Mebloscianka

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Hana Armoks
Sepulka
Posty: 3
Rejestracja: pn, 26 sie 2013 15:12
Płeć: Kobieta

Mebloscianka

Post autor: Hana Armoks » pn, 26 sie 2013 15:56

Po zameldowaniu się na Łowisku oraz zapoznaniu z regulaminem, upraszam zaocznie o łaskę w razie potencjalnego faux pas. Bezczelnie i samowolnie zamieszczam tekst - o pewnym katowickim zdarzeniu :) ...

Meblościanka

Butelka była pusta. Nieodwracalnie pusta. Tragicznie wręcz, nieodwracalnie pusta. Mimo to, pan Zenek przechylił ją po raz ostatni, mając nadzieję, że na język spadnie mu ostatnia kropla nektaru. Nic. ,,Komandos’’ zakończył żywot ostatecznie.
– Tanie wino jest dobre! – stwierdził filozoficznie.
– Dobre, bo tanie. – dodał jego kumpel Mietek odkrywczo.
– Chopy, pierdoły godocie. Rychtyk mi kasa dawać. „Leśny Dzban” kupio. – ochrypły głos dobiegł spod zwojów wyleniałych swetrów i szalików.
Nastąpiło ogólne przetrzepywanie kieszeni, przerwane krótka bijatyką, kiedy Mietek, cierpiący na permanentną trzęsawkę, rozbił butelkę. Strata kaucji tak zabolała Zenka, że aż przyłożył mu z bańki. Kumpel nie pozostał dłużny. Pogodziło ich dopiero znalezione przez zmumifikowanego w swetrach Alojza 2 polskie złote.

Wiele godzin później, zataczając się lekko, szli ciemnymi ulicami Nikiszowca. Mimo parunastu kolejek wina marki wino, delirka była tej nocy bardzo niewielka. Lata praktyki pozwoliły im na opanowanie tajników cyrkowego wręcz utrzymywania równowagi w niesprzyjających warunkach (wiadomo powszechnie, że spożycie chateaux d’jabol wywołuje silny wiatr oraz sadystyczne tendencje w chodniku, który chce ci za wszelką cenę przywalić w twarz). Na brukowane ulice spadały powoli pierwsze płatki śniegu, wirując szaleńczo w świetle latarni. W prostokątach okien migały ludzkie postaci, zajęte swoimi sprawami. W oddali wśród ciemności majaczyły kominy kopalni ,,Wieczorek” czuwające nad dzielnicą. Mogło to być równie dobrze Anno Domini 1920 - śnieg coraz szybciej pokrywał brud i ,,HWDP’’ na ścianach miękką niewinną kołderką. Cisza była prawie absolutna, przerywana tylko szuraniem i tupaniem pracowicie sunącej w kierunku mety trojki.
– Jo rzech był szcześliwy jak pracowałech na gruba. Bajtle były jeszcze w doma, klar był, w niedziela chodzilim do kościoła i do karczma a tera co? Doma siedze to i pijo bo smutno. I z gorolami trzymam – mruknął, ocierając nos, Alojz.
– Ja gorol, ja?! – rozdarł się Mietek. Całe życie na Śląsku, a rodziłem się w Oświecimiu. – Ty mnie Alojz, nie wkurwiaj. Na kopalnie żeśmy razem chodzili aż nas w pierony nie wywalili bo kapitalizm przyszedł a my nie młode karlusy jesteśmy. 30 lat na Nikiszu!
– Gorol, gorol. – szepnął Alojz w szalik, ale tak żeby go nikt nie słyszał.
Miotany pomiędzy podtrzymującymi go kumplami Zenek walczył z nadchodzącą paranoją. Jeszcze przed chwilą było dobrze, czuł się jednocześnie oklapnięty ale i pełen wewnętrznej werwy. Kiedyś, w mrokach niepamięci, kiedy żyła jeszcze jego żona a syn marnotrawny był jedynie tłustym niemowlęciem, podobny stan osiągał w niedzielne poranki po sumiennym wypełnieniu obowiązku małżeńskiego. Potem, jako młody hajer czuł się tak kiedy ,,nasi’’ wygrali mecz, czy po wypiciu szklaneczki spirytusu w ,,karczma’. Po śmierci pochowanej na niedalekim cmentarzu Anny, powolutku staczał się w coraz większe, jak to sam określał, chacharstwo. I zawsze odwracał wzrok, kiedy przechodził obok cmentarza albo ,,Wieczorka’’. Miał wrażenie, że żona i kopalnia patrzą na niego z wyrzutem, za każdym razem kiedy mijał je kompletnie zawiany. I chyba tak właśnie rozpoczęła się Zenkowa paranoja. Za każdym razem kiedy się ,,niedopił’’ (znaczy nie schlał na umór) czuł, że w każdym oknie, w każdej bramie czai się coś niewymownie złego. Coś co idzie za nim trop w trop, czekając na najmniejsze potknięcie. Siedziało w podcieniach bram, na rynnach, kryło się w kratkach ściekowych czy za półotwartymi drzwiami na klatkę. Słuchając jednym uchem odwiecznej dyskusji o zagranicy (patrz: Sosnowcu), nieprawidłowym pochodzeniu jego samego (Sanok) oraz Mietka (Oświęcim), czuł narastającą miedzy łopatkami panikę.

Już od jakiegoś czasu byli bowiem śledzeni. Dyskretnie zerknął w zasnutą wirującym śniegiem perspektywę ulicy. Dokładnie! Był tam gdzie się go spodziewał – czarny cień kluczył pomiędzy budynkami, rozmazując się świetle mijanych latarni. Mimo wypitego alkoholu, Zenka ogarnął chłód.
– Chopy – szepnął natarczywie. – Chodźta szybciej. – Jakoś mi się straszno zrobiło. – dorzucił całkiem wyraźnie i żwawo ruszył przed siebie, szarpiąc uwieszonych na nim towarzyszy.
– Masz ci – warknął bełkotliwie Mietek. – Synek, bije ci znowu. Za mało żeś wypił. – Znowu coś cie goni, tia? – zapytał z pijacką odkrywczością. – Ja ci powiem, jerony. Nic tam nie ma. Niedopity jesteś i tyla. Duchów n – i - emaaa – zapiał, usiłując dogonić zasuwającego przodem Zenka. Alojz jednak jakby też wytrzeźwiał.
– Ty, Mietek, nie godoj boś gorol. – rzucił. – Nie jestem gorol. Jestem z Oświęcimia – zapewnił usiłujący ich dogonić kumpel.
– Ale on ma racja, ty się mody nie wymondrzoj. Som rożno takie co chodzom po swiecie. Chodzta szybciej, rychtk ma racja. A wom opowiadal rzech jak jo widział Skarbnika na grubej? –
Odpowiedziało mu zbiorowe jęknięcie. Historia Alojza była powszechnie znana i zazwyczaj opowiadana po paru kielichach tak zwanych procentów. Przez kielich rozumiemy tu butelkę z obitym dnem, zręcznie przekręconą do góry nogami i wypitą do dna bez uronienia ani jednej kropli nektaru. Tak dla ścisłości.
Zamilkli jednocześnie. Historia Skarbnika była bowiem również ich historią ale za skarby świata, niezależnie od liczby kielichów by się do tego nie przyznali.

Szli wtedy tak samo jak dziś: Zenek na przedzie, w środku Alojz a na końcu, zdyszany i czerwony na gębie, Miecio. Robili wtedy w Bytomiu. Korytarz był wąski, ciągnął się szatańskimi esami-floresami ponad 3 kilometry pod ziemią. Gorąco. Stromo. Lampki ledwie rozświetlają ciemność, ekwipunek ciąży na plecach. Pot zalewa czoło. Alojz świeci na mrugający na ścianie czytnik metanu i klnie cicho. Myśli o pięknym wrześniowym dniu na powierzchni. Będzie dochodzić 11-ta rano. Głupi, wziął, znęcony dodatkowym zarobkiem niedzielną szychtę a dziś jest jarmark w Chorzowie. Kobieta wzięła dzieciaki i pewnie teraz siedzą na trawie albo patrzą na betonowe dinozaury w parku. Tak pięknie pachniały kasztany, kiedy o świcie szedł na kopalnię. Koledzy też byli jacyś tacy nieswoi. Dzień zaczynał się nieciekawie - odczyt metanu należał do Alojza a przecież i tak każą mu napisać coś zupełnie innego w raporcie. Niedobrze. Ale co robić, idą dalej. W chodniku jest ponad 40 stopni, pyli się dziś strasznie. Kumple lśnią od potu. Wyglądają jak demony błyskające białkami oczu.

Co się stało, wyjaśnili im potem. Nikt nie słuchał rozpaczliwych doniesień Alojza o odczycie licznika. Ba, nikt nawet nie wezwał go na świadka. Zaraz potem przenieśli całą trójkę na ,,Wieczorka’’ gdzie dostali niechcianą fuchę górników strzałowych.

Parę rzeczy dzieje się natychmiast. Żonie Alojza miga wśród rozbawionego tłumu umazana węglowym pyłem twarz kobiety w żółto - czerwonej sukni. Przestraszona, ściska rączki dzieci tak mocno, że aż zaczynają płakać. Nad Śląskiem wzbija się w niebo alarm, poprzedzany upiornym, poszarpanym pióropuszem czarnego jak węgiel dymu. Ludzie zatrzymują się w pół kroku. Syreny nie przestają wyć.
– Dymy! Chopy! Na rurowym dymy! Uciekać..! – słyszą przeraźliwy, nieludzki wrzask. Stają jak wryci. Biegnie na nich 40 chłopa. Niektórzy, szczęśliwcy, z maskami na twarzach. Niektórzy zupełnie bez. Pędzą jak rozpędzony tabun, organiczna jedność połączona dzikim strachem. Czas spowalnia. Grupa zabiera ich ze sobą, ciągnie z impetem byle dalej, byle dobiec do pasa transportowego, byle wydostać się z wąskiej gardzieli, byle do windy. Przyspiesza i spowalnia. Alojz odwraca się i widzi rozkwitająca jak okrutny kwiat kulę ognia. Pas transportowy jest tuż, tuż, co z tego ,że dzieli go od nich dobre 3 metry spadku. Chwyta przyjaciół za kurtki i ciągnie ich w dół. Upadają ciężko. Słyszy okropny krzyk. Mietek wyje, ręka zwisa mu pod dziwnym kątem. Na pasie jest ich trzech. Byli najszybsi. Widzą jeszcze sylwetki kolegów, skaczących biegnących, kiedy pas zabiera ich do następnej komory. A potem rozlega się potworny huk. I krzyk. Krzyk, którego nie powinno być słychać ale jednak. Wyraźnie słyszą poszczególne głosy – Krzysiek, Pyjter, Fredek… Każdy z nich krzyczy. A słowa brzmią:
– Czekajcie, skurwysyny..!

Jest cicho. Ciemno. Pył wiruje w powietrzu jak czarne płatki śniegu. Alojz wygrzebuje się z spod miału. Świat kołysze się jak statek podczas sztormu. Nic go nie boli chociaż czuje jak po brodzie spływa coś przyjemnie ciepłego. Chwiejnie wstaje. Poszarpany pas, sterczy jak gigantyczny wąż z przetrąconym kręgosłupem. Mietka ani Zenka ani śladu. Rosnąca w gardle gula, nie daje mu oddychać. Powolutku, wcale nie chcąc, ale jednocześnie bezwolny niczym marionetka, odwraca się w kierunku zasypanej ściany. Sterczy z niej, zaciśnięta w pięść, dłoń. Klęka przy niej sztywno. Dłoń jest ciepła. Nie ma na niej obrączki. To żaden z przyjaciół. Nie czuje ulgi - ręka musiała należeć do młodego, bo jest całkiem niewielka i gładka. Ogarnięty przedziwnym spokojem, Alojz zaciska na niej swoją dłoń, mówiąc:
– No synek, ale tera już czas isc do doma. Bratkarofle i żur ci pewnie już tam warzą. – niezrażony brakiem reakcji, gładzi pięść, przekonując: – No, nie gniewoj się synok, trza ci doma iść. Bana czeko na ciebia…
Słyszy kolejne dalekie tąpnięcia. Nie jest bezpiecznie, naprawdę trzeba uciekać, niewiadomo kiedy pojawią się ratownicy a lada chwila nie będzie dokąd iść. Klepie chłopaka po dłoni, wstając. Nigdy się nie dowie, że dokładnie w tym momencie, pięść zabitego delikatnie się rozewrze.

Z kopalni wynieśli potem 27 ciał. 27 trumien wyjechało następnego dnia ze Szkoły Górniczej. I znowu wyły syreny a ludzie ściągali czapki, kiedy ulicami ostatni raz szli chłopcy z Nikisza.
Ale to było potem.

Ktoś stoi u wylotu korytarza, machając górniczą lampka. Serce Alojza skacze w górę i w dół. Ratownik? Hajer z innej zmiany? Biegnie w jego kierunku, ale górnik nie czeka, machając lampką pokazuje uratowanemu drogę, jednocześnie prąc do przodu.
– Boi się – myśli Alojz – ale wi co robi. Jak automat, nie myśląc już wcale, otoczony wirującymi czarnymi płatami idzie za nim. Błagając w duchu święta Barbarę o wstawiennictwo, idzie. I wtedy orientuje się, że tamten górnik gwiżdże! Słowa melodii same pojawiły się w głowie:

Gdy rano zadzwónią,
górnik się ubiero,
żónka lampka daje
i drzwi mu otwiero.

Przytem go obłapi,
mile pocałuje,
szczęśliwej roboty
i szychty winszuje.

Przychodzi na gruba,
do cechowni idzie,
czeko na kamrata,
aż ze szybu wyjdzie.

Gula w piersi rośnie coraz bardziej. W rozchwianym chodniku nie da się oddychać. Alojz mdleje. A potem: szpital, spotkanie z przyjaciółmi, którzy mogli być martwi ale nie byli. Spotkanie z nim, który mógł być martwy ale przecież nie był. I ten dziwny moment, kiedy szli za czarnym konduktem brukowanymi ulicami a ludzie żegnali się na ich widok.
Przeżyło tylko ich trzech.

– Alojz, przestań! I poczekajcie! – zawył gdzieś z tyłu Mietek. Stary górnik a obecnie chachar z prędkością światła znalazł się z powrotem na Nikiszu A.D 2012, pośród nasilającej się zadymki śnieżnej. Zdał sobie sprawę, że po raz kolejny, zupełnie bezwiednie opowiedział sobie i towarzyszom tą samą historię. Na głos. Zenek rzucił mu spojrzenie z ukosa. Był lekko siny a na twarzy perliły mu się krople potu.
– Coś ci siara zaszkodziła, stary – klepnął go z rozmachem w plecy do tej pory pozostawiający w tyle kumpel. Gdzieś brzdęknęło szkło. Rozszczekał się pies. Z mijanej bramy rozległ się odgłos niejednoznacznie wskazujący na pijaczka folgującego swej potrzebie. Wielkim krokami zbliżała się północ. Nikisz spał. Za 4 godziny ulice zapełnią zaspani mężczyźni, zakutani w ciężkie kurty i z oczami sklejonymi przez sen. Mietek doskonale pamiętał ten rytuał. Półprzytomną żonę, wyparzającą jego ulubioną szklankę. Mocną jak czort kawę z fusami. Ćmiące światło nad stolikiem przykrytym ceratą i solidne pajdy chleba z masłem i kiełbasą, wsuwane prawie nieprzytomnie do ust. Śnieg uderzający o szyby, tykanie zegara nieubłaganie wskazującego na zbliżający się czas szychty. Pachnącą dzieciństwem córeczkę śpiącą z rozrzuconymi na boki piąstkami przy rozgrzanym piecu kaflowym.
– Kiedyś było się wewnątrz, teraz jest się na zewnątrz – mruknął, potrząsając głową. Przez chwilę widział ich z daleka: trzech starszych mężczyzn, nieogolonych, brudnych, zakutanych po nos w stare szmaty i jadących tanimi procentami. – A miało być tak pięknie – westchnął w myślach. A teraz żal, po prostu żal. –

Przy hasioku stała meblościanka. A dokładniej: meblościanka stała przy hasioku. Mebel wyglądał na całkiem nowy, jakby właśnie opuścił zakłady produkcyjne gdzieś circa w roku 1979. Pysznił się czerwonawą politurą typu ,,drzewo różane’’, choć z drewnem nie miał nic wspólnego. Materiał meblościanki był tak od niego daleki jak, powiedzmy, krowa od konia wyścigowego. Całkiem nieduży, choć zaopatrzony w liczne szuflady i wnękę na telewizor, mebel z daleka przykuł uwagę całej trójki.
– Durny jaki, na hasiok takie toto dał – zdziwił się Alojz, opukując szafkę. – Felerna to ona nie jest – cmoknął ze znawstwem.
– Ee, pewnie ukryta kamera – zwątpił Miecio.
Obserwowany przez chodnik, latarnię, hydrant oraz kominy kopalni Zenek nie powiedział nic. Pomyślał tylko w duchu, że mebel wygląda podejrzanie, że to na pewno jakaś pułapka i jakoś te szuflady wrednie na niego patrzą. Drapieżnie. Pogroził meblościance mentalną siekierą, ignorując irytujące kłucie między łopatkami. Wiedział, że śledząca go obecność czai się gdzieś blisko ale postanowił ją zignorować.
– Bierzemy. Przydo się na te twoje klamoty, Zenio. – zawyrokował głosem nie znoszącym sprzeciwu Alojz. W końcu to w jego antryju mieszkała cała trójka. Po prawdzie to smutno mu było samemu na 70 metrach więc przyjął przyjaciół z całym dobrodziejstwem inwentarza (na co wliczały się ,,klamoty’’ Zenka, który cierpiał na łagodną formę kleptomanii, krzesła Miecia i trzy wyświechtane walizki ubrań. Wkrótce do towarzystwa dołączyły dwa mikro- kocięta, które jakiś bajtel próbował topić a który zaliczył dobry szlag przez łeb od Alojza oraz darmową kąpiel z podtapianiem, w imię nauki, od Zenka).
Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Meblościanka była nad wyraz oporna ale w udało się. Z wielkim trudem wmanewrowali ją na wiecznie pachnącą kapustą klatkę schodową i tłukąc się niemiłosiernie wpakowali do mieszkania. Zaliczyli przy tym bliskie spotkanie z kapciem Lusi Frycowej z pierwszego piętra, która po sklęciu ich od żuli i ostatnich chacharów, łyknęła potężnie spirytusu i natarła na nich z pantoflem. Pani Lusia, w wałkach, lśniącym szlafroczku i przy swoich gabarytach musiała skojarzyć się Mietkowi z Barbórką bowiem padł na kolana i zaczął całować bose stópki rozindyczonej kobiety. Towarzystwo zamarło a korytarz rozdarło nagłe chrapanie Miecia, czule obejmującego kostki Frycowej. Ostatnim wysiłkiem wepchnęli szafkę do czeluści mieszkania, gdzie rozległ się chór wygłodniałych ,,Miau!!!’’, oderwali kumpla od zastygłej niczym żona Lota sąsiadki i z ulgą opadli przy stole.
Dwa tłuste kocury natychmiast zaczęły ostrzyć o nią pazurki. I równie szybko podwoiły rozmiar, napuszone niczym skunksy, wściekle sycząc, uciekły w głąb mieszkania.
Rozbudzony Mieciu zmierzył szafkę fachowym spojrzeniem.
– Fajna. Opić trzeba. – i gestem rasowego sztukmistrza wyciągnął skądś butelkę spirytusu.
Alojz w przypływie uczuć patriotycznych postawił na krzywo wstawionej półce miniaturową flagę i zdjęcie towarzysza Gierka (które przewalało się po mieszkaniu od paru dekad).
– No jak ładnie – ucieszył się, szturchając milczącego Zenka, który nie poczuł się bezpiecznie nawet w mieszkaniu. Szafka, wyszczerzona ironicznie, gapiła się na niego wyzywająco. Opadł ciężko na krzesło. Mebel wyraźnie mu groził.
– Ta szafka ma w sobie zło. – wycedził, waląc pięścią w stół.
Zawtórował mu wybuch szaleńczego chichotu. Kumple pokładali się ze śmiechu, prawie turlając się po stole.
– Ześwirowali. Zwariowali wszyscy. Jeden Skarbnika widzi, drugi ma paranoje. ( – Skarbnik istnieje, gorolu jeden – rzucił pod nosem Alojz) Cha, cha, cha… I co ci, kochaniutki, szafka mówi? Duch w nią jakiś wstąpił? Opętana znaczy jest? To księdza nam trzeba – zawołał.
Potrząsając literatką niczym kropidłem, obryzgał (ku zgrozie kolegów na stratę tak dobrego alkoholu) meblościankę spirytusem, wołając: – W Imię Boga w Trójcy Jedynego, Ojca, Syna i Ducha Świętego, spierdalaj, maro nieczysta!!! – zgodnie z oczekiwaniami, meblościanka ani drgnęła. – Ok., czysto, wszystkie szatany wpędzone, pijemy. – zawołał radośnie, pociągając ostro z butelki. Tylko Zenek zauważył, że szafka wcale jest nieruchoma tylko pozornie. Drgała bowiem, szarpanymi mikroskopijnymi ruchami, jak zwykle robią meble tuż przed tąpnięciem górniczym.
– Pij, synek, na drugą nóżkę. Blady coś jesteś! – szturchnął go Alojz, wręczając mu szklankę. Zenek łypnął na nią dziko, odtrącił rękę przyjaciela i wybiegł z pokoju. Spojrzeli po sobie skonsternowani. Nigdy ale to nigdy nie było tak źle, nawet kiedy mu wszyli takie paskudztwo co miało sprawić by nie pił, a prawie sprawiło, że się wykopyrtnął po wypiciu tyciej drobinki piwka. Zenkowa delirka się wyraźnie pogłębiała, ale kim był Mieciu by sądzić. Przecież i na niego bezustannie gapili się z sufitów i ścian popaleni w tamtym wybuchu koledzy. Na szczęście nic nigdy nie mówili. Do Zenka zaś najwyraźniej gadało wszystko. Ale co go napadło z tą meblościanką? Mebelek jak ta lala przecież. Chciał nawet iść pogadać z kumplem ale Alojz już skręcał machorki, na stole skądś pojawiły się karty, kiełbasa i następna flaszka spirytusu.
– Nie tak z nami źle, burżuje jesteśmy nie chachary – mlasnął, wgryzając się pęto.
– Idiota! – parsknął Alojz. – Gorol. – dorzucił swój ulubiony epitet. I zaczęli ostatnią wieczorną czy może pierwszą poranną partyjkę.

Z nerwowego snu obudziło Zenka chrupanie. Coś jak koty gryzące swoje chrupki aczkolwiek spotęgowane do granic możliwości. Jakby chrupki chrupało kocisko o wielkości słoniątka. Chrupanie przerywane było obleśnym mlaskaniem i odgłosem zasysania połączonego z łamania. Gdzieś w tle dało się słyszeć przeraźliwie wysokie, cienkie wycie, uparcie przerywane mlaskanio – chrupanio – zassysaniem.
– ojojojojojojchruptrzaskojjjoj..! – niosło się po mieszkaniu. Zenek, czując ostre zawroty głowy i zbliżający się pijacki bełt, zwlókł się z wersalki. W odległym kącie pokoju błysnęły dwie pary oczy. Koty trzęsły się przeraźliwie, starając się całkowicie zniknąć z pola widzenia. Oblewany zimnym potem Zenek uchylił im okno – zwierzaki czmychnęły na podwórko jak dwie błyskawice z nadwagą i buksując na zakręcie zniknęły w perspektywie ulicy. Szarpany dreszczami, szczękający zębami człowiek wychynął ostrożnie na korytarz. Ohydne dźwięki nie ustępowały, cienkie wycie straciło jednak na intensywności. Pierwszy raz od lat, przeżegnał się i ruszył w kierunku kuchni.

Pomieszczenie zalane było krwią. Wszędzie walały się kawałki mięsa i odłamki kości. Na podłodze siedział Mieciu, kołysząc się na boki, patrzył na tryskającą z kikuta nogi posokę. Jego monotonne „ojojojoj” było doskonałym tłem dla trzasku łamanego kręgosłupa Alojza, który niczym szmaciana lalka zwisał z pełnych zębów szczęk meblościanki. Mebel popatrzył na Zenka arogancko i kontynuował ucztę. Jego spojrzenie mówiło „ty będziesz następny”.
Zenek zwymiotował obficie. Kiedy rzygał jednak, jego wzrok padł na wbity w stół Alojzowy nóż. Ten z większych, porządniejszych staroświeckich składanych noży.
***
Wyprowadzono go skutego jak psa. Nie szarpał się. Mówił coś tylko cicho i uparcie pod nosem. Gliny miały to jednak zupełnie gdzieś. Sprawa była jasna – menel w delirce zadźgał kumpli. A ich czeka pochwała za szybką akcję. Żegnały ich przerażone spojrzenia lokatorów kamienicy nr.3, w tym struchlałej pani Lusi, tulącej do łona dwa tłuste kocury.
– Pewnie ta czeska wóda – szeptali. – We łbach im się od tanich procentów namieszało.
Zenek zacisnął szczęki. Wiedział, że to nie żadna czeska wódka. Wiedział, że to nie on.

Już w radiowozie, jeden z policjantów, stwierdza na wpół do siebie na wpół do podejrzanego:
– Chopie, jaka meblościanka? Na mózg ci się rzuciło…? W pokoju stał tylko stół i trzy krzesła..!

Awatar użytkownika
Regis
Fargi
Posty: 439
Rejestracja: wt, 22 lut 2011 17:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: Regis » wt, 27 sie 2013 00:49

Zwykle jestem tym, kogo teksty są mieszane z błotem (i prawidłowo), jednak tym razem ja trochę pomieszam. A co! Zresztą i tak później przyjdą licencjonowani mieszacze-z-błotem, więc zrobię wstęp.
Hana Armoks pisze:Mimo parunastu kolejek wina marki wino, delirka była tej nocy bardzo niewielka.
"wina marki Wino". Nazwa własna.
Hana Armoks pisze:sadystyczne tendencje w chodniku, który chce ci za wszelką cenę przywalić w twarz
Dziwnie napisane, ale w sumie to sformułowanie ma pewien urok. Wydaje mi się jednak, że sadystyczne tendencje u chodnika, nie w chodniku. Ktoś bardziej kompetentny może się wypowiedzieć, bo po "zguglowaniu" wyszło na moje.
Hana Armoks pisze:Cisza była prawie absolutna, przerywana tylko szuraniem i tupaniem pracowicie sunącej w kierunku mety trojki.
Literówka.

Masz problemy z interpunkcją:
http://www.prosteprzecinki.pl/
Hana Armoks pisze:Na kopalnie żeśmy razem chodzili, aż nas w pierony nie wywalili, bo kapitalizm przyszedł, a my nie młode karlusy jesteśmy.
Hana Armoks pisze:– Gorol, gorol. – szepnął Alojz w szalik, ale tak, żeby go nikt nie słyszał.
Hana Armoks pisze:Jeszcze przed chwilą było dobrze, czuł się jednocześnie oklapnięty, ale i pełen wewnętrznej werwy
Hana Armoks pisze:Kiedyś, w mrokach niepamięci, kiedy żyła jeszcze jego żona, a syn marnotrawny był jedynie tłustym niemowlęciem, podobny stan osiągał w niedzielne poranki po sumiennym wypełnieniu obowiązku małżeńskiego.
Dalej nie poprawiam, za dużo tego.
Hana Armoks pisze:Potem, jako młody hajer czuł się tak kiedy ,,nasi’’ wygrali mecz, czy po wypiciu szklaneczki spirytusu w ,,karczma’.
Miało być "... szklaneczki spirytusu w karczmie."?

Zaraz doczytam resztę i zedytuję.


#edit
Hana Armoks pisze:Był tam gdzie się go spodziewał – czarny cień kluczył pomiędzy budynkami, rozmazując się świetle mijanych latarni.Był tam gdzie się go spodziewał – czarny cień kluczył pomiędzy budynkami, rozmazując się świetle mijanych latarni.
Nie widziałem nigdy cienia, który ma kolor inny niż czarny, więc informacja jest niepotrzebna. Po za tym nie znam się, ale wydaje mi się, że cień może zanikać, ale nie rozmazywać się w świetle latarni.
Hana Armoks pisze:Czas spowalnia.
Chyba "zwalnia".
Hana Armoks pisze:I równie szybko podwoiły rozmiar, napuszone niczym skunksy, wściekle sycząc, uciekły w głąb mieszkania.
Nie znam się na skunksach, ale Wikipedia mówi:
Wikipedia pisze:Zagrożony skunks ostrzega napastnika uniesieniem ogona, tupaniem w ziemię, pozorowaniem ataku, a jeśli to nie pomaga – odwraca się tyłem i wytryskuje śmierdzącą ciecz na intruza celując w jego oczy, które są szczególnie na nią wrażliwe.
Hana Armoks pisze:– Fajna. Opić trzeba. – i gestem rasowego sztukmistrza wyciągnął skądś butelkę spirytusu.
Był czarodziejem czy tylko chciejstwo autora, któremu nie chciało się inaczej tego napisać?
Hana Armoks pisze:– Ok., czysto, wszystkie szatany wpędzone, pijemy. – zawołał radośnie, pociągając ostro z butelki.
Europejscy ci menele. A można było zwykłe polskie "dobra" albo nawet "ku**a mać" wsadzić, żeby nie psuć dialogu.
Hana Armoks pisze:na stole skądś pojawiły się karty, kiełbasa i następna flaszka spirytusu.
Na miłość boską! Ci menele to naprawdę prawdziwi czarodzieje. Lepsi nawet jak Gandalf. I karty, i kiełbasa, i dwie flaszki! Następnym razem jak jakiegoś spotkam to poproszę o wyczarowanie "skądś" nowego Porsche.
Hana Armoks pisze:Pomieszczenie zalane było krwią. Wszędzie walały się kawałki mięsa i odłamki kości. Na podłodze siedział Mieciu, kołysząc się na boki, patrzył na tryskającą z kikuta nogi posokę. Jego monotonne „ojojojoj” było doskonałym tłem dla trzasku łamanego kręgosłupa Alojza, który niczym szmaciana lalka zwisał z pełnych zębów szczęk meblościanki.
Nie dość, że magowie to jeszcze jakie badassy. Flaszkę i kiełbasę wyczaruje, a jak szafka mu odgryzie nogę, a jego kumplowi połamie kręgosłup to się pokołysze na boki, popatrzy na krew i powie "ojojoj". Zazdroszczę mu, naprawdę. Też chciałbym być tak opanowany.
Hana Armoks pisze:Mebel popatrzył na Zenka arogancko i kontynuował ucztę.
Jak to popatrzył? To on miał oczy? Gdzie? Jakim cudem?
Hana Armoks pisze:Wszędzie walały się kawałki mięsa i odłamki kości. Na podłodze siedział Mieciu, kołysząc się na boki, patrzył na tryskającą z kikuta nogi posokę. Jego monotonne „ojojojoj” było doskonałym tłem dla trzasku łamanego kręgosłupa Alojza, który niczym szmaciana lalka zwisał z pełnych zębów szczęk meblościanki.
Hana Armoks pisze:Sprawa była jasna – menel w delirce zadźgał kumpli.
Czegoś nie rozumiem - skoro jeden miał połamany kręgosłup, a drugi kikut nogi to jakim cudem policja pomyślała, że to menel zadźgał kumpli?

To na tyle. Co do fabuły, to jestem prosty czytelnik, dla mnie trochę wydziwaczone, wydaje mi się, że wstęp powstał według jakiegoś planu, ale zakończenie napisane na siłę, ot co tam w duszy grało, przez co odnosi się wrażenie, że początek i koniec opowiadania były pisane jako dwie osobne historie, a potem połączone.

Hana Armoks
Sepulka
Posty: 3
Rejestracja: pn, 26 sie 2013 15:12
Płeć: Kobieta

Re: Mebloscianka

Post autor: Hana Armoks » wt, 27 sie 2013 10:14

Serdecznie dziękuję za zruganie - idę zatem popłakać w kątku :)

Awatar użytkownika
Kruger
Zgred, tetryk i maruda
Posty: 4535
Rejestracja: pn, 29 wrz 2008 14:51
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: Kruger » wt, 27 sie 2013 12:14

Autorko, fabuła tekstu literackiego jejst jak układanka. Każdy element musi do czegoś służyć kontrukcyjnie, podpierać inne elementy i musi być na swój sposó atrakcyjny, mieć swój układankowy kolor - czyli spełniać jakąś funkcję w całości.
I w tym przypadku, w mojej opinii, fabuła jest głównym problemem tego tekstu. Oki, wprawka jak wprawka więc fabuła jest prosta - menele spędzają dzień na piciu, dzień kończy się interwencji policji i zabójstwem na delirce (względnie mordem popełnionym przez mebel, niewyjasnienie kwestii akurat mi się podoba). I podstawowe pytanie brzmi - czemu służy historia o wybuchu i wpadku, o skarbniku i tajemniczym cieniu? Nie ma między nimi łączności. Opowiada o bohaterach, jest klimat, si, ale jak to się łączy, ten klimat i dawne dzieje bohaterów - z atakiem meblościanki? Ta historia mogłaby się w zasadzie zaczynać gdy znajdują mebel pod śmietnikiem. Krótko o tym, że są menelami, obcinamy wszystko co było wcześniej, bo nie ma znaczenia. I co, fabuła się zmienia? Nie. Czyli niepotrzebne.

W warstwie warsztatowej nie jest źle. Regis tu trochę powynajdywał (niektóre źle nawet, sadystyczne tendencje nie w chodniku, nie na chodnika a chodnika) i znalazłoby się więcej. Autorka może się trochę naumieć eliminować własne błędy (bo to umiejętność przydatna) ale tragedii nie ma, jak się coś dobrego napisze i wezmą, to redakcja i korekta to wyłapie. To co jest dla mnie istotne, autorko, to że masz swój styl, potrafisz nie pisać drętwo i nieporadnie. A to jest już punkt wyjścia.
"Trzeba się pilnować, bo inaczej ani się człowiek obejrzy, a już zaczyna każdego żałować i w końcu nie ma komu w mordę dać." W. Wharton
POST SPONSOROWANY PRZEZ KŁULIKA

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: neularger » wt, 27 sie 2013 13:33

I tekst i łapanka do łapanki widzę:
Regis pisze:
Mimo parunastu kolejek wina marki wino, delirka była tej nocy bardzo niewielka.
"wina marki Wino". Nazwa własna.
Nie. Tekst "wino marki wino" jest całkiem poprawny. To ironia oczywiście, marka "Wino" nie istnieje, stąd wielka litera nie ma sensu.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Regis
Fargi
Posty: 439
Rejestracja: wt, 22 lut 2011 17:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: Regis » wt, 27 sie 2013 16:48

neularger pisze: Nie. Tekst "wino marki wino" jest całkiem poprawny. To ironia oczywiście, marka "Wino" nie istnieje, stąd wielka litera nie ma sensu.
Mój błąd, upraszam autorkę o przebaczenie, spojrzałem w google grafiki i było wino nazwane "Wino", a dopiero teraz doczytałem, że to nie była nazwa własna. Zresztą, gdyby ktoś był ciekaw dlaczego tak, a nie inaczej: http://deser.pl/deser/1,111858,9007224, ... xx=9007224
Hana Armoks pisze:Serdecznie dziękuję za zruganie - idę zatem popłakać w kątku :)
Płakać nie ma po co, trzeba pisać, bo tekst jest do uratowania i będzie miodzio.
Ostatecznie można się upić. <Regis szuka czegoś w torbie na zioła, po czym podaje Hanie butelkę samogonu z mandragory uśmiechając się z zaciśniętymi wargami.>

Awatar użytkownika
Kordylion
Pćma
Posty: 237
Rejestracja: pn, 18 lut 2013 19:35
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: Kordylion » śr, 28 sie 2013 07:01

Przeczytalem z zainteresowaniem. Pracowałem jakiś czas na kopalni i muszę przyznać, że opis ucieczki dobrze oddaje to, co mogło się dziać. Zwłaszcza wykorzystanie w tym celu taśmy transportera. Jako kobieta raczej nie znasz tego z autopsji, ale pewnie umiesz słuchać rodzinnych opowieści.
Podoba mi się sposób pisania, ale faktycznie całość składa się z kilku, mało powiązanych ze sobą fragmentów. Rozumiem, że służą do przedstawienia tego co jednemu z bohaterów porobiło się w główce, ale... .
Są rzeczy ważne, ważniejsze i te do zrobienia

Awatar użytkownika
Kruger
Zgred, tetryk i maruda
Posty: 4535
Rejestracja: pn, 29 wrz 2008 14:51
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: Kruger » śr, 28 sie 2013 07:14

Wbrew pozorom związek między takimi elementami w literaturze musi być silniejszy niż w życiu. Owszem, pojawiają się i są wydawane książki, gdzie ten warunek nie jest spełniony, choc poza tym wszystko gra. I wtedy kończymy lekturę z poczuciem, że fajnie się czytałem, ale właściwie o czym to było i o co chodzi?
"Trzeba się pilnować, bo inaczej ani się człowiek obejrzy, a już zaczyna każdego żałować i w końcu nie ma komu w mordę dać." W. Wharton
POST SPONSOROWANY PRZEZ KŁULIKA

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17036
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Mebloscianka

Post autor: Małgorzata » śr, 28 sie 2013 12:51

Pozwolę sobie też trochę dorzucić.

Najpierw, Autorko, dwie uwagi natury ogólnej (tudzież ogólnikowej):
1. Podoba mi się, że piszesz "w lokalizacji", stylizujesz język, umieszczasz akcję w realu (subiektywnie rzecz ujmując, oczywiście).
2. Pewnie znajdę usterki (znalazłam!), ale styl masz płynny, czytelny - fundament jest.

O fabule już napisali inni Komentujący, więc nie będę się powtarzać. Fabułę, Autorko, wymyślić trzeba do każdego detalu, żeby była spójna, a ozdobniki i wtręty nie przeważały nad akcją. U Ciebie przeważają, co jest poważnym mankamentem => nie ma o czym czytać. Długie wprowadzenie, zbędę z perspektywy biegu wydarzeń epizody. Niestety, nie usprawiedliwisz tego "budowaniem klimatu" - to wymówka dla słabych, którzy muszą, inaczej się uduszą, opisać wszystko w swoim świecie przedstawionym, żeby czytelnik pojął wielkość ich talentu. Czytelnik zwykle nie pojmuje (bo nie ma czego pojmować) i nudzi się przy lekturze jak mopsy. Nie uratuje też tekstu porządny styl i stylizacja - pozostawią jedynie poczucie niedosytu, o czym wspomniał już Kruger.
Znaczy, fabuła do rekonstrukcji, IMAO.

No, a teraz dość tej asertywności i przejdźmy do najprzyjemniejszej części.
– Jo rzech był szcześliwy jak pracowałech na gruba. (CIACH!)
Na kopalnie żeśmy razem chodzili[,] aż nas w pierony nie wywalili[,] bo kapitalizm przyszedł[,] a my nie młode karlusy jesteśmy. 30 lat na Nikiszu!
1. Nie zauważyłam w tekście, że postacie Alojza i Mietka to nieludzie, więc zakładam, że jednak ludzie. Ludzie mają tę brzydką właściwość, Autorko, że oddychają. A to znaczy, niestety, że ich język zawiera pauzowanie. Dlatego: stylizacja (w tym na wypowiedzi gwarowe) NIE ZWALNIA OD INTERPUNKCJI (są wyjątki, ale pozwolę sobie tego nie rozwijać, bo nie mają tu zastosowania). Znaczki [,] wskazują, gdzie powinny znaleźć się stosowne cezury, które w piśmie zaznacza się przecinkiem.
2. Liczebniki w utworach literackich zapisuje się zwykle słowami, nie liczbami. Wyjątek stanowią cytaty, daty w określonych kontekstach oraz duże i skomplikowane liczby. Trzydzieści do takich się nie zalicza, stąd podkreślenie.
3. Pogrubione dwa wyrazy: rzech i żeśmy. O ile pamiętam z dialektologii, mam do czynienia z tym samym "że" => żem był = żech był. Znaczy, IMAO, ortograf jak w pysk dał.

A skoro już przy gwarze jesteśmy, to jeszcze jeden problem (nie cierpię gwary "ślunskiej" i w pamięci nie zostało mi wiele, więc pytanie może być głupie):
W gwarze, na którą stylizujesz, Autorko, zanikają samogłoski nosowe, stąd: "Oświecim" w jednej wypowiedzi. Dlaczego zatem w innej jest już:
Jestem z Oświęcimia

Podstawowa zasada: wszelkie zabiegi językowe w tekście winny być stosowane konsekwentnie.
Tak przy okazji, mam wrażenie, że lepszą transkrypcją byłaby: Oświencim, ale nie będę się upierać.

No, i jeszcze problem drugiej samogłoski nosowej:
Całe życie na Śląsku, a rodziłem się w Oświecimiu
Jedyne, co naprawdę dobrze pamiętam z gwary górnośląskiej, to właśnie wymowa "Śląsk". Czyżby to zanikło? Bo zawsze słyszałam "Ślunsk"? Jak to jest z tą gwarą teraz?

I jeszcze kwestie zapisu, czyli interpunkcji wpadły mi w oko.
Duchów n – i - emaaa
uparcie przerywane mlaskanio – chrupanio – zassysaniem.
Do tego rodzaju zabiegów, jak łączenie i wyróżnienie wyrazów lub ich części, używa się łącznika, nie myślnika. W przeciwieństwie do myślnika (długa krecha), łącznik (krótka krecha) nie jest wydzielany spacją w ogóle i z żadnej strony. W zacytowanych przykładach zdecydowanie kreska musi być krótsza i zero spacji pomiędzy.
Na dodatek zastanawia mnie, czemu wydzielone łącznikami zostało zmiękczenie "i" w wydłużeniu wyrażenia "nie ma", nie zostały natomiast wydzielone samogłoski na końcu? Znaczy, po mojemu, zapis powinien wyglądać tak:
"nie-e ma-a" lub "niee maa".
A wom opowiadal rzech jak jo widział Skarbnika na grubej? –
Odpowiedziało mu zbiorowe jęknięcie.
Myślnik służy do zaznaczania wypowiedzi "paszczowych" (fachowo: kwestii dialogowych), więc zawsze jest na początku i tego używasz prawidłowo, Autorko. Ale na końcu wzmiankowana krecha pojawia się tylko wtedy, gdy po niej następuje komentarz narracyjny. Znaczy, co robi myślnik w powyższym fragmencie, bo nie wiem?

Pogrubiony ortograf, bo zdaje się, że masz błędne kodowanie. :P

e... obiecanki-cacanki.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
hati
Sepulka
Posty: 17
Rejestracja: wt, 03 wrz 2013 16:45
Płeć: Kobieta

Re: Mebloscianka

Post autor: hati » czw, 05 wrz 2013 16:27

OK, to właściwie dwie historie, ale obie bardzo mi się podobały. Całość dobrze mi się czytało. Z mojej strony - gratulacje!

Chętnie przeczytam coś jeszcze! <tup tup tup z niecierpliwości>

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Mebloscianka

Post autor: neularger » czw, 05 wrz 2013 18:05

Wszystkie nowości, w tym też hati, zachęcam do przeczytania regulaminu Warsztatu. Najlepiej w całości. Ja zacytuję tylko jeden punkt:
7. Na Komentujących utwory spoczywa obowiązek wyrażania opinii merytorycznych. Wszelkie wypowiedzi w stylu: „Fajne, pisz dalej, podoba mi się” lub „Do bani, nie podoba mi się” pozbawione uzasadnień, mogą zostać usunięte bez ostrzeżenia.
Żeby była jasność, nikogo nie wyganiam, ani nie staram się zniechęcić do komentowania tekstów, więcej - zachęcam do komentowania, bowiem każdy dysponuje unikalnym punktem widzenia i może wnieść coś, co pomoże autorowi/autorce poprawić swój warsztat. Reguły (z których jedną zacytowałem) powstały po to, by autor(ka) dostał(a) porządną rozbiórkę tekstu.
I tego się trzymajmy.
Linki do regulaminów:
http://www.fahrenheit.net.pl/forum/view ... =51&t=2188
http://www.fahrenheit.net.pl/forum/view ... =54&t=3313
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
hati
Sepulka
Posty: 17
Rejestracja: wt, 03 wrz 2013 16:45
Płeć: Kobieta

Re: Mebloscianka

Post autor: hati » czw, 05 wrz 2013 18:42

Przyjmuję do wiadomości. Więcej nie będę :)

ODPOWIEDZ