażałam się nazbyt prosto i jasno? In my opinion jedno drugiemu zaprzecza.

edycja

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 05 gru 2008 17:16

Listowanie, jako środek wyrażania emocji => służy do wyrażenia treści humorystycznych, a jak się uda, to nawet ironicznych. Poszukam przykładów, może nawet sama wymyślę, chociaż ewidentnie będzie trudno, bo ani poczucia humoru, ani ironii... No, ale czego się nie robi dla idei. :P
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 5572
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » pt, 05 gru 2008 19:52

Poszukiwania, mimo wielkiego entuzjazmu uczestników, nie dawały efektów. Przekopano: trawnik, większość podwórka, grządkę z malinami oraz rabatki babci Jadzi. Na próżno. Skarbu, jak nie było, tak nie było.
Po prawdzie nigdy go nie było, ani tam, ani nigdzie indziej.

Czy taki przykład jest dobry?
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 05 gru 2008 20:02

Poszukam też, ale blisko.
Boszsz, Progenitura wywala mnie z kompa... :(((
Później, później!
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Post autor: mirgon » sob, 06 gru 2008 17:29

Xiri pisze: Jeszcze jedno: napisałeś, że mój tekst to chaos, czemu zatem wcześniej stwierdziłeś, że w pewnych momentach szłam na łatwiznę, czyli, rozumiem, wyrażałam się nazbyt prosto i jasno? In my opinion jedno drugiemu zaprzecza.
Xiri, nie mogę znaleźć fragmentu w którym zarzuciłem Ci, że poszłaś na łatwiznę.
Jeśli chodzi o zdanie "potykacz" to tak, jest to dla mnie pójście na łatwiznę. IMO, spis inwentarza planety powinien być opisem planety, a nie tylko wyszczególnieniem co się na niej znajduje. To, że w jednych miejscach masz przeładowane opisy, a w innych ich brak, uważam właśnie za chaos.
...topornej bramy technogotyckiego kompleksu Inion Vertex...
...tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka ogromnego kompleksu do badań militarno-biologicznych...
W rzeczy samej nic mi to nie mówi o samym kompleksie. Kompleks - z tego co mi wiadomo to zespół wielu przedmiotów i jako tako wyobraźnia podpowiada mi; ot porozrzucane budynki, czyli kompleks budynków i tak bym widział gdyby nie; toporna brama i tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka kompleksu, co mi sugeruje jeden budynek, z bramą i o określonej sylwetce.
...planety tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka ogromnego kompleksu do badań militarno-biologicznych.
Tę ostatnią otaksowałem skrupulatnie okiem żołnierza.
Żołnierz otaksował skrupulatnie (dodam) sylwetkę kompleksu - czyli otaksował kształt kompleku, nie sam kompleks, wychodzi mi.
I dalej:
Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Pracownicy nie wybiegali z budynków, wrzeszcząc obłąkańczo, nikt nie naparzał się ciężkim kalibrem z zombiakami, na horyzoncie nie wyrastały nuklearne grzyby, ruscy terroryści nie wysłały nam jeszcze żadnych ultimatów
A to wszystko po otaksowaniu sylwetki kompleksu.
Ruscy terroryści - czy po otaksowaniu sylwetki kompleksu, można wysnuć wniosek, że ruscy terroryści nie wysłały (tu chyba powinno być - wysłali, bo terroryści, potem że ruscy) ultimatów? Po ocenieniu sytuacji, jeszcze, po otaksowaniu raportu, jeszcze, chyba że instrukcja mówi, że w razie przesłania przez ruskich terrorystów ultimatum, należy wywiesić np. białą flagę.
Byli zaskoczeni. I to jak jasna cholera. Najpierw dostrzegłem w ich oczach młodzieńczą nadzieję, która błyskawicznie przekształciła się w konsternację, gdy wrota śluzy transportera uchyliły się dokumentnie, a metalowy trap pacnął z brzękiem o przysypaną piachem płytę kosmodromu.
Nie tego się spodziewal
i.
Po pochylni ruszyłem jako pierwszy, bombardowany smutnymi spojrzeniami, jakbym, kurde, zmierzał na pogrzeb rzetelnego prezydenta, a nie jakąś poufną misję nie cierpiącą zwłoki. Piątka uzbrojonych podkomendnych ruszyła, kolumną, zaraz za mną, trzaskając buciorami o stalową nawierzchnię trapu. Nie oglądałem się do tyłu, by wiedzieć, że miny moich zwykle ekstrawertycznych chłopaków muszą stanowić wierne odzwierciedlenie ponurych masek kujonów obrzeżających keramzytową drogę. Pięknie. Witamy serdecznie żołnierzy słynnej drugiej drużyny trzeciego plutonu kompanii Vaduz! Niech wam słonko dziewiczej planety łaskawym będzie! Nareszcie jesteście!
Xiri pisze:
- "Błyskawicznie i dokumentnie" są w zdaniu raczej niezbędne, bo najpierw naukowcy, ledwo zobaczywszy żołnierzy, np. ich buty, spodziewali się ujrzeć cały pluton, o czym czytelnik dowiaduje się potem. A tak, kiedy śluza uchyliła się do końca, zobaczyli tylko kilku młodych kolesiów.
Nie wpadłem na to, że to naukowcy są zaskoczeni! A z tekstu wyciągnąłem, że zaskoczeni byli żołnierze/podkomendni. Całe podkreślenie odniosłem do przybyszy - ani słowa nie ma tam, że to tubylcy są zaskoczeni.
Dead man dance, dead man dance, stary...

Xiri
Yilanè
Posty: 3949
Rejestracja: śr, 27 gru 2006 15:45

Post autor: Xiri » wt, 09 gru 2008 10:46

mirgon pisze:To, że w jednych miejscach masz przeładowane opisy, a w innych ich brak, uważam właśnie za chaos.
Ja nazwałabym to raczej nieodpowiednim wyważeniem, bo chaosem nazywamy kompletny bałagan, że czytelnik bezustannie, w trakcie czytania, trzymałby się za głowę i wciąż się gubił. A czegoś takiego u mnie nie ma.

Kompleks - z tego co mi wiadomo to zespół wielu przedmiotów i jako tako wyobraźnia podpowiada mi; ot porozrzucane budynki, czyli kompleks budynków i tak bym widział gdyby nie; toporna brama i tytanowo-stalowo-duralowa sylwetka kompleksu, co mi sugeruje jeden budynek, z bramą i o określonej sylwetce.
Porozrzucane budynki. Dobrze. Właśnie tak. Tyle że te budynki są oczywiście połączone ze sobą, co tworzy całość, czyli kompleks o określonym przeznaczeniu, znajdujący się pod auspicjami jednej korporacji.

(...)ruscy terroryści nie wysłały (tu chyba powinno być - wysłali, bo terroryści, potem że ruscy)
Właśnie tak powinno być. Moje przeoczenie.
Nie wpadłem na to, że to naukowcy są zaskoczeni! A z tekstu wyciągnąłem, że zaskoczeni byli żołnierze/podkomendni. Całe podkreślenie odniosłem do przybyszy - ani słowa nie ma tam, że to tubylcy są zaskoczeni.
No rzeczywiście. Dla mnie jako autora sprawa była oczywista. Na samym początku tekstu brakuje wyrazu "naukowcy".

Awatar użytkownika
mirgon
Mamun
Posty: 133
Rejestracja: pt, 16 lis 2007 09:59

Re: Woda w proszku

Post autor: mirgon » wt, 09 gru 2008 23:53

Xiri, może nadużywam określenia; chaos.
Xiri pisze: W budynku administracji przywitano nas podobnie: dzieciakom najwidoczniej nie spodobały się prezenty przywiezione aż z innego systemu planetarnego.
Do czego się to odnosi? Humor narratora?
W budynku admiralicji... dzieciakom. Sugerujesz, że dzieci tam pracowały?
Personel gapił się nachalnie na naszą szóstkę, zmierzającą za Carterem głównym, oświetlonym na błękit holem, jak na znienawidzoną we wszystkich instytucjach upierdliwą komisję kontrolą. Już czułem się jak u siebie w swojskich, domowych pieleszach!
Przykład przeładowanego zdania;
gapił się - czyli przyglądał się bezmyślnie - czy konieczne jest dodanie, że nachalnie? gapienie samo w sobie jest nachalne,
Carter główny - brak przecinka?
znienawidzona - upierdliwa - a na dodatek komisja kontrolna, wszak komisja kontrolna ma w naturze być upierdliwą a przez to daje się nienawidzić, siłowe informowanie czytelnika o rzeczach prostych.
swojskich - domowych - pieleszach (*pielesze «rodzinne strony, własny dom») Xiri, zamiast myślników mogę tam wsadzić znak równania, trzy razy to samo, masło maślane, na dodatek poprzedzone "jak u siebie".
naszą szóstkę - zmierzającą - narrator jest w tej szóstce, on zmierza - zmierzaliśmy

Już dam spokój przymiotnikom. Na razie zaciemniają i męczą oczy.
Szelesty z tyłu świadczyły, że moi ludzie musieli popatrzyć po sobie.
- A może od razu całą dywizję?! - rzekłem wesoło, lecz bez złośliwości. - Ja - skinąłem na chłopaków stojących bądź siedzących na torbach
podkreślenia; szelesty z tyłu świadczą (narrator się domyśla) po czy skinął na chłopaków (skoro narrator skinął, to znaczy widział ich, więc albo albo)
stojących... na torbach?
Ja... - skinąłem...
przetoczyłem spojrzeniem po połyskującym i gładkim jak tyłek mojej dziewczyny stropie.
Owszem porównanie gładkości jak najbardziej, ale strop jest płaski (nie ma informacji, że jest inny) a tyłek (nie każdy ale wierzę w narratora) jest wypukły, więc porównanie przestrzelone bo uwypuklasz w ten sposób strop.
Zostawcie bagrze tutaj,
Brzydka literówka.
- Chodźcie - rzuciłem chłopakom.
To rzuciłem brzmi jak rzuciłem coś/rzecz chłopakom. Powiedziałem do chłopaków, rzekłem do.
Przeszliśmy na drugi koniec Działu Administracji, skąd zjechaliśmy elewatorem towarowym do podziemi, przez cały czas wysłuchując ciekawostek i istotnych szczegółów kierownika dotyczących placówki.
Chaos... ale ciii, głośno tego nie napiszę.
istotnych szczegółów kierownika? Xiri!
Dead man dance, dead man dance, stary...

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » śr, 10 gru 2008 00:06

Mirgon pisze:
Xiri pisze:Zostawcie bagrze tutaj,
Brzydka literówka.
LITERÓWKA!?!
Co ja robię tu - uuu...
So many wankers - so little time...

Zablokowany