Koniec końców

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Tenshi
Pćma
Posty: 218
Rejestracja: pn, 28 sty 2008 22:19
Płeć: Kobieta

Koniec końców

Post autor: Tenshi » pn, 28 lip 2014 13:24

Opowiadanie pierwotnie napisane na konkurs ze strony NF. Przeczytałam wszelkie regulaminy odnośnie zamieszczania tekstów, więc mam nadzieję, że niczego nie wtopiłam - jeśli tak, proszę o uwagę. Dawno mnie nie było i tyle zmian widzę...

Kiedy czujesz się zmęczony i przerażony jednocześnie, kiedy twoje obolałe członki bez przerwy drżą z wycieńczenia, a umysł nieustannie nękają najczarniejsze z obaw, wtedy czeka na ciebie kilka ścieżek życia, które możesz obrać.
Pierwsza definitywnie owe życie zakańcza – mówię tutaj o ścieżce rezygnacji. Poddasz się to umrzesz, prosty rachunek.
Druga to ścieżka uporu i nadziei. Głupiego uporu oraz płonnych nadziei, moim zdaniem.
A trzecia prowadzi do szaleństwa. Nie wiem, czy szaleństwo pomaga w przetrwaniu, czy dokładnie na odwrót – raczej je uniemożliwia. Chociaż, zważywszy ilu już wariatów spotkałem na swojej drodze, chyba to pierwsze.
No, ale wracając do meritum… Poza tymi trzema podstawowymi ścieżkami, istnieje jeszcze inna – moja. Zdecydowanie najlepsza, śmiem twierdzić, ponieważ przemierzam ją pod ramię z wierną przyjaciółką zwaną Apatią, która już od wielu lat nie opuszcza mnie nawet na krok, sprawiając, że wciąż brnę dalej, choć nie dostrzegam w tym ani krztyny sensu. Apatia jako kochanka jest może trochę zimna, beznamiętna, ale jednak zsyła na mnie najprawdziwsze ukojenie.
A przecież czytałem kiedyś jakąś pseudo ambitną książkę psychologiczną, w której mieli czelność napisać, że moja przyjaciółka jest zła do szpiku kości. Że stanowi objaw depresji. Że prowadzi do fizycznego osłabienia. Kompletny stek bzdur! Wszak, dopiero po przybyciu tej zimnej kochanki, zdołałem ruszyć cztery litery i przestać użalać się nad sobą. Uratowała mnie. Bez niej dawno już bym przepadł na ścieżce numer jeden. A tak, dzięki Apatii właśnie, cały zasrany wszechświat skrył się w ciemnych odmętach mojego dupska, umościł sobie tam ciepłe gniazdko i nawet nosa nie wyściubi. Dlatego też, już niewiele rzeczy robi na mnie wrażenie.
Rozedrgane ostrze noża, wycelowane prosto w moją pierś, na pewno do nich nie należy.
– Oddaj to mały, tylko się pokaleczysz – mówię po polsku, wyciągając dłoń w stronę chłopaka.
Jego umorusana twarz zastyga w wyrazie nieudolnej parodii gniewu, ale ciemne oczka wypełnia głęboki strach. Obdartus robi, co może, żeby obronić swoje leże przed obcym, który jest większy i zdecydowanie lepiej uzbrojony. Trudno się dziwić, że mały przybiera akurat taką postawę. Tyle, że ja wcale nie mam zamiaru włazić do jego brudnej nory.
Wzdycham, ponieważ chłopak dalej celuje we mnie tą karykaturą broni, ściskaną oburącz, jakby miała co najmniej dwa metry, a nie tylko kilkanaście centymetrów.
– Do you speak English? – pytam spokojnie. – Gawarit pa ruski?
Drugie zdanie wypowiadam już dosyć nieudolnie, mój rosyjski jest – delikatnie rzecz ujmując – trochę zardzewiały. Ale to nie ma znaczenia. Chłopak i tak nie rozumie. W końcu biorę go za przedramię i starając się używać możliwie najmniej siły, wyciągam nóż spomiędzy jego zaciśniętych palców. Obdartus nie stawia zbytniego oporu, tylko patrzy na mnie z ogromnym wyrzutem. Na przekór, puściwszy chude przedramię, uśmiecham się i to chyba nawet nie jakoś wrednie.
– Jesteś głodny? Zresztą głupio pytam, na pewno jesteś.
Wracam do polskiego, bo chociaż wiem, że chłopak nic nie zrozumie, nachodzi mnie ochota by sobie pogadać. Przynajmniej mam do kogo.
Wyciągam z plecaka puszkę mielonki. Jednym ruchem, ciągnąc za metalowe uszko, otwieram konserwę i kładę ją ostrożnie na ziemi. Potem cofam się kilka kroków, unosząc dłonie, mam nadzieję w pokojowym geście, choć ciągle trzymam odebrany chłopakowi nóż.
Obdartus podpełza do puszki, używając zarówno rąk i nóg, zupełnie jak jakaś pokraczna małpka. Nieufnie obwąchuje zawartość konserwy, wtyka weń palec i upewniwszy się końcem języka, że to jednak zwykłe żarcie, a nie trucizna najsroższa z możliwych, rzuca się na mielonkę z zapałem godnym hieny dopadającej ciepłej jeszcze padliny.
W sumie nie wiem, czemu to zrobiłem. Zaraz uderza mnie myśl, czy aby na pewno, nie schodzę na ścieżkę numer trzy. Zapasy w Mieście są na wykończeniu, okazywanie altruizmu stanowi posunięcie z grubsza niemądre, jeśli wręcz nie szalone. Tylko, że miałem na poszukiwaniach nieziemskiego farta i chyba w ten sposób próbuję odpłacić losowi za zesłany łut szczęścia… W sumie, puszka mielonki to jeszcze nie taka wielka strata, gdyby na jednej się skończyło. Przeczucie jednak podpowiada, że od tej chwili, obdartus uczepi się mnie, jak niemowlę nabrzmiałego cyca matki.

***

No i nie myliłem się. Obdartus polazł za mną. Żeby jeszcze stanowił miły widok. Żeby był piersiastą skąpo odzianą lasencją, chętną do odwdzięczenia się za nakarmienie, to bym chociaż poruchał. Ale nie… Trafia mi się chudy, spalony słońcem chłopak z brudną przepaską na biodrach i w dziurawym T-shircie. Wypisz, wymaluj dziecko apokalipsy. Nie żebym potrzebował przypomnienia w jakich czasach przychodzi mi żyć.
Wzdycham do własnych myśli. Są zbyt… emocjonalne. Obecność obdartusa najwyraźniej sprawiła, że Apatia obraziła się na mnie i poszła szukać wierniejszego kochanka. A przecież nie prosiłem się o nowego towarzysza podróży, a już szczególnie tak upierdliwego.
Chłopak robi krzywe okrążenia, znów na czterech kończynach, i wpatruje się we mnie z wyraźną nadzieją na kolejną konserwę. Od momentu naszego spotkania, słowa nie powie, tylko popiskuje zdecydowanie częściej niż sporadycznie.
– Uspokój się wreszcie. – Unoszę dłoń do zamachu, ale nie potrafię zmusić się do uderzenia obdartusa, choćby lekko. Na początku cofa się z przestrachem, ale po chwili dociera do niego, że jest bezpieczny i wraca do robienia tych cholernych wygibasów. – Ech, ku**a, głupieję na starość – zauważam gorzko. – Pamiętam jeszcze, jak ojciec prał mi dupę. Prewencyjnie, co bym głupot nie robił i wcale mi to na złe nie wyszło. A ty o lanie się wręcz prosisz…
Macham ręką.
– Dobra, skoro już łazisz za mną, to muszę się do ciebie jakoś zwracać. Masz może imię?
Oczywiście, nie odpowiada. Niemniej piszczy przeciągle.
– No to sam cię nazwę – stwierdzam. – Będziesz Rzep. Brudny Rzep.
Chłopak wyraźnie cieszy się na nowe imię, bo doskakuje do mnie, z gębą szeroko rozdziawioną i językiem na wierzchu, niczym stęskniony pies do powracającego z podróży właściciela. Tylko mu ogona brakuje, żeby zaczął nim merdać.
Wygrzebuję z kieszeni cukierka. Z wierzchu nie jest najczystszy, ale Brudnemu Rzepowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Wyrywa mi smakołyk z dłoni i pochłania, zanim zdążę się obejrzeć.
– Ja jestem Michał – kontynuuję – ale wszyscy w Mieście nazywają mnie Misza. A Miasto nazywa się Miasto, bo już i tak nie ma innych…
Odchrząknąwszy, wracam do opowiadania o sobie:
– Kiedyś byłem sieciowcem, w uproszczeniu, zsyłałem bliźnim cud Internetu. Aż dziw, że należę do tych nielicznych, którzy jeszcze chodzą po tym spalonym globie. Powiedzmy, że robota, którą uprawiałem za życia, miała niewiele wspólnego ze sztuką przetrwania w terenie.
Obdartus spogląda na mnie, przekrzywiając głowę na bok, niby w konsternacji.
– Termin „za życia” oznacza czas sprzed wojen, epidemii i całego tego cholerstwa – tłumaczę. – Bo teraz to już nie żadne życie, tylko wegetacja.
Ogólnie nasza cywilizacja zakończyła swój los bez większej finezji. Wszystko, co nastąpiło po rozwiązaniu skorumpowanych unii, upadku chwiejnych gospodarek i złamaniu grosza niewartych paktów, było naprawdę łatwe do przewidzenia, nawet dla osoby takiej jak ja, zupełnie nieobeznanej w dziedzinie futurologii. Wpierw doszło do zimnej wojny, po pewnym czasie solidnie ogrzanej przy pomocy ładunków wybuchowych, a na koniec ozdobionej grzybami atomówek. Do tego dodano szczyptę wszelkich choróbsk, rozsianych przez broń biologiczną, żeby tym, którzy przetrwali, nie wegetowało się za wygodnie. Prawda jest taka, że apokalipsa, choć dłużyła się niczym bitwa w skwarze, dobiegła końca już dawno temu. A my, mieszkańcy Miasta, stanowimy marne niedobitki.
Idziemy dalej. To znaczy, ja idę, bez pośpiechu, nie marnując sił w panującym ukropie, a Brudny Rzep, chociaż przestał piszczeć, skacze niczym pojebany. Nie daję mu wielkich szans na dotarcie do Miasta, skoro tak niefrasobliwie zużywa energię. W sumie, to jest zastanawiające, jak dotąd udawało się obdartusowi wyżyć w tej głuszy. Po chwili namysłu, dochodzę do wniosku, że wariactwo musi faktycznie stanowić jakiś magiczny klucz do przetrwania. Bo że Brudny Rzep jest czubkiem, wątpliwości nie żywię.

***

Z zaskoczeniem dostrzegam majaczący w oddali cień Miasta. Chyba mam zwidy. Brudny Rzep, na przekór moim przewidywaniom, w ogóle nie wygląda na zmęczonego. Przecież jest taki chudy, że w szoku żołądkowym, powinien już dawno zwrócić zjedzoną mielonkę! Aż mi głupio, że nie pomyślałem o tym, podsuwając mu puszkę.
No właśnie, tylko, że wbrew wszelkiej logice, chłopak ma się dobrze, wręcz wyśmienicie. Zdecydowanie lepiej ode mnie – starego durnia, któremu znowu zebrało się na próżne gadanie:
– Opowiadałem ci – zagajam tryskającego humorem Rzepa – że kiedyś byłem sieciowcem. Niestety, lata grzania dupska przed komputerem już dawno za mną. Teraz zostałem szperaczem. Szukam cudem ocalałych budynków, a tak dokładnie, ukrytych wewnątrz skarbów. Najlepiej żarcia lub leków. I powiem ci, że trafiłem wygrany los na loterii. Fabryka konserw, lepiej być nie mogło. Jak dotrę do Miasta to normalnie zesrają się ze szczęścia. O ile mają czym…
Jak się tak zastanowię, to w sumie nadzieja, że sobie porucham, jest jeszcze całkiem realna. I to dosłownie z Nadzieją.

***

Miasto wita mnie widokiem ściągniętych głodem twarzy. Głęboko osadzone oczy uważnie śledzą każdy mój ruch i ze zdziwieniem odkrywają obdartusa, podążającego za mną krok w krok. Kiedy słyszę szmer tłumu, wypełniony pytaniami o wynik poszukiwań, zdejmuję plecak i trochę na pokaz rzucam nim o ziemię. Metaliczny dźwięk bijących o siebie puszek rozbrzmiewa głośno w suchym powietrzu, rząd wygłodniałych ludzi, jak na komendę, zaczyna nerwowo oblizywać spierzchnięte wargi. Na szczęście, nauczyli się już, że rozszarpywanie między sobą żywności i chciwe pochłanianie wszystkiego, co wpadnie im w łapy, prowadzi do srogiej kary ze strony medyków i przyczynia się do jeszcze większej głodówki w przyszłości. Często wcale bliskiej, bo wielu wyrzygiwało zjedzone w pośpiechu zapasy, a za marnowanie pożywienia, tłum linczował bezlitośnie. Co stanowiło nawet gorszą karę, niż ta, wymierzana przez lekarzy.
Dlatego teraz, potulni niczym owieczki na haju, wyczekują przyjścia medyków, którzy rozdzielą zaopatrzenie między najbardziej potrzebujących.
Nagle, przez tłum przedziera się wysoka blondynka w kombinezonie ochronnym. Nadzieja właśnie. Nie mam pojęcia, jakim cudem, potrafi wytrzymać panujące gorąco, nosząc ten worek w kształcie człowieka i wyglądać przy tym tak seksownie.
– I jak? – pyta, nie kryjąc napięcia w głosie.
– Fabryka konserw, obok magazyn. Pełny, prawie nienaruszony – oznajmiam zwięźle.
Błękitne oczy rozszerza radosne zdumienie. Śliczna Nadzieja rozpromienia się, rozciągając pełne usta w szczerym uśmiechu. Aż mi się w kroczu cieplej zrobiło.
– Jezu, Misza, to wspaniale. Trzeba tam niezwłocznie posłać samochodziarzy…
Krzywię się lekko, puszczając dalsze słowa lekarki mimo uszu. Nie przepadam za samochodziarzami, którzy przywożąc zapasy z odkrytych przez szperaczy miejsc, zagarniają lwią część należnej im chwały. Chociaż z żalem muszę przyznać, że ta banda złożona głównie z buców mechaników i jeszcze większych buców elektryków potrafi doprowadzić do jako takiego stanu używalności prawie każdy odnaleziony w polu rzęch. No i nie można zapomnieć, że samochodziarze trzymają łapę na zapasach paliwa, więc nikt im woli nie podskakiwać.
– …niech tylko Ordynator o tym usłyszy – Nadzieja dalej trajkocze w najlepsze – zaraz przestanie cię nazywać łapserdakiem, który ślini się na widok jego córki.
Ostatnie zdanie skutecznie przyciąga moją uwagę. Nie lubię Ordynatora, jak widać nie bez wzajemności, ale Nadzieja nigdy nie mówi o tym wprost. Spoglądam na nią, marszcząc lekko brwi. Lekarka naprawdę rzadko używa słów, które mogły być postrzegane za nieuprzejme. Widać radość zaostrza jej język. I cholera, to sprawia, że dziewczyna wydaje mi się jeszcze bardziej seksowna.
– Sorry, Misza – przeprasza bez większej skruchy. – Musiałam jakoś przywołać cię z powrotem na ziemię.
– Nie rozumiem – łżę niezgrabnie.
Nadzieja śmieje się perliście.
– Myślisz, że nie wiem, kiedy przestajesz mnie słuchać? Od razu masz takie puste spojrzenie i…
Urywa, zauważywszy w końcu Brudnego Rzepa, kręcącego się za moimi plecami.
– Kto to?
Wzdycham. Skończyły się pochwały, przyszedł czas na łajanki. Złamałem jedno z podstawowych praw Miasta. Przyprowadziłem obcego. Kilku szperaczy przede mną popełniło już ten błąd, chcąc pomóc odnalezionym nieszczęśnikom, przez co sprowadzili na nasze społeczeństwo marnych niedobitków kolejne choroby, jakby tych obecnych było za mało. Co gorsza, wielu obcych, na początku tak wdzięcznych za ratunek, okazywało się złodziejami i egoistami, którzy podkradali żarcie innym oraz nie potrafili dostosować się do panujących w Mieście zasad.
– To jest Brudny Rzep – odpowiadam z wymuszoną wesołością. – Przyczepił mi się do nogi.
Nadzieja natychmiast pochmurnieje.
– Misza, przecież wiesz…
– Wiem, wiem. Zrozum, śliczna, uwidziało mi się coś zielonego w oddali – przyznaję niechętnie – a jak podszedłem bliżej, zamiast cudu roślinności, odnalazłem to.
Dłonią wskazuję obdartusa, a raczej próbuję, bo on już skacze w innym miejscu niż przed sekundą.
– I to naprawdę nie chce się odczepić – dodaję poirytowany.
Wiem, że brzydko tak operować półprawdami. Przecież wcześniej jakoś niespecjalnie próbowałem przegonić Brudnego Rzepa, ale teraz nie mam najmniejszego zamiaru się do tego przyznawać.
– Ech, dobra. – Nadzieja macha ręką. – Młody jest i patrząc na to, co wyprawia, raczej zdrowy.
Na ciele, nie na umyśle – stwierdzam w duchu to, czego wolę głośno nie mówić.
– Może nawet dobrze wyszło – lekarka ciągnie dalej – przecież brakuje nam silnych ludzi w pełni zdrowia. Ale koniecznie muszę go zabrać do szpitala. A tam umyć i przebadać.
Brudny Rzep doskakuje nagle do Nadziei w kolejnej nieudolnej próbie przybrania groźnej postawy, podobnej do tej, gdy pierwszy raz go zobaczyłem. Minę stroi iście komiczną, ściągając mocno brwi i zaciskając usta w dziubek. Dziubek podobny do tych, które niegdyś robiły puste laski, strzelając sobie samojebki przed lustrem.
Chwytam obdartusa za ramię i przyciągam do siebie.
– On się tak tylko wita – tłumaczę.
Ale Nadzieja nie sprawia wrażenia przestraszonej. Raczej zaciekawionej. Pochylając się nad Brudnym Rzepem, uważnie studiuje jego twarz.
– Misza…
– Ta?
– Jak dla mnie to jest dziewczynka, nie chłopiec.
– Ale przecież ma krótkie włosy – zauważam niezbyt mądrze.
Czyli co? Brudny Rzep tak naprawdę jest Brudną Rzepą? Bez sensu… Obdartus w ogóle nie przypomina rzepy.

***

Dlaczego przyjaciółką moją od lat jest Apatia? Bo wiem, że ludzkość nie ma najmniejszych szans na przetrwanie. Sucha ziemia od lat już nie chce rodzić obfitych plonów, tak jak wymizerowane kobiety zdrowych dzieci. Niemowlaki często przychodzą na ten spalony świat zdeformowane, chore lub zwyczajnie martwe. A ja nie wierzę, w odróżnieniu do wielu religijnych fanatyków, że para kochanków z zawyżonym libido może odrodzić całą ludzkość.
– Gotowe – oznajmia Nadzieja, wychodząc z pokoju sanitarnego.
Wyrwa mnie tym samym z mrocznych rozmyślań o końcu świata. I dobrze. Zajeżdżały zbytnim pesymizmem. Lepiej skupić się na tym, co tu i teraz. Przykładowo, na krągłych piersiach Nadziei lekko wybrzuszających kombinezon ochronny.
– Niestety, musiałam zużyć sporo wody – kontynuuje lekarka – nic nie chciało zejść na sucho.
Kiwam krótko głową. Woda, na początku będąca błękitnym złotem wymierającego ludu, z czasem stała się bezcenna. Czerpiemy ją ze studni głębinowych, czasami zwozimy z odnalezionych lokacji. Na jak długo wystarczy, nikt nie potrafi przewidzieć. Dlatego trzeba oszczędzać. Sam nie wziąłem porządnej kąpieli od obrzydliwie długiego czasu. Stąd już dawno doszedłem do wniosku, że największym osiągnieciem naszej cywilizacji był prysznic.
– A właśnie! – woła Nadzieja, klasnąwszy wesoło w dłonie. – Miałam rację, przyczepiła ci się do nogi dziewczynka, nie żaden chłopiec.
Kurde, więc jednak będzie trzeba przemianować małe cholerstwo na Brudną Rzepę.
– A zdrowe to to chociaż? – pytam.
– Nie znalazłam na jej ciele śladów żadnej choroby. Skąd ty ją w ogóle wytrzasnąłeś? Ma się lepiej niż większość naszych.
– Z jakiegoś rowu. – Wzruszam ramionami. – Sam się zastanawiałem, jakim cudem przeżyła.
– Dobra, przyprowadzę ją.
Wstaję z krzesła, na którym dotychczas czekałem aż Nadzieja umyje i zbada moje znalezisko. Lekarka wraca do pokoju sanitarnego, gestem powstrzymując mnie przed podążaniem za nią. Nic dziwnego, jestem usmarowany piachem, jak świnia po kąpieli w błocku.
Słyszę przekleństwa. Wchodzę jednak do środka gabinetu, ubawiony po pachy, jak taki słodki kobiecy głos może rzucać mięsem, aż uszy więdną. Naprawdę, to zachowanie jest do Nadziei bardzo niepodobne.
Stojąc już w pokoju, rozumiem, skąd bierze się ten potok wulgaryzmów u mojej nimfy. Brudna Rzepa zniknęła, zostawiając malutkie okienko nad łóżkiem lekarskim uchylone. Tyle, że ani ja, ani Nadzieja, nie mamy szans się przez nie przecisnąć.
Walę w drzwi z rozmachem i wybiegam na korytarz szpitalny. Bladozielone ściany rozmywają mi się w oczach, własne kroki dudnią w uszach uderzeniami brudnych buciorów o spękaną podłogę. Do niskiego dum-dum, dołącza dźwięk łagodniejszy, ale bardziej nerwowy. Nadzieja biegnie z tyłu, zmuszona stawiać dwa kroki na jeden mój.
Już mam wypaść na zewnątrz, kiedy korytarzem wstrząsa kobiecy krzyk. Potem następny. Aż w końcu szpital wypełnia cała symfonia wrzasków.
Zawracam w stronę, z której dobiega hałas. Chwilę później orientuję się, że zmierzam do oddziału położniczego. Wpadam tam, gotowy na wszystko. Przynajmniej tak mi się wydaję.
Scena, którą widzę, robi na mnie piorunujące wrażenie. A to – jak już zdarzyło mi się wspomnieć – bynajmniej nie jest rzeczą łatwą do osiągnięcia.
Matki, każda z karykaturalnie powykręcanym i chudym noworodkiem w ramionach, klękają przy Brudnej Rzepie, błagając ją o łaskę dla swojego potomstwa. Dziewczynka, golutka i uśmiechnięta, skacze od kobiety do kobiety, rozdając całusy trzymanym przez nie brzdącom. Jedna z matek podsuwa Rzepie dziecko, które według wszelkiej logiki, powinno być martwe. A jednak, wystarcza buziak, by maleństwo rozwrzeszczało się, łapczywie nabierając prawdopodobnie pierwszy od momentu swoich narodzin łyk powietrza.
To niezwykłe zjawisko wzburza tłum matek jeszcze bardziej. Zaczynają chwytać dziewczynkę za łydki i nadgarstki, wołać tym gorliwej o pomoc dla swoich bachorów. Muszę przerwać to szaleństwo. Bez namysłu skaczę w wir kobiecych ciał i wyrywam Brudną Rzepę z samego centrum.

***

Nazwali ją Gaja, pewnie nie chcąc nawiązywać do religii bardziej współczesnych, które obok polityki, też miały swój wkład w apokalipsę.
No, nieważne. Gaja – sam dalej nazywam ją Rzepą, tylko już nie Brudną, obecnie jest zdecydowanie czystsza ode mnie – posiada jeszcze inne ciekawe zdolności, poza leczeniem chorób, czy nawet śmierci. Gleba, na której zasypia, rozkwita niczym najżyźniejszy czarnoziem, jedzenie, którego tylko dotknie, przestaje trawić zepsucie. No i przegoniła Apatię z mojego życia na dobre. Jeszcze do niedawna miałem pewność, że to już kres ludzkości. Finito. The End. Tymczasem pojawienie się Rzepy sprawiło, że koniec końców nawet mnie dopadła nadzieja.
Czyżbym ocalił świat – dobra, może tylko Miasto – przy pomocy puszki mielonki?
To byłoby dobre.
Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: neularger » pn, 28 lip 2014 15:01

Tak na szybko, na rozbiórkę przyjdzie czas później.
1. Przegadane i rozwlekłe, przez co cholernie nudne.
2. To nie jest opowiadanie, koniec jest zupełnie z innej bajki niż początek.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Tenshi
Pćma
Posty: 218
Rejestracja: pn, 28 sty 2008 22:19
Płeć: Kobieta

Re: Koniec końców

Post autor: Tenshi » pn, 28 lip 2014 16:11

Uch, wiele opinii czytałam o tym opku, ale pierwszy raz słysze, że jest nudne :P No, to czekam z niecierpliwością na większą rozbiórkę. Koniec jest trochę szybki - wiem - ale przeszkadzało to może dwóm osobom, więc zdecydowałam się nie zmieniać.

I dzieki za czytanie.
Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: neularger » pn, 28 lip 2014 20:00

Tenshi pisze:Kiedy czujesz się zmęczony i przerażony jednocześnie, kiedy twoje obolałe członki bez przerwy drżą z wycieńczenia, a umysł nieustannie nękają najczarniejsze z obaw, wtedy czeka na ciebie kilka ścieżek życia, które możesz obrać.
Pierwsza definitywnie owe życie zakańcza – mówię tutaj o ścieżce rezygnacji. Poddasz się to umrzesz, prosty rachunek.
Druga to ścieżka uporu i nadziei. Głupiego uporu oraz płonnych nadziei, moim zdaniem.
A trzecia prowadzi do szaleństwa. Nie wiem, czy szaleństwo pomaga w przetrwaniu, czy dokładnie na odwrót – raczej je uniemożliwia. Chociaż, zważywszy ilu już wariatów spotkałem na swojej drodze, chyba to pierwsze.
No, ale wracając do meritum… Poza tymi trzema podstawowymi ścieżkami, istnieje jeszcze inna – moja.
Popatrzmy na ten fragment.
Fragment kursywą jest napisany jakby chodziło o zdarzeniu punktowe w czasie, bohater oto osiągnął moment w którym musi podjąć decyzję. Nie wiem, wisi jedną ręką nad przepaścią (obolałe i drżące członki); stoi w kręgu martwych zergów i mutalisków, w skafandrze dziury, w blasterze już tylko dwa naboje (zmęczony i przerażony jednocześnie bohater), a tu zza zwałów trupów ciągle wyłazi całe uniwersum Warcrafta.
Czytelnik oczekuje wyjaśnienia dramatu, ale nic z tego, opowieść zwalnia, Autorka, metaforycznie mówiąc, rozsiada się w fotelu przy kominku i zaczyna sprzedawać przemyślenia życiowe: są mianowicie ścieżki, pierwsza to rezygnacja (jak najbardziej zgadza się z zasygnalizowanym dramatem), druga to upór i nadzieja (ciągle się zgadza), trzecia to popadnięcie w szaleństwo (Eee...?) a czwarta to apatia (czytelnik nie wie co przeczytał).
Zdecydowanie najlepsza, śmiem twierdzić, ponieważ przemierzam ją pod ramię z wierną przyjaciółką zwaną Apatią, która już od wielu lat nie opuszcza mnie nawet na krok, sprawiając, że wciąż brnę dalej, choć nie dostrzegam w tym ani krztyny sensu. Apatia jako kochanka jest może trochę zimna, beznamiętna, ale jednak zsyła na mnie najprawdziwsze ukojenie.
Aaaa... Nie chodzi o wydarzenie punktowe, a raczej o credo życiowe bohatera, który zdaje się cierpi na coś w rodzaju depresji. Oczywiście, jak przeanalizujemy po raz kolejny, to co nam sprzedała Autorka z fotela, to ciężko zauważyć różnicę pomiędzy ścieżką numer dwa a cztery, dopiero po chwili dociera do nas że Autorka chyba miała na myśli samobójstwo.

Czyli już na początku mamy zaburzony starter. A jak przeczytamy dalszą część, to zorientujmy się, że przemyślenia życiowe (czyli cztery ścieżki) bohatera, są nam mniej więcej tak samo potrzebne jak piąte koło u wozu - nie grają żadnej roli w tekście. Nic nie wynika z apatii bohatera, prócz deklaracji pozostawania w takim stanie.

edit.
A przecież czytałem kiedyś jakąś pseudo ambitną książkę psychologiczną, w której mieli czelność napisać, że moja przyjaciółka jest zła do szpiku kości. Że stanowi objaw depresji. Że prowadzi do fizycznego osłabienia. Kompletny stek bzdur! Wszak, dopiero po przybyciu tej zimnej kochanki, zdołałem ruszyć cztery litery i przestać użalać się nad sobą. Uratowała mnie. Bez niej dawno już bym przepadł na ścieżce numer jeden. A tak, dzięki Apatii właśnie, cały zasrany wszechświat skrył się w ciemnych odmętach mojego dupska, umościł sobie tam ciepłe gniazdko i nawet nosa nie wyściubi. Dlatego też, już niewiele rzeczy robi na mnie wrażenie.
Pogrubiony ort, to się pisze razem.
Pytanie do fragmentu: Jakie ma znaczenie dla reszty tekstu ten fragment? W którym momencie stan psychiczny bohater gra istotną rolę w fabule?
Jego umorusana twarz zastyga w wyrazie nieudolnej parodii gniewu, ale ciemne oczka wypełnia głęboki strach.
Pogrubione - miejsce, gdzie umarła semantyka. Skoro parodia jest nieudolna, to znaczy, że jest to prawdziwy gniew...?
Kursywą - trza było napisać: ciemniutkie oczka wypełniał strachuś... Dzieci tak samo jak dorośli mają oczy. Nieuzasadnione zdrobnienia są wyjątkowo wkurzające.
Rozedrgane ostrze noża, wycelowane prosto w moją pierś, na pewno do nich nie należy.
(...)
Wzdycham, ponieważ chłopak dalej celuje we mnie tą karykaturą broni, ściskaną oburącz, jakby miała co najmniej dwa metry, a nie tylko kilkanaście centymetrów.
Te kilkanaście centymetrów stali wystarczy by wypruć komuś flaki, wsadzić w oku, serce lub inny narząd powodując w najlepszym przypadku ciężkie obrażenia. Co tu jest "karykaturą broni"?
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Tenshi
Pćma
Posty: 218
Rejestracja: pn, 28 sty 2008 22:19
Płeć: Kobieta

Re: Koniec końców

Post autor: Tenshi » pn, 28 lip 2014 23:41

Popatrzmy na ten fragment.
Fragment kursywą jest napisany jakby chodziło o zdarzeniu punktowe w czasie, bohater oto osiągnął moment w którym musi podjąć decyzję. Nie wiem, wisi jedną ręką nad przepaścią (obolałe i drżące członki); stoi w kręgu martwych zergów i mutalisków, w skafandrze dziury, w blasterze już tylko dwa naboje (zmęczony i przerażony jednocześnie bohater), a tu zza zwałów trupów ciągle wyłazi całe uniwersum Warcrafta.
Czytelnik oczekuje wyjaśnienia dramatu, ale nic z tego, opowieść zwalnia, Autorka, metaforycznie mówiąc, rozsiada się w fotelu przy kominku i zaczyna sprzedawać przemyślenia życiowe: są mianowicie ścieżki, pierwsza to rezygnacja (jak najbardziej zgadza się z zasygnalizowanym dramatem), druga to upór i nadzieja (ciągle się zgadza), trzecia to popadnięcie w szaleństwo (Eee...?) a czwarta to apatia (czytelnik nie wie co przeczytał).
Trochę nie rozumiem w czym widzisz aż taki problem. To jest jedno zdanie, które tłumaczy "kiedy" owe ścieżki przychodzi obierać. Opowiadanie się tyczy Apokalipsy, więc sądzę, że takowa jest wystarczającym powodem by się poddać/oszaleć. I nie jest nastawione na blastery i odstrzeliwanie głowy ;) nie jest historią nastawioną na akcję - czyli zgodzę się, że możesz odczuwać przegadanie, ale nie zgodzę się, że jest to błąd merytoryczny.
Aaaa... Nie chodzi o wydarzenie punktowe, a raczej o credo życiowe bohatera, który zdaje się cierpi na coś w rodzaju depresji. Oczywiście, jak przeanalizujemy po raz kolejny, to co nam sprzedała Autorka z fotela, to ciężko zauważyć różnicę pomiędzy ścieżką numer dwa a cztery, dopiero po chwili dociera do nas że Autorka chyba miała na myśli samobójstwo.

Czyli już na początku mamy zaburzony starter. A jak przeczytamy dalszą część, to zorientujmy się, że przemyślenia życiowe (czyli cztery ścieżki) bohatera, są nam mniej więcej tak samo potrzebne jak piąte koło u wozu - nie grają żadnej roli w tekście. Nic nie wynika z apatii bohatera, prócz deklaracji pozostawania w takim stanie.
Wynika "tylko" cały sens opowiadanie, którego nie załapałeś najwyraźniej i normalnie zwalam winę za to na Autora - jeśli czytelnikowi trudno coś załapać, zazwyczaj chodzi o zbytnią niejasność tekstu, zagmatwanie - ale jesteś pierwszą osobą, której się to przydarzyło...
Pogrubiony ort, to się pisze razem.
Pytanie do fragmentu: Jakie ma znaczenie dla reszty tekstu ten fragment? W którym momencie stan psychiczny bohater gra istotną rolę w fabule?
W zakończeniu przepełnionym nadzieją. W trakcie, podczas którego apatia go opuszcza (to mi nie do końca wyszło - tak patrząc z perspektywy czasu - ale nadal podtrzymuję, że w sumie całe opko bazowało na stanie początkowym bohatera). A co do orta - zawsze to pisze z myślnikiem ;/ ale coś go połknęłam najwyraźniej, a z tego co zrozumiałam posta nie wolno edytować w trakcie katuszy.
Pogrubione - miejsce, gdzie umarła semantyka. Skoro parodia jest nieudolna, to znaczy, że jest to prawdziwy gniew...?
Kursywą - trza było napisać: ciemniutkie oczka wypełniał strachuś... Dzieci tak samo jak dorośli mają oczy. Nieuzasadnione zdrobnienia są wyjątkowo wkurzające.
Oczka = małe oczy. Rączki = małe ręce. Łapy = wielgachne dłonie. Serio uważasz, że to nieuzasadnione? Bo dla mnie to zwykłe czepialstwo na siłę. Jeśli byłby to wielki knur, ale nadal oczy miałby małe, napisałabym kaprawe oczka...
A na rzekomą śmierć semantyki ciężko odpowiedzieć konstruktywnie. Sory, dzieciak bał się, ale mógł się i trochę gniewać. Znowu troszkę z igły widły próbujesz zrobić ;)
Te kilkanaście centymetrów stali wystarczy by wypruć komuś flaki, wsadzić w oku, serce lub inny narząd powodując w najlepszym przypadku ciężkie obrażenia. Co tu jest "karykaturą broni"?
Hm, myślałam o takim nożyku, jakim obiera się ziemniaki. Ale fakt mogłam to opisać lepiej - tyle że musiałabym użyć słowa "nożyk" i coś czuję, że uznałbyś to za niedobrusie zdrobnionko ;]

Wybacz ton komentarza, ale o ile pierwsza twoja wypowiedź mnie zaintrygowała, o tyle druga już uderzyła mnie taką, cóż, zbędną kąśliwością. Niby coś tam konstruktywnego można z tego wyłapać, ale trzeba przebić się przez fale redundantnej ironii. No i przede wszystkim potraktowałeś opowiadanie, jakby to miała być akcja na miarę Rambo. Następnym razem postaram się zaznaczyć, że odstrzeliwanie głów to nie tutaj ;)

Peace!

EDIT:
W sumie nie przepadam za tekstem "ale innym się podobało", więc chciałam zaznaczyć, że nie o to mi chodziło, a o samą interpretację/zrozumienie tekstu. Przeczytało go kilkadziesiąt osób i w tym momencie to już tylko statystyka dla mnie... ;)
Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: neularger » wt, 29 lip 2014 01:11

Tenshi pisze:Trochę nie rozumiem w czym widzisz aż taki problem. To jest jedno zdanie, które tłumaczy "kiedy" owe ścieżki przychodzi obierać. Opowiadanie się tyczy Apokalipsy, więc sądzę, że takowa jest wystarczającym powodem by się poddać/oszaleć. I nie jest nastawione na blastery i odstrzeliwanie głowy ;) nie jest historią nastawioną na akcję - czyli zgodzę się, że możesz odczuwać przegadanie, ale nie zgodzę się, że jest to błąd merytoryczny.
Faktycznie nie rozumiesz w czym problem. Nie chodzi tu o moje lubienie lub nie akcji czy kopaniny. Chodzi o to, że źle zakomponowałaś start tej historii. Źle napisanym zdaniem wprowadzasz napięcie, którego nie planowałaś wprowadzać i w tym problem.
I nie sugeruj mi proszę, że oczekiwałem historii nastawionej na akcję i tylko dlatego mi się nie podoba, bo taką nie jest.
Nie podoba mi się, bo jest nudna i nie ma sensownie poprowadzonej fabuły.
Wynika "tylko" cały sens opowiadanie, którego nie załapałeś najwyraźniej i normalnie zwalam winę za to na Autora - jeśli czytelnikowi trudno coś załapać, zazwyczaj chodzi o zbytnią niejasność tekstu, zagmatwanie - ale jesteś pierwszą osobą, której się to przydarzyło...
Nie, Autorko, nie wynika z tego żaden sens, ponieważ tekst nie opowiada o przemianach bohatera..., ale o tym będzie później. Na Twój argument mogę odpowiedzieć argumentem o milionie much... Tylko jaki jest tego sen?. Zastanów się po co przyszłaś na Warsztaty...
I nie jest to opowiadanie, bez nadużyć sematycznych, ponieważ poległaś fabularnie, więc jest to tylko tekst.
W zakończeniu przepełnionym nadzieją. W trakcie, podczas którego apatia go opuszcza (to mi nie do końca wyszło - tak patrząc z perspektywy czasu - ale nadal podtrzymuję, że w sumie całe opko bazowało na stanie początkowym bohatera).
To Twoje chciejstwo i pobożne życzenie, Autorko. Zrobię plan tego tekstu w wolnej chwili i wtedy będzie to widać wyraźniej.
A co do orta - zawsze to pisze z myślnikiem ;/ ale coś go połknęłam najwyraźniej, a z tego co zrozumiałam posta nie wolno edytować w trakcie katuszy.
Zdarza się. Szkoda tylko, że z myślnikiem to też błąd.
Oczka = małe oczy. Rączki = małe ręce. Łapy = wielgachne dłonie. Serio uważasz, że to nieuzasadnione? Bo dla mnie to zwykłe czepialstwo na siłę. Jeśli byłby to wielki knur, ale nadal oczy miałby małe, napisałabym kaprawe oczka...
Zdrobnienie może być przejawem zarówno ciepłych uczuć, pogardy, stąd "kaprawe oczka" czy lekceważenia "buncik stoczniowców".
A oczka tu nie pasują, bo opisujesz sytuację negatywnych emocji targających dzieciakiem dlatego piszemy "Malutki dzidziuś jakie ma śliczne oczka" i piszemy "jej oczy zwęziły się w niebezpiecznie". Pisząc "oczka" spieszczasz opis odpierając mu powagę niebezpieczeństwa.
A na rzekomą śmierć semantyki ciężko odpowiedzieć konstruktywnie. Sory, dzieciak bał się, ale mógł się i trochę gniewać. Znowu troszkę z igły widły próbujesz zrobić ;)
Naprawdę? Popatrzmy:
nieudolnej parodii gniewu
SJP pisze:nieudolny
«niedający sobie z czymś rady; też: świadczący o czyjejś nieporadności»
SJP pisze: parodia
1. «wypowiedź lub utwór będące ośmieszającym naśladowaniem jakiegoś stylu, dzieła, gatunku literackiego itp.»
2. «nieudolne naśladownictwo lub zdeformowana, wypaczona postać czegoś»
gniew
«gwałtowna reakcja na jakiś przykry bodziec zewnętrzny wyrażająca się niezadowoleniem i agresją»
Przeanalizujmy to od tyłu:
parodia gniewu -> to po prostu złe/nieprawdziwe owego gniewu symulowanie jeżeli do tego dodamy słowo nieudolnie, to mamy kogoś kto gniewa się naprawdę, lecz z jakichś przyczyn chce ów gniew symulować i mu to nie wychodzi. O to Ci chodziło Autorko? Chyba jednak nie, nie ma tu nic o strachu. Co myślałaś Autorko i co napisałaś to dwie różne sprawy. I poległaś, bo znaczenia słów Ci się rozjechały.
No i przede wszystkim potraktowałeś opowiadanie, jakby to miała być akcja na miarę Rambo. Następnym razem postaram się zaznaczyć, że odstrzeliwanie głów to nie tutaj ;)
Nie, nie potraktowałem jak opowiadania o Rambo, nie imputuj mi czegoś co sama wymyśliłaś, by sobie poprawić humor.
W sumie nie przepadam za tekstem "ale innym się podobało", więc chciałam zaznaczyć, że nie o to mi chodziło, a o samą interpretację/zrozumienie tekstu. Przeczytało go kilkadziesiąt osób i w tym momencie to już tylko statystyka dla mnie... ;
Znaczy, wszyscy zrozumieli Twój tekst, tylko ja mam inne zdanie. Ach, to znaczy nie ma sensu ciągnąć łapanek, tak, bo statystyka dla Ciebie? Tak?
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Tenshi
Pćma
Posty: 218
Rejestracja: pn, 28 sty 2008 22:19
Płeć: Kobieta

Re: Koniec końców

Post autor: Tenshi » wt, 29 lip 2014 08:57

Wkleiłam tekst na warsztaty, żeby dostać konstruktywną krytykę. Ale uważam, że przesycanie wszystkich komentarzy ironią nie jest konstruktywne, a zbędne Ba, wręcz rażąco nieprzyjemne. Dlatego ciężko mi potraktować Twoje słowa poważnie. Możesz interpretować sobie to jak chcesz - jestem tylko człowiekiem i wiem, że każde słowa można tak poprzekręcać, żeby wyszło na twoje ;)

Odpowiem na parę rzeczy, które wydają mi się sensowne. Resztę, wybacz, potraktuję jako krople jadu, w które wolę nie wdeptywać.
Chodzi o to, że źle zakomponowałaś start tej historii. Źle napisanym zdaniem wprowadzasz napięcie, którego nie planowałaś wprowadzać
Nie siedzisz mi raczej w głowie, żeby wiedzieć czy planowałam, czy nie. Miało się zacząć z przytupem i nie wiem, gdzie jest zdefiniowane, że to jest błąd. Źle.
ponieważ tekst nie opowiada o przemianach bohatera
Wpierw mówi, że popadł w apatię, potem, że sobie poszła, a potem, że opuściła go na zawsze. I to przez prosty akt dobroci. Możesz to interpretować jak chcesz - prawo czytelnika - ale może nie wypowiadaj się zero-jedynkowo, bo to razi i nijak nie prowadzi mnie do chęci przyjęcia twoich rad do serducha.
To Twoje chciejstwo i pobożne życzenie, Autorko. Zrobię plan tego tekstu w wolnej chwili i wtedy będzie to widać wyraźniej.
Nadzieja na końcu to chciejstwo? Hm... Zacytuję: "Tymczasem pojawienie się Rzepy sprawiło, że koniec końców nawet mnie dopadła nadzieja." A na plan nie marnuj czasu. Jeśli będzie utrzymany w tym samym tonie, co cała twoja wypowiedź, nie będę potrafiła podejść do niego bez kija.
Szkoda tylko, że z myślnikiem to też błąd.
Zgadza się. Mea culpa ;) Myślałam, że tak można. I tak można - ale tylko z nazwami własnymi. Ba, wtedy nawet trzeba.
Co myślałaś Autorko i co napisałaś to dwie różne sprawy. I poległaś, bo znaczenia słów Ci się rozjechały.
Jak dla mnie po prostu wyszło masło maślane (nieudolna nieudolna) i do tego się przyznaję, ale reszta twojej wypowiedzi to nadinterpretacja, przyprawiona naprawdę ciężkimi słowami - "poległaś"? Naprawdę?
► polegnąć
1. zostać zabitym, stracić życie w walce;
2. potocznie: przegrać, ulegnąć
Ani mnie nikt nie zabił, ani z nikim nie przegrałam. Czyżby panu się znaczenia słów rozjechały?:)
Znaczy, wszyscy zrozumieli Twój tekst, tylko ja mam inne zdanie. Ach, to znaczy nie ma sensu ciągnąć łapanek, tak, bo statystyka dla Ciebie? Tak?
Nie chodzi o to, że twoje zdanie zupełnie oleje - szczególnie, że rady takie jak z "pseudo" choć napisane wrednie są faktycznie przydatne. Ale wiem, że każdy odbiera tekst trochę inaczej i jeśli pięćdziesięciu osobom udało mi się przekazać to co zamierzałam, a ty jeden tego nie widzisz - tak, potraktuję to trochę statystycznie. Nawet podam ci przykład "o co mi chodzi". Kilka osób napisało, że czują niedosyt co do rozwinięcia pewnego wątku innego opowiadania. I to jest opinia, która powtarza się przy kilku moich tekstach. Dzięki temu wiem, że muszę bardziej się skupić na opisach motywacji bohaterów. Bo sobie coś tam wymyślam, ale dużo osób wcale tego nie widzi/czuje niedosyt. Więc staram się pisać lepiej, ale wiem, że wszystkim i tak nie dogodzę ;)
Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Awatar użytkownika
LuciuS
Sepulka
Posty: 21
Rejestracja: pn, 10 cze 2013 13:16
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: LuciuS » wt, 29 lip 2014 09:31

A ja trzymam neulargera za słowo i proszę o plan.
Superman: Nigdy nie piję podczas latania.

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: neularger » wt, 29 lip 2014 09:51

Nie siedzisz mi raczej w głowie, żeby wiedzieć czy planowałam, czy nie. Miało się zacząć z przytupem i nie wiem, gdzie jest zdefiniowane, że to jest błąd. Źle.
Mam tekst, i w przeciwieństwie do Ciebie, dystans do tekstu. Nie muszę siedzieć ci w głowie, by widzieć co źle zrobiłaś.
ponieważ tekst nie opowiada o przemianach bohatera
Wpierw mówi, że popadł w apatię, potem, że sobie poszła, a potem, że opuściła go na zawsze. I to przez prosty akt dobroci. Możesz to interpretować jak chcesz - prawo czytelnika - ale może nie wypowiadaj się zero-jedynkowo, bo to razi i nijak nie prowadzi mnie do chęci przyjęcia twoich rad do serducha.
Nadzieja na końcu to chciejstwo? Hm... Zacytuję: "Tymczasem pojawienie się Rzepy sprawiło, że koniec końców nawet mnie dopadła nadzieja." A na plan nie marnuj czasu. Jeśli będzie utrzymany w tym samym tonie, co cała twoja wypowiedź, nie będę potrafiła podejść do niego bez kija.
Napisałem Ci, droga Autorko, że wyjaśnię Ci to później. Pokażę też na planie. Znaczy, taki miałem zamiar, ale nic z tego nie będzie...
Co myślałaś Autorko i co napisałaś to dwie różne sprawy. I poległaś, bo znaczenia słów Ci się rozjechały.
Jak dla mnie po prostu wyszło masło maślane (nieudolna nieudolna) i do tego się przyznaję, ale reszta twojej wypowiedzi to nadinterpretacja, przyprawiona naprawdę ciężkimi słowami - "poległaś"? Naprawdę?
Ilu z Twoich kilkudziesięciu przyjaciół, którzy czytali tekst, pokazało Ci tę tautologię? Zgaduję, że nikt, bo byś usunęła. Trzeba było aż słownika, żebyś uprzejmie i tylko w części przyznała, że popełniłaś tu błąd. I poległaś Autorko w starciu z językiem, bo nie potrafisz się nim posługiwać. Innymi słowy nie potrafisz oddać swoich myśli.
Nie chodzi o to, że twoje zdanie zupełnie oleje - szczególnie, że rady takie jak z "pseudo" choć napisane wrednie są faktycznie przydatne.
To nie jest porada. To reguła ze słownika, którą powinnaś, jako pisarka in spe znać.
Wychodzi na to, że jedyne "porady" jakie jesteś w stanie przyjąć to wskazanie Ci błędu ortograficznego. W taki razie trzymanie tego wątku jest zupełnie bezzasadne.
I nie ma sensu robić planu, LuciuSie, nie w takiej sytuacji.
Wątek zamykam.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Koniec końców

Post autor: Małgorzata » śr, 30 lip 2014 04:06

Neu, odblokuj, nie bądź taki! :)))
Też bym chciała trochę flaków powyrywać...

Neu: Na specjalną prośbę Margot wątek zostaje otwarty

Dziękuję, niech tak poleży, bo muszę dokończyć przekład (2-3 dni, nie więcej). :)))
Ale już przeczytałam tekst prezentowany z tych nerw, że w powieści, którą kończę przekładać, nie ma zergów! Skandal, prawda?

I też się nudziłam przy czytaniu. Czyli do Twoich statystyk, Autorko, możesz dodać już dwa przypadki. Pewnie to nic, błąd statystyczny wobec rzesz czytelniczych, które pochwaliły i czytały z wypiekami na twarzach. Ale ja jestem w innym targecie. I jestem z tego dumna. :P

I tak, spróbuję wyjaśnić dokładnie, dlaczego nuda dopadła mnie już po pierwszym akapicie, a ciąg dalszy nastąpił. (Najpierw uporam się z bieżącym zleceniem, a potem... wiadomo).
I, żeby uprzedzić argumenty różne, nie nudziłam się dlatego, że nie było zergów.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
lernakow
Pćma
Posty: 211
Rejestracja: pn, 24 sie 2009 12:16
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: lernakow » śr, 30 lip 2014 08:41

Mam problem ze spójnością bohatera. Jak na Pana Apatycznego trochę za dużo myśli czy, gdzie i z kim wyląduje w łóżku. Wszystkie wtręty o uprzednim byciu "sieciowcem" niczemu fabularnie nie służą, tylko umniejszają prawdopodobieństwo bycia dobrym szperaczem. Autor jest tego świadom i to sygnalizuje, ale w żaden sposób nagłego przypływu umiejętności nie tłumaczy.
Postać Gai też jest mało przemyślana. Dlaczego jest głodna? Skoro ziemia rozkwita jej pod stopami, to warzywa powinna mieć w bród. Ile ma lat? Raczej mało, skoro bohater nie poznał płci (zwłaszcza bohater, który na widok wypukłości popada w bliski hinduskim bogom stan "przyjemnego rozproszenia"). Czy żyje sama? Od jak dawna? Te włosy też sama obcina na krótko? Małe dzieci mało samodzielne są.
Dawno ta apokalipsa była? Z jednej strony ludzkość mocno się zdegenerowała, a z drugiej strony puszki wciąż jadalne.
I oczywiście zgadzam się, że zakończenie jest zbyt krótkie. Albo początek za długi.
Z mniejszych spraw — trochę za późno dowiadujemy się, że jest zakaz sprowadzania nowych obywateli. Bohater wie o tym, powinien to przemyśleć w chwili zabierania Rzepa ze sobą.

Awatar użytkownika
LuciuS
Sepulka
Posty: 21
Rejestracja: pn, 10 cze 2013 13:16
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: LuciuS » śr, 30 lip 2014 09:33

Neularger, po prostu, przeczytał tekst ze zrozumieniem i zdał relację z tego co pojął. Jest różnica między autorem a narratorem; uważam, że czytelnik ma prawo do odniesienia się do tego drugiego subiektywnie komentując przekazaną w utworze treść, chociażby dlatego, że opowiadanie funkcjonuje w sferze publicznej.

Żałuję, że nie będzie planu, przepadła dobra okazja aby czegoś się nauczyć.
Superman: Nigdy nie piję podczas latania.

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: neularger » śr, 30 lip 2014 09:44

Małgorzata prosiła o otwarcie wątku, co zostało uczynione.
W takim razie nie widzę przeszkód, by ów plan zrobić skoro wątek otwarty. Może nawet dzisiaj. :)
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
LuciuS
Sepulka
Posty: 21
Rejestracja: pn, 10 cze 2013 13:16
Płeć: Mężczyzna

Re: Koniec końców

Post autor: LuciuS » śr, 30 lip 2014 10:06

Dziękuję i rozumiem – Małgorzacie się nie odmawia, zwłaszcza gdy prosi…
Superman: Nigdy nie piję podczas latania.

Awatar użytkownika
Tenshi
Pćma
Posty: 218
Rejestracja: pn, 28 sty 2008 22:19
Płeć: Kobieta

Re: Koniec końców

Post autor: Tenshi » śr, 30 lip 2014 10:44

I też się nudziłam przy czytaniu. Czyli do Twoich statystyk, Autorko, możesz dodać już dwa przypadki.
Dwa przypadki to już sygnał, Małgorzato ;) Poza tym, rozumiem, że krytyka (ta smutna odmiana negatywna) odnośnie tekstu się zdarza i to nierzadko, ale nie znoszę, kiedy kąśliwe słowa celowane są w autora. Jest to pierwszy tekst, który napisałam po wielu latach, ale już od pana neulargera usłyszałam, że ze swoją znajomością języka polskiego w ogóle się nie nadaję do pisania. I że podobało się rzeszy "przyjaciół", czyli mama pogłaskała mnie do głowie i powiedziała, że śliczne? Naprawdę, co innego krytykować tekst, a co innego autora.

LuciuSie - tak się w temacie wypowiadasz, to byś chociaż coś o opowiadaniu napisał :P
Dlaczego jest głodna? Skoro ziemia rozkwita jej pod stopami, to warzywa powinna mieć w bród.
Puszka była z mięsem. Tego w bród nie miała. Reszta uwag zarejestrowana :)

EDIT: literówka

EDIT2: W sumie przy okazji spytam - według regulaminu tekst ma być taki, żeby się w poście mieścił. Nie jestem jednak pewna, czy tekst około 60k znaków się zmieści, ani czy w ogóle w dobrym guście jest wrzucać takie bydle tutaj. Mógłby mi ktoś podpowiedzieć?
Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

ODPOWIEDZ