Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
podzjazdem
Dwelf
Posty: 505
Rejestracja: śr, 21 mar 2007 07:58

Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: podzjazdem » czw, 30 sty 2014 19:05

Czasem można spotkać się z poglądem, że w górach wszystko znajduje się bliżej Boga. Coś w tym jest… Ktoś, kto pozna i poczuje góry staje się bardziej pokorny, wyciszony. Nie tylko ludzie zresztą. Ziemia w górach zdaje się bardziej cierpliwa, nawet kamienie są spokojniejsze, nauczone trwania, wsłuchane bardziej w świat i siebie niż krzyczące o swej odmienności. Choć i wśród nich zdarzają się wyjątki…

TEN, KTÓRY URATOWAŁ REWOLUCJĘ


Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Stara ta prawda po raz nie wiem już, który zakołatała mi pod czaszką. Właśnie przysiadłem na głazie, który swoim kształtem wręcz zmuszał do tego. Rozejrzałem się. Poszarpane granie, przestrzeń, królestwo ziemi i powietrza. Tatry. Wszyscy wiedzą, gdzie to jest. Mniej więcej. Wielu twierdzi, że zna. Bo zajrzeli tu na chwilę. Lecz poznać gór się nie da. Można się do nich zbliżyć, poczuć, pokochać. Ale poznać do końca – nigdy, zawsze potrafią czymś zaskoczyć. Lecz mimo to warto próbować. Podobno cały sens tkwi w dążeniu do celu…
- Hej, ty! – z rozmyślań wyrwał mnie głosik, miły, choć nieco chropawy. Rozejrzałem się wokół. Byłem sam.
- Co się tak wygapiasz? Do ciebie mówię! – znów ten głos. „Chyba za długo już się włóczę solo – pomyślałem. – Zaczynam słyszeć głosy.”
- Czy wy wszyscy tacy durni jesteście?
Poczułem się urażony. Zaraz durny. Jakiś bezcielesny głos zaskakuje człowieka w środku dziczy, a kiedy ten się trochę zdziwi to od razu od durnych. W mordę…
- Może się najpierw pokaż, co? – zagadnąłem niepewnie.
- Jakie pokaż? Siedzisz na mnie!
Zerwałem się jak oparzony. W skrzaty wprawdzie nie wierzę ale różne cuda ziemia na swym grzbiecie nosi. Zresztą w górach już niejedno widziałem. Lecz głaz, na którym siedziałem, był pusty.
- Na kim siedzę? – niepewność w moim głosie była aż nadto wyraźna.
- Na mnie. Zresztą teraz już nie siedzisz, bo wstałeś, jakbyś nie zauważył…
- ?!!! – gulgnąłem zaskoczony. Po chwili jednak odzyskałem głos. – Ja chyba śnię…
- Zero elastyczności! A mądry taki się wydawał… Już myślałem…
- Co niby myślałeś? – zapytałem. I uznałem, teoretycznie, że wszystko dzieje się naprawdę.
- O, czyżby zmiana? – głos ociekał ironią.
- Ty, nieważne, kim jesteś! Możesz sobie być gadającym kamolem, ale jeśli chcesz czegoś ode mnie, to się trochę zachowuj! – wkurzyłem się. I na wszelki wypadek nieco się odsunąłem od swego niedawnego siedziska.
- Nie uciekaj! – teraz usłyszałem błagalną nutę. – Wszyscy uciekacie… A ja tylko porozmawiać chciałem!
- Porozmawiać, powiadasz… Przecież tędy się sporo ludzi przewija, chyba nie narzekasz na brak rozmówców – rzuciłem pojednawczo.
- Mówisz o miastowych? Myślisz, że któryś z nich w ogóle by mnie usłyszał? Przecież to tylko wiecznie pędzi przed siebie, nawet nie ma czasu, żeby choć na bok spojrzeć, nie mówiąc już o tym, że za siebie się nie obejrzy. Co tu od takiego wymagać…
- Ja też jestem z miasta – przyznałem się.
- Ciałem może i tak, ale duszę masz taką, co to gra w niej muzyka. Ty słuchać umiesz, a to się rzadko zdarza. Bywał tu jeden taki, jakiś czas temu, ten to dopiero umiał słuchać! A jaka w nim była muzyka, nuty aż z niego wyciekały, a takie były, ze aż iskrzyło powietrze! O, ten dosyć często tutaj bywał. Żal chłopa, słyszałem kiedyś, że go lawina zabrała.
- A kiedy to właściwie było? – spytałem, tknięty jakimś dziwnym przeczuciem.
- Dokładnie nie wiem, czasu nie liczę, ale tak ze sto zim temu. Może mniej, może więcej…
Przeczucie przerodziło się w pewność. Uszczypnąłem się. Nie spałem. Stałem przy tatrzańskim szlaku i gadałem z jakimś kamieniem o Karłowiczu. „Po powrocie trzeba poszukać specjalisty” - naszła mnie myśl. Odegnałem ją precz. Nieważne, zdurniałem, czy nie, w każdym razie ciekawiło mnie to wszystko coraz bardziej.
- Słuchaj, to ty go znałeś? Może mi coś więcej o nim opowiesz? – drążyłem.
- O, widzę, że cię zaciekawiłem. No proszę. Już nie chcesz uciekać?
- Nie chcę.
- To miłe. I co, pogadasz ze mną trochę?
Spojrzałem na zegarek. Było wczesne popołudnie, miałem jeszcze kilka godzin dnia. Do schroniska ze dwie godziny marszu, mogłem więc posiedzieć tutaj przez jakiś czas.
- Pogadam. Ale opowiedz mi trochę o Karłowiczu.
- A kto to?
- No, ten od nut – przypomniałem.
- A, ten. Ja tam nie wiem, po co wam to potrzebne, żeby wszystko ponazywać. Inaczej się nie możecie rozpoznać? Ale niech wam będzie. O tym od nut, powiadasz… Wielu tu takich bywało, co muzykę w sobie mieli, ale takie nuty to tylko on w duszy nosił. Od razu wiedziałem, że się zbliża. Tyle w nich było wszystkiego. I wiatru, i ognia, szmer wody, ciężar ziemi. Wszystko tam było. I radość, i tęsknota, i smutek deszczu, i kochanie bezmierne. Góry tam też były i jeszcze pełno miejsca w nim zostało, gdyby mógł, świat cały by w nim pomieścił…
I opowiadał kamień o Karłowiczu. Zasłuchałem się i nawet nie wiem, kiedy zaczęło szarzeć. Wciągnął mnie czar jego opowieści, zapomniałem o bożym świecie, lecz ten upomniał się o swoje prawa.
- Co się tak wiercisz?
- Cholera, zaraz się ściemni, a ja mam kawał drogi do schroniska. Zagadałeś mnie trochę – uśmiechnąłem się pod nosem.
- A musisz tam iść?
- Nie mam ochoty spać w kosówce – na samą myśl robiło mi się zimno. – Tobie to wszystko jedno, ale ja pewnie bym zmarzł. To już nie lato, nie pora na takie wyczyny. Niby mam śpiwór, ale jeśli spadnie śnieg?
- Nie spadnie. Idź w dół, do tego wystającego zęba. Wyśpisz się lepiej, niż sądzisz. Już ja to załatwię. Tylko mam prośbę… Wróć jutro, jeszcze mam trochę opowieści…
Zgodziłem się i poszedłem w dół. Gdy mościłem sobie legowisko pod przypominającym ząb rekina kamieniem, jak obuchem uderzyło mnie nieprawdopodobieństwo tego, co mnie spotkało. „ Nie wierzę, normalnie nie wierzę”, „co ja tu właściwie robię?” – tego typu myśli chodziły mi po głowie. Lecz gdy ułożyłem się w śpiworze i zamknąłem oczy, znów znalazłem się pod wrażeniem tak niedawno słyszanych słów. A kiedy wreszcie zasnąłem, przyśnił mi się ciemnowłosy mężczyzna z wąsikiem, siedzący na moim „znajomym” jak na tronie, podczas, gdy inne kamienie tańczyły dookoła…
Zbudziło mnie poszturchiwanie. Wystawiłem głowę na zewnątrz. O mój bok trącała gałąź kosodrzewiny. Rzekłbym, że umyślnie.
- Wstawaj, już jasno! – zgrzytnęło gdzieś obok. Spojrzałem podejrzliwie na sterczący nade mną kamienny ząb.
- Z tym jasno to lekka przesada – próbowałem się stawiać. A w duchu dodałem –
„ w mordę… Do reszty ześwirowałem czy co?...”. Wszystko jednak wyglądało wręcz podejrzanie realnie. Wylazłem powoli ze śpiwora, niespiesznie go zwinąłem, schowałem do plecaka. Ruszyłem w stronę szlaku.
- O, jesteś wreszcie! – powitał mnie mój nowy znajomy. – Dobrze spałeś? Jadłeś już śniadanie?
- Nie jadłem. A spałem dobrze. Miałem sen…
- Wiem - przerwał mi głaz.
Zapadła cisza. Zabrałem się za przygotowywanie śniadania. Palnik, woda, chleb, kawa. Nie chciałem zaczynać rozmowy, póki sobie wszystkiego do końca nie poukładam. Zresztą nie całkiem jeszcze wierzyłem w realność tej sytuacji. I zwyczajnie nie wiedziałem, od czego zacząć.
- Posłuchaj, chcę cię o coś poprosić – usłyszałem. – Może to troszkę głupie, ale obiecaj mi, że opowiesz ludziom moje historie…
- Niby jak? Mam chodzić jak apostoł? – spytałem.
- Coś wymyślisz. Wierzę w ciebie. Obiecaj, proszę… - jęczał.
- Dobrze. Opowiem – rzuciłem trochę na odczepnego.
- Macie tam przecież tych różnych pisarzy czy jak to się nazywa. Nie mógłbyś w ten sposób? – jakby mnie nie słyszał. – Bywali tu różni tacy…
- Może Tetmajer i Orkan też?
- Nie wiem, czy akurat oni, ale różni tu bywali. I zbóje, i przemytnicy, ci akurat byli w porządku, starali się w zgodzie z górami żyć. Ale ci od słów też bywali. Może i ci, o których pytałeś też. Ech, z tą waszą skłonnością do nazewnictwa…
- Ci to akurat poeci. Oni raczej o uczuciach piszą – poinformowałem.
- A, to tacy. Nie lubię ich. Może i odczuwają, ale słuchać ni cholery nie chcą. Mówisz o uczuciach… No, nie wiem. Jak dla mnie to oni zwykłe, proste rzeczy potrafią tak ponazywać, że nikt już za nimi nie trafi. „ Tron podniebieski, zielenią mchu gorejący…”. To o mnie. Powiedziałbyś?
Szczęka opadła mi z wrażenia.
- Skąd tyś taką perełkę wytrzasnął? – zapytałem.
- Któryś z tych słowotwórców tak mnie określił. Uwierzysz? Do dzisiaj jak sobie przypomnę, to mi się temperatura topnienia obniża.
I rozgorzała zażarta dyskusja o poezji. A potem popłynęły opowieści – o zbójnikach, przemytnikach i zwykłych wędrowcach. O ludziach, którzy umieli słuchać siebie i innych. I o tych, co zbrojni w pychę szli w góry, by je ujarzmić a wracali pokonani, niosąc resztki swych snów o potędze. O małych i wielkich, którzy mieli serce. A także o takich, co nie mieli nic poza pustą skorupą. O ludziach bogatych w myśli i uczucia, choć ubogich w słowa. I przestało mnie dziwić cokolwiek, nie wątpiłem już w swoją poczytalność, po prostu siedziałem i słuchałem. I mógłbym tak trwać nie wiem, jak długo, gdyby mój rozmówca nie sprowadził mnie na ziemię.
- Późno się robi. Nie powinieneś czasem ruszać? – wyraźnie słyszałem żal w jego głosie.
- Cholera. Muszę. Wiesz, że niechętnie to robię, ale naprawdę nie mogę dłużej zostać – mój głos też był pełen żalu. – Ale możesz mnie trzymać za słowo. Wrócę tak jak obiecałem, najszybciej, jak tylko będę mógł.
Odwróciłem się i z ociąganiem ruszyłem w swoją stronę. W dół. Do ludzi…
***

Wróciłem, tak, jak obiecałem. Los jednak sprawił, że w góry mogłem pojechać dopiero wiosną. Trochę nie wierzyłem, że jednak to robię, że dotrzymuję słowa danego kamieniowi. Choć może bardziej samemu sobie? Sam nie wiem. W każdym razie wróciłem.
Przespałem się w schronisku. Gdy rano zbierałem się do drogi wysłuchałem zwyczajowych ostrzeżeń: „uważaj, na upłazach śnieg jeszcze leży”, dopiłem kawę i ruszyłem na szlak. Miejscami śniegu leżało jeszcze sporo. Nie martwiło mnie to specjalnie, była to oznaka, że zbyt wielu wędrowców nie należy się spodziewać. Zacząłem powoli rozpoznawać okolicę. Ten kamol mijałem po zejściu, za chwilę będzie zakręt, jeszcze z pół godziny…
Lecz tam, dokąd zmierzałem, krajobraz się zmienił. I to znacznie. Jak się domyśliłem, zeszła tędy lawina. „ Mojego” kamienia nie było. Jedyny znajomy akcent w okolicy to ząb, pod którym spałem jesienią. Od niego dowiedziałem się, że miałem rację.
- Poszedł w dół z lawiną - oznajmił swym zgrzytliwym głosem.
Nie wiedzieć, czemu, jego słowa przypomniały mi fragment naszej zeszłorocznej rozmowy. W pewnej chwili z głupia frant zapytałem:
- A może i Lenin też tutaj był? Taki z bródką…
- Wiem, który. Ten to dopiero miał chaos w sobie! Takiego pomerdańca jak on to nie widziałem. Z początku nawet myślałem, że to kozica, pewnie przez tę brodę, ale nóg miał za mało. Doszły mnie słuchy, że solidnie na dole narozrabiał…
- Oj, żebyś wiedział… - i pokrótce streściłem mu historię rewolucji i dziesiątek lat eksperymentu marksistowskiego. Przez chwilę milczeliśmy. Potem usłyszałem:
- I pomyśleć, że mogłem temu wszystkiemu zapobiec…
- Jak? O czym ty mówisz? – spytałem.
- O tym, jak uratowałem rewolucję – odrzekł. I po chwili ciszy odpowiedział na moje nieme pytanie. – Wystarczyło, żebym się zsunął w dolinę, kiedy na mnie siedział.

***


Dotrzymałem swojej obietnicy. Opowiadam o nim ludziom. A jeśli ktoś z was zaduma się przez chwilę nad tą historią… Może kiedyś, gdzieś w górach, słysząc jakiś niespodziewany głos, nie weźmie nóg za pas. Niekiedy warto posłuchać…
Osusz skrzydła, bracie. Na mokrych od łez daleko nie zalecisz...

Juhani
Laird of Theina Empire
Posty: 3038
Rejestracja: czw, 18 lis 2010 09:04
Płeć: Mężczyzna

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: Juhani » czw, 30 sty 2014 21:23

Tu i ówdzie bym zamienił jakieś słowo czy wygładził kawałek, ale tak delikatnie i niezobowiązująco.
Fajnie się czytało, za fajnie. Chcesz znać moje zdanie? Brutalną prawdę? Serio? No to ...
Spieprzaj stąd! Za dobry jesteś na te Warsztaty!

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5194
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: neularger » czw, 30 sty 2014 22:59

Nie. Nie jesteś, podjazdem.
Języka się nie czepię, bo faktycznie nie ma czego, ale fabuła Ci się z lekka pomerdała na koniec, by zostawić czytelnika z pewną taką nieśmiałością - o czym właściwie było.
A wystarczyło zakończyć o tekst wcześniej i usunąć z wcześniejszej partii jedną scenę byłoby ok... Ech.. :)
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Beata
Niegrzeszny Mag
Posty: 1621
Rejestracja: wt, 10 wrz 2013 10:33
Płeć: Kobieta

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: Beata » czw, 30 sty 2014 23:22

Neu, co byś usunął? Bo niczego ewidentnego nie widzę...
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper

Juhani
Laird of Theina Empire
Posty: 3038
Rejestracja: czw, 18 lis 2010 09:04
Płeć: Mężczyzna

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: Juhani » pt, 31 sty 2014 07:01

Ja swoje zdanie podtrzymuję. Jedyne, co IMHO można, to zrobić czepialstwo dla czepialstwa.
Dobrze napisane opowiadanie jest po prostu dobre. Nawet jakby było o marchewce na kiju.

Awatar użytkownika
Marchew
Kurdel
Posty: 782
Rejestracja: pn, 17 lip 2006 09:40
Płeć: Mężczyzna

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: Marchew » pt, 31 sty 2014 19:29

Juhani pisze:Nawet jakby było o marchewce na kiju.
Nie nawet, a szczególnie wtedy, gdyby było o marchewce!
Try not! Do or do not. There is no try.

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: sprutygolf » pt, 31 sty 2014 20:54

Gadać z kamieniem? Fajny pomysł – pomyślał spruty, zakończywszy powyższą lekturę. Aż tu mu się z nagła klapka otwarłaaa…
Jak to śpiewał Kaczmarski?
Źródło wszelkiego zła (fragment)
„Jest żyć po co, ginąć po co,
Kochać, mnożyć i zabijać,
Na olbrzyma ruszać z procą,
W labiryncie nić odwijać.
W trąby dąć by mury kruszyć,
Gadać z krzewem lub kamieniem,
Stawiać nieśmiertelność duszy
W zakład z własnym nieistnieniem.”
Czyli nihil novi. Gadanie z kamieniem mamy na porządku dziennym! ;)
Nie szkodzi, pomyślał, opowiadanie samo się broni. Chociaż… ten tyttuł jest do kittu, Autor powinien wiedzieć, jaki tytuł nadać dziełłu, a nie zastanawiać się nad jego tytułem... w tytule! :)
Co stwierdziwszy, ku reaktywowanemu Matrixu zwrócił golf swe sprute oczy…

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: Małgorzata » śr, 05 lut 2014 17:12

Ale Podzjazdem nie zastanawiał się nad tytułem - to jest tylko temat! :)))
Albowiem rzuciłam na niego geis (w literaturze fantasy znany również jako geas => oboczność pisowni wzięła się chyba z różnych sposobów adaptacji słowa, geis - fonetycznie, geas - uproszczony zapis chyba dwuznaku/znaku przypominającego połączone "ae"). I Podzjazdem nie miał innego wyjścia, musiał napisać kamienny utwór z dialogiem. :P
I myślę, że się udało.
Gratuluję, Podzjazdem - wykopię Cię stąd niedługo. :)))

Czepialstwo mam w genach, więc na pewno się przyczepię, tylko najpierw skończę redakcję opowiadania, w którym ludzie mają podbródki jak klify i pojawiają się niczym koty z Chesire... :X
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
podzjazdem
Dwelf
Posty: 505
Rejestracja: śr, 21 mar 2007 07:58

Re: Mój geis (czy geas - nadal pewności nie mam). Hm... :/

Post autor: podzjazdem » pt, 28 lut 2014 12:12

Dziękuję za wszystkie komentarze (oraz groźby :-P). Dopiero teraz, ale znów byłem w beznecie przez czas jakiś.
Osusz skrzydła, bracie. Na mokrych od łez daleko nie zalecisz...

ODPOWIEDZ