Toporna bajka

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
KPiach
Pćma
Posty: 203
Rejestracja: śr, 18 sty 2006 20:27

Toporna bajka

Post autor: KPiach » wt, 11 mar 2014 00:40

Przede wszystkim mam nadzieję, że nie łamię żadnego zapisu regulaminu. Starałem się posprawdzać co i jak, ale diabeł nie śpi...
Przyznam szczerze, że wróciłem bo mnie naszła głęboka tęsknota za tym masochistycznym dreszczykiem krążącym po plecach gdy Szanowni rozszarpują mój tekst. A, że nadziałem się we własnych archiwach na tekst, który kiedyś popełniłem na prośbę córki, to go lekko poprawiłem i o to jest. Jedną funkcję już spełnił, nieźle się przy nim bawiłem. Teraz, mam nadzieję, że spełni jeszcze funkcję edukacyjną.

Toporna baśń

Za górami, za lasami, za siedmio… A tam, duby smalone. Skoro i tak nie bardzo wiadomo gdzie, to przyjmijmy, że Nigdzie. A więc w Nigdzie – w momencie, gdy zaczyna się ta opowieść – rządził król, wspierany radami mądrej królowej. Można by było próbować dociekać, jakie nosili imiona, ale nie warto – krótko z nami zabawią. Para królewska miała córkę, jej imię znamy dzięki kronikarzom, jakkolwiek nikt nigdy nie wyjaśnił, kimże był wybitny mędrzec, co nadał dziecięciu takie miano. Dziecięciu, które miało kiedyś zasiąść na tronie. Żeby to była Elżbieta, czy inna Jadwiga, to nie – Śnieżka.
Dziewczynka miała kilka lat, gdy kraj lotem błyskawicy obiegła nowina: królowa jest w stanie błogosławionym! W zasadzie winien to być powód do radości, ale pozostawała jedna, niezwykle ważna okoliczność, kładąca się cieniem na powszechnym weselu. Królowa, oględnie mówiąc, nie była pierwszej młodości. Dokładnie rzecz ujmując, to była już dojrzałą kobietą rodząc pierwsze dziecko. Cóż, czasy były dość parszywe, a opieka medyczna cokolwiek prymitywna. Poza nielicznymi wyjątkami, które i tak przecież służą potwierdzaniu reguły, można było liczyć głównie na to, że konował pocmoka, powie kilka mądro brzmiących słów, upuści krwi, przyłoży pijawki. Dobrze jak nie zaordynuje wygrzewania w piecu chlebowym przez trzy zdrowaśki. No, ale to zupełnie inna bajka. Tygodnie mijały nieubłaganie. W końcu nadeszło rozwiązanie. Dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się w alkowie królowej nie są przedmiotem tej historii. Dość powiedzieć, że maleństwo porodu nie przeżyło, a matka odeszła wkrótce po nim. Na marginesie można odnotować, że topór kata wyprawił nadwornego medyka w ślad za podopiecznymi.
Smutek okrył czarnymi skrzydłami zamek i zapanowała żałoba. Jednak nic nie trwa wiecznie, a po każdej nocy nadchodzi dzień. Król był mężem w sile wieku i choć kochał nieboszczkę całym sercem, to w końcu znalazł ukojenie w ramionach innej kobiety. Po prawdzie to tajemnicą pozostanie, czym go urzekła Kamila i może taktowniej będzie tego nie roztrząsać. Koniec końców, stolica stała się świadkiem zaślubin, a Śnieżka zyskała macochę.
Szczęście, jeżeli w ogóle zawitało w progi zamku, nie trwało zbyt długo. Posterunki graniczne nadsyłały coraz bardziej alarmujące meldunki. Barbarzyńcy gromadzili znaczne siły, a ich lekka jazda zapuszczała się na terytorium znienawidzonego sąsiada. Niepodobnym było dłużej tolerować takiej sytuacji. Król stanął na czele ekspedycji karnej i wyruszył ku wschodnim rubieżom.
Mówiłem już, że czasy były parszywe? Dwór i poddani tygodniami czekali na wieści o rozstrzygnięciu konfliktu. Wszyscy żyli w niepewności, a Śnieżka miewała koszmary, w których widywała jak ojciec ginie. Od miecza, od włóczni, od bełtu, stratowany przez konia. Wojna niesie tak wiele możliwości. Wreszcie nadeszło lato, a w raz z nim doniesienia z kampanii. Po wielu dniach uganiania się za nieuchwytnym wrogiem doszło do walnej rozprawy. Barbarzyńcy przegrali bitwę, a żałosne niedobitki salwowały się ucieczką. Jednakże zwycięstwo zostało okupione licznymi ofiarami. Wielu mężów położyło głowę, a wśród nich przyboczni króla i sam władca. Świadkowie opowiadali o potężnym barbarzyńcy, który dwuręcznym toporem zadał śmiertelny cios. Ostrze, niepowstrzymane przez blachy pancerza, zdruzgotało obojczyk i dotarło aż do mostka. Kraj powtórnie pogrążył się w żałobie, a Śnieżka została sierotą.

Przez kolejne lata władzę w królestwie sprawowała Kamila jako regentka. Tron miał przypaść Śnieżce w chwili osiągnięcia pełnoletności, czyli ukończenia szesnastu wiosen. Czas ma to do siebie, że jego bieg jest nieubłagany. Królewna dorastała odliczając dni dzielące ją od chwili, gdy będzie mogła pozbyć się macochy. Uczucia Kamili, względem pasierbicy, również nie były nazbyt gorące. Kobieta przywykła do władzy i wcale nie chciała się z nią rozstawać. Zaczynała dochodzić do wniosku, że jest w stanie poważyć się na wiele, byleby tylko usunąć ze swej drogi smarkulę. Powoli dojrzewał plan.

Obchody szesnastych urodzin Śnieżki zostały zaplanowane z rozmachem i przepychem, a ich punktem kulminacyjnym miała być koronacja. Lista zaproszonych gości mogła przyprawić o zawrót głowy każdego szambelana. Mistrzowie etykiety głowili się nad kolejnością składania życzeń, sposobem zasiadania przy stole... Drobny zgrzyt mógł w konsekwencji spowodować konflikt, w którym w imię urażonej dumy władców, tysiące mężów będą zarzynać się na różne wyszukane sposoby.
Śnieżka ze zrozumiałą ekscytacją oczekiwała koronacji. Setki razy wyobrażała sobie moment wręczania przez biskupa insygniów koronacyjnych. A wcześniej czekały bale i uczty, a nade wszystko wielkie łowy. Królewna uwielbiała uganiać się po kniei za zwierzyną. Że co, że to nie przystoi? Cóż, młoda następczyni nieco odbiegała od wizerunku dobrze wychowanej panienki ze szlachetnego rodu. Przejawiało się to nie tylko w zamiłowaniu do broni, ale również w napadach złego humoru. Czeladź niewdzięczna, nazywała je napadami wściekłej furii i szeptem plotkowała o latających stolcach i kandelabrach, nabitych guzach, podbitych oczach. Doprawdy trudno dziś o dobrą służbę.
W dniu polowania zamek budził się do życia znacznie żwawiej niż zwykle. Korytarze dudniły odgłosami podkutych buciorów. Poprzez ciężkie łup, łup, niekiedy przedzierał się szybki stukot obcasików panien dworu. Z dziedzińca dochodziło rżenie koni, dowodząc, że stajenni również nie zaspali. Pokrzykiwanie gości, ujadanie psów i brzęk broni dopełniały melodię krzątaniny – swoiste preludium. Wkrótce wszystko było przygotowane, pozycje w szyku ustalone. Towarzystwo wysypało się przez bramę na błonia u podnóża murów zamkowych. Słońce jeszcze nie wychynęło spoza ściany lasu, a poranna mgła snuła się nisko nad łąką. Prawdziwie magiczna chwila, rzec można. Szczególnie, jeśli ktoś ma nazbyt sentymentalną naturę.
Zbrojni niespiesznie zanurzyli się w zielony półmrok. Z każdym krokiem w głąb kniei rosło podniecenie. Doprawdy, zapowiadały się wspaniałe łowy. Królewna zajmowała miejsce po środku długiego, nieregularnego szeregu myśliwych, pomiędzy wysoko narodzonymi bliźniakami z jednego z ościennych królestw. W prawicy dzierżyła krótką włócznię o szerokim grocie. Marzyła o łupie w postaci grubego zwierza. Mógłby być dzik, a może nawet trafi się coś większego? Cały las rozbrzmiewał hałasem czynionym przez nagonkę. Gwizdki, kołatki, pokrzykiwania. Wierzchowce przestępowały z nogi na nogę, chrapy drżały niespokojnie wciągając powietrze. Do uszu myśliwych zaczęły docierać nowe, bliższe, odgłosy łamanych gałęzi i tratowanego poszycia. Przerażone zwierzęta parły wprost na swych katów, gotowych skrócić ich męki.
Na wprost Śnieżki, z krzaków, wyłonił się potężny odyniec. Na widok ludzi gwałtownie wyhamował, opuścił łeb, fuknął i ruszył do przodu z fajkami wycelowanymi w pęciny konia. Dziewczyna wyszczerzyła zęby w drapieżnym uśmiechu i mocno ściągnęła wodze wymuszając posłuszeństwo wierzchowca. Stanęła w strzemionach i szybkim ruchem cisnęła włócznią. Ugodzony dzik przeorał gwizdem poszycie, obficie brocząc posoką. Poderwał się, zawrócił i runął w gęstwinę. Drzewce sterczące z boku uderzyło raz i drugi o pnie, aż w końcu włócznia uwolniła swoją ofiarę, pozostając zaplątana w chaszczach. Królewna z doświadczenia wiedziała, że nawet śmiertelnie ranny dzik potrafi długo uchodzić. Nie zamierzała tracić zdobyczy. Spięła konia i ruszyła w pościg. Bracia, którym przykazano nie spuszczać oczu z następczyni tronu, chcąc nie chcąc, podążyli jej śladem.
Dziewczyna sprawiała wrażenie, że przemierza gościniec a nie trudny do przebycia las. Tempo, które narzuciła było nieosiągalne dla bliźniaków, więc i nie dziwota, że wkrótce stracili ją z oczu. Wybitnymi tropicielami również nie byli i gdy wkroczyli na teren zadeptany przez naganiaczy i psy, ostatecznie zgubili królewnę. Jednak Śnieżka miała jeszcze jednego anioła stróża, który bez trudu podążał jej śladem, sam pozostając niezauważony.
Odyniec okazał się nad podziw żywotny. Uszedł szmat drogi zanim padł bez życia na skraju niewielkiej polanki. Młoda łowczyni zeskoczyła z siodła i z nożem w ręku ruszyła w kierunku zdobyczy. Jeden krok, drugi... Przerażony kwik konia spowodował, że gwałtownie odwróciła głowę. W samą porę, aby zobaczyć jak druga strzała wbija się w szyję wierzchowca. Dziewczyna stała jak skamieniała, rozbieganym wzrokiem przeczesując pobliskie zarośla. Drobny błysk przyciągnął jej uwagę. Skupiła wzrok – na strzale celującej prosto w jej pierś. Napięty łuk dzierżyła zakapturzona postać, ubrana w strój, który gwarantował świetny kamuflaż w leśnej gęstwinie. I gdy wszystko wskazywało na to, że Śnieżka następnych urodzin nie dożyje, do jej uszu dotarł charakterystyczny poświst i w głowie zabójcy, z paskudnym mlaśnięciem, utkwił toporek. Królewna zbladła i z przeciągłym sykiem wypuściła, dotąd bezwiednie wstrzymywane, powietrze. Na polanę, z przeciwnych stron, wkroczyli dwaj dziwaczni przybysze. Byli tak niscy, że zdawało się, że mogą przejść pod końskim brzuchem bez pochylania głów. Za to w barach nie ustępowali kowalom z podzamcza. Kwadratowe sylwetki ginęły w gąszczu długich włosów i bród, spod których wyzierały skórzane kaftany gęsto nabijane stalowymi ćwiekami. Pozornie nie zwracając uwagi na Śnieżkę, podeszli do ciała.
– Łajza, patrzaj jak mu sie oczka zbiegły! – Jeden z mężczyzn przydeptał głowę zabitego i wyszarpał toporek. – Przepatrz mu zanadrze, może cosik ciekawego najdziesz.
Nazwany Łajzą skinął głową, powoli, jakby z namysłem i zaczął metodycznie obszukiwać nieboszczyka. Zaś właściciel toporka, wycierając ostrze o wyświechtaną nogawicę, podszedł do dziewczyny.
– Zwą mnie Drobny, panieneczko. – Skłonił się niezgrabnie.
Królewna przez chwilę zastanawiała się, czy powinna skłamać, co do swojej tożsamości, ale spostrzegła, że mężczyzna z zainteresowaniem przygląda się haftowanym herbom na czapraku.
– Śnieżka, następczyni tronu.
– Szczęście wielkie, żeśmy z braciszkiem tędy leźli. – Wyszczerzył czarne pieńki zębów w nieszczerym uśmiechu.
– Drobny, pismo jakoweś, ważkie chyba.
Rzeczywiście, na poskładanej karcie pergaminu widniał odcisk pieczęci regentki. Dziewczyna wzięła dokument z rąk Łajzy, rozłożyła i zbladła. To był rodzaj pełnomocnictwa. Wzywało każdego do udzielenia nieograniczonej pomocy okazicielowi. Królewna zadumała się. Wracać na zamek? Tam rzeczywistą władzę piastowała Kamila. Oskarżyć ją o próbę zabójstwa było niepodobieństwem. Śnieżka zrozumiała, że jej panowanie może być niezwykle krótkie i uwieńczone tragicznym finałem. To nie był wymarzony sposób zapisania się na kartach historii.
¬ – Panieneczko, tak se dumam, że nie pogardzisz naszą gościną. – Przesadnie słodki głos przerwał niewesołe rozważania.
– Dziękuję, szlachetni panowie. Jak mniemam macie nadzieję na stosowne wynagrodzenie za wszelakie trudy i niewygody?
– Nie pogardzim!
Królewna zrozumiała, że być może jedynym ratunkiem jest przekonanie tych rzezimieszków, aby zrezygnowali z okupu w zamian za dość mgliste obietnice szczodrej nagrody. W przyszłości, nieokreślonej i niepewnej. Śnieżka poczuła zawroty głowy, wciąż była w szoku. Usiadła na trawie i postanowiła wszystko postawić na jedną kartę.
– Umiecie czytać? – Podała mężczyznom pismo.

Polowanie miało się ku końcowi. Myśliwi pojedynczo przybywali na błonia pod murami. Przechwalali się głośno, opowiadając o niesamowitych dokonaniach. Doprawdy, sami bohaterowie. Zamieszanie wybuchło, gdy powrócili bliźniacy i stwierdziwszy nieobecność następczyni tronu, opowiedzieli o wydarzeniach sprzed kilku godzin. Na poszukiwania natychmiast wyruszyła gwardia. Zbrojni przetrząsali las a goście, miast radośnie ucztować, wlewali w siebie kolejne kielichy, coraz bardziej pogrążając się w czarnej rozpaczy. Świt i następny dzień nie przyniosły niczego nowego. Kamila musiała podjąć decyzję o oficjalnym ogłoszeniu zaginięcia królewny. Rada była, że szczeniak zniknął z jej życia. Niepokoił ją tylko brak ciała. No i nieobecność zaufanego człowieka.

Bracia mieszkali w drewnianym domku, zagubionym w leśnej głuszy. Na miejscu czekała na Śnieżkę niespodzianka, która przyprawiła ją o lekki atak paniki. Okazało się, że w chatce zamieszkiwało nie dwóch, a siedmiu mężczyzn. Wszyscy bracia byli obdarzeni podobną posturą i zarośniętymi facjatami.
Przez pierwsze noce dziewczyna prawie nie spała. Wyobraźnia podsuwała jej nieprzystojne sceny, w których odgrywała pierwszoplanową rolę bezbronnej ofiary. Jednak dni mijały i Śnieżka przekonywała się, że co prawda gospodarze są nieokrzesani, ale na szczęście nie nastają na jej cześć. Pozostawało tylko jedno pytanie: jak długo będzie trwała taka sytuacja. Jak dotąd nikt nie wymyślił planu, który dawałby cień szansy na bezpieczny powrót do stolicy i rozprawę z regentką. Jeżeli królewna miała jakiekolwiek złudzenia, co do swoich gospodarzy to prysły one, gdy pod ich nieobecność, zwiedziła piwniczkę. Cały loszek wypełniony był kosztownościami, egzotycznymi towarami, sukniami z bogatych materii. Niektóre stroje były zakrwawione i podarte. Ślady pasowały do narzędzi, które bracia nosili zatknięte za pasy: sztyletów, toporków i czekaników. To była banda bezlitosnych zbójów i w każdej chwili mogło im zabraknąć cierpliwości.

Było mglisto, zimno i na dokładkę siąpiła uporczywa mżawka. Siedmiu zbójów nasiąkało wodą w gąszczu na skraju gościńca. Powoli tracili nadzieję na jakikolwiek zarobek.
– Zaraza by to! – mruczał Gbur. – Było na rzyci, w chałupie siedzieć. Jak reszta normalnych ludzisków.
– Nie jojcz. Lepiej byś wlazł na drzewo, może kogo zoczysz.
– Głupiś, Cwany! Opar taki, że własnego chwosta nie widać.
– Cicho, chopy! – syknął Łajza wyraźnie nasłuchując.
Co prawda wilgoć tłumiła dźwięki, ale mimo to do kryjówki zbójów docierał stukot. Z razu ledwie uchwytny, z każdą chwilą stawał się wyraźniejszy.
– Konie. I, chyba wóz. – Senny miał najlepszy słuch.
– No, to bydzie robótka! – Drobny zatarł ręce i sięgnął po toporek.
Wszelkie rozkazy były zbędne. Mężczyźni sprawnie zajęli dogodne pozycje wzdłuż drogi i z bronią w ręku zamarli w oczekiwaniu.
Z mgły wyłoniło się dwóch konnych. W ślad za nimi podążał wóz kupiecki. Mały poczet zamykała tylnia eskorta w postaci kolejnej pary zbrojnych. Skryty zwolnił cięciwę kuszy i bełt utkwił w piersi woźnicy. Bracia wysypali się z zarośli blokując gościniec przed i za orszakiem. Trzeba przyznać, że obstawa zareagowała błyskawicznie, dobywając oręż. Jeden z nich nawet zdążył przeskoczyć na kozioł i zepchnąć martwego furmana. To był ostatni czyn w jego życiu. Skryty, bowiem, zdążył naciągnąć kuszę i wpakować w cel kolejny bełt. Towarzysz zabitego z dzikim wrzaskiem spiął konia i natarł na Figla. Zamach miecza, tyle razy ćwiczony, zawsze skuteczny, tym razem chybił celu. Nieszczęśnik nie zdążył uzmysłowić sobie, że nigdy nie stawał na przeciw takiego kurdupla. Nie zdążył, bowiem, między jego łopatkami utkwił wprawnie rzucony toporek. Figiel, z pewnym trudem, złapał za lejce zaprzężonych koni. Łajza i Cwany ruszyli ku tyłowi wozu. Z krzaków, z małą, ale śmiertelnie niebezpieczną na niewielkie odległości, kuszą, wychynął Skryty. Sytuacja reszty eskorty stawała się rozpaczliwa. Ich zapał, nie wiedzieć czemu, ostygł już wcześniej. Teraz jednak jakikolwiek opór jawił się jako mało wyszukana metoda popełnienia samobójstwa.
– Zadki z kobył! – warknął Łajza – I cisnąć żelazo!
Dwa miecze zadźwięczały na kamieniach. W tym momencie jeden z jeźdźców spiął konia i runął przed siebie. Potrącony Senny wyrżnął jak długi. Gbur wykazał się refleksem i zdążył wbić czekanik w nogę uciekiniera. To jednak mężczyzny nie powstrzymało. Przywarł do końskiej szyi, dzięki czemu uniknął bełtu, który świsnął mu koło ucha. Po chwili sylwetka jeźdźca rozpłynęła się we mgle.
– Hej, złazić z wozu!
Polecenie skierowane było do dwóch kupców, którzy całą potyczkę spędzili zagrzebani pomiędzy pakunkami, ze wszystkich sił starając się być niewidzialni. Na próżno, rzecz jasna.
– No, chłopy, obaczym co tu mamy.
Bracia zabrali się za plądrowanie. Jedynie Senny i Skryty stali nieco na uboczu starając się przebić wzrokiem wszechobecną szarość.

Odgłos kopyt pobudził czujność dowódcy przedniej straży. Przeklął w myślach mgłę a następnie rzucił szybki rozkaz. Należało zachować ostrożność, ale nie mogli każdego na gościńcu witać obnażonymi mieczami. Jeszcze chwila i niewyraźny majak – przyczyna hałasu – przerodził się w postać jeźdźca. Jeźdźca, który trzymał się w siodle z wyraźnym wysiłkiem.
– Żołnierzu, pomóżcie mu! A ty, duchem do księcia! Reszta rozstawić straże!
Gwardziści skoczyli wykonać rozkazy. Sierżant, zasępiony, zsiadł z konia i podszedł do rannego, który został ostrożnie ściągnięty z siodła i pieczołowicie ułożony na płaszczu. Przybysz był półprzytomny i głośnym jękiem reagował na próby opatrywania nogi. Ktoś zlitował się nad nim i wlał do gardła solidny łyk gorzałki. Mężczyzna zakrztusił się, oczy prawie wyszły mu z orbit, ale już po chwili potoczył wokół znacznie przytomniejszym wzrokiem.
– Pomóżcie! Napadnięto nas! – wychrypiał.
– Sierżancie, co się dzieje? – Kapitan oddał wodze i energicznie zeskoczył z siodła.
Krótki meldunek i kilka zdań zamienionych z rannym pozwoliło nakreślić sytuację. Oficerowie wydali rozkazy dzieląc gwardzistów na kilka drużyn. Dwie z nich, spieszone, pozostawiwszy zbędny ekwipunek, zniknęły, niczym duchy, pomiędzy drzewami po obu stronach gościńca. Żołnierze tworzący najliczniejszą grupę, z niewzruszonym spokojem sprawdzali uprzęże, broń, dociągali popręgi. Czekali na rozkazy.
– Na koń! Formuj szyk!

Senny pochylił głowę, a jego czoło pokryło się zmarszczkami. Nasłuchiwał. Nie był pewien, ale raz i drugi zdawało mu się, że słyszy jakiś brzęk.
– Chłopy, szybciej! – Skryty z niepokojem spoglądał w kierunku brata.
– Starczy, uchodzim! – Łajza zarzucił na plecy solidny tobół.
Reszta zbójów, jeden po drugim, również zeskakiwali z wozu. Cwany ominął trzech związanych mężczyzn, podniósł z ziemi belę materiału i zamarł. Do jego uszu dobiegł odgłos kopyt, wielu kopyt. Konie szły galopem, najwyraźniej poderwane do biegu, gdy jeźdźcy byli stosunkowo blisko.
– Chodu! – Bracia nie mieli zamiaru czekać, aż wyjaśni się, kto gna na złamanie karku gościńcem.
Niestety, las, zawsze tak przyjazny, nagle najeżył się postaciami żołnierzy. Ucieczka była niepodobieństwem. Twarze rozbójników stężały w wyrazie zaciętości. Łupy poszły precz. Twarde dłonie mocno chwyciły styliska toporów i czekaników. Mężczyźni stanęli plecami do siebie, znać było, że tanio skóry nie sprzedadzą.
Wokół zakotłowało się. Pierwsi konni w pełnym galopie minęli wóz i dopiero wówczas ściągnęli wodze. Po chwili droga była obstawiona ze wszystkich stron.
– Psie syny! – Łajza splunął.
Wojsko otoczyło zbójców, ale atak nie następował. Braciom również nie spieszno było do lepszego świata, więc tkwili nieruchomo wodząc oczyma od żołnierza do żołnierza.
– W obce barwy odziani... – mruknął Figiel.
Żelazny pierścień rozstąpił się, aby przepuścić oficera. Przybyły zeskoczył z siodła, zdjął hełm ozdobiony czerwoną kitą i pokręcił głową.
– No, to był wasz ostatni rozbój. Przydacie się jako prezent dla regentki Kamili. A, i niezłe widowisko będzie, gdy małodobry zacznie z wami gadać. Nie odbierajcie mi tej przyjemności i rzućcie broń. Byłbym niepocieszony, gdybyście dali gardła tu i teraz.
– Kat to winien pohasać z tą suką, Kamilą! – warknął Gbur.
– Waż słowa! To twoja Pani, kurduplu!
– Taki synu, kłonić to sie moge, ale młodej Pani, a nie...
– Królewnie Śnieżce? Bredzisz, wszak ona nie żyje!
Gbur jedynie wzruszył ramionami, a w ciszy, która zapanowała, rozległ się spokojny głos Łajzy:
– Las chowa wiele sekretów.
– Dość gadania! Rzucić...
– Kapitanie! – Donośny głos przerwał oficerowi. – Chcę z nim porozmawiać... Zanim dojdzie do czegoś nieodwracalnego.
Łajza odłożył broń i został odprowadzony poza kordon. Czas wlókł się niemiłosiernie. Bracia z niepokojem przestępowali z nogi na nogę, zadając sobie pytanie: co dalej? I gdy zdało im się, że zaczynają wypuszczać korzenie, powrócił siódmy zbój. Przecisnął się pomiędzy żołnierzami i z opuszczoną głową stanął przed braćmi.
– Ciśnijta broń. – ozwał się ledwo słyszalnie. – Powiedziem książątko do nas.
– Książątko?
– Do nas? A, Śnieżka?
Pytania padały jedno za drugim. Łajza westchnął z rezygnacją.
– Pomoc przyobiecał. A, krom tego, mamy inszy wybór?
– Kat z nim! – wycedził przez zęby Gbur. – Mus, to mus.
Twarde dłonie z niechęcią rozwierały palce. Bracia woleliby stanąć na gościńcu nago niż bez broni. Ledwie ostatni topór jęknął uderzając o kamienie, a już żołnierze doskoczyli do rozbrojonych, powalili ich na ziemię i skrępowali.

Niewielki oddział zbrojnych przedzierał się przez gęsty las. Na przedzie wędrowało kilku mężczyzn nikczemnego wzrostu. Klęli cicho z wyraźnym trudem torując sobie drogę związanymi rękoma. Gałęzie raz po raz chlastały ich po zarośniętych facjatach. Po środku maszerującego konduktu, jeżeli ciągłą walkę z gałęziami można nazwać marszem, krok za krokiem podążało dwóch mężczyzn wyróżniających się strojem i znakami herbowymi.
– Mam nadzieję, panie, że nie popełniasz błędu.
– Kapitanie, jeżeli tamci nie łżą jak psy, to... Do kroćset! – Książe nieomalże uszkodził majestat potknąwszy się o korzeń. – Coś mi podpowiada, – kontynuował – że prawdę rzekli. Jednak miej na nich oko.
– Panie, spójrz.
Las wyraźnie rzedł. Pomiędzy drzewami pojawiło się coś, co przy odrobinie dobrej woli można było nazwać ścieżką. Nawet mgła gdzieś pierzchła i przez listowie przedzierały się nieśmiało promienie słońca. Jeszcze kilka kroków i przed pochodem zamajaczyła polana.
– Stać!
Żołnierze otoczyli związanych zbójów.
– Tutaj? ¬– Książe ruchem głowy wskazał prześwit.
– Yea. – Przytaknął Łajza.
– Ty pójdziesz. – Wypielęgnowana dłoń wskazała Skrytego. – Pójdziesz i przyprowadzisz dziewczynę na skraj lasu. Tak, byśmy mogli się jej dobrze przyjrzeć. I pamiętaj, jeden nierozważny czyn i krew się poleje.

– Śnieżko, chodźże!
Skryty stał na środku izby i niemalże rwał włosy z brody.
– Ale gdzie? Po co?
– Przeca gadałem, tą, no, niespodzianość mamy.
Trwało trochę, zanim Skryty namówił księżniczkę na wyjście z chaty. W końcu osiągnął sukces i wspólnie podeszli do drzew stanowiących granicę lasu. Czas płynął, a irytacja dziewczyny rosła.
– Skryty, albo natychmiast...
Przerwała uchwyciwszy kątem oka ruch. Wbiła wzrok w sylwetkę zbliżającego się mężczyzny. Było w niej coś znajomego. Jeszcze kilka kroków. I, czy to możliwe?
– Pani. – Głęboki ukłon podkreślił estymę w głosie przybyłego.
– Książę? – Śnieżka odruchowo dygnęła, nie mogąc ukryć zdumienia.
– Pani, radość wypełnia me serce. Wszyscy, szczerze opłakaliśmy wasze, hm, zniknięcie.

Gdyby ktoś tamtego wieczora zapuścił się przez przypadek w leśne ostępy, zdziwiłby się niepomiernie, napotkawszy obcych wojaków. Wędrowiec ów zostałby poproszony, aby odejść, niezwłocznie. A prośbę, w razie konieczności, poparto by kopniakiem lub płazem miecza odbitym na rzyci. Żołnierze pilnie strzegli polany, na której stała chata. W jej wnętrzu dziewięć osób – nie licząc książęcej eskorty – snuło plany. Plany, które miały przywrócić prawowitą władzę w pewnym królestwie.
Po prawdzie, to nie była narada. Książę najpierw zadał szereg pytań, a następnie przedstawił swoje zamiary, w sposób niepozostawiający miejsca na dyskusje. Śnieżka, z pewnym zdziwieniem, skonstatowała, że nie ma nic przeciwko temu. W dodatku nie miałaby również nic przeciw paru innym rzeczom związanym z młodym władcą.

O świcie, sprzed chaty zbójów wyruszył niewielki orszak zbrojnych. Na odjezdnym książę odwrócił się w siodle, spojrzał Śnieżce głęboko w oczy, huknął kułakiem we własną pierś i rzekł:
– Przysięgam, pani, że wkrótce zasiądziesz na przynależnym ci tronie. A wam wara od gościńca, macie siedzieć tutaj i na wszystko mieć baczenie.

Nie darmo, w całym ówczesnym świecie, władcy zazdrościli sprawności służbom wywiadowczym księcia. Rządzący, możni, potężne gildie, nikt nie był pewien czy nie jest szpiegowany. Młody władca wiedział, że jego macierz nie była potęgą militarną, ale wiedział również, że źródłem prawdziwej władzy jest wiedza i pieniądz. Nie darmo ten mały kraj słynął również jako ojczyzna najbogatszych bankierów. Finansistów, którzy chętnie pożyczali pieniądze wszystkim potrzebującym. Szczególnie, gdy potrzebujący dźwigał na skroniach koronę lub diadem...
Zaprawdę, warto o tym pamiętać. Bo nikt dokładnie nie wie, co zdarzyło się po tym jak książę opuścił chatę zbójów. Kronikarze odnotowali przybycie oficjalnej delegacji na dwór Kamili. Nic niezwykłego, ale kto wie, co wydarzyło się poza oficjalnym ceremoniałem? Dziejopisarze nie zajmują się tym, czy po zmroku, ulicami podzamcza nie przemykają, znacznie częściej niż zwykle, zakapturzone postacie. Nie zajmują się niespodziewanym zniknięciem pokojowego, ani tym, że prosty strażnik zamkowy kupuje świetnie prosperującą karczmę, ani wieloma innymi drobiazgami. Wszak dziejopisarze zajmują się historią państw i głów koronowanych.
Wizyta młodego księcia dobiegła końca. Jeszcze tylko wystawna uczta i barwny orszak, żegnany przez licznie zgromadzonych mieszkańców stolicy, opuścił gościnne progi.
I co dalej, zapytacie? Minęło kilka zwykłych dni. Miasto i zamek żyły w rytmie codziennych czynności. Nic się nie działo, aż do momentu, gdy...

Przez zwodzony most przemknął królewski posłaniec. Znać było, że nie oszczędzał konia. Boki zwierzęcia pokryte były płatami piany. Mężczyzna wpadł na zamkowy dziedziniec, ściągnął wodze i niemalże jeszcze w biegu zeskoczył z siodła. Pędem przebiegł zachodni pasaż i prawie stratował podkomorzego.
– Prowadź do pani – wysapał. – Natychmiast!
Wkrótce nowina, niczym pożoga, ogarnęła zamek, podzamcze, a w końcu całą stolicę. Królewna żyje! Śnieżka powraca!

Kamili i Śnieżce nie dane było się spotkać. Gdy królewna przyodziana w przepyszne szaty, na czele zbrojnego orszaku, wjeżdżała do miasta, służba znalazła martwą regentkę. Nadworny lekarz orzekł zgon na skutek ataku apopleksji. Taka tragedia! Aż trudno dać wiarę! Prawowita władczymi witana była z niespotykanym entuzjazmem. Tłum tłoczył się wzdłuż ulic i na placach. Śnieżka i jej orszak tonęli w powodzi kwiatów. I tylko niektórzy zastanawiali się, kim jest siedmiu brodatych kurdupli podążających za królewną i jak to się stało, że zbrojna eskorta nosi znaki księcia, który nie tak dawno korzystał z gościny na zamku. Wkrótce przybył i sam młody władca, aby odebrać z rąk królewny oficjalne podziękowania za pomoc.
Następnego dnia odbył się pogrzeb Kamili. Wszak obowiązkiem żywych jest grzebać umarłych. Stypa przeistoczyła się w radosne święto ku czci młodej następczyni. Wraz z zamkiem szaleństwo ogarnęło całą stolicę. Wszędzie słychać było entuzjastyczne okrzyki, głośne toasty i... plotki. Niedorzeczne, rozbuchane, karmione wyobraźnią ludzi. Władza jakoś nie kwapiła się z wyjaśnieniami, obojętnie: prawdziwymi czy nie.
Gdy zdało się, że powszechne wesele powoli wygasa, kolejna nowina spowodowała wybuch radości. Książę poprosił o rękę królewny i został przyjęty. Zrękowiny!

Wkrótce odbył się również ślub i koronacja. A gdy w końcu ucichły odgłosy ostatniej uczty i wyjechali ostatni goście, królewska para rozpoczęła rządy. Na mocy pierwszego, wspólnego edyktu, kat po siedmiokroć wzniósł topór i tyleż brodatych głów wpadło do wiklinowego kosza, osierocając kwadratowe korpusy. Wszak władza nie może tolerować zbrodni i rozbojów. Ponoć odcięte łby chórem złorzeczyły i przeklinały Śnieżkę. Ale kto by dawał wiarę takim historiom?
I to prawie koniec opowieści. Jeszcze tylko chciałoby się rzecz, że żyli długo i szczęśliwie i takie tam. Ale życie to nie bajka, a czasy to były, jak wspominałem paskudne. Niewiele wody upłynęło w rzekach, gdy przez cały kraj przetoczyła się straszliwa zaraza, dziesiątkując wsie i miasta. Nie ominęła również stolicy i zamku. Agonia młodych władców była długa i bolesna. Odeszli bezpotomnie wraz z rzeszą poddanych. I ja na ich pogrzebie byłem i na stypie za pokój ich duszy piłem.
Myślenie nie boli! Myślenie nie boli! Myślenie... AUĆ! O, cholera! To boli!

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 92
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Toporna bajka

Post autor: sprutygolf » czw, 13 mar 2014 19:09

Nawet mi się z początku nieźle czytało, aż tu nagle wstrząs:
Poza nielicznymi wyjątkami, które i tak przecież służą potwierdzaniu reguły (…)
Sprutygolf mówi: na to nie ma zgody! Wyjątki nie służą „potwierdzaniu” reguły, jeno jej obalaniu. Owo „potwierdzanie” to jest błędne tłumaczenie z czasów średniowiecznych czy jakichś tam wcześniejszych nawet? W oryginale jest: ”Wyjątek sprawdza regułę”. To logiczne, prawda? Reguła obowiązuje tylko do momentu, gdy znajdziemy wyjątek, czyli granicę obowiązywania reguły. Jakim cudem może on „potwierdzać” regułę?? Jeśli mamy zdanie: „Wszyscy ludzie to ssaki, bo piją mleko” oraz drugie: „Człowiek-ryba nie pije mleka, bo nie jest ssakiem”, to jest jasne, że „człowiek-ryba” wbrew pozorom nie jest człowiekiem…? Chyba, że dopuszczamy absurd: człowiek-ryba nie pije mleka, ale jest człowiekiem, bo jest też wyjątkiem potwierdzającym regułę, że wszyscy ludzie piją mleko? Uff! :))
Istna dialektyka socjalistyczna! (Wszyscy ludzie są równi. Ale wredni kapitaliści nie są, więc trzeba ich wytępić. Wtedy zostaną sami robotnicy, i oni już będą równi).
Wyraz „wraz” piszemy razem, ot, taka międzyludzka umowa! :)
Teraz coś na osłodę. Serio! Chyba nie ma zakazu chwalenia Autora?
Przejawiało się to nie tylko w zamiłowaniu do broni, ale również w napadach złego humoru. Czeladź niewdzięczna, nazywała je napadami wściekłej furii i szeptem plotkowała o latających stolcach i kandelabrach, nabitych guzach, podbitych oczach. Doprawdy trudno dziś o dobrą służbę.
Do-sko-na-łe! :)

A teraz... babole.
po środku
Pośrodku.
na przeciw
Naprzeciw.
– Tutaj? ¬– Książe ruchem głowy wskazał prześwit.
– Yea. – Przytaknął Łajza.
:))) A to Łajza angloyęzyczna! :)
Przerwała uchwyciwszy kątem oka ruch.
Mogło tak być, że kątem oka uchwyciła bo ja wiem? Komara-anemika? Ale ruch to może lepiej obaczyła/zoczyła czy tam cóś?
huknął kułakiem we własną pierś
"huknął kułakiem w pierś" by wystarczyło. Naprawdę. Czytelnikowi zostawmy szansę domyślenia się, że we własną pierś xiążę huknął, a nie w śnieżno-bujną pierś Śnieżki czy kosmatą krasnalalala, chlapie fala, po głębinie statek płynie! :)
Gdy królewna przyodziana w przepyszne szaty
Oh, really?! Psiakość, przeoczyłem jej wizytę u krawcowej chyba? ;) Bo niby z lasu wyszła bidula, nie? Po polowaniu była, więc w szatach łowieckich, niespecjalnie przepysznych, jak mniemam? Tiaa, detale bywają upierdliwe! :)
Jedno przyznam: tytuł jest w sam raz! Bo zakończenie powala. Powalala, chlapie fala! ;)

Awatar użytkownika
KPiach
Pćma
Posty: 203
Rejestracja: śr, 18 sty 2006 20:27

Re: Toporna bajka

Post autor: KPiach » czw, 13 mar 2014 22:36

Przede wszystkim dzięki za poświęcony czas.

Staram się przyjmować krytykę z pokorą, jednak troszeczkę popolemizuję.
Sprutygolf mówi: na to nie ma zgody! Wyjątki nie służą „potwierdzaniu” reguły, jeno jej obalaniu. Owo „potwierdzanie” to jest błędne tłumaczenie z czasów średniowiecznych...
No, nie mogę się zgodzić. To jest chyba jednak dobrze ugruntowane powiedzenie. Właśnie, powiedzenie a nie zdanie logiczne w sensie matematycznym. W ten sposób musielibyśmy również odrzucić np. zwrot Czasami dwa plus dwa daje pięć. Chociaż mój prof. z majcy mówił, że to wszystko zależy w jakim ciele liczb. Ale żebym nie czuł się bezbronny na tej barykadzie to na pomoc zawołam słownik języka polskiego: tutaj -> wyjątek i jeszcze tutaj, w poradni.

Idąc dalej, pochwały rzecz oczywista przyjmuję bez zastrzeżeń ;-)

Naprzeciw pośrodka spuśćmy zasłonę milczenia, bo wstyd ogarnia mnie bezgraniczny.

Jeżeli chodzi od Yea, to miałem na myśli taki pomruk-przytaknięcie. Zapis chyba faktycznie jest nieszczęśliwy.
Mogło tak być, że kątem oka uchwyciła bo ja wiem? Komara-anemika? Ale ruch to może lepiej obaczyła/zoczyła czy tam cóś?

Faktycznie, pewnie lepiej kątem oka się np. dostrzega. Tylko jakoś postać imiesłowowa mi się strasznie nie widzi. Wiem, to żaden argument.
"huknął kułakiem w pierś" by wystarczyło. Naprawdę. Czytelnikowi zostawmy szansę domyślenia się, że we własną pierś xiążę huknął, a nie w śnieżno-bujną pierś Śnieżki czy kosmatą krasnalalala, chlapie fala, po głębinie statek płynie! :)
Tak, widzę, dookreślenie zbędne i paskudne, wylazło i szczerzy kły. Sam zacząłem się zastanawiać dlaczego wypuściłem tę bestię z klatki. I chyba wiem. Bo to zdanie umieszczone w tekście bez tej przydawki (czy to jest przydawka?) łamie, IMO, rytm wypowiedzi. I dlatego mi pasiła, przydawka znaczy. A, tak przy okazji, jeśli to jest przydawka przymiotna wyrażona zaimkiem przymiotnym (?) to czy moje zdanie jest przykładem zaimkozy?
Oh, really?! Psiakość, przeoczyłem jej wizytę u krawcowej chyba? ;) Bo niby z lasu wyszła bidula, nie? Po polowaniu była, więc w szatach łowieckich, niespecjalnie przepysznych, jak mniemam? Tiaa, detale bywają upierdliwe! :)
No, patrz, a chwilę wcześniej prosiłeś, żeby zaufać domyślności czytelnika. Serio myślisz, że książę przygotowujący całą intrygę i organizujący tryumfalny wjazd królewny do stolicy nie zadbałby o strój dla Śnieżki? Miałoby to przerosnąć jego możliwości?

Jeszcze raz dziękuję, i za krytykę, i za dobre słowo.
Myślenie nie boli! Myślenie nie boli! Myślenie... AUĆ! O, cholera! To boli!

Awatar użytkownika
KPiach
Pćma
Posty: 203
Rejestracja: śr, 18 sty 2006 20:27

Re: Toporna bajka

Post autor: KPiach » ndz, 06 kwie 2014 23:04

Oj, coś mi się wydaje, że to jest jednak zbyt długi tekst na ZWO. Miałem obawy, że może odstraszać szanowne Harpie Komentujące...
Myślenie nie boli! Myślenie nie boli! Myślenie... AUĆ! O, cholera! To boli!

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17083
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Toporna bajka

Post autor: Małgorzata » pn, 07 kwie 2014 02:22

No i mam - baba - placek. Miałam się wziąć za omówienie, ale wszystko, co wymaga skupienia dłuższego niż kwadrans, nie wchodzi w grę. Na razie.
To ja z doskoku tylko o tej doskonałości...
Czeladź niewdzięczna, nazywała je napadami wściekłej furii
Podmiot (czeladź) i orzeczenie (nazywała). A teraz pytanie z logiki: kiedy podmiot i orzeczenie rozdzielamy przecinkiem?

Ach, Sprutygolfie, nie ma tekstów doskonałych. :P
So many wankers - so little time...

Juhani
Laird of Theina Empire
Posty: 3943
Rejestracja: czw, 18 lis 2010 09:04
Płeć: Mężczyzna

Re: Toporna bajka

Post autor: Juhani » pn, 07 kwie 2014 08:44

Też z czasem krucho, ale dołożę cegiełkę
KPiach pisze:ściągnął wodze i niemalże jeszcze w biegu zeskoczył z siodła.
A trochę w ciąży nie był?

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7012
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Toporna bajka

Post autor: neularger » pn, 07 kwie 2014 09:30

Sobie rozbiorę w wolniejszym czasie. Widzę na razie nieznajomość frazeologii i znaczeń słów. Do tego tendencje do tworzenia opisów z fabułą niezwiązanych.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
KPiach
Pćma
Posty: 203
Rejestracja: śr, 18 sty 2006 20:27

Re: Toporna bajka

Post autor: KPiach » śr, 09 kwie 2014 00:06

Dzięki za garść uwag i proszę o więcej. Zwłaszcza, że neularger mnie lekko przeraził...
Małgorzata pisze:Podmiot (czeladź) i orzeczenie (nazywała). A teraz pytanie z logiki: kiedy podmiot i orzeczenie rozdzielamy przecinkiem?
Hm, zagadka. Logiczna zagadka. I, znikąd pomocy. Może jak podmiot jest trochę w ciąży? Nie? No, naprawdę nie wiem skąd tam się wziął ten przecinek. Aż się prosi, żeby wzorem mojej córki stwierdzić, że ja go tam wcale nie wstawiałem ;-)
Myślenie nie boli! Myślenie nie boli! Myślenie... AUĆ! O, cholera! To boli!

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17083
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Toporna bajka

Post autor: Małgorzata » śr, 09 kwie 2014 01:29

To było pytanie podchwytliwe z prostą odpowiedzią: nigdy. :)))
Oczywiście między podmiotem i orzeczeniem mogą się zdarzyć przecinki, ale logicznie przecinki te przynależne będą do wtrąceń => wołaczy, zdań cząstkowych, równoważników.

Znaczy, to był taki podstępny przecinek, sabotażysta. On się podkradł i podłożył. :P
So many wankers - so little time...

ODPOWIEDZ