Zew wolności

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
M.M.
Sepulka
Posty: 12
Rejestracja: czw, 02 maja 2013 19:50
Płeć: Mężczyzna

Zew wolności

Post autor: M.M. » czw, 02 maja 2013 19:56

Witam!
Zależy mi na tym, żeby jak najwięcej osób rozdrobniło ten tekst, więc wrzucam tutaj równolegle z portalem NF. Wydaje mi się, że tutaj krytyka jest o wiele... ciekawsza ;)

I od razu mam pytanie: kilka osób stwierdziło, że tekst jest "nieudolnie tajemniczy". Czyli - pojawia się zbyt dużo niewiadomych. Z własnego doświadczenia wiem natomiast, że najciekawsze są właśnie te opowiadania, w których czytelnik od razu zostaje bez wyjaśnień wrzucony w świat, który dopiero potem można konstruować ze strzępków opisów/dialogów. Taki efekt chciałem osiągnąć (to dobrze?) i chyba nie wyszło (czy na pewno?).


Jedziem.

Zew wolności

Zack

Oliver wśnił mu się w sam środek koszmaru. Wołanie nałożyło się na surrealistyczną scenę ucieczki przed –
Zack. Ząb. Szybko. Strach–podniecenie–niepewność. Ząb.
Usiadł gwałtownie, łapiąc powietrze haustami. Wokół panowała ciemność i idealna cisza. Koszmar zniknął, pozostawiając tylko nienazwane uczucie strachu, za to głos cały czas rozbrzmiewał z mocą.
Ząb! Szybko!
Brzegiem koca otarł z czoła pot, przymknął powieki. Oliver zamilkł. Po omacku odnalazł kaganek i pudełko zapałek, a kiedy chwiejny płomyk zatańczył nieśmiało, przyciągnął do siebie miednicę i kilkukrotnie opłukał twarz. Zimna woda w połączeniu ze strachem przyjaciela rozbudziła go zupełnie. W pośpiechu zasznurował spodnie i powoi podszedł do drzwi, które pchnięte, zaskrzypiały cichutko. Zack zamarł. Był środek nocy. Cała wieś wydawała się pogrążona we śnie. Cała – oprócz Olivera. Co mogło go tak poruszyć? I czemu był przy Zębie o tej porze?
Powoli przestąpił próg, rozglądając się bojaźliwie w poszukiwaniu wścibskich oczu sąsiadów. Pusto. Trzymając się cieni obszedł domostwo i zaczął piąć się pod górę. Zbocze opadało w tym miejscu łagodnie, a podłoże pokrywała tylko cienką warstewką piasku.
Dopiero przy linii ciernistych krzewów, kiedy usadowione w dolinie chaty były wystarczająco daleko, Zack przyspieszył kroku, nie dbając już o powodowany hałas.
Do Zęba nie prowadziła żadna ścieżka. Zadbali o to z Oliverem, za każdym razem pokonując zarośla w innym miejscu, żeby tylko nie wydeptać prostej drogi. Za linią chaszczy stok piął się coraz bardziej stromo, skutecznie odstraszając wszelkich, niepożądanych gości.
Po krótkiej wspinaczce Zack znalazł się wreszcie na płaskim terenie. Tuż przed nim, skąpany w świetle księżyca, stał Ząb. Olbrzymia skała wyglądem przywodziła na myśl kieł jakiegoś olbrzyma, wbity głęboko w grunt przed tysiącami lat. Poszarpana powierzchnia rzucała nieregularne cienie.
Kilkaset metrów dalej wyrastały już nieprzebyte góry.
– Zack? – zakrzyknął ukryty w cieniu Oliver.
– Zack – potwierdził krótko mężczyzna, głęboko oddychając zimnym, nocnym powietrzem.
Oliver wyszedł spod skały by powitać przyjaciela krótkim uściskiem. Zack wyczuwał wiele, powietrze wokół mężczyzny niemal wibrowało od nagromadzonych w nim emocji.
– Mów – odezwał się bez wstępu, trzymając dłoń na ramieniu niższego mężczyzny – Co się dzieje?
Oliver spojrzał nań poważnie.
– Grota. Myślę, że na górze jest Grota.
Zapadła długa cisza.
Najwyższym wysiłkiem woli Zack powstrzymał się przed popędzeniem w dół zbocza, byle szybciej do domu Widzącego. Zbudzić go, opowiedzieć, przyprowadzić. Tak był nauczony. Czekałaby go nagroda. A jeśli ktoś widział jak opuszczał chatę i rano połączy kilka faktów…
– Nie możesz tam wrócić – chłodny głos sprowadził Zacka na ziemię. Skinął głową.
– Powinniśmy wejść. Ja ledwo czuję poza tobą. Jesteś pewien…?
– Obszedłem skałę dookoła. Z drugiej jest mocniej. No i idzie rejonami, więc w zasadzie się zgadza…
– Jest ciemno.
– Za godzinę księżyc będzie na trasie. Wtedy wejdziemy.
Zack pomyślał przez chwilę, spojrzał na skrytą w cieniu stronę olbrzymiej formacji. Skinął głową po raz kolejny.
– Za godzinę. A potem?
Wokół panowała idealna cisza.

Jim

Jimmy otworzył drugą butelkę izotoniku.
Horyzont jaśniał powoli, a powietrze już zaczynało się nagrzewać, zwiastując nadciągający upał. Dudniły basy, ryczał silnik, klekotały luźne elementy pojazdu, a Jim ze wszystkich sił starał się napić, nie tracąc przy tym połowy uzębienia. Już kilkanaście kilometrów wcześniej droga w zasadzie zniknęła, a teren stał się nierówny i kamienisty.
Za oknem mignął zielony słup. Cholera. Na szkoleniach zawsze mówili, żeby profilaktycznie zakładać maskę już przy białym, ale w rzeczywistości żaden z Kurierów nie robił tego wcześniej niż przy czerwonym. Kiedy słońce stało w zenicie, a szoferka nagrzewała się jak piekarski piec, Jimmiemu zdarzało się zwlekać nawet do czarnego. A ten stał już na samym skraju wioski, rzut kamieniem od upraw qhavu.
Zerknął na mapę. Zbliżał się do ostatniego punktu na swojej dwutygodniowej trasie. Gdyby się pospieszył, mógłby nawet zdążyć przed Kontaktem. Strasznie nie lubił długich ceremonii.
Może się uda. A potem do domu.

Zack

Zack wszystko zawdzięczał starszemu bratu – Nathanowi. W tym momencie nosił nawet jego spodnie i grube buty do zbierania qhavu. No i oczywiście medalion. Zawsze medalion.
Obracał w palcach chłodną blaszkę, którą zazwyczaj obluzowaną, podłogową deskę. W środku nocy, kiedy cała osada spała, wykończona pracą. Bratu od rwania niebieskich kwiatów plecy odmawiały już posłuszeństwa, ale wciąż nalegał.
– Zejdźmy do piwnicy. Opowiem coś jeszcze.
Mówił krótko i nerwowo. O Widzących. Kryciu umysłu. Grotach. Świecie. Zawsze o świecie.
– Musisz mi uwierzyć – szeptał do ucha Zacka, plując kropelkami śliny – ale jeśli cię na to nie stać, tylko słuchaj. Zapamiętuj, żeby ktoś odważniejszy miał kiedyś szansę wyrwać się z tego gnoju.
Przyszli po niego w dnu pojawienia się Groty, ale był na to przygotowany – wbił sobie długi na stopę nóż prosto w serce. Tego dnia Widzący poświęcił tylko jedną ofiarę – ślepą jak Kurier córkę Emmy.
Oliver szturchnął go w bok, wyrywając z zamyślenia.
– Widać trasę – mruknął. Wstali obaj, rozciągając mięśnie. Po kilku minutach, rozgrzani i pełni emocji zbliżyli się do ściany. Oliver wprawnym ruchem wydobył patyczki, Zack ujął jeden. Krótszy.
Westchnął i złapał pierwszy chwyt. Tego też nauczył go brat. Jak zamiast strachu czuć radość. Wspinaczkę nazywał przedsmakiem wolności.
Kiedy pod palcami czuć tylko zimną skałę, a nogi swobodnie zwisają osiem metrów ponad ziemią, dopiero wtedy człowiek zaczyna czuć prawdziwą swobodę. A co dopiero stanąć na którymś z tych szczytów wysokich…
Powolnym, ćwiczonym po tysiąckroć ruchem, Zack uniósł w powietrze całe ciało, przyklejając stopy do ściany. Skręcił się w biodrach, stanął mocniej na nogach i płynnie sięgnął kolejnego chwytu. Mięśnie ramion pracowały równomiernie, bez najmniejszego wysiłku podciągając go metr za metrem. Oddech miał lekko tylko przyspieszony, kiedy w końcu złapał ostatni, wystający kolec i szarpnąwszy się potężnie przerzucił całe ciało za krawędź szczytu.
– Bezpieczny! – krzyknął w dół. Oliver rozpoczął wspinaczkę.
Była tam, nie musiał podchodzić bliżej – niewidoczna dla oczu, ale wyczuwalna dla umysłu.
Oliver wdrapał się na szczyt, stanęli obok siebie, w ciszy podziwiając nienazwane piękno Groty.
– Powinniśmy spadać – wymamrotał Zack. Oliver jakby nie usłyszał. – Nic tu po nas.
– Grota – szepnął tamten z przejęciem. – Odsłonięta, dziewicza Grota. Tutaj. Na szczycie Zęba.
Niższy z mężczyzn ruszył wzdłuż krawędzi. Zack postępował tuż za nim. Czuł zmiany bardzo wyraźnie. Gniew. Podniecenie. Kolejne kilka kroków i niemożliwy spokój. Przemogli się, poszli dalej. Przyszła pora na głód, ból, rozkosz… Mignęła im czerwień i zapach róż.
Roż? Przemknęło mu przez myśl. Czego?
– Do krawędzi, Oliver – warknął znienacka, nie poznając swojego głosu. Miał jednak rację – Oboje się zapomnieli. Stali teraz dwa, trzy metry bliżej serca niż powinni.
Nagle doznał olśnienia. Ziggy oszukiwał! Wtedy, w Royal Casino, stawiając wszystko na jedną kartę. Kiedy je podmienił? Whiskey! To musiało być coś w whiskey…
Obrazy pędziły jeden za drugim. Krzyczący tłum. Bielone ściany. Stalowe góry. Cały czas uczucie zrozumienia tuż na krawędzi umysłu, wymykające się jednak raz za razem.
Poczuł silne szarpnięcie. Oliver stał za nim, krzycząc. Zack potrząsnął głową, próbując pozbyć się nieswoich wspomnień. Czym, do cholery jest Royal Casino, karty, whiskey? I kto…
– Zack, do cholery! Patrz, ku**a, na wschód!
Słoneczna tarcza w całości wynurzyła się już zza horyzontu.

Jim

Jeszcze raz, dla formalności, Jimmy sprawdził dokumenty. Przejrzał poprzednie raporty i listy zaopatrzeniowe. W końcu odhaczył wszystko z miejsca, bo w ostatniej wiosce zawsze i tak zostawały wszystkie skrzynie, które wiózł jeszcze na pace. Oprócz tego sprawdził broń. Pistolet leżał pod fotelem, zapylony po długiej podróży przez pustkowia. Jimmy zatrzymał samochód, starannie wyczyścił wszystkie części, nasmarował i złożył. Dwa przystanki wcześniej trafił na Kontakt w Nixton. Ich Widzący – Rossiter – wspominał o kłopotach tutejszego Angara. Podobno podejrzewali kogoś o ekranowanie, a to zawsze mogło wiązać się z niekontrolowaną agresją.
Przez kogoś takiego Jimmy dwa lata wcześniej stracił dobrego kumpla. Gość wyjechał na trasę i już nie wrócił, bo dzikus zatłukł go kamieniem. Poczekał aż wyładuje im żarcie, a potem dopadł, zanim biedak zdążył zwiać.
Oczywiście prawdopodobieństwo powtórzenia takiej sytuacji było nikłe – Jimmy darzył Angara pełnym zaufaniem. Mimo spiłowanej inteligencji ten odznaczał się bystrością i trzeźwością umysłu, a do tego trzymał podwładnych w solidnych, umysłowych kajdanach. Nikt nie mógł machnąć ręką w jego obecności.
W razie kryzysu powinien być w stanie złamać podejrzanego osobnika bez użycia fizycznej siły. A potem Jimmy zapakuje go wpół–żywego do ciężarówki i zawiezie na zachód, do Nowego Dallas, niech już go tam męczą na EEG, tomografach, niech mu rozpruwają genotyp i używają do hodowli kolejnych „szczepionek”. Po miesiącu wrzucą nowy kod odpowiednich wektorów, wpuszczą je zahibernowane do ziemniaków i Jimmy ruszy w trasę, rozwożąc aktualizacje genetyczne do wszystkich osad na tym zasranym pustkowiu.
Tak czy inaczej, zawsze lepiej mieć przygotowany plan awaryjny. Wsunął pistolet za pasek i ruszył. Minąwszy czarny słup, pojazd wspiął się na niskie wzniesienie, zza którego rozciągał już się widok na cel podróży – wioskę Robsberry, skąpaną w porannym słońcu. Wszechobecny piasek raził w oczy. Pod maską zaczynało robić się gorąco.
Mocno uderzył w środek kierownicy.

Zack

Bestia ryknęła w oddali.
Spojrzeli po sobie ze strachem i jednocześnie nadzieją – przypomnieli sobie bowiem słowa Nathana, który zaznaczał, że nie da się uciec inaczej, jak tylko z Kurierem. Ale – świt. Musieli podejść zbyt blisko serca i stracić rachubę czasu. Zack zacisnął pięści. Świt oznaczał pobudkę większości wsi. W tym Widzącego, który ruszy na poszukiwania Groty zaraz po przebudzeniu, szybciej nawet niż zorientuje się, kogo brakuje na polach. W takim wypadku nagłe pojawienie się Kuriera mogło zwiastować ocalenie – większość wioski, w tym i Widzący, pójdzie na rytuał powitania. Dadzą im czas.
Mężczyźni wymienili szybkie spojrzenia i skinęli głowami, rozumiejąc się na poziomie myśli.
– Dalej! – krzyknął Oliver, rzucając się w stronę krawędzi. Trasa z tej strony skały była łatwa, ale nadal jej pokonanie wymagało spokoju i czasu. Wiedzieli, jak skończyłby się upadek z takiej wysokości.
Oliver pierwszy dopadł kolca. Objął go grubymi palcami, postawił nogi na ścianie, zszedł kilka kroków i oderwał jedną rękę, by szukać chwytu.
Wtedy go usłyszeli. I poczuli. Angara zdradziło przekleństwo i towarzyszący mu mentalny impuls wściekłości, kiedy Widzący upadł na kamienistym stoku, raniąc sobie dłonie.
Powoli, bardzo powoli Oliver podciągnął się, przerzucił nogi z powrotem na skalny szczyt. Zack już kładł się na brzuchu, w bezsensownym akcie desperacji próbując ukryć się przed nadciągającą postacią.
Teraz, kiedy stał u stóp zęba słyszeli i czuli go wyraźnie. Jego wściekłość, ból i pośpiech. Musiał przywitać przybysza, ale stary, czterdziestoletni organizm już go zawodził. Desperacko łapał powietrze całymi haustami. Był jedyną osobą w wiosce nie pracującą fizycznie, więc szybka wspinaczka okazała się niemal ponad jego siły.
Myśli dwóch mężczyzn skupiały się na czym innym. Przybycie Angara oznaczało dla nich śmierć. Za chwilę Widzący odzyska oddech, przymknie oczy, a oni wstaną i postąpią krok w pustkę. Albo każe im zejść i ukarze publicznie. Albo wpuści do serca Groty.
Z głośnym stęknięciem Angar obrócił się i kuśtykając ruszył w stronę doliny. Fala zaskoczenia przeszyła powietrze. Oliver nagle otworzył szerzej oczy i nachylił do towarzysza, szpecąc:
– Grota. Nie widział nas przez Grotę!
Po tych słowach, z uśmiechem na ustach przetoczył się kilkukrotnie, zajmując lepszą pozycję do obserwacji powoli oddalającego się Widzącego.
Zack nie zauważył ruchu, zanim kamień nie świsnął mu nad głową.

Jim

Niebieskie pola ciągnęły się po obu stronach drogi. Wyrastające z jałowego podłoża rośliny były wysokie, tak że niemal całkowicie skrywały pracujących wśród nich ludzi. Jimmy odruchowo poprawił maskę.
Z gęstwiny wyszedł człowiek w koszuli barwionej na żółto. Przodownik. Za emanację pracowitością dostaje pewnie raz na tydzień dodatkową michę, pomyślał Jimmy. Gębę miał typowego tępaka, a wybrzuszenie z tyłu czaszki wyglądało nawet bardziej odrażająco niż zazwyczaj. Kurier wychylił się przez okno.
– Angara zastałem?! – krzyknął ponad ryczącym silnikiem. Mężczyzna wytrzeszczył oczy, słysząc że ktoś zwraca się do Widzącego po imieniu.
– Przebywa w wiosce od dawna! – odkrzyknął w końcu. Jimmy zaniemówił.
– Domyślam się, że nigdzie nie wyjechał – rzucił z ironią. – Pytam się, czy jest w chacie!
– Pytał pan…
– Czy! Jest! W chacie!
– A to nie ma. Oznajmił, iż nadeszło objawienie. Wyruszył szukać Groty!
– Zbierz czterech ludzi. Dwóch pomoże mi w rozładunku, dwóch pójdzie po Angara. Spieszy mi się! – dzikus po raz kolejny zareagował wytrzeszczem. Widać było, iż myśli intensywnie. Szkoda, że wysiłek poszedł na marne.
– Których ludzi? Tylko On ma prawo rozdzielać obowiązki! – odkrzyknął wreszcie. Jimmy przeklął go w duchu.
– Czterech, silnych ludzi, bałwanie – przeklął go w głos, po czym wcisnął pedał gazu. Obcy ledwo zdążył odskoczyć. Jimmy mógłby założyć się o butelkę importowanego Burbonu, że krzyczał jeszcze za nim czym jest bałwan. Lub, że wszyscy są silni.
Wieś zbudowano na planie okręgu, z chałupą Widzącego w środku. Wszystkie domy były identyczne, z gotowych prefabrykatów przywiezionych z Nowego Dallas. Drewniane ściany, dachy kryte jakimś syntetykiem. Nie musiały na tej pustyni stawiać czoła deszczom, nie musiały nawet specjalnie trzymać ciepła.
Zatrzymał ciężarówkę, wysiadł. Żar lał się z nieba. Chciał zapalić papierosa. Nie mógł, przez kilogramowe cholerstwo przyczepione do twarzy. Zamiast tego otworzył pakę po czym usiadł oparty o koło. W dolince nie było wiele miejsca – z dwóch stron ograniczały ją wysokie góry, a od wschodu i południa – pustkowie. Teren był zarośnięty i pofałdowany u podnóży łańcucha. To tam musiał ukryć się Angar. Ile czasu potrzeba mu będzie, żeby przeczesać teren i znaleźć Grotę? Z pół godziny?

Zack

Trysnęła krew, barwiąc jasny piasek. Kamień trafił idealnie w czaszkę, coś zachrobotało donośnie. A potem Widzący po prostu upadł. Stoczył się tylko odrobinę, chwilę później bezwładne ciało zaklinowało się między kamieniami. Zack patrzył, przytłoczony bezsensem sceny. Nieludzko mocnym i celnym rzutem Olivera. Banalnością śmierci Widzącego. W jednej chwili szedł, a w następnej – głośne łupnięcie i już wykrwawiał się na zboczu.
Oliver krzyczał nieludzko. Chwycił kolejny kamień i cisnął, podbiegając do samej krawędzi. W jednej chwili Zack zerwał się na równe nogi, łapiąc chwiejącego się nad przepaścią przyjaciela. Powstrzymał się przed wymierzeniem mu ciosu, ostatnim wysiłkiem woli odciągając z dala od tej strony Groty. Emocje powoli opadły. Oboje oddychali głośno.
– Spierdalajmy stąd – rzucił Zack.
Stali na ziemi kilka minut później. Powoli docierała do nich cała sytuacja. Oliver pobladł. Zack gorączkowo próbował zaplanować następny krok. O tym też uczył go brat. Że kiedyś będzie trzeba to zrobić. A potem uciec. Prosto w świat. Do wolności. Tyle, że żaden z nich nie był na to gotowy.
Podeszli do leżącego na zboczu mężczyzny. Od wioski odgradzały ich zarośla i nierówności terenu, więc na razie byli bezpieczni. Angar charczał i co jakiś czas pojękiwał. Czuli się dziwnie. Świat wygina się w osobliwy sposób, jeżeli spojrzeć nań przez naczynie z wodą. Patrzenie na uszkodzony umysł Angara było jak patrzenie na świat przez kotłujący się strumień.
W zasadzie i tak już nie żyli. Zack chwycił przyjaciela za ramię, czując, że pod nim samym uginają się kolana.
– Chodźmy stąd – szepnął.
Wtedy Widzący przestał się krztusić.
Odskoczyli instynktownie i dopiero po chwili zrozumieli, że oboje krzyczą. Umysł Widzącego po prostu zniknął ze świata. Tak, jakby ktoś wyrwał dziurę w rzeczywistości. Pustka, której dotknęli niemal dosłownie rzuciła ich na kolana. To dlatego Widzący starych ludzi zawsze wysyła z kurierem – przemknęło Zackowi przez myśl. Śmierć w wiosce…
Oliver odsuwał się od trupa na rękach i nogach. Po chwili wstał, odbiegł jeszcze kilkadziesiąt kroków. Zack patrzył. Pierwszy szok zastąpił dziwny rodzaj… spokoju. To już. Teraz. Koniec krycia się, uciekania. Koniec z dniami pracy w polu. Koniec z tą przeklętą doliną. Czas wyruszyć do świata, o którym mówił brat. Bezkresnej wody. Stalowych gór. Jeśli dobrze pójdzie, pożyje jeszcze ze dwadzieścia lat. W tym czasie jest w stanie zobaczyć wiele, naprawdę wiele.
Machnął na Olivera, kierując się w stronę wioski. Trup Angara został za plecami. Czas na Kuriera.

Jim

Wokół Jimmiego już zebrał się krąg kobiet, nie pracujących dziś w polu z niewiadomych przyczyn.
Milczały.
Twarze nijakie, jak maski. Naturalna konsekwencja ich natury. Oni wszyscy muszą tutaj być myślowymi ascetami, jeśli nie chcą zwariować i pozabijać się nawzajem. Dlatego też wszelkie konflikty Widzący musi dusić w zarodku. Kiedy dwa byki dopadną już do siebie, nie ma czego zbierać. Idzie mentalne sprzężenie zwrotne, agresja rośnie wykładniczo.
Inna sprawa – Jimmy oddał by wiele, by móc wysłuchać koncertu ich uszami. Współodczuwać z grającym… O, albo seks. Co tu musi się dziać, kiedy grzeje się jakaś parka. Swoją drogą – wychodzą gdzieś za wieś, czy wszyscy sąsiedzi tak razem z nimi…? Być może mają spiłowane instynkty rozrodcze i wcale nie czują z tego takiej przyjemności…?, zastanowił się jeszcze przelotnie kurier, po czym usłyszał krzyk.
Krótki, zwierzęcy.
Zerwał się, mroczki zatańczyły przed oczami. Kobiety rozpierzchły się do domów, niezdolne do podjęcia samodzielnej decyzji. Schować się i czekać na Widzącego. Taki instynkt, co poradzić, nie wygrają z genami.
Jimmy wyjął pistolet, odbezpieczył. Oddech miał przyspieszony. Pod maską zaczynało robić się naprawdę gorąco. Pół godziny. Uwinie się w pół godziny i odjedzie, inaczej padnie z przegrzania. Za niestandardowego debila zawsze dawali premię.
Postawił ledwie kilka kroków, nim zrozumiał, że coś jest nie tak.
Ludzie wychodzili z pól. Sami z siebie. Jak stado zombiech z archaicznych obrazów. Bez rozkazu Wi…
Kliknęły dopasowane do siebie elementy układanki. Jimmy zaklął, myśląc intensywnie. Uciekać? Da odpowiednim władzom znać, że wioska jest do kasacji. Głowica i po sprawie. Albo spawn Groty na całej powierzchni, z sercem o promieniu kilometra; układy nerwowe debili pójdą w strzępy, zdechną z palpitacji serca, oszaleją, zjedzą nawzajem…
Premia. Kupi lodówkę z importu. Albo odłoży do reszty oszczędności. Parę lat i będzie mógł wyjechać. Będzie mógł być wolny.
Skinął na stojącego najbliżej mężczyznę.

Zack

Umysł mówi o wszystkim, dlatego tak ciężko weń zajrzeć. Tak mu to tłumaczył Nathan – z głowy pochodzą nie tylko uczucia, myśli świadome, zamiary i pragnienia, ale przede wszystkim nijakie rozkazy dla ciała – ruch ręki lewej, drgnięcie nogi prawej, rytm serca, mrugnięcie. Pośród tego chaosu trzeba szukać tego, co nas interesuje.
Istnieje kilka poziomów czytania innych.
Pierwszy, najbardziej zwierzęcy – to są emocje, nagłe impulsy gniewu wyczuć najłatwiej. Oprócz tego – najprostsze odczucia, a wśród nich głód, zmęczenie, strach. W miarę dorastania idzie coraz łatwiej, można już wydobyć z drugiej osoby myśli bardziej ukryte, sugestie, nieodbijające się na twarzy pragnienia. Oczywiście im więcej treningu, im większy talent – tym głębiej można zajrzeć, odczytać myśli niepomyślane, czytać rozkazy umysłu zanim dotrą do ciała. Czasem udaje się tak splątać dwie osobowości, że reagują one na wzajemną aktywność – tak zbudził go dzisiaj Oliver – pomyślawszy by go zbudzić.
Tylko tak dało się wytłumaczyć wiedzę brata, wszystkie historie, wszystkie rady – zaskocz Kuriera od tyłu, zerwij zeń maskę, tak i tak patrz na skrawki papieru w jego bestii – musiał był wyczytać wprost z głowy obcego. Może nawet z głowy Widzącego.
Wstające słońce już nagrzewało powietrze i piasek, czuli jak żar nieprzyjemnie leje im się na plecy. Leżeli wśród krzewów, wszelkie nierówności terenu pozostawiając za sobą. Widzieli stąd całą nieckę, z małym skupiskiem domków pośrodku. Morze błękitu otaczało ją ze wszystkich stron, poprzecinane siecią wąskich ścieżek i jedną – szerszą, prowadzącą w świat. Z tej nigdy nie korzystał nikt prócz Kuriera.
Jego samego też widzieli – krzątał się teraz wokół bestii, szukając czegoś zapamiętale. Wskakiwał na dach, zaglądał do środka, rzucił się nawet na ziemię, wczołgał pod spód. Wkoło niego – pustka. Ktoś krzątał się wśród chat, ale w większości ludzie wciąż pracowali w polach, tylko szerokie kapelusze wystawały ponad niebieskie pędy qhavu.
Już wcześniej omówili sposób podejścia. Ruszyli, gdy tylko sylwetka Kuriera skryła się za bestią. Popędzili w dół zbocza, pole zaczynało się ledwie kilkanaście kroków dalej. Wpadli między rośliny, od razu skręcając w kierunku głównej drogi. Ktoś krzyknął boleśnie, krótko. Nie reagowali, parli dalej.
W końcu rozdzielili się – Zack przeciął trakt spokojnym krokiem, kątem oka spoglądając na Kuriera. Był niedaleko, idealnie na wprost, wciąż krzątał się przy maszynie. Zanurzył się w pole po drugiej stronie drogi. Znowu krzyk, bliżej, gdzieś z przodu. Zdarzało się – ktoś ustawił ciężki kosz na stopie, skaleczył nożem. Zack noża nie miał – zrobią to gołymi rękoma. Dotarłszy na skraj pola (między pędami widział już lśniącą machinę kuriera), przykucnął. Czekał.
Znowu ktoś wrzasnął nieartykułowanie. Przymknął oczy, ale nic nie wyczytał z otoczenia, żadne wolne myśli nie krążyły w powietrzu. Bestia stała na środku drogi, oddzielając ich od siebie olbrzymim cielskiem.
Gwizd. Oliver na miejscu.
Zack wypadł zza linii niebieskich kwiatów, rozglądając w pośpiechu, nie dojrzał jednak Kuriera ze swojej strony, musiał stać po drugiej stronie pojazdu. Wystrzelił do przodu, chcąc dopaść obcego, póki ten był zajęty rozmową z Oliverem. Udało się, postać w masce stała spokojnie, odwrócona plecami do Zacka, niczego nie podejrzewając.
Skoczył.

Jim

Słońce grzało niemiłosiernie, pot spływał mu po twarzy, pojedyncze krople nieprzyjemnie maszerowały wzdłuż nosa. Przysiadł w cieniu jednego z domostw, choć nawet tam upał był nieznośny.
Wrzasnął pierwszy dzikus. Dźwięk był cichy, odległy. Zaklął, rozluźnił nieco mięśnie. Spokojnie, jest czas.
Kolejny. Uśmiechnął się pod maską, adrenalina powoli wkraczała do akcji. Kiedy ostatni raz strzelał? Mniejsza, z takiej odległości ślepy by trafił.
Trzeci, ostatni krzyk wyposażonego w ekran dzikusa. Dobrze.
Na dźwięk rozmowy wyszedł z ukrycia. Gość był niski, ale niemożliwie muskularny. Czarne, krótkie włosy, ciemna cera, ciemne oczy. Miał na sobie sznurowane spodnie i białą niegdyś koszulę. Poruszał się powoli, mówiąc coś do postaci w masce. Stał plecami do wychodzącego spomiędzy domostw Jimmiego, niczego nie podejrzewając. Nie dało się nie trafić w tak szeroki tors.
Jedna, druga, trzecia, plamy czerwieni wykwitły radośnie na płótnie. Serce uderzało mu w dzikim rytmie.
Wtedy – krótki krzyk z od strony wozu, chrzęst piachu pod ciężkimi butami. Zareagował błyskawicznie, pistolet uniesiony, strzelał szybko. Zaśpiewała trafiona blacha, wystrzeliła w powietrze fontanna piachu. Odetchnął, spojrzał na kotłujące się ciała. Powoli podszedł bliżej. Uspokoił drżenie rąk, nacisnął spust.
Raz, dwa, trzy. Jeden huk, dwa głuche trzaśnięcia.
Na moment wszystko znieruchomiało.

Zack

Łkał nieświadomie, bezgłośnie. Drugi umysł gasł powoli. Jak to się stało, że nie wyczuli podstępu? Że nie wyczuli Albrehta jeszcze przed wyjściem z pola? Kurier poruszył się, wyrywając Zacka z otępienia. Ten zrzucił z siebie trupa i podniósł powoli. Próbował nie patrzeć na postać Olivera rozciągniętą na ziemi kilka metrów dalej. Ramię pulsowało tępym bólem, jak się okazało – ranione przez Kuriera. Krew powoli wsiąkała w materiał koszuli.
Uniósłszy lekko głowę, spojrzał w szklane oczy Kuriera.
– Nie żyjesz już – zadudnił tamten zza zielonej skorupy.
– Ty też – odpowiedział Zack, nie śmiejąc nawet drgnąć. Metalowy przedmiot wciąż spoczywał w zaciśniętej dłoni obcego. Ruchem głowy wskazał zwłoki przyjaciela. – Ty też. – powtórzył. Czemu go nie czuję? Czemu mnie nie zabija?
– Jeśli tak twierdzisz. Cóż. To się nie wyklucza.
Milczeli przez chwilę. Czemu on nic nie robi?!
– Gdyby się wam udało. Co planowałeś? – odezwał się w końcu przybysz.
– Uciec – odpowiedział mimo woli, instynktownie Zack.
– Ah. Pieszo?
– Bestią – na te słowa, Kurier zaśmiał się krótko.
– Umiesz powozić?
– Umiem.
– Opiszesz mi?
– Lewa dźwignia do przodu. Kręć kołem żeby skręcić.
– O! Imponujące. Umiesz zaciągnąć ręczny przed odpaleniem baku?
– Umiem.
– No właśnie – skwitował Kurier, po czym zapadła cisza. Zack obserwował uważnie każdy ruch obcego. Ale przecież i tak stali zbyt od siebie oddaleni, nie zdążyłby doskoczyć nawet gdyby się tamten odwrócił.
– Zabiłeś Widzącego – Stwierdził beznamiętnie Kurier. Jakby… chciał kupić sobie czas.
– Tak.
– Czemu?
– Żeby uciec – Zack odpowiedział szybko i zdecydowanie.
– Ah. Jesteś inny, wiesz? Inny niż wszyscy tutaj. Nikt z nich nawet by o tym nie pomyślał. I co, nie wyczuli tej twojej obcości?
– Nie. Jeszcze nie. Brat nauczył mnie kryć umysł.
– Szczerość dobra cecha, taaak. Ciekawy z ciebie facet. Szkoda, że zginiesz. – Zack zadrżał, słysząc pewność w głosie Kuriera.
– Nie zginę. Ucieknę.
– Można wiedzieć, dokąd?
– W świat. Do szklanych, olbrzymich… miast, gdzie ludzie robią –
– Nie ma świata, synu – Zack zmarszczył brwi, przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
– Kłamiesz. Brat to czytał w waszych umysłach – wystarczy opuścić tę dolinę i przebyć drogę, która pieszego by zabiła. Ale bestią…
– Wiesz, co znajdziesz, jeśli opuścisz tę dolinę i ruszysz tą drogą? – wszedł mu w słowo Kurier.
– Co.
– Kolejną wieś. Taką jak ta. A potem kolejną. I jeszcze jedną. A nawet jak dotrzesz do miast, to też zginiesz. Najpierw zwariujesz, od natłoku obcych ludzi, a potem dopadną cię porządkowi. Coś wystaje ci z potylicy.
– Kłamiesz – musiał kłamać, myślał Zack. Gdyby tylko mógł go przeczytać…
– Po co?
– Chcesz, żebym zrezygnował. Boisz się.
– Tak jak ich? – machnął ręką w kierunku pozostałych dwóch mężczyzn. Zack milczał. – I tak byś tu zginął. Nie ruszyłbyś nawet bestii. Zablokowałem ją. Taki nawyk, z miasta, kradną często. A skoro tylko ktoś na górze zorientuje się, że Widzący nie dotarł do Groty… Cała ta dziura przestanie istnieć, synu.
Stali, spoglądając na siebie. Zack nieruchomy z obawy przed bronią, a Kurier… Czemu on wciąż mówi?
– Grota. Do czego ona służy – zaczął Zack, napinając mięśnie.
– Widzący nie mówił?
– Kłamał. Nie rozmawiał z bogami. To on wybierał ofiary.
– Po części miał rację. Ci, którzy zsyłają Groty – dla was to są bogowie. Sens waszego życia. – Zack ugiął lekko kolana, przesunął stopy, powoli i ostrożnie.
– Weszliśmy tam. Nie było tam bogów. Tylko chaos. – mówił, siląc się na spokojny ton.
– Bóg łatwo rozpoznawalny nie byłby bogiem – zaśmiał się tamten. – Tym niemniej –
Skoczył, widząc chwilowe rozluźnienie obcego. Dopadł linii domostw w dwóch susach, ale pędził dalej, lawirując między chatami. Przystanął dopiero przy najbardziej zewnętrznych i spróbował uspokoić zdradliwie głośny oddech. Pot ściekał po plecach, krew – po ramieniu. Ściągnąwszy koszulę obejrzał ranę. Czuł ostry, choć niezbyt silny ból. Nic dziwnego – cokolwiek go dosięgło, najpierw musiało przebić się przez Albrehta, a potem tylko drasnęło lekko bark, zabierając ze sobą głównie skórę. Zawinął materiałem.
Wyglądając ostrożnie zza każdego węgła i nasłuchując najlżejszego chrzęstu, poruszał się od domu do domu, aż trafił do małego składu po wschodniej stronie wsi. Zebrawszy stamtąd dwa długie noże, bidon pełen wody i zwój długiej liny, wyszedł powrotem w piekące słońce.
Wątpił w to, że mógłby zdążyć. Zerwał się do krótkiego sprintu, chcąc jak najszybciej skryć się w niebieskich polach. W biegu spojrzał w stronę ciężarówki, wciąż stojącej w centrum wsi. Kuriera nie dojrzał.
A może zdąży? Żółta kamizelka mignęła gdzieś z prawej. Dopadł od jej właściciela – Andersa. Widzący zrobił go przodownikiem niecałe dwa miesiące temu, całkowicie zresztą słusznie – w jego otoczeniu ludzie pracowali zdecydowanie ciężej i wytrwalej. Jednak teraz Zack był w stanie wyczuć jedynie pustkę. Po śmierci Widzącego i dwóch współbraci, reszta mężczyzn też zdawała się prawie martwa. Zamknęli swoje umysły na cztery spusty, błądząc bezmyślnie wśród roślin. Z drugiej jednak strony – krzyczeli. Krzyczeli, bo tak kazał im Kurier. Gdy zauważą tego, którego brakło w polach w chwili śmierci Angara.
Więc może jednak…? Spoliczkował mężczyznę.
– Anders. Anders! Musisz mi pomóc. Musimy ocalić Widzącego.

Jim

Nogi niemal ugięły się pod nim z radości. Uciekł! Dzikus był cholernie szybki. Gdyby go dopadł, zadusiłby w sekundę podrasowanymi genetycznie ramionami grubości dębów. Jimmy musiał usiąść. Dyszał ciężko pod maską. Język zamienił się w kołek, usta miał wyschnięte na wiór. Wody, potrzebował wody. Już teraz stres i przegrzanie dawały o sobie znać, kolorowe mroczki rozpoczęły szalony taniec na granicy pola widzenia.
Gdy dowlókł się do auta, najpierw włożył do pistoletu drugi magazynek, następnie wywołał pomoc. Czy ktoś odebrał – nie wiadomo, kurierzy mieli dostęp tylko do jednostronnej transmisji. W szoferce było goręcej niż w piekarniku, ale Jimmy jeszcze nigdy nie czuł się w niej tak dobrze. Zatrzasnął drzwi i drżącą ręką sięgnął do stacyjki.
Obudzony do życia silnik zakaszlał kilkukrotnie, zawarczał i zdechł.
Nie. Nie, nie, nie, nie…
Jimmy poczuł nagle obrzydliwe zimno, pełznące wzdłuż kręgosłupa. Ponownie przekręcił kluczyk.
Nic.
Jeszcze raz. I jeszcze. Ledwo już widział, dosłownie wypadł na zewnątrz. A potem, unosząc się ciężko na rękach spojrzał w górę, na swój samochód i ziejącą w nim dziurę po pocisku.
Spokojnie. Oddychaj, myślał. Ludzie potrafią przeżyć na pustyni kilka godzin. Prawda, że pod maską goręcej, ale i tak jest dość czasu, zanim zemdlejesz. Podszedł do pojazdu, uniósł maskę. Dotychczas wóz okazywał się niezawodny, ale jeśli kula strzaskała jakiś element chłodnicy, cylindra albo gaźnika… Wolał o tym nie myśleć. Spojrzał, którędy weszła kula, którędy wyszła. Wczołgał się pod samochód, zlustrował pobieżnie jego metalowe wnętrzności – okropną w swojej złożoności metalową rzeźbę, w której tyle rzeczy mogło się rozpieprzyć przecież na amen – i odetchnął, widząc zerwany pas klinowy. Na pierwszy rzut oka tylko to. Zaiste, pod dziwacznym kątem musiała wpaść do środka ta kula.
Kiedy wygrzebywał się spod ciężarówki i skierował się na jej tyły, po narzędzia, jego oczom ukazał się osobliwy widok. Dzikusy, niektórzy krocząc jak lunatycy, inni biegając fanatycznie, poruszali się nieprzerwanie na linii magazyn – pola, jakieś sto metrów dalej. Zadrżał, odruchowo sprawdzając, czy broń nadal spoczywa za paskiem.
Lepiej się spieszyć.

Zack

Płuca paliły go po morderczym biegu, poranione krzewami nogi piekły niemiłosiernie, trup ciążył na ramieniu. Z czaszki coś wyciekało i nie była to krew, tylko jakaś maź o nieznanym mu zapachu. Angar nie był zbyt ciężki, ale wtaszczenie go po stromym zboczu, biegnąc, sprawiło, iż teraz Zack opierał ręce na kolanach, dysząc dziko.
Cień Zęba zapewniał odrobinę komfortu. Ale nie mógł spowolnić uciekającego czasu. Przywiązał Widzącemu linę do kostek, a sam usiadł. Musiał odpocząć choć chwilę, jeśli chciał wejść na samą górę. Słońce będzie miał za plecami, co oznaczało gorącą skałę i mnóstwo potu. Na dłoniach także.
Rozpoczął wspinaczkę jak zawsze, po najpewniejszych chwytach, spokojnie i systematycznie pnąc się do góry. Zmuszone do olbrzymiego wysiłku ręce męczyły się szybko, już po chwili poczuł, jak tężeją mu mięśnie przedramion. Chwyty wymagały większego ścisku, a dłonie miał już zupełnie mokre. Skręcił się w biodrach, sięgnął do kolejnego skalnego występu i chwycił go mocno. Wyprostował tułów i rozpoczął podejście na nogach.
Wtedy chwyt zawiódł go i wyśliznął się spomiędzy palców.
Runął.
Uczyli się upadać, ale nic nie jest w stanie zamortyzować upadku z takiej wysokości. Ból eksplodował w stopach, kolanach i biodrach, a także nadgarstku. Usłyszał swój dziki, nieludzki jęk. Przez chwilę leżał, zwinięty w kłębek, czekając aż ból osłabnie. W ustach czuł pył i metaliczny smak porażki. Tyle razy wchodzili tą stroną. Najłatwiejszą ze wszystkich tras. Żaden z nich nigdy z niej nie spadł. Teraz, z obitym nadgarstkiem i…
Zawył, przeklinając swoją głupotę. Naprawdę liczył, że wystarczy sama obecność Angara, by mógł wejść do Niej bez problemu? Zresztą – po co? Kurier i tak nie sprawdzi, czy naprawdę to zrobił!
Widzący powtarzał, że w jego obecności ofiary doznają w Grocie prawdziwego objawienia, ujrzą twarze bogów i posiądą wszechwiedzę. Będą jak on. Potem je zabijał, rzecz jasna, ale Zack przeklinał teraz samego siebie za głupią wiarę, że być może to była prawda. Wstał, nogi dygotały pod nim niebezpiecznie. Poruszył nimi kilkukrotnie i chwiejnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku wsi.
Przystanął na tym samym wzniesieniu, zza którego obserwowali ją z Oliverem tuż po świcie. Ludzie pracowali tak, jak im nakazał. Oby udało mu się to drugi raz. Kurier krzątał się przy bestii. Nie było wyboru, śmierć nadejdzie i tak. Tamten miał rację – Zack nie umiałby się stąd wyrwać samemu.

Jim

Mimo wysiłku, mimo całego tego cholernego gorąca, bólu i strachu, Jimmy uśmiechnął się pod maską prostując plecy po skończonej pracy.
Dzikus kuśtykał powoli.
W jednej chwili Jimmiego na powrót zalała fala adrenaliny, przejęły nad nim kontrolę pierwotne instynkty. Rzucił się kilka kroków wstecz, wyciągając broń. Nie wiedzieć czemu, nie strzelił. Tamten wyciągnął przed siebie ręce, ukazując puste dłonie. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
– Wysłuchaj mnie – zaczął ochryple, z niepokojem spoglądając Jimmiemu na dłonie.
– Mów – odpowiedział Kurier.
– Kłamałeś? Że na wioskę spadnie śmierć?
– Nie. Wszyscy jesteście jeż trupami.
– Dużo czasu nam zostało? – chrypiał dalej tamten. Jimmy poczuł dziwną satysfakcję, słysząc przepełniony panicznym strachem głos.
– Nie. Jak tylko się zorientują.
– Że Widzący…
– Tak – odpowiedział pewnym siebie głosem. Zresztą – zgodnie z prawdą.
– Weź mnie ze sobą. – I nagle wszystko się posypało. Teraz to jego przeciwnik przyjął, zdawałoby się, niemożliwie pewny siebie ton. – Nie uciekniesz. Wyjrzyj na drogę. – Jimmy wyjrzał. Najpierw nie zrozumiał. A potem zobaczył wysoki na metr piaskowy wał, ciągnący się w poprzek drogi. Żołądek począł piąć się wzdłuż przełyku.
– Kretyni. Przejadę…
– To jedź. – Dziki ruchem głowy wskazał coś za plecami Jimmiego. – Ale przedtem zobacz, do czego wykorzystujemy pnie uwiędłego qhavu.
Jimmy wiedział. Cholerstwo było twardsze od stali.
– A ze mną – ciągnął tamten – nic nie ryzykujesz. Możesz próbować zakopać dół, nikt z nas ci nie przeszkodzi, chcemy żyć. Ale – jak to powiedziałeś? Jak tylko się zorientują? Myślisz, że zauważyli, jak wrzucałem Angara do Groty?
Serce zgubiło jeden takt, a potem ruszyło we wściekłym galopie. Dopiero teraz zobaczył, że jego strój cały jest we krwi i jeszcze jakichś paskudztwach. Więc nie kłamał.
– Wskakuj na pakę! – krzyknął, ruszając w stronę szoferki.
– Na co?
– Do ładowni, już!
Przekręcił kluczyk, tym razem silnik ruszył, warcząc kojąco. Zawrócił i wcisnął gaz, koła zabuksowały wzbijając tumany kurzu i ciężarówka wyrwała przed siebie. Wyhamował tuż przez rowem. Istotnie, był wystarczająco szeroki, żeby uniemożliwić przejazd. Wszyscy pracownicy nagle gdzieś poznikali.

Zack

Na szczęście przewidywania Zacka spełniły się. Postawieni przed jasnym zadaniem, robotnicy poddali się jego woli. Po wykopaniu rowu zniknęli głęboko w polach.
– Musisz mi pomóc! – krzyknął do Kuriera. Ten wystawił własną głowę ze łba bestii.
– Pomóc? Mamy kopać we dwójkę?! – odpowiedział z niedowierzaniem.
– Prędzej! – ponaglił go tylko Zack. Obcy wreszcie zeskoczył na ziemię, trzymając się jednak w sporej odległości, z dłonią na śmiercionośnym przedmiocie. W końcu podążył za znikającą wśród niebieskich pędów postacią.
Ukryte tam były dwie metalowe deski, jakby stworzone z myślą o takich przeprawach. Używali ich do budowy latryn. Mężczyzna schylił się, ujmując jeden koniec. Kurier sięgnął drugi, unosząc go i szarpiąc. Był naprawdę przestraszony.
Zack pchnął z całą mocą. Obcy nie miał żadnych szans, wylądował na plecach przyciśnięty solidnym kawałem metalu, a Zack dopadł go w ułamku sekundy. Kopnął mocno, wkładając w uderzenie całą siłę i wściekłość. Coś trzasnęło, obcy krzyknął. Szybkim ruchem opadł na kolana, wyszarpnął tamtego spod deski, przewrócił na brzuch i wykręcił ręce za plecy. Obaj sapali dziko.
Broń znalazł pół metra dalej. Przytrzymując przeciwnika nogą, sięgną po nią ostrożnie, po czym cisnął daleko w pole. Kurier jęczał. Chciał podnieść go za kołnierz, ale cienki materiał trzasnął mu w dłoni. Zostawił go więc na ziemi, obserwując czujnie.
Oliver też tak leżał, twarzą w piasku, tylko ramiona miał rozrzucone na boki…
Odrzucił tę myśl.
– Wstawaj. – szczeknął. – Jeśli chcesz żyć, wstawaj i chwytaj swój koniec.
Kurier podniósł się powoli, przyciskając strzaskaną rękę do tułowia. Rzęził pod maską. Musiał jednak zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, bo schylił się posłusznie i złapał za krawędź kładki. Ułożyli je nad rowem, dopasowali szerokość i ruszyli w kierunku Bestii. Kurier wciąż tylko sapał i nie odezwał się słowem, nawet kiedy Zack odepchnął go od wejścia i jako pierwszy wgramolił się do środka.
Potem wsiadł, zatrzasnął za sobą drzwi zdrową ręką i ruszyli. Zack obrócił się w jego stronę, spokojnym ruchem kładąc dłoń na zielonej masce, gotów zerwać ją w przypadku jakichkolwiek problemów. Kurier wzdrygnął się tylko lekko.
Jechali. Najpierw pod górę, silnik wył niemiłosiernie, wszystko w pojeździe się trzęsło i hałasowało, żar lał się przez niemal matowe szyby. A potem ziemia pod kołami wyrównała się i Zack zapomniał o wszystkim, kiedy świat otworzył się przed nim nieskończoną, rdzawo–żółtą równiną, falującą od nieziemskiego gorąca. Daleko z lewej majaczyło coś jakby góry, choć nie było pewności, czy to nie złudzenie roztańczonego powietrza.
Przestrzeń przytłaczała. Ich dolina była głęboka, tak że nawet ze szczytu Zęba nie mogli wyjrzeć poza krawędzie niecki. Teraz rozglądał się, zafascynowany. I przerażony. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było niczego, co choć przypominałoby podniebne miasta, które ukazała mu Grota.

Jim

Nie wytrzymałby ani chwili dłużej.
Wcisnął wściekle hamulec, a siła bezwładności cisnęła ich oboje do przodu. Ramię, w które kopnął go ten świr eksplodowało bólem, ale nie miał czasu się tym przejmować.
Wyskoczył z pojazdu, zrywając maskę. Na pace stała olbrzymia lodówka, pełna wody i izotoników. Pił długo i łapczywie, opróżniając dwie butelki z krótkimi przerwami na złapanie oddechu. Tymczasem współpasażer przyglądał mu się spokojnie, oparty o zielony słup. Jimmy niemal nie wrzasnął, czując jak instynkt każe mu ruszyć do walki, przegryźć tętnice, skopać, zatłuc, zabić!
Ale obcy tylko się uśmiechał, obracając w dłoniach maskę, razem z jej siatkowaną, metalową wyściółką. Jimmy stracił ostatni atut.
– Porozmawiajmy – odezwał się w końcu tamten.
– Złamałeś mi rękę, skurwysynu – odwarknął tylko Jimmy, szukając jakichś bandaży. Twarz tamtego stężała. No tak, zostawili za sobą dwa trupy, w tym jeden był chyba jakimś jego bliższym znajomym. Niech gryzie piach. Niech ich wszystkich szlag trafi. – Co chcesz wiedzieć? – spytał jednak po chwili.
– Kim my tam byliśmy? – zapytał dziki rzeczowo, zaskakując tym Kuriera zupełnie. Takie pytania też nie powinny lęgnąć się w modyfikowanych mózgach.
– Robotnikami. Macie być skupiskiem jednakowych, wytrwałych robotników zrzeszonych pod władzą jednostki, zwanej przez was Widzącym…
…Jesteście ludźmi, jak ja, ale was stworzono. Daleko, za morzem, powstaliście z… – zająknął się, szukając odpowiedniego słowa.
– Rozumiem. Myśl dalej. – poprosił jednak tamten. No tak.
– Powstaliście w laboratoriach. Silniejsi, bardziej posłuszni, z wypukłościami na potylicach. To jakieś cholerne… odbiorniki – zaakcentował to słowo, wyobrażając sobie cały towarzyszący mu pakiet pojęciowy – dzięki którym Widzący sprawuje nad wami jeszcze pełniejszą kontrolę. Przetwarzają aktywność układów nerwowych znajdujących się w okolicy na zrozumiały dla was samych język… – zamyślił się na moment, przypominając sobie, co jeszcze wie o wsiach.
– Uprawiacie qhavu, to niebieskie świństwo. To wyszło od Europejczyków, wytwarza metabakterie, mające iść na Marsa, albo cholera wie gdzie, w każdym razie na pewno terraformacja na dużą skalę skoro taniej uprawiać, niż syntetyzować…
…Pędy wytwarzają nieorganiczne toksyny, do których przywykacie od małego, dlatego dla mnie byłyby zabójcze, stąd maska…
…Ja żyję w Nowym Dallas. To spore miasto. Ale nie mogę cię tam zabrać, wysłałem SOS, ktoś już pewnie po mnie jedzie. Zresztą… całe dawne Stany to jedna wielka kolonia europejska, żyje się gorzej niż dwieście lat temu. Brakuje ludzi, brakuje technologii, żyjemy z tego, co przyjdzie ze wschodu. Nie ma łączności satelitarnej, nie ma transportu powietrznego. Odcięci. Jak wy, ale na trochę większą skalę...
…Ponoć na Północy jest lepiej, ale Kanadyjczycy szczura nie przepuszczą. Zresztą nikt nie wie na pewno, to zawsze jest podróż w jedną stronę…
…Mogę zabrać cię do mniejszej mieściny gdzieś z boku, Denver powiedzmy. Wysadzę pół dnia drogi od miasta. Dalej radź sobie sam. Chociaż z tą budową czaszki nie wróżę ci świetlanej przyszłości.
Dziki milczał, trąc w zamyśleniu przestrzelone ramię.
– A Groty?
– System komunikacyjny. Bezpośredni, z pominięciem konwertowania informacji do słów. Do tego wykrywacz kłamstw, wyżymaczka układów nerwowych ofiar. Widzących szkoli się w medytacji, więc nie wariują od natłoku informacji, czytają tylko to, co chcą – ewentualne rozkazy z samej góry. Wymieniają informacje z innymi Widzącymi. No i zdają raport, zawsze.
Znowu cisza.
– Jedźmy – rzucił tylko tamten i wsiadł do wozu. – chcę byś dowiózł mnie do pierwszego, małego miasta i… zostawił. Dam sobie radę.

Zack

Jakoś to szło. Wychodził na ulice raz na dwa tygodnie, tuż przed zamknięciem sklepów, niezależnie od poru roku ukrywając głowę pod kapturem. Kupował zapasy, a potem w ciągu nocy szukał nowego miejsca. Najlepsze były strychy kilkupiętrowych bloków. Zaszywał się tam, zamykał oczy i nie ruszał, nieraz przez kilka dni.
Światy otwierały się przed nim same, zalewały go potokiem wspomnień, wrażeń, myśli i pragnień, kiedy polegiwał, poznając najskrytsze sekrety młodego małżeństwa, podziwiał niezmącony myślą umysł pracownika, towarzyszył lokatorom podczas codziennej walki, oglądał filmy, czytał książki.
Polegując.
Potem wyprawa do sklepu, kolejna zmiana miejsca. Przybywając do miasta wiedział, że prędzej czy później wpadnie, mimo przebrania ludzie dziwnie się nań patrzyli, a to dodatkowo była przecież osada niewiele większa od wsi, z której uciekł. Rozumiał to i akceptował.
Jeśli jest się wystarczająco dobrym, można poczuć się czytaną osobą. Czerpać radość z życia, którego nigdy się przecież nie miało. Przyjąć czyjeś oglądy moralne. Przyjąć wszystko. Stać się czytaną osobą.
Zawsze miał przy sobie długi na stopę nóż.
I szukał, zmieniając miejsce raz na dwa tygodnie.
Chcąc umrzeć jako wolny i szczęśliwy człowiek.

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5187
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: neularger » czw, 02 maja 2013 20:36

Najpierw witamy się w wątku pt. Łowisko. Potem tekst.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

M.M.
Sepulka
Posty: 12
Rejestracja: czw, 02 maja 2013 19:50
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: M.M. » czw, 02 maja 2013 20:41

Pokutę odprawiłem, przepraszam za zaniedbanie :)

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: sprutygolf » czw, 02 maja 2013 22:15

Przeczytałem i… nie załapałem, o co Autoru szło. Zero null WTF alle o ssooo…?
Można to zwalić na moją tępotę osobniczą. Można, pewnie. Usprawiedliwiając się, rzeknę tyle: przeczytałem sporo S-Fa i nie miałem problemów ze skumaniem, o co tam szło. Wnoszę więc, że Szanowny Autor baaardzo wysoko poprzeczkę zawiesił. Oby nie za bardzo, bo gdy tylko on będzie w stanie ją przeskoczyć, dziełło hermetyczne się okaże i takoż zamknięte pozostanie na wieki.
Lecz skoro Autoru zależy na rozdrabnianiu… To co, tak na szybko, połapankujem? ;)
Wokół panowała ciemność i idealna cisza. (…) głos cały czas rozbrzmiewał z mocą.
Zapewne aby kontrastowo podkreślić idealną ciszę?
Oliver zamilkł. Po omacku odnalazł kaganek i pudełko zapałek (…)
Ale… Oliver się śnił Zackowi, jakże więc mógł kaganek po omacku itd.?
Cała wieś wydawała się pogrążona we śnie. Cała – oprócz Olivera.
Aaaa, bo Oliver to przysiółek był! :) Lub co najmniej kolonia.
Zbocze opadało w tym miejscu łagodnie, a podłoże pokrywała tylko cienką warstewką piasku.

Co za ona pokrywała podłoże, Autorze?

A teraz oglądnijmy 3 kolejne zdania.
Obracał w palcach chłodną blaszkę, którą zazwyczaj obluzowaną, podłogową deskę.
Ciekawe. Proszę o podanie sensu tego co powyżej popełnione. Deskę obluzowaną obracał zazwyczaj, bo taki nieobyczajny miał obyczaj?
W środku nocy, kiedy cała osada spała, wykończona pracą.

Ale CO w środku nocy? Chłodną blaszkę obracał? (gorących babek we wsi nie było?)
Bratu od rwania niebieskich kwiatów plecy odmawiały już posłuszeństwa, ale wciąż nalegał.
Przerzuci się braciaszek na żółte kaczeńce i ból pleców jak ręką odjął. Wciąż nalegał na…?

Teraz ciutek gymnastyki:)
Mięśnie ramion pracowały równomiernie, bez najmniejszego wysiłku podciągając go metr za metrem.
Baju baju, będziem w raju… Podciągnij się Autorze na głupim drążku parę razy, a poczujesz, co to znaczy „bez najmniejszego wysiłku”.

Mimo spiłowanej inteligencji ten odznaczał się bystrością i trzeźwością umysłu (…)
Jasne… mimo paraliżu rąk miał wielką siłę w ramionach?
(…) spiłowane instynkty rozrodcze (…)
Może już wystarczy tej piły?
Kobiety rozpierzchły się do domów, niezdolne do podjęcia samodzielnej decyzji.
Bo samodzielną decyzję o wianiu do domów podjęło za nie autorskie chciejstwo?

I nie „ah”, jeno: „ach”, nawet jak mówi obcy, wciąż bardziej obcy 8 pasażer...
(…) całe dawne Stany to jedna wielka kolonia europejska, żyje się gorzej niż dwieście lat temu.
No wreszcie prawdziwa s-f!;) Choć to czysta fiction, bez grama science.

Wszystko musi być z wielkiej? Ząb, Grota, Widzący, Kontakt… nawet psia mać Burbon w butelce, importowany (ale słońce, księżyc już zwyczajnie, może dlatego, że za godzinę będzie „na trasie”?). Mnie to męczy. O, a kurier raz jest kurier a raz Kurier.
Taki efekt chciałem osiągnąć (to dobrze?) i chyba nie wyszło (czy na pewno?).
Odpowiadam na pytanie Autora: tak, nie wyszło. Na pewno. Czytelnik nie jest od tego, by się domyślać autorskich strzępków. Z prostego powodu: wkurzony, ciepnie w kąt dziełło i weźmie inne, albo se telenowelle oglądnie z Paździochem. No co? Toć sam czasem oglądam:)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Zew wolności

Post autor: Małgorzata » czw, 02 maja 2013 22:19

(ciach!) czytelnik od razu zostaje bez wyjaśnień wrzucony w świat, który dopiero potem można konstruować ze strzępków opisów/dialogów.
Jeżeli chciałeś to osiągnąć, Autorze, dlaczego części tekstu są tytułowane od postaci bohatera, który w danym epizodzie występuje? Od czego, do cholery, jest narrator?!

Poza tym masz w tekście nadopisy i jakiś idiotyzm interpunkcyjny. Nie mam czasu na drugie czytanie, więc na razie nie wyłapię => potem, jak już skończę z trollami i miśkami. Wtedy będę miała więcej uwag...
So many wankers - so little time...

M.M.
Sepulka
Posty: 12
Rejestracja: czw, 02 maja 2013 19:50
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: M.M. » czw, 02 maja 2013 22:36

Można odpowiadać na uwagi, czy to już impertynencja ;)? Spróbuję.
Zapewne aby kontrastowo podkreślić idealną ciszę?
Hm. Chodziło mi o to, że mu we łbie ten głos rozbrzmiewał.
Oliver zamilkł. Po omacku odnalazł kaganek i pudełko zapałek (…)
Ale… Oliver się śnił Zackowi, jakże więc mógł kaganek po omacku itd.?
Oliver zamilkł, a Zack po omacku. Czyli - zabrakło przeskoku do kolejnego akapitu.
Obracał w palcach chłodną blaszkę, którą zazwyczaj obluzowaną, podłogową deskę.
Ciekawe. Proszę o podanie sensu tego co powyżej popełnione. Deskę obluzowaną obracał zazwyczaj, bo taki nieobyczajny miał obyczaj?
Shame on me. Miało być: którą zazwyczaj podważali obluzowaną deskę.
Baju baju, będziem w raju… Podciągnij się Autorze na głupim drążku parę razy, a poczujesz, co to znaczy „bez najmniejszego wysiłku”.
Uwierz mi, wiem, co to znaczy, a tam pasuje ;)
Wszystko musi być z wielkiej? Ząb, Grota, Widzący, Kontakt… nawet psia mać Burbon w butelce, importowany (ale słońce, księżyc już zwyczajnie, może dlatego, że za godzinę będzie „na trasie”?). Mnie to męczy. O, a kurier raz jest kurier a raz Kurier.
Znaczy nie znam się. Nie wiem, czy to mają być nazwy własne, czy nie.
Z trasą kombinowałem tak - żeby wspiąć się na skałę, musi być oświetlona.
Jasne… mimo paraliżu rąk miał wielką siłę w ramionach?
Chodziło mi o to, że był relatywnie bystry, biorąc pod uwagę genetyczny handicap.
Odpowiadam na pytanie Autora: tak, nie wyszło. Na pewno. Czytelnik nie jest od tego, by się domyślać autorskich strzępków. Z prostego powodu: wkurzony, ciepnie w kąt dziełło i weźmie inne, albo se telenowelle oglądnie z Paździochem. No co? Toć sam czasem oglądam:)
No ok, ale przecież nie jest też tak, że wszystko ma być łopatą wepchnięte do czytelniczego łba, prawda? Ot, kwestia wyczucia, szkoda, że tu go zabrakło.
Poza tym masz w tekście nadopisy i jakiś idiotyzm interpunkcyjny. Nie mam czasu na drugie czytanie, więc na razie nie wyłapię => potem, jak już skończę z trollami i miśkami. Wtedy będę miała więcej uwag..
Czekam z niecierpliwością :)

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5187
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: neularger » czw, 02 maja 2013 22:41

MM pisze:Z własnego doświadczenia wiem natomiast, że najciekawsze są właśnie te opowiadania, w których czytelnik od razu zostaje bez wyjaśnień wrzucony w świat, który dopiero potem można konstruować ze strzępków opisów/dialogów. Taki efekt chciałem osiągnąć (to dobrze?) i chyba nie wyszło (czy na pewno?).
Znaczy, Autorze, żadna to ekstraordynaryjność. :)
Większość piszących tak robi, wrzuca czytelnika w swój świat i tłumaczy w miejscach tłumaczeń wymagających.
Dołączanie wstępu w stylu: "W tym świecie są mutaliski, hydraliski, ultraliski oraz margoliski (te ostatnie są najgorsze, nie masz szans na przeżycie, nawet w bojowym skafandrze pancernym (+1500 punktów osłony) chroniony poczwórnym wiązanym polem siłowym (+4500 PO)"
No, lepiej to napisać tak, aby czytelnik się sam domyślił, serwując na przykład opis jatki w wykonaniu margoliska. :)
A czy wyszło to nie wiem, bo na razie przeczytałem na fast forwardzie i fragmentami... :/
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

M.M.
Sepulka
Posty: 12
Rejestracja: czw, 02 maja 2013 19:50
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: M.M. » czw, 02 maja 2013 22:44

neularger pisze: No, lepiej to napisać tak, aby czytelnik się sam domyślił, serwując na przykład opis jatki w wykonaniu margoliska." :)
A czy wyszło to nie wiem, bo na razie przeczytałem na fast forwardzie i fragmentami... :/
Poczekam, w ogóle miło, że ktoś się tymi tekstami interesuje.
Co do niejasności - można przecież opisywać świat tak, że czytelnik czuje się jak podczas zwiedzania muzeum z przewodnikiem, a można napisać Linię Oporu w której nie wiadomo o co chodzi, jeśli nie przeczyta się jej dwukrotnie ;)

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5187
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: neularger » czw, 02 maja 2013 22:53

Mnie nie chodziło o opisywanie świata, lecz o zamieszczanie wstępu, w którym ów świat jest wyjaśniany. Kwestia umiejętności opisywania wykreowanego świata, przedstawiania go czytelnikowi, to inna bajka. Chciałem jedynie powiedzieć, że zamieszczanie wstępu jest dla słabych, zaś "normalny" pisarz opisuje swój świat podczas rozwoju fabuły.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: sprutygolf » czw, 02 maja 2013 22:58

można napisać Linię Oporu w której nie wiadomo o co chodzi, jeśli nie przeczyta się jej dwukrotnie ;)
I tego nie znoszę, podobnie jak telefonów z kolejną ofertą kredytową. Dwa razy czytać to można (i należy) drobny druczek. A opowiadanie S-F ma wciągać i... porywać!!!
(Lady M. ja wiemm... zmiana ocznej lawy na ustną czerw-kreww, to tylko taki tamm wymiar poetycki/ bo gdyby ktoś Ci zrobił coś z usty nadobnymi to ja bym mu... bymm... ten gymnastyczny drążek wraziłł... nno nic, "i świecił długo"..;)

M.M.
Sepulka
Posty: 12
Rejestracja: czw, 02 maja 2013 19:50
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: M.M. » czw, 02 maja 2013 23:01

Nie no, to jest jasna sprawa.
@sprutygolf wracając jeszcze do zrozumienia - wydaje mi się, że koniec końców wszystkie elementy są dosyć klarownie... omówione przez bohaterów.

E.
I tego nie znoszę, podobnie jak telefonów z kolejną ofertą kredytową. Dwa razy czytać to można (i należy) drobny druczek. A opowiadanie S-F ma wciągać i... porywać!!!
Ot, kwestia gustu. Ja np. takie teksty ubóstwiam :)

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: sprutygolf » czw, 02 maja 2013 23:52

Powiem tyle: tytuł zaje.isty!
Od razu do mnie trafił. Reszta niekoniecznie. Zabawa w kalambury?

Kolor kart i znaczków parę,
lśni, gdy sunę jaguarem.

...kiedyś (2-3 lata temu?) ułożyłem taki kalambur. Niby banał? Owszem. Mój Ojciec ułożył ciut inny, ja go tylko przerobiłem.
Dla krytyków mam zadanko: kalambur ułóżcie lepszy! ;)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14500
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Zew wolności

Post autor: Małgorzata » pt, 03 maja 2013 04:47

Kolor kart i zwierzę nie w parze -
zawsze pędzi w jaguarze. :P

Nienawidzę kalamburów. :X

A margolisk ewoluuje z mutaliska, który zglewił kalambury. I krzyżówki panoramiczne też...


Autorze, nie odpowiedziałeś mi na pierwsze pytanie - ono nie było retoryczne. Co z tymi tytułami od imion bohaterów?
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5187
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: neularger » pt, 03 maja 2013 08:09

Do tekstu.
Przeczytałem. Dla mnie to nie jest utwór, brak tu wyraźnego zakończenia. Fabuła jest prosta, choć nieliniowa. Dwóch kumpli, jeden popełnia morderstwo, drugi zostaje zabity. Pierwszego wywozi z wioski kurier. I tyle. Nie wiem o czym to jest i co chciałeś powiedzieć, Autorze. I sporo tu logicznych dziur. Świat przedstawiony, jak dla mnie, generuje więcej pytań niż odpowiedzi. Jak znajdę trochę czasu to wypowiem się obszerniej.
Generalnie, jak dla mnie, porażka, Autorze.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

M.M.
Sepulka
Posty: 12
Rejestracja: czw, 02 maja 2013 19:50
Płeć: Mężczyzna

Re: Zew wolności

Post autor: M.M. » pt, 03 maja 2013 13:19

Małgorzata, pierwotnie ich nie było, ale potem okazało się, że reakcja na tekst wygląda jak "Zero null WTF alle o ssooo". Shame on me za te tytuły.

Neularger - nie bardzo rozumiem, czemu brak zakończenia. Bohater ostatecznie ląduje w jakimś mieście i próbuje przeżyć jak najdłużej. Wydaje mi się, że sporo tekstów kończy się w podobny, otwarty sposób.
Nie wiem też, co "chciałem powiedzieć". Miałem pomysł na świat (wioski) i fabułę (ucieczka z wioski), a oprócz tego kilka pomysłów pobocznych. Celem tego tesktu (jak zresztą każdego) było pokazanie ich wszystkich w celu zaciekawienia czytelnika (chyba o to chodzi w fantastyce), prowadząc go jednocześnie przez wciągającą fabułę.
Jeśli faktycznie jest to porażka, to ok, wdzięczny będę za wypunktowanie, co jest nie tak, oczywiście nie tylko w warstwie językowej.

P.S. z tym Orkanem to prawda, co napisali? Nie mogłem znaleźć na forum tekstów dabilu ;)

ODPOWIEDZ