Miś

Moderator: RedAktorzy

Zablokowany
Awatar użytkownika
Metallic
Kadet Pirx
Posty: 1276
Rejestracja: sob, 22 mar 2008 21:17
Płeć: Mężczyzna

Miś

Post autor: Metallic » czw, 29 sty 2009 20:44

wejściówka

A tam, dawno nikt kompetentny nie ćwiczył mnie literackim batem :)
Tekst poniżej jest dość stary - właściwie, to moje pierwsze 'porządniejsze' opowiadanie. Jestem ciekaw opinii. Planuję w przyszłości trochę je rozwinąć i rozbudować, bo mam wrażenie, że coś w nim jest - ale może się mylę i pozbawicie mnie złudzeń :)


Miś

W małym pokoiku na piętrze, we wschodniej części domu było prawie całkiem ciemno. Jedyne źródło światła stanowił blask księżyca sączący się przez okno. W półmroku można było dostrzec dwie postaci: leżącą w łóżku małą dziewczynkę i siedzącą przy niej kobietę. Obie znajdowały się w zupełnym bezruchu, a w pomieszczeniu panowała grobowa cisza. Co jakiś czas lekki powiew wpadał przez uchylone okno i niewyraźnie wprawiał w ruch długie zasłony.
Wyglądało na to, że mała zasnęła. Podłoga zatrzeszczała lekko, rozległ się dźwięk otwieranych ostrożnie drzwi, i kobieta cichutko wymknęła się z pokoju. Lecz po dłuższej chwili powieki leżącej w łóżku dziewczynki rozwarły się powoli i szeroko...
Czy udawała, że śpi? Czy coś nagle ją zbudziło? Przez chwilę dziecko uważnie obserwowało otoczenie. Nagła świadomość, że jest samo, że siedząca przy niej kobieta odeszła, błyskawicznie przeszyła ją dreszczem. I wtedy pojawiło się tak bardzo znienawidzone uczucie: strach przed ciemnością...
Każdy przedmiot wyglądał teraz inaczej, rzucał bezkształtny cień i przybierał w nikłej poświacie nieznane, makabryczne oblicze. Z pogrążonych w gęstym mroku kątów wypełzały kolejno lęki, fobie i koszmary, nabierając pod osłoną nocy znacznie większych rozmiarów. Pokój przestał być dziecinnym pokojem...
Jednak dziewczynka, mimo lęku przed ciemnością, postanowiła za wszelką cenę zamknąć oczy i spróbować zasnąć. Lecz po kilku chwilach uświadomiła sobie wreszcie, czego jej brakuje: ulubiony miś leżał na półce w drugim końcu pokoju.
Dziecko zadrżało. Nie potrafiło zasnąć bez tego pluszaka, a jednak myśl, że aby go wziąć, musi wstać i przejść przez ten niezmierzony ocean ciemności, paraliżowała je całkowicie. Mijały kolejne minuty potwornej ciszy. Oczy dziewczynki były nieruchomo utkwione w małym misiu. Wreszcie, nie mogąc dłużej znieść tego napięcia, odsunęła kołdrę i powoli usiadła na łóżku. Drewniana podłoga cicho zaskrzypiała, kiedy powoli wstała i wyprostowała się.
Przeraźliwy zgrzyt rozlegał się z każdym jej krokiem, lecz ona wytrwale posuwała się do przodu małymi kroczkami, mając wzrok utkwiony tylko i wyłącznie w przytulance i starając się nie zważać na oblewający ją zewsząd ocean ciemności. Choć pokoik był mały, jej zdawało się, iż wspina się na trudno dostępny szczyt po ostrych skałach lub przemierza bezkresną pustynię, że minęła chyba godzina, zanim stanęła przy szafce i wyciągnęła rączkę po misia, który leżał spokojnie na jednej z wyższych półek i zdawał się patrzeć obojętnie, jak jego właścicielka męczy się, aby go zdjąć z półki.
Końce palców dłoni dziewczynki musnęły miękkie futerko misia, kiedy lekko uchylone okno nagle gwałtownie rozwarło się szeroko. Rozległ się przeraźliwy zgrzyt, a długa zasłona odsunęła się na bok. Dziewczynka zamarła w pozycji, w której się znajdowała, z jedną ręką uniesioną wysoko w kierunku półki, z oczami utkwionymi w oknie, bojąc się wykonać najlżejszy ruch.
Jej wzrok w przerażeniu starał się dostrzec, co dzieje się za oknem. Na niebie lśniła srebrna tarcza księżyca, a obok niej malutkie punkciki gwiazd. Było zupełnie cicho, lekki wietrzyk zaczął ponownie kołysać zasłonami.
Czując napięty każdy mięsień ciała, dziewczynka zbliżyła się do okna. Ten kolejny odcinek trwał jeszcze dłużej niż poprzedni. Choć trawiła ją niecierpliwość, by wyjrzeć i poznać przyczynę tego hałasu, jednocześnie bała się tego, co mogła ujrzeć. Jej wyobraźnia pracowała intensywnie, znacznie potęgując i tak dosyć silne uczucie strachu.
Wreszcie dotarła do celu, zaczerpnęła głęboko świeżego powietrza i ostrożnie wyjrzała przez otwarte na oścież okno. Nie dostrzegła nic nadzwyczajnego. Przed domem ujrzała cień potężnego, rozpościerającego szeroko grube konary drzewa, a nieco dalej, za rozległym polem, rósł las. Dookoła było pusto. Nie słychać było żadnego dźwięku, a jednak... Dziewczynka wyraźnie coś wyczuwała. Wbiła wzrok w ciemność, starając się usilnie wychwycić jakiś ruch... I nagle usłyszała dźwięk. Lecz dźwięk ten nie rozległ się na zewnątrz. Coś zaszeleściło... W pokoju... Tuż za jej plecami.
Poczuła, że robi jej się gorąco, i w tym samym momencie poczuła również lodowaty powiew. Nie z otwartego okna... Z tyłu, z wnętrza pokoju. Jednocześnie szelesty wzmogły się, poprzednio nieśmiałe i ciche, teraz bezczelnie rozlegające się w różnych miejscach pokoju, co chwilę w innym kącie. Jej wzrok utkwiony był gdzieś tępo na zewnątrz, lecz nic nie widziała. Oczyma wyobraźni widziała, co stoi za jej plecami... Lecz panicznie bała się odwrócić. Stała przy oknie, niczym sparaliżowana. A szelesty były coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe...
Nagle ujrzała, jak długa zasłona wisząca przy oknie tuż nad nią, odrywa się i szybuje w dół... I po chwili miękka tkanina dotknęła jej twarzy, a dookoła zapadł gęsty, nieprzebity mrok... Lecz strach nagle odpłynął... Nie myślała o niczym, nie słyszała rozlegających się z dołu krzyków… Ogarnął ją błogi spokój… I nie pamiętała już nic.

* * *

Tony Willkins przeszedł przez sklep i stanął przy głównym wyjściu. Otworzył drzwi i wychylił głowę na zewnątrz, jednak po chwili szybko się cofnął. Wieczór był chłodny. Na ulicy zapadł już mrok, słaby blask latarni oświetlał sylwetki nielicznych przechodniów, spieszących do swych domów. Lodowaty wiatr hulał wzdłuż drogi, rozwiewając dookoła stosy zeschłych liści. Obserwując to wszystko zza grubego szkła, Tony zabrał się do zamykania drzwi. Pochylił się i przykucnął, wydobywając z tylnej kieszeni dżinsów gruby pęk kluczy. Zaczął od zasuwania kolejno potężnych rygli, a następnie zajął się kłódkami. Skończywszy, sprawdził wszystkie zabezpieczenia ponownie, choć nie obawiał się, że ktokolwiek będzie próbował włamać się do jego sklepu.
Sklep z zabawkami Tony’ego był dla dzieciaków w mieście jak miejsce święte. Stojąc nieopodal skrzyżowania w centrum, dawał znać o sobie już z daleka, zachęcając miłym, czerwonym neonem. Przed szybą wystawową zawsze stał tłumek pędraków, obserwujących z wytrzeszczonymi oczyma wystawione wewnątrz zabawki. Sklep był miejscem, gdzie udawał się każdy rodzic, gdy potrzebował prezentu dla pociechy. Właściciel sklepu był uwielbiany i przez młodszych i starszych. Zawsze służył radą i pomocą.
- Proszę pana?
Stojący wciąż przy drzwiach Tony wzdrygnął się i odwrócił gwałtownie; serce podskoczyło mu do gardła.
- Jake! Na Boga, przeraziłeś mnie. Myślałem, że już dawno poszedłeś do domu.
Niewysoki chłopak o ciemnych oczach, pełniący funkcję pomocnika Tony’ego w sklepie, przeląkł się, że przyprawił niechcący swego pryncypała o lekki szok. Kiedy odezwał się, głos lekko mu drżał.
- Nie, zostanę jeszcze, dopóki i pan zostanie. Nie spieszę się, dokończę naprawiać tą zerwaną półkę.
Widząc zdenerwowanie chłopca, Tony uśmiechnął się.
- Jak chcesz. Ale i ja niedługo wychodzę.
Przeszedł przez cały sklep, mijając rzędy półek zastawionych najróżniejszymi zabawkami, otworzył jakieś boczne drzwi i zszedł wąskimi schodami w dół, do niewielkiej piwniczki. Zapalił światło i ruszył w stronę leżących w kącie tekturowych pudeł, lecz w połowie drogi zatrzymał się nagle.
Poczuł biegnący po plecach zimny dreszcz. Niepokój wkradł się w jego serce tak niespodziewanie, że wręcz nim zawładnął. Jego spojrzenie, choć skierowane w stronę stosu pudeł, odwróciło się mimowolnie i spoczęło na leżącej w przeciwnym rogu piwnicy skrzynki. Choć uświadomił sobie to dopiero po kilkunastu sekundach, jego nogi same zmieniły kierunek i zrobiły krok w jej stronę.
„Nie rób tego. Opanuj się i daj sobie spokój”
Lecz po chwili zawahał się. Właściwie, czemu nie? Nie zaglądał do niej chyba od miesiąca. Dla dobra własnego i innych powinien sprawdzić, czy ze skrzynką wszystko w porządku. Tylko ją otworzy, zajrzy do środka, a potem zamknie. Nic wielkiego.
Tylko?
Czuł, że dłużej nie zniesie tego napięcia. Podszedł do rogu, pochylił się, i podniósł skrzynkę. W górę wzbił się obłok szarego kurzu. Krztusząc się i kaszląc, Tony usiadł na schodach do piwnicy i położył skrzynkę na kolanach. Jego dłoń już wędrowała, chcąc ją otworzyć, lecz po chwili zamarła w powietrzu. Opuścił ją i głęboko westchnął.
„Nie musisz się obawiać. Tylko ją otworzysz. Przecież już nieraz to robiłeś”
Tak, to stwierdzenie najlepiej go przekonało. Jeszcze raz uniósł dłoń i tym razem (prawie) bez oporu otworzył wieko skrzynki.
Była pusta. Przez chwilę wpatrywał się, przerażony, w mroczną pustkę wewnątrz, lecz nie dostrzegł nic, prócz kurzu. Z wrażenia zaschło mu w ustach. Ochrypłym głosem zawołał:
- Jake!
Chłopiec zjawił się błyskawicznie, trzymając w ręku lekki młotek.
- Jake, powiedz mi, tylko dobrze się zastanów… - Tony przełknął ślinę – wiesz, co się stało z zawartością skrzynki?
Jake nie zdradzał najmniejszych objaw niepokoju.
- Oczywiście, proszę pana. Chodzi o tego pluszowego miśka? Powędrował na półkę, tam, gdzie inne. Pamięta pan, jak zlecił mi porządki w piwnicy jakieś pół miesiąca temu? Myślałem, że zaplątał się tu przez pomyłkę. Był nieco zakurzony, więc oczywiście najpierw porządnie go wyczyściłem.
Drewniana skrzynka spadła i potoczyła się z łoskotem po schodach, gdy Tony zerwał się na równe nogi i pobiegł na salę sklepu. Rzucił się w stronę półki z pluszakami, zrzucając zabawki na podłogę, rozpaczliwie szukając małego misia. Jake poszedł za nim, ogarnięty niepokojem. Widział, jak Tony wyraźnie się zdenerwował, nie rozumiał tylko, dlaczego? Z powodu jednej zabawki? Kiedy był zajęty jakiś czas temu robiąc porządki, przesuwając pudła, skrzynka po prostu spadła i otworzyła się. Misiek wypadł na ziemię. Jake zabrał go na górę i umieścił razem z innymi, a skrzynkę położył spowrotem na miejsce. Nie przyłożył dużej wagi do tego zdarzenia. Teraz jednak poważnie się zaniepokoił.
Nie chciał, żeby Tony go wyrzucił. Był bardzo dumny z tego, że mógł pomagać w jego słynnym sklepie. Ale teraz…
Tony był już na klęczkach, wciąż przebierając rękami wśród morza pluszowych misiów.
- Nie ma go – rzekł z prawdziwą rozpaczą w głosie – nie ma…
- Ktoś go chyba kupił – rzekł niepewnie Jake.
Tony zerwał się na nogi i chwycił chłopaka za ramiona, potrząsając nim.
- Wiesz, kto to był?
- Nnnie… - wybełkotał Jake, przestraszony nie na żarty.
Tony puścił go, patrząc gdzieś w przestrzeń. Podszedł do lady i oparł się o nią, dysząc ciężko. Jake stał za nim, bojąc się ruszyć, bojąc się cokolwiek powiedzieć.
- Zresztą… to nieważne – rzekł Tony w głuchej ciszy – dowiemy się z gazet.
Ciemnooki chłopak poczuł, jak po jego plecach przebiega zimny dreszcz.
- Z gazet? – powtórzył niepewnie, nie do końca rozumiejąc.
- Dokładniej, z… nekrologów - wyszeptał Tony, wpatrując się daleko, w mrok.

* * *

W pokoju panowała głucha, grobowa wręcz cisza. Lekki powiew wiatru wpadający przez otwarte okno zapewne kołysałby zasłonami, gdyby nie fakt, że leżały na ziemi. Zaplątana w nie dziewczynka miała sporo szczęścia, upadając na dywan. Oszczędził jej sporo bólu.
Choć minęło już sporo czasu, ona leżała nieprzytomna. Zemdlała, nie mogąc wytrzymać strachu, nie mogąc znieść tego namacalnego wręcz napięcia. Okazało się ono zbyt silne jak na jej dziewięcioletnie nerwy. Osunęła się na podłogę i straciła przytomność, tuż po tym, jak zasłona zerwała się i opadła wprost na nią. Jej upadku, zamortyzowanego przez miękki, gruby dywan nie było nawet słychać. Upadła, a w pokoju natychmiast zapanowała cisza, która trwała i trwała…
Na półce, wśród zabawek, leżał pluszowy miś – sprawca całego zamieszania. Patrzył na leżącą na ziemi dziewczynkę. Patrzył, niewzruszony. Nagle małe, paciorkowate oczy pluszaka rozjarzyły się czerwienią. Szkarłatny blask rozświetlił panujący w pokoju mrok. Rozległ się cichy, suchy trzask, jak klaśnięcie dłońmi… i nagle miś stanął w płomieniach. Języki ognia rozbiegły się dookoła i spełzły na ziemię… Pluszowa zabawka płonęła, a w pokoju rozległ się cichy, ledwie słyszalny chichot…

* * *

Komisarz Blake źle spał tej nocy. Śnił o pustej, mrocznej uliczce, w której ścigał jakąś zakapturzoną postać. Mimo tego, iż biegł dość szybko, nie mógł jej złapać. Uciekinier zdawał się płynąć w powietrzu, powiewając za sobą połami długiego, czarnego płaszcza. Blake nie czuł jednak zmęczenia, biegł dalej, a ulica wydawała się ciągnąć w nieskończoność.
Nagle zatrzymał się i zatkał uszy otwartymi dłońmi. Głęboką ciszę rozdarł okropny hałas. Łomot, trzask i krzyk zlały się w jeden dźwięk, który wręcz przyprawiał o ból. Stojąc w miejscu i krzywiąc się, Blake kątem oka zauważył, jak postać w płaszczu oddala się. Chciał ruszyć i ścigać ją dalej, lecz nie był w stanie. Wydawało mu się, że potworny hałas wlewa mu się do głowy jak woda, i jak woda obija się we wnętrzu czaszki. Szarpnął ciałem, powodowany strasznym bólem… I usiadł na łóżku, dysząc.
Hałas jednak nie zniknął. Owszem, dźwięki znacznie ucichły, teraz przypominały zaledwie szmer, lecz wciąż były słyszalne i natarczywe. Blake rozejrzał się po pokoju i ujrzał pomarańczowy blask na ścianie. Odwrócił głowę. I wtedy zobaczył łunę ognia za oknem. Zerwał się na równe nogi.
Stojąc przy oknie, nie wierzył własnym oczom. Pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Płonął dom na wzgórzu za miastem. Ogień pożerał go w całości, aż po dach. Gęsty, siwy dym wznosił się wysoko, a na horyzoncie gorzała jaskrawopomarańczowa łuna. Łuna wielka i rozległa, biegnąca łukiem jak tęcza. Wpatrującemu się w żywioł Blake’owi zdawało się, że dostrzega coś w potężnej ścianie płomieni. Coś, co do złudzenia przypominało oczy. Szkarłatne ślepia, a pod nimi usta… I język ognia pełznący po zapadającym się z hukiem dachu.
Nie mogąc oderwać wzroku od widoku za oknem, Blake zaczął się ubierać.

* * *

Do rana z wielkiego, pięknego domu nie zostało nic. Spłonął doszczętnie, do samych fundamentów. Nieubłagany żywioł pożarł go jak wygłodniały wilk bezbronną owcę. Komisarz Blake stał na wzgórzu, patrząc, jak strażacy dogaszają zgliszcza. Nie ocalało nic…
I nikt.
Choć nie mieli na to dowodów, bo nie znaleziono zwłok (pozostał tylko popiół) z relacji świadków wynikało, że rodzina zamieszkująca dom była tej nocy w środku. W komplecie. Małżeństwo, dwie osoby należące do służby, i mała dziewczynka.
„Susan Coral” myślał Blake, przywołując w pamięci rozmowę z ludźmi mieszkającymi obok. Wszyscy byli przerażeni, ogień pojawił się zupełnie niespodziewanie i kompletnie ich zaskoczył. Zanim doszli do siebie, było za późno, aby działać. Płomienie rozprzestrzeniły się za daleko.
Susan… I jej rodzice, Mark i Patricia.
Najgorsze było to, że nie mieli żadnych wyraźnych śladów. Co mogło spowodować pożar? Nieumyślne, przypadkowe zaprószenie ognia? Być może. Zwarcie w instalacji? Prawdopodobne. Podpalenie? Z tą wersją również należało się liczyć, choć jeśli ktokolwiek był odpowiedzialny za zniszczenie domu, zatarł za sobą ślady z mistrzowską precyzją. Rozmawiając ze strażakami Blake podupadł na duchu. Zgodnie z ich relacją, pożar mógł być spowodowany dosłownie z każdej przyczyny.
Wpatrując się w dymiące zgliszcza Blake, choć głęboko zamyślony, dostrzegł kątem oka zbliżającą się postać. Nie był to ktoś z tłumu strażaków ani policjantów, nie. Zwróciwszy głowę w jego kierunku, komisarz spostrzegł wysokiego mężczyznę. Stał nieco bokiem do niego, więc widząc jedynie profil, nie potrafił zidentyfikować twarzy. Kiedy podszedł do niego na odległość kilku kroków, usłyszał mamrotane pod nosem strzępki zdań:
- Nie, nie proszę… Susan… Nie…
Mężczyzna gapił się na pozostałości domu, stał do nich przodem. Komisarz Blake nagle stanął tuż przed nim, zasłaniając mu widok. Lecz kiedy spojrzał wprost w jego twarz…
W brązowych, przekrwionych oczach czaił się obłęd. Widać w nich było głębokie przerażenie. Takich oczu Blake nie widział jeszcze nigdy przedtem. Wargi mężczyzny drżały. Jego jasne włosy były zmierzwione i splątane. Wyglądał, jakby spędził całą noc, stojąc bez ruchu na wzgórzu. Wpatrując się w upiora (tak, upiór to właściwe słowo) z napięciem, Blake dopiero po chwili rozpoznał w nim… Tony’ego Willkinsa, właściciela sklepu z zabawkami w centrum miasta.
- Panie Willkins?
Choć wyglądał na lekko obłąkanego, Tony był zupełnie świadom tego, co się z nim dzieje. Spojrzał na Blake przytomnie.
- Komisarzu… - rzekł z bólem – Susan… i jej rodzice…
- … to straszne, co się z nimi stało. Straszny wypadek – przytaknął Blake.
Tony pokręcił gwałtownie głową, jakby słowa komisarza nie zgadzały się z tym, co on sam chciał powiedzieć.
- … wypadek? Nie, komisarzu. To nie był wypadek.
- Słucham?
Lecz on tylko pokręcił głową.
- Proszę za mną – rzekł Blake – porozmawiamy na komisariacie. Proszę się nie obawiać, chcę tylko porozmawiać – zastrzegł się szybko, widząc, jak Tony wzdryga się lekko.
- Nie, komisarzu. Nie i tak. Musimy porozmawiać, lecz nie na komisariacie.
- Dlaczego nie tam?
Tony pokręcił głową ponownie.
Chwilę później wsiedli do samochodu; kiedy ruszali, niebo zasnuły ciężkie, ołowiane chmury, z których zaczął siąpić deszcz. Zanim dotarli do domu Tony’ego, deszcz zmienił się w ulewę, a w oddali rozległy się pierwsze grzmoty.

* * *

- Zanim zaczniemy, komisarzu Blake, muszę pana uprzedzić: to, co powiem, może natychmiast skłonić pana do wezwania kilku jegomości w białych kitlach, zaopatrzonych w środki uspokajające – rzekł Tony, a jego głos brzmiał poważnie. Gdy dojechali do jego domu i usiedli w salonie, był już zupełnie opanowany. Obłęd w jego oczach niemalże zniknął, razem z drżeniem w głosie.
Blake spojrzał na niego, unosząc brwi.
- Zdaję sobie z tego sprawę – ciągnął Willkins – lecz nie zamierzam milczeć. Prawda musi wyjść na jaw, niezależnie od tego, czy po jej ujawnieniu mam wylądować wśród czubków, czy nie.
- A więc do dzieła. – powiedział Blake – Co wie pan o przyczynie wybuchu pożaru, który spowodował śmierć rodziny Susan Coral?
Tony przygryzł wargi. Zaczął nieco z innej beczki.
- Czy pamięta pan, komisarzu, sprawę śmierci małego Anthony’ego Scotta sprzed pół roku?
- Pamiętam. Dzieciak wypadł przez okno na piętrze domu. Straszna sprawa. Ciężko zapomnieć coś takiego.
- Otóż to – mówiąc te słowa Tony wyszedł z salonu, aby wrócić po chwili, niosąc w ręce sporą teczkę. Położył ją na stoliku i otworzył. Wewnątrz, schludnie spięte, znajdowały się małe kartki zapisane notatkami oraz wycinki z gazet. Willkins wydobył jeden z nich i położył przed Blakiem. „Tragiczna śmierć siedmiolatka” – głosił nagłówek strony. Obok artykułu opisującego zdarzenie znajdowało się czarno-białe zdjęcie.
- Matka Scotta… - rzekł cicho Blake. Przymknął oczy. Prowadził tamtą sprawę. Bardzo tajemnicza śmierć. Wspomnienia nagle stanęły mu przed oczami. Przypomniał sobie spotkanie z tą kobietą, przypomniał sobie jej łzy. Długo nie mógł się po tym pozbierać.
- Otóż to – Tony wypowiedział te słowa po krótkim milczeniu, jakby chciał dać komisarzowi chwilę, aby doszedł do siebie. – gdzie znajduje się na zdjęciu?
- To pokój Anthony’ego. Widać za nią półkę pełną jego zabawek.
- Trafił pan w sedno, komisarzu. Proszę uważnie przyjrzeć się zabawkom.
Blake rzucił krótkie spojrzenie na twarz Tony’ego, sądząc, że ten żartuje, lecz mylił się. Willkins był śmiertelnie poważny. Komisarz utkwił więc wzrok w fotografii.
Przez chwilę nie dostrzegał nic szczególnego… Dopiero po kilku sekundach jego uwagę zwrócił pluszowy miś, zadziwiająco wyraźnie widoczny na zdjęciu. Rzucał się w oczy przede wszystkim dlatego, iż nie siedział wraz z innymi pluszakami na półce, tylko obok niej, na okiennym parapecie. Ponadto… Zwrócony był przodem w kierunku okiennej szyby. Sprawiał wrażenie, jakby wyglądał przez okno na zewnątrz… To samo okno, przez które wypadł Anthony.
Nie, to niedorzeczność. Zanim jednak Blake zdążył cokolwiek powiedzieć, Tony podsunął mu pod nos kolejny wycinek, nieco późniejszy.
„Dziesięcioletnia Amy Hire udusiła się skakanką”. Przeczytawszy początek artykułu, znów został zaatakowany przez wspomnienia. Zobaczył zdjęcie sporego trawnika, na którym rosło duże, rozłożyste drzewo. U jego stóp leżała dziecięca skakanka… a obok niej mały, pluszowy misiek.
„Nikt nie potrafił pojąć, jak to się mogło stać” – przypomniał sobie Blake. Włączając w to jego samego.
Odsunął wycinki na bok i spojrzał do góry, wprost w oczy Tony’ego Willkinsa. Zobaczył już dużo – na tyle, by mniej więcej zrozumieć, o co mu chodzi. Lecz w dalszym ciągu nie mógł w to uwierzyć.
- Wszyscy, zrozpaczeni, nie mogli zrozumieć, jak doszło do tych okropieństw… - zaczął mówić Tony – a nie są to jedyne przypadki śmierci dzieci, które łączą się w tę samą historię. Wszyscy szukali dookoła winnych, a nikt nie zwracał uwagi na jeden mały szczegół…
Wstał, podszedł do okna i zapatrzył się przez nie. Ulewa trwała na dobre, błyskawice szalały po niebie.
- Sam z początku nie mogłem uwierzyć. Przyszło mi to do głowy nagle, i wydawało się nieprawdopodobne… Lecz z czasem doszedłem do tego, że to najbardziej sensowne wyjaśnienie ich śmierci.
- Willkins, sądzi pan, że te dzieci zostały zamordowane przez…
- … małego pluszowego misia? – dokończył Tony. – Oczywiście, że nie. Przynajmniej nie bezpośrednio przez misia. Nie, nie chodzi tu o misia, lecz o to, co w nim żyje. Kiedy tylko zorientowałem się, że każde dziecko, któremu towarzyszy ten misiek spotyka śmierć, postanowiłem go znaleźć. I udało mi się. Niech pan nie pyta, Blake, jak mi się to udało. Ale dokonałem tego. I przez długi czas zło drzemiące wewnątrz niego pozostawało w zamknięciu…
- Ale…?
- Ale niedawno, pech sprawił, że udało mu się wydostać. I natychmiast napotkał okazję, aby trafić do małej Susan.
Blake przymknął oczy i położył się na oparciu fotela. W głowie czuł zamęt. Właśnie wysłuchał najbardziej nieprawdopodobnego wyjaśnienia morderstw sprzed kilku miesięcy. Choć zdarzało mu się dotąd spotkać dziwne wersje, ta biła je na głowę. Lecz było coś w głębi jego świadomości, co nie pozwalało mu jasno i pewnie uznać słów Willkinsa za bzdurę. Coś, co wciąż skłaniało go, aby się zastanawiał, a im dłużej nad nimi myślał, tym bardziej zaczął w nie wierzyć…
- Więc miś należał do Susan. Był w domu, kiedy… kiedy wybuchł pożar? To on go spowodował?
- Na pewno w nim był – pokiwał głową Tony – a co do pożaru też nie mam większych wątpliwości.
- Lecz to oznacza, że spłonął wraz z całym inwentarzem…
Tony ponownie pokiwał głową.
- Więc w czym problem? – zdziwił się Blake.
- Nie rozumie pan, komisarzu. Jak już wspomniałem, nie chodzi tu o zabawkę… Miś to tylko przykrywka, pudełko, opakowanie. A zło, które znajduje się wewnątrz, nie zginie od ognia…
- Co więc stanie się z nim teraz?
Tony, stojąc wciąż przy oknie, milczał przez chwilę.
- Zapewne znajdzie sobie nowe wcielenie, aby dalej kontynuować mroczne dzieło.
- Nie przypuszcza pan, jakie to będzie wcielenie?
- Ja to wiem – rzekł Willkins ponuro, wpatrując się w mrok. – zabawka.

* * *

- Ohh mamo, spójrz, jest fantastyczny!
Szukając czegoś energicznie w torebce, Alice nagle poczuła, jak synek ciągnie ją za rękę. Przystanęła i spojrzała na niego. Mały Steve stał z nosem przyklejonym do szyby wystawowej sklepu z zabawkami Tony’ego.
No tak, z góry wiedziała, że tak będzie. Motyw powtarzał się, ilekroć przechodzi tą samą drogą. Na wystawie zawsze znalazło się coś nowego, „fantastycznego”, co sprawiało, że Steve dostawał palpitacji. I oczywiście musiał to mieć. „Co tym razem?” pomyślała Alice, kierując się w stronę wystawy. Po chwili weszła wraz z dzieckiem do sklepu.
Pół godziny później wracali oboje do domu, Alice – znowu pochłonięta szukaniem czegoś w torebce, natomiast Steve – przeszczęśliwy, ściskając w ramionach pluszowego dinozaura. Zapadł już wieczór, uliczne latarnie zapłonęły bladym światłem, rozjaśniając uliczny mrok.
- Jest naprawdę super, mamo – paplał dzieciak z przejęciem, wpatrując się w zabawkę – ochh, nawet… Nawet oczy świecą mu na czerwono!

Dzięki tym, którym chciało się dotrzeć aż tutaj ;P
"...handlarz starym książkami odkrywa, że jego zarośnięte chwastami, najzwyklejsze w świecie podwórko jest znacznie dłuższe, niż się wydaje - w istocie sięga ono aż do samych bram piekieł."

Awatar użytkownika
Radioaktywny
Niegrzeszny Mag
Posty: 1706
Rejestracja: pn, 16 lip 2007 22:51

Post autor: Radioaktywny » pt, 30 sty 2009 21:44

A tam, dawno nikt kompetentny nie ćwiczył mnie literackim batem :)
Nie wiem, czy mogę siebie uznać za kompetentnego, bo daaaawno już nie robiłem żadnej łapanki - ale dziś mam ochotę połapać i tak wyszło, że padło na Ciebie:-> (buahaha, drżyj!:->).
Z pogrążonych w gęstym mroku kątów wypełzały kolejno lęki, fobie i koszmary, nabierając pod osłoną nocy znacznie większych rozmiarów. Pokój przestał być dziecinnym pokojem...
Pokój dziecinny to nazwa funkcyjna - pomieszczenie nie zmienia swojej funkcji tylko dlatego, że nagle staje się straszne i groźne. Wpuść hordę upiorów do łazienki, a i tak póki jest tam umywalka i wanna/kabina prysznicowa, pozostanie to łazienką.
Oczy dziewczynki były nieruchomo utkwione w małym misiu
Utkwione w czymś oczy już same w sobie świadczą o bezruchu gałek - wytłuszczone słowo bym więc wykopał.
Drewniana podłoga cicho zaskrzypiała, kiedy powoli wstała i wyprostowała się.
Przeraźliwy zgrzyt rozlegał się z każdym jej krokiem
Intryguje mnie bardzo ta podłoga, która w jednej chwili cicho skrzypi, a w drugiej przeraźliwie zgrzyta.
Przeraźliwy zgrzyt rozlegał się z każdym jej krokiem, lecz ona wytrwale posuwała się do przodu małymi kroczkami
No naprawdę, można było tego uniknąć.
Końce palców dłoni dziewczynki musnęły miękkie futerko misia
To chyba oczywiste, że dłoni, a nie stóp. Nie rób z czytelnika idioty.
kiedy lekko uchylone okno nagle gwałtownie rozwarło się szeroko.
Mało fortunne zestawienie dwóch przysłówków. Naprawdę sądzisz, że oba są potrzebne?
Rozległ się przeraźliwy zgrzyt
Wcześniej pisałeś o przeraźliwym zgrzycie w odniesieniu do podłogi. Teraz to brzmi, jakby wcześniej w czasie drogi Susan do misia to okno zgrzytało z każdym jej krokiem. To jak w końcu?
Na niebie lśniła srebrna tarcza księżyca, a obok niej malutkie punkciki gwiazd
A co, nad i pod księżycem gwiazd już nie było? Wszystkie na boki się rozpierzchły? O nie, mocium panie, tak dobrze nie ma. "Wokół", nie "obok".
Jej wzrok utkwiony był gdzieś tępo na zewnątrz, lecz nic nie widziała. Oczyma wyobraźni widziała, co stoi za jej plecami
Aua.
Nie myślała o niczym, nie słyszała rozlegających się z dołu krzyków
Ale jak to? Dlaczego rodzice Susan mieliby krzyczeć? Miś przecież jeszcze nie zaczął płonąć, na razie tylko zasłona spadła (chyba że rodzice przerazili się, bo wzięli zasłonę za ducha:-P).
Nie spieszę się, dokończę naprawiać zerwaną półkę.
Aua!
a skrzynkę położył spowrotem na miejsce.
Aua!!

Hmm, to chyba tyle. Bardziej fachowe łapanki zostawiam profesjonalistom.
Czas na werdykt. Tekst niewątpliwie kryje w sobie potencjał, pomysł jest ciekawy (szczerze, to byłem pewien, że okaże się, iż miś dusi dzieci - na szczęście nie poszedłeś tą drogą, ałtorze;-)). Szczególnie udane są fragmenty z Susan - tu udało Ci się wywołać u mnie dreszcze, a to się chwali. Pewnie dlatego, że też tak miałem w dzieciństwie, że zdawało mi się, iż w mroku przedmioty się ruszają i ożywają.
Czyli konkludując, dobry tekst;-)
There are three types of people - those who can count and those who can't.
MARS!!!
W pomadkach siedzi szatan!

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 30 sty 2009 21:52

Radioaktywny pisze:
Drewniana podłoga cicho zaskrzypiała, kiedy powoli wstała i wyprostowała się.
Przeraźliwy zgrzyt rozlegał się z każdym jej krokiem
Intryguje mnie bardzo ta podłoga, która w jednej chwili cicho skrzypi, a w drugiej przeraźliwie zgrzyta
A nie intryguje Cię, jak ta podłoga wstaje i prostuje się, a potem idzie zgrzytając przy każdym kroku? :P
Aua...
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Radioaktywny
Niegrzeszny Mag
Posty: 1706
Rejestracja: pn, 16 lip 2007 22:51

Post autor: Radioaktywny » pt, 30 sty 2009 21:59

Toć ja tylko prosty mutant jestem, też mam prawo coś przeoczyć:-P Stąd zostawiłem pole do popisu dla użytkowników bardziej ode mnie spostrzegawczych.
There are three types of people - those who can count and those who can't.
MARS!!!
W pomadkach siedzi szatan!

Awatar użytkownika
Metallic
Kadet Pirx
Posty: 1276
Rejestracja: sob, 22 mar 2008 21:17
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Metallic » pt, 30 sty 2009 23:55

Hoho, Małgorzato, toć aż mnie ta podłoga zaintrygowała :) przyznaję, zabawne.

Tekst wrzuciłem, nic w nim nie zmieniając - w takim stanie, w jakim leżał od lat :) więc pewnie podobnych kfiotków znajdzie się jeszcze sporo ;)
"...handlarz starym książkami odkrywa, że jego zarośnięte chwastami, najzwyklejsze w świecie podwórko jest znacznie dłuższe, niż się wydaje - w istocie sięga ono aż do samych bram piekieł."

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » sob, 31 sty 2009 00:11

Nawet jeszcze nie sprawdzałam, czytałam tylko komentarz Radyjka.
Nie mam na razie czasu - wiadomo, na WT trzeba się wykazać => WT ma pierwszeństwo.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 4053
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Post autor: hundzia » sob, 31 sty 2009 01:25

Tekst wrzuciłem, nic w nim nie zmieniając - w takim stanie, w jakim leżał od lat :) więc pewnie podobnych kfiotków znajdzie się jeszcze sporo ;)
Maciek, za coś takiego, to ja powinnam kudły ci ze łba rwać, czyż nie?
EDIT: NMSP
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Metallic
Kadet Pirx
Posty: 1276
Rejestracja: sob, 22 mar 2008 21:17
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Metallic » sob, 31 sty 2009 11:12

Ee tam, dlaczego? Wszak od sprawdzenia poprawności pod względem językowym bardziej zależy mi na tym, by czytelnicy wypowiedzieli się na temat samego pomysłu, kompozycji, fabuły... Błędy, powtórzenia, można najłatwiej wyeliminować. Natomiast jeżeli tekst jest zwyczajnie słaby, nawet superpoprawność stylistyczna mu nie pomoże.

A niedoskonałości w moim tekście chyba nie utrudniają odbioru aż tak?
"...handlarz starym książkami odkrywa, że jego zarośnięte chwastami, najzwyklejsze w świecie podwórko jest znacznie dłuższe, niż się wydaje - w istocie sięga ono aż do samych bram piekieł."

krzun

Post autor: krzun » sob, 31 sty 2009 12:39

[quote="Metallic"]Błędy, powtórzenia, można najłatwiej wyeliminować. Natomiast jeżeli tekst jest zwyczajnie słaby, nawet superpoprawność stylistyczna mu nie pomoże.[/quote]

Mylisz się. Gdy tekst jest superskonstruowany pod względem fabuły, czy pomysłu to występujące w nim błędy stylistyczne i ortograficzne mogą zniweczyć cały koncept. Przyjemniej się czyta tekst poprawny niż ten z błędami. Przecież zawsze tekst mógłby wyglądać (np.) tak:

Litfo! Oiczysno moia! ty jezdeś jag strofie.
Ile cię trza cedzić, ten tyko się dofie,
Kto cię strącił. Dziź piękność twą w całej ostobie
Widzęł i opisujęł, bo tęsknięł po tobje.

Przecież koncept jest genialny (to wersja fikcyjna, błędy moje), a nie da się tego czytać. Tak nawet się tego nie wymawia :D. Mickiewicz robił mnóstwo błędów, pisał cholernie nieczytelnie. Można to sprawdzić w BN.

Poprawność jest ważna! Jeżeli powyższy argument nie przemawia, to może przemówi to, że każdy "normalny" redaktor będzie konsultował z Tobą zmiany w tekście. Oczywiście nie ortografy, ale błędy stylistyczne owszem. Radziłbym się o to zatroszczyć, gdyż unikniesz nocnych telefonów z pytaniem "Coś ty @#$%^& tutaj wysmarował?" :D

Awatar użytkownika
Metallic
Kadet Pirx
Posty: 1276
Rejestracja: sob, 22 mar 2008 21:17
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Metallic » sob, 31 sty 2009 13:03

krzun pisze: Litfo! Oiczysno moia! ty jezdeś jag strofie.
Ile cię trza cedzić, ten tyko się dofie,
Kto cię strącił. Dziź piękność twą w całej ostobie
Widzęł i opisujęł, bo tęsknięł po tobje.
Metallic pisze:A niedoskonałości w moim tekście chyba nie utrudniają odbioru aż tak?
"...handlarz starym książkami odkrywa, że jego zarośnięte chwastami, najzwyklejsze w świecie podwórko jest znacznie dłuższe, niż się wydaje - w istocie sięga ono aż do samych bram piekieł."

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » sob, 31 sty 2009 13:11

To dużo prostsze.

Błędy gramatyczne, których Autorowi nie chciało się poprawić, sprawiają, że skupia się na nich uwaga redaktora. I może się zdarzyć, że nieszczęsny redaktor przepuści nieciągłość struktury, usterki kompozycyjne - bo będzie zajęty poprawianiem głupich powtórek.

Zastanowiłabym się zatem, czy warto sabotować swój tekst w ten sposób.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Metallic
Kadet Pirx
Posty: 1276
Rejestracja: sob, 22 mar 2008 21:17
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Metallic » sob, 31 sty 2009 13:16

Czyli wyćwiczone, redaktorskie oko, jest tak czułe, że nie potrafi pominąć stylistycznych błędów, by skupić się na idei tekstu? Czy zależy to konkretnie, od tekstu i błędów?
"...handlarz starym książkami odkrywa, że jego zarośnięte chwastami, najzwyklejsze w świecie podwórko jest znacznie dłuższe, niż się wydaje - w istocie sięga ono aż do samych bram piekieł."

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » sob, 31 sty 2009 13:33

W rzadkich przypadkach - owszem. Są utwory, w których koncepcja świetna przysłania błędy języka. Mam Ci powiedzieć, jak często trafia się taki tekst? :P

Zwykle błędy w tekście są jak mucha w zupie => ilu jest takich, co będą chcieli zjeść takie danie, choćby najsmaczniejsze było?
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 437
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Post autor: rubens » sob, 31 sty 2009 14:07

No i wrócił Metallic - dreszczopisarz. POMIMO tych wszystkich wypisanych powyżej uchybień, POMIMO niedociągnięć logicznych, o których też już była mowa wyżej - mnie się czytało naprawdę przyjemnie. Zdecydowanie pochwała za pomysł i za klimat - tego ostatnio coraz mniej na ZW.

A oko (...a raczej Oko), drogi Metallicu, widzi wszystko...
Niecierpliwy dostaje mniej.

Zablokowany