MARGOT

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Margot
Sepulka
Posty: 11
Rejestracja: pn, 10 lis 2014 08:02
Płeć: Kobieta

MARGOT

Post autor: Margot » pn, 10 lis 2014 19:35

Tak sobie myślę, że nie chcę tworzyć nowego wątku dla każdego opowiadania z osobna.
To będzie mój kącik i jeśli zaciekawi was coś, oburzy lub zdruzgocze błędami
to po prostu do komentarza dołączcie tytuł opowiadania.

Będę bardzo wdzięczna za opinie, jakie by nie były, więc jeśli poświęciliście czas na czytanie
to zostawcie informację zwrotną. Po to tu jestem ;D

Od razu uprzedzam, że będę publikować jednocześnie opowiadania stare i nowe, nie zawsze sama wiem,
kiedy były tworzone, ale generalnie im są starsze, tym z reguły cięższe na głowę, przesycone niesprawiedliwością
lub przemocą, okropieństwami i rzeczami, których normalna osoba nie chciałaby i nie powinna czytać,
szczególnie jeśli jest jeszcze niepełnoletnia lub powiedzmy "niewinna".

Każdy ma swoje demony, ja mam ich sporo, niektórym musiałam nadać życie w opowiadaniach by w ogóle przeżyć.
Dlatego z góry przepraszam, że zawartość tego kącika będzie... co najmniej różna.

Ha! To do dzieła!

Margot
Sepulka
Posty: 11
Rejestracja: pn, 10 lis 2014 08:02
Płeć: Kobieta

Re: MARGOT

Post autor: Margot » pn, 10 lis 2014 19:50

Zielona Góra, 25.02.2014

Aktor

Scena 1

Zobaczyła go gdy siedział na chodniku, w samym środku tętniącego życiem miasta. Wydawał się zamyślony i nieobecny, miała dziwne wrażenie, że już go gdzieś widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie? Czy to przeznaczenie? Był do niej taki podobny, taki nieśmiały i zamknięty w sobie a jednak bacznie obserwujący świat wokół, jakby nie był jego częścią. Jednocześnie był lepszy od niej – ona nie odważyłaby się tak po prostu usiąść sobie na środku chodnika pozwalając, by tłum przechodniów mijał ją niczym wartki nurt rzeki opływający głaz. Ona bałaby się, że zostanie zdeptana. Ktoś na pewno by na nią nakrzyczał i nazwał wariatką. Bycie chłopakiem musiało być cudowne…
Zauważył ją na długo zanim ona dostrzegła jego. Nie wybrał jej ani go specjalnie nie zainteresowała. Był to jednak jego pierwszy dzień w nowym mieście i miał tu zadanie do wykonania. Chłonął miasto i starał się zrozumieć je i jego mieszkańców. Nie znał tu nikogo a potrzebował wpływowych znajomych i pieniędzy.
Potrzebował pieniędzy nie byle jakich, bo pozwalających uzbroić armię zniewolonego od dziesięcioleci biednego państewka. Wiedział, że szukanie sympatyków politycznych nigdzie go nie doprowadzi. Los obcego kraju był tym ludziom obojętny, a on nawet nie był jego obywatelem, nie mógł więc liczyć na współczucie. Szukał innych rozwiązań.
Był w stolicy państwa uważającego się za nowoczesne i cywilizowane, tak bardzo było poddane wpływom Stanów Zjednoczonych. Miało ono swoje prawa i jednym z nich było to, że w takim kraju osoba zdolna i zdecydowana mogła osiągnąć wszystko w niedługim czasie. Póki co nie miał nic poza swoim ciałem i tym, co skrywało. Było to wystarczająco dużo, by osiągnąć co zamierzał.
Poznawał ludzi, którzy go mijali, ludzi, którzy pracowali i żyli w otaczających go budynkach, ulicach, dzielnicach. Poznawał ich bardziej niż oni sami siebie, w przeciwieństwie do nich bowiem miał punkt odniesienia będący poza nimi i nieskażoną subiektywnością ocenę. Ci ludzie cenili pieniądze i pracę, która im je zapewniała. Cenili dobra, które mogli kupić za pieniądze – przedmioty, mieszkania, piękno. Cenili trochę pięknych ludzi, których mogli kupić, ale znacznie bardziej cenili tych, których nie mogli mieć nawet jeśli za nich płacili. Jako artysta mógł stać się sławny i bogaty w kilka tygodni, jeśli się postara – nawet w kilka dni. Nawet działalność nielegalna nie dawała mu takiej możliwości i wiązała się z większym ryzykiem.
Mógł być artystą, jeśli tylko chciał. Od dziecka powtarzano mu, że mógłby zostać doskonałym aktorem – potrafił wiernie odwzorować nawet najtrudniejsze umiejętności. Odtworzenie czyjegoś akcentu i sposobu wysławiania się i poruszania się nie sprawiało mu najmniejszych trudności. Potrafił to wykorzystać już w przedszkolu by rozbawić grupę lub doprowadzić wroga do szewskiej pasji upokarzając go na oczach otoczenia.
Nie zwracał uwagi, jak dużo czasu poświęcił na poznawanie miasta, ale rejestrował, że nie minęła jeszcze noc. Musiał jednak siedzieć dość długo, gdyż jedna z mróweczek tego kopca zaczęła go obserwować. Była niegroźna, poznała go ale nie potrafiła zidentyfikować. Nikt w tym kraju nie potrafiłby; nawet gdyby przedstawił się imieniem generała, którym był w walczącym o niepodległość kraju. Tutaj dzieci nie walczyły, młody generał z wiadomości nie mógł być tym uroczym i wrażliwym nastolatkiem.
Uroczy i wrażliwy… cechy, których według siebie nie miał, ale przypisywano je niezmiennie osobie o jego fenotypie – jasnowłosy ektomorfik o szarych, dużych oczach i pełnych ustach, które w połączeniu z harmonijną twarzą nadawały mu niemal dziewczęcy charakter. Był wysportowany, ale pod nieco za luźnym ubraniem nie było tego widać. Już w podstawówce porównywano go raczej do białego Bruce Lee niż Hulka, choć z taką muskulaturą w tym wieku wygrałby każde zawody kulturystyczne. Takie życie, nigdy nie zależało mu na wyglądzie, za to cenił praktyczne zastosowania swojego ciała.
- Nic ci nie jest? – Dziewczynka nieśmiało dotknęła jego ramienia. Bała się, że jej nie usłyszy. W głębi bardzo chciała go dotknąć i upewnić się, że nie jest wytworem jej wyobraźni, ale tego nie przyznała by za żadne skarby, tym bardziej, że jego bliskość niespodziewanie bardzo ją podnieciła. Taka już dola introwertycznej nastolatki. Spojrzał na nią przelotnie i wiedział, że chciała zapaść się pod ziemię, choć w jego spojrzeniu nie doszukałaby się śladu uczucia czy oceny. Wybawił ją z kłopotu tłumaczenia się wstając na spotkanie ferrari, które jeszcze było za zakrętem. Wyciągnął rękę i wiedział, że kierowca go zauważy. Wiedział też, że mężczyzna ten zatrzyma się i bez słowa weźmie go ze sobą, choć nigdy nie zrobiłby czegoś takiego.
Pomruk nagle hamującego ferrari zwrócił uwagę połowy ulicy. Wsiadł do otwierających się jeszcze w ruchu drzwi jakby to był jego samochód. Uniósł rękę żegnając dziewczynę bez słowa i wygodnie oparł się na fotelu, gdy odjeżdżali. Nie wysilał się, by zacząć rozmowę, zostawiając to niemożliwe zadanie właścicielowi auta.
- Wyglądałeś…
- Znajomo?
- …
Odczekał chwilę, ryzykując, że wpatrzony w niego kierowca rozbije wóz. Jechali za szybko. Wciąż patrzył za okno drażniąc go tylko swoim półprofilem. Odwrócił się patrząc mu w oczy i skręcając kierownicę, gdyż zbliżali się do zakrętu. Wiedział, że nie musi mówić już nic więcej. Mężczyzna jechał do domu i modlił się, by zjawa okazała się prawdziwa…

Scena 2

Mężczyzna pocił się. Byli razem w pustej willi. Żona musiała być na zakupach. Jedynak w szkole. Nie wiedział, gdzie podziewa się służba, ale było tak czysto, że może akurat nie mieli co robić. Pocił się coraz bardziej.
Nie był kimś takim. Do domu zapraszał tylko bardzo wypróbowanych znajomych. Ostatni romans miał z sekretarką tuż po studiach, ale wkrótce zauważył, że nie ma sił na pracę i dwie kobiety, więc zatrudnił sekretarza oddając sekretarkę dobremu koledze. Kolega od dawna ślinił się do wyzywającej cycatej blondyny a ona dostała upragnioną podwyżkę, więc wszyscy byli zadowoleni.
Chrząknął, gdy chcąc zawołać chłopca po imieniu zdał sobie sprawę, że nawet tego nie wie. W samochodzie praktycznie nie rozmawiali, choć po pierwszych kilku niezręcznych chwilach czuł się z nowym pasażerem niesamowicie komfortowo.
Chłopiec w tym czasie chłonął otoczenie. Podobało mu się. Duży, ciemny, bardzo męski salon, ani grama popularnej gejowszczyzny. Same naturalne, drogie materiały: heban, kamień, skóra. W prostej, choć skrytej naturze gospodarza znalazł kilka śladów, które miały ułatwić mu pracę.
Podszedł do leżącej w kącie gitary. Wszystko tu było na swoim miejscu, poza tą gitarą. Przejechał po strunach i wyczuł, że gitara nie była używana od dawna. Drżała mu pod palcami tęsknie, jakby chciała przypomnieć sobie dawne lepsze czasy i… tak, zdecydowanie jakby chciała zapomnieć o trochę nowszych i przykrych. Ojciec kochał swoją gitarę, ale poświęcił ją karierze. Później starał się przenieść swoje niezrealizowane sny na syna, ale on szybko znienawidził instrument i w efekcie żaden z nich nie chciał już wziąć go do ręki.
Zaczął grać korzystając z pamięci gitary. Gospodarz zamarł.
- Ona bardzo lubiła tę melodię… - mężczyzna zrozumiał, choć nie potrafił uwierzyć w słowa gościa. Jako nastolatek nadał swojej gitarze żeńskie imię, ale nigdy nikomu się do tego nie przyznał. Chłopcu musiało chodzić o coś innego, a melodia może tylko przypominała tę, którą sam wymyślił przed laty.
- Mów mi Mar. – dodał, jakby od niechcenia, przesuwając palcem po chłodnej lakierowanej powierzchni gitary. Mężczyzna odetchnął i przedstawił się odruchowo tak jak na spotkaniu biznesowym:
- Gregory Maltom, dyrektor wykonawczy…
- Miło cię poznać, Gory – w głosie chłopca wyczuł wyraźne rozbawienie. Gory, nikt go tak nie nazywał od śmierci… Zamilkł na chwilę pochłonięty rozważaniem niemożliwego i zmrożony przykrym wspomnieniem. To nie może być prawda… Nie wierzył w reinkarnację ani inne magiczne bzdury, wierzył za to w oszustów żerujących na emocjach. Ktoś wyszukał artykuł o śmierci dzieciaka i podesłał jego dorosłemu bogatemu przyjacielowi jego sobowtóra żeby wyłudzić pieniądze…
Mar nie spodziewał się, że jest podobny do wspomnienia, które znalazł w umyśle gospodarza. Czyżby popełnił błąd? Oparł się o kanapę swobodnie czekając na rozwój wypadków z niekrytym zainteresowaniem. Gregory stracił opanowanie, mieszanka lęku, złości i nadziei mieszała mu w głowie. Podszedł do chłopca i zabrał mu gitarę, uchwycił jego twarz w swoje dłonie by dokładnie przyjrzeć się jego oczom. Nie było w nich strachu. Była ciekawość i ten niesamowity odcień ufności, który kiedyś sprawił, że zakochał się w swoim koledze z podstawówki. Tamta miłość była platoniczna – choć odwzajemniona – ale teraz obaj byli starsi…
W miłosnym szale zatracili się kompletnie, jeden uciekając od wspomnień, w których miłość jego życia zostaje przez otoczenie skazana na śmierć i powoli ale systematycznie mordowana, drugi – w złożoności swojego partnera i jego świata.

Przygotowania

Minął tydzień a on już znał w tym mieście każdego, kogo warto było znać. Wszystko było już dokładnie zaplanowane. Nagrywał płytę w profesjonalnym studiu, miał już swój zespół i widoki na pierwszą trasę koncertową. Oficjalny początek jego kariery miał mieć miejsce na castingu do popularnego show w którym debiutowali ludzie o różnych talentach. Chodził do szkoły, żeby publiczność poznała go jako niepozornego ucznia. Wylądował w klasie z dziewczyną z chodnika. Mógł się założyć, że napisała o tym opowiadanie. Tak naprawdę znał je na pamięć, wydało mu się całkiem zabawne.
W tym opowiadaniu był dzieckiem z bogatej rodziny które jest nierozumiane i wycofane. Ona odkryła jednak jego wewnętrzne piękno i skrywaną wrażliwość i bardzo się w sobie zakochali. Na tym opowiadanie się kończy, dziewczyna najwyraźniej nie miała zielonego pojęcia, co dzieje się po tym jak ludzie już się zejdą. Nie miał zamiaru jej tego uczyć.

Pacjent

Sam po numerze z Gregorym nie narzekał na brak powodzenia. Gory był oczywiście załamany gdy zorientował się, co zrobił. Mar przekonał go, by udali się do zaufanego terapeuty Grega, słysząc rozpacz w zwykle przesadnie opanowanym głosie klienta doktor zaprosił go do gabinetu natychmiast. Ubrali się i pojechali. Mar został w poczekalni, ale nie nudził się przez te dwie godziny, gdyż został z klientami, którzy musieli czekać na swoją kolej. Okazało się, że to bezcenne kontakty, pan doktor leczył samych wpływowych ludzi. Nikogo mniej bogatego nie byłoby stać nawet na jedną wizytę.
Doktor uznał, że ta sesja była przełomowa i Gregory po dwóch godzinach wyszedł z zapuchniętymi oczami czując się jak noworodek. Podziękował chłopcu i zaprosił go do gabinetu – doktor bardzo chciał z nim porozmawiać. Gregory wiedział, że zostawia go w dobrych rękach i mógł z czystym sumieniem odejść, Mar nie miał zamiaru go zatrzymywać. Wiedział, że ten mężczyzna już spełnił swoją rolę.
Podkręcił ciekawość doktora deklarując, że poczeka aż obsłuży swoich planowych klientów – czym zyskał sobie ich sympatię – i zajął się umacnianiem już zdobytych kontaktów. Wisienką na torcie był sam doktor, który zamiast terapii zaproponował mu nocleg w swojej doskonale – do celów erotycznych – wyposażonej piwnicy. Pojechali do jego rezydencji czarnym stylowym bentleyem.
Doktor był szychą w środowiskach gejowskich i artystycznych, często się bowiem przenikały. Mar miał aż za dużo czasu, by całkowicie opętać podstarzałego amanta. Doktor wprowadził go do towarzystwa jako wschodzącą gwiazdę i zrobił wszystko, co w jego mocy, by zapewnić mu dobry start, a mógł naprawdę niemało. Mar mógł spokojnie przestać się starać, ciesząc się widowiskiem i poznając przedstawiane mu światki. Chłonął ich piękno i brzydotę, geniusz i potworność, ucząc się i wtapiając tak, że wydawał się w nowym środowisku najbardziej na miejscu.

Bohater

W szkole zrobił mocne wejście. Mieszkał teraz u znanego gitarzysty, który miał go zawieźć na zajęcia swoim nowiutkim porsche. Przygotował sobie strój, w którym miał wyglądać jak zbuntowany paniczyk. Znajomi charakteryzatorzy filmowi zrobili mu włosy i subtelny makijaż, który miał lepiej wtopić go w rolę, jednocześnie nie rzucając się w oczy. Stworzenie pozorów, że wygląd jest naturalny i wynika z nadmiaru środków psychoaktywnych, niedoboru snu i niedbałości zabrało im w sam raz tyle czasu, że musiał się spóźnić.
To był jego pierwszy dzień ale wiedział, że cała jego klasa będzie słyszeć pisk opon i pomruk silnika porsche i będzie przy oknach gdy będzie niedbale wysiadał. Uśmiechnął się złośliwie do licznych twarzy w oknach i założył ciemne okulary, których nie zamierzał zdjąć nawet w klasie. To, co dzieciaki uważały wtedy za szczyt bycia popularnym niezmiernie go śmieszyło. Szedł nierównym, rozkołysanym krokiem, jakby robił to od dziecka. W klasie trzasnął drzwiami, nie mówiąc nawet słowa podszedł do klasowego kujona w drugiej ławce i machnął mu głową dając do zrozumienia, by spadał. Dzieciaka rzecz jasna zatkało, więc zebrał jego rzeczy i rzucił na wolną ławkę w środku klasy. Wszystko upadło na blat, choć z pozoru wcale nie celował.
- Młody, pomyliłeś miejsca… - mówił zachrypniętym głosem, sporo trudu go to kosztowało poprzedniego wieczoru, bo przywykł krzyczeć tak, by nie niszczyć gardła. Jego nowy partner był zachwycony - zawsze chciał growlować ale miał niesamowicie piskliwy głosik, więc unikał śpiewu jak ognia. Gdy rozluźnili się przy butelce whisky darli się obaj nie zważając na sąsiadów i walory muzyczne ich wysiłków. Sam dźwięk jego głosu rozbawił go teraz na tyle, że w tym wyzywającym zdaniu było więcej śmiechu niż groźby, ale „młody” posłusznie zerwał się jak wystraszona kaczka i odfrunął do wolnej ławki.
Rzucił skórę na oparcie krzesła odsłaniając twarde jak kamień mięśnie rąk, które reszta wzięła za zwykłe mięciutkie mięśnie młodocianego pakera – pozera. Dziewczyny siedzące bliżej dostrzegły blade blizny na jego ramionach i westchnęły mimowolnie. Mar nie bardzo rozumiał, dlaczego według dziewcząt ślady samookaleczania były podniecające, ale wykorzystał to mimo wszystko. Jego blizny pochodziły z bitew i rytuałów, ale dla nastolatków wychowanych w czasach pokoju nie była to żadna różnica.
Opadł leniwie na krzesło zarzucając nogi na ławkę i splatając ręce za głową jak na amerykańskich westernach. Z przekąsem spojrzał na starą, grubą i piekielnie brzydką nauczycielkę, która zamarła ze zgrozy, jakby zobaczyła wcielenie Szatana. Zapowietrzyła się, by coś powiedzieć, ale przerwał jej:
- No, PANNO Grinder, wypadałoby przedstawić nowego ucznia. Mógłbym się poczuć niepewnie, czyż nie? – oczywista ironia w jego głosie sprawiła, że znów się zapowietrzyła. Wyglądała jak gotujący się czerwony czajnik, który zaraz wybuchnie.
- Panie Marc, pana zachowanie jest niedopuszczalne, co pan sobie wyobraża?! Jest pan w klasie, proszę zachowywać się godnie, bo…
- …bo co, panno Grinder? Bo każe pani klasie przynieść na zajęcia kamienie i przekona ich, że powinni mnie ukamienować? - kilka osób parsknęło, ale panna Grinder nagle zbladła. - …a każdego, kto się sprzeciwi pobije pani i zaprowadzi do pielęgniarki twierdząc, że mają niewyjaśnione krwawienie z nosa? Och, zapomniałbym dodać, że kazałaby pani pozostałym zacząć rzucać gdy tylko wyjdzie pani z pobitym dzieckiem z klasy… - Pani Grinder z wybałuszonymi oczami opierała się o tablicę brudząc przydki kostium. Niektóre dzieciaki jeszcze się śmiały, ale inne zaczynały odkrywać, że reakcja obwinianej wskazuje na jej winę, choć nigdy nie słyszeli takiej historii.
- Niestety, panno Grinder, to nie katolicka podstawówka, a szefem policji nie jest teraz homofob. Bo tylko tyle wystarczyło, by oczyściła się pani z zarzutów. Oskarżyła pani dziewięciolatka o bycie pedałem i wybaczono pani jego zabójstwo, bez wpisywania sprawy w akta. To ciekawe, że jeszcze pani żyje, tak na marginesie. Wie pani, że z tej klasy przy życiu zostało tylko sześć osób? W tym dwie są w psychiatryku, a jedna na wózku po próbie samobójczej. Faktycznie, ma pani wszelkie podstawy by uczyć kogokolwiek o godnym zachowaniu…
Skończył. Nikt już się nie śmiał. Wszyscy w klasie chcieli wiedzieć. Pani Grinder wyglądała, jakby miała się posikać ze strachu, wpadła na to, że może uciec dopiero, gdy policja była już cichutko pod drzwiami. Nikt nie zwrócił uwagi na kamerę zainstalowaną niedawno w rogu klasy, z widokiem na cały jej front. Ona ją zauważyła, gdy dostrzegła cień policjanta w mundurze szturmowym za drzwiami. Krzyknęła, że to nieprawda patrząc w oko kamery, ale Mar zaśmiał się, że z interpretacją jej mowy ciała nikt nie będzie miał problemów a fakty są oczywiste. Wyskoczyła przez zamknięte okno zabierając ze sobą pół futryny.
W toku późniejszego dochodzenia okazało się, że przez dalsze lata swojej pracy uzbierała większe grono ofiar. Nawet w tej konkretnej klasie były ofiary jej „niestandardowych” metod wychowawczych – kujonek jąkał się odkąd mściła się wymyślając mu od idiotów gdy zadawał pytania, na które nie znała odpowiedzi albo wypominał błędy merytoryczne. Była też kreatywna dziewczynka o bogatej wyobraźni i dobrym warsztacie pisarskim, która uznała się za wariatkę po tym, jak panna Grinder krytykowała jej wypracowania.
Mar w przeciągu jednego dnia stał się bohaterem całej klasy, po kilku dniach uwielbiała go już cała szkoła. Wyglądał „cool” i załatwił nielubianą nauczycielkę swojego pierwszego dnia w szkole, kto mógł to przebić?
09.03.2014
Debiutant

Nadszedł dzień jego „debiutu”. Poprzednią noc spędził z producentem, miał więc modne cienie pod oczami i zamiast wyróżniać się w kolejce po prostu odsypiał siedząc opartym o ścianę. Nie musiał się denerwować jak inni, wybrano mu popularną, banalnie prostą do zaśpiewania piosenkę. Nic nie mogło pójść nie tak.
Zmęczenie pokazało mu jednak swoje nieprzewidziane złe strony. Gdy odpoczywał świadomość mimowolnie kierowała się w stronę błagających o uwagę konkurentów. Było ich wiele, przekrzykujących się, śpiewających, tańczących, kłócących się i starających się sprzedać swoje rzewne historyjki każdemu, kto zechciał słuchać, szczególnie reporterom mającym znaleźć ciekawostki z poczekalni na potrzeby programu.
Miał się nie wyróżniać w tłumie. Publiczność miała go odkryć dopiero na scenie. Otaczały go jednak osoby, których intensywność wdzierała się w niego przemocą, nie pozwalając mu pozostać obojętnym. Była dziewczyna, która udawała łagodną lesbijkę, tancerka, podobno wybitna w samotnym tańcu. Wielka indywidualność. Swoją rolę grała bezbłędnie i wiedział, że publiczność zapała do niej sympatią. Tylko on wiedział, że ta „zbyt delikatna dla brutalnych mężczyzn” laleczka dorabiała w burdelu a ostatnią noc podzieliła między dwóch męskich jurorów.
Także jej umiejętności stały pod znakiem zapytania. Wszystko, co do tej pory osiągnęła zawdzięczała utalentowanemu, ale beznadziejnie w niej zakochanemu partnerowi. Nie tańczyła sama nawet w domu, nie licząc przygotowań do tego występu. Miała na koncie kilka zdobytych w parze pucharów, ale tutaj udawała nieprofesjonalną pasjonatkę. Uznał, że była najbardziej obrzydliwą istotą w kolejce, może dlatego, że jako jedyna mogła zagrozić jego pozycji.
Udając, że śpi zaczął wsączać w jej umysł wątpliwości. Uświadomił jej, że wszystko co miała zdobyła dzięki partnerowi a sama nie ma talentu. Reporterzy, którzy chętnie robili z nią wywiady przypisali jej nagłe wzruszenie determinacji. Mieli materiał na hit. A on – swoją szansę na publiczne zdemaskowanie oszustki. Podszedł i pogłaskał ją pocieszającym gestem proponując, by razem poćwiczyli, wtedy poczuje się pewniej. Zaproponował znany jej układ, mieli tańczyć w parze. Zgrabnie udawała, że myli kroki i jest onieśmielona.
Gdy kamery były blisko zaproponował udawanym szeptem, że może być jej tłem podczas występu, żeby nie czuła się zdenerwowana. Reporterzy podchwycili myśl. Nie mogła odmówić. Odmówiła jednak pokazania mu układu, tłumacząc, że ktoś mógłby podpatrzeć i naśladować, rujnując jej szansę. Twierdziła, że układ jest jej autorstwa. Kolejne kłamstwo. Bała się, bo miała tylko ten jeden, kupiony od starszego jurora za małą zabawę z jej ciałem.
Powiedział, że będzie improwizował. Poprosił reporterów o puszczenie dowolnego kawałka i zatańczył dla nich. Był tak naturalny i nieskrępowany, że przekonał wszystkich, że sobie poradzi. Ona uznała, że nie umywa się do jej poziomu i dzięki porównaniu z kimś gorszym wyda się jeszcze lepsza.
Nadeszła jej kolej. Udając skromność weszła na salę przesłuchań i uroczo pokłoniła się jurorom i widowni. Mężczyźni w jury doskonale udawali, że widzą ją po raz pierwszy w życiu i chcą ją zachęcić do otwarcia się i występu. Reporterzy przedstawili towarzyszący jej dla otuchy cień, nie wymieniając jego imienia ani nazwiska. Nie on miał być teraz oceniany. Jury dostało w słuchawkach pozwolenie od producenta, zaczął się pokaz.
Dziewczyna była świetna, jej piękne łabędzie ciało w świetle reflektorów nabrało siły i zdecydowania. Była pewna zwycięstwa, zapomniała o swoim cieniu i tańczyła z triumfalnym uśmiechem. Publiczność szalała – dziewczyna była piękna, a chłopiec towarzyszący jej w lekkim cieniu wykonywał ten sam co ona układ – znacznie jednak lepiej niż ona. W jego ruchach była pasja i doprowadzona do perfekcji dokładność, która tworzyła iluzję, jakby tańczył improwizując. Taniec dziewczyny przy nim wydawał się wypracowany i sztuczny, jakby robiła to bezmyślnie i bez serca.
Dziewczyna kłaniała się publiczności wyuczonymi w szkole tanecznej ruchami, nie wiedząc nawet, że to jej cieniowi wszyscy biją brawo. On skłonił tylko głowę i dyskretnie odszedł przypominając, że ocenie podlega tylko ona.
Jurorzy mieli problem. Obiecali jej to, co jej obiecali, ale w takiej sytuacji rozpływanie się w zachwytach było ryzykowne. Pozwolili jej zatem opowiedzieć swoją historyjkę. Mówiła z uczuciem, którego zabrakło jej w tańcu. Sala była cicha. Mówiła o samotnych tanecznych próbach i nigdy dotąd niespełnionym pragnieniu zatańczenia profesjonalnie. Mówiła o braku nauczycieli i wyrażała nadzieję, że układ, który stworzyła sama był wystarczająco dobry. Cisza.
Reporterzy poprosili o głos, by przedstawić na widowni kogoś, kto przez cały czas wspierał dziewczynę. Zbladła, nikogo miało nie być na przesłuchaniu. Gdy telebim ukazał jej nauczycieli i partnera opadła na kolana zakrywając twarz rękami. Nic nie powiedzieli, ale reporter przedstawił ich funkcje, publiczność widziała więc wyraźnie zakłamanie w jej przemowie. Przedstawiono też autora układu, któremu dziękował chłopiec – cień. Dziewczyna chciała uciec, ale zatrzymano ją – musiała wysłuchać oceny jurorów.
Mężczyźni byli dla niej łagodni, ale nie mogli głosować za nią. Od kobiet usłyszała ostre słowa. Groził jej proces za publiczne pogwałcenie czyichś praw autorskich, niezależne nawet od woli samego pokrzywdzonego. Wszystkie większe wytwórnie prowadziły teraz kampanie przeciwko piractwu i łamaniu praw autorskich, łagodne potraktowanie sprawy wykrytej w tak popularnym programie nie wchodziło w grę.
*
Producent zawołał go do swojego biura. Zostali sami.
- Przełożymy twój występ, miałeś być wokalistą nie tancerzem. Za tydzień nikt cię już nie rozpozna.
- Jeśli nie wystąpię dzisiaj to za tydzień mojej tożsamości będzie szukać każdy szanujący się dziennik. Poza tym mogę być wokalistą i tancerzem jednocześnie, puść mi tylko inny podkład. Coś mocnego i uczuciowego jednocześnie. Może być Florence Welch.
- Kobieta? Zwariowałeś, ona ma niemal operowy głos…
- Tak, ale dość niski, by nie przeszkadzał mi w tańcu.
- Skompromitujesz się.
- A tobie zależy? Im bardziej mi nie wyjdzie tym więcej zarobisz.
- Co racja to racja. Jesteś wariatem.
- Niedługo będę bardzo bogatym wariatem, a na takich mówi się co najwyżej „ekscentryczny”.

*

Miał wystąpić jako ostatni. Każdy chciał go wyciągnąć na lunch podczas przerwy. On znał już show biznes od podszewki. By zaoszczędzić na czasie i dać każdemu to, czego naprawdę chcieli, umówił się z każdym na krótkie spotkanie sam na sam.
Pierwszy był starszy juror. Z nim poszło najszybciej. Kilka minut w toalecie i był zadowolony. Następna była młoda jurorka, kontrowersyjna piosenkarka. Sfistował ją w jej garderobie zastanawiając się czy ktoś nie słyszy jej jęków. Ekipa musiała być przyzwyczajona, bo wszyscy zachowywali się aż za naturalnie, za to jurorka miała niesamowicie dobry nastrój.
Drugi juror miał zachciankę, która mogła mu utrudnić taniec. Mógł zesłać mu sen, w którym tę zachciankę spełnia i przekonać go, że stało się to naprawdę. Potrzebował jednak dowodów. Bycie sławnym jest niczym jeśli nie ma się haka na wszystkich. Dopiero wtedy zaczynają się pieniądze. Pozwolił zboczeńcowi na wszystko upewniając się, że malutka kamera działa i widzi wszystko. Ból był straszny, ale znajomy. Potrafił go ignorować do tego stopnia, by tańczyć jak dziewica przez kolejne godziny a potrzebował tylko dziesięciu minut, łatwizna.
Starsza jurorka wydawała mu się nieprzekupna. Trochę go zaskoczyła, gdy zaczepiła go, gdy wychodził z męskiej toalety po ostatnim „numerku”. Zdziwiła go, bo mimo ogromnego majątku z niesamowitym skąpstwem kompletowanego przez lata kariery, chciała od niego tylko pieniędzy. Spojrzał jej w jasne oczy. Prosty mały nosek, jasne włosy. Nikt nie oskarżyłby ją o bycie żydówką, ale on już wiedział. Zdjął jeden z wielu naszyjników, które odziedziczył po jednym ze swoich niezliczonych kochanków. Gwiazda Dawida z białego złota zalśniła w chciwych szarych oczkach jurorki. Gdy chowała skarb w staniku wyglądała jak stara wiedźma. Operacje plastyczne nie zakryją prawdziwej natury człowieka.
Myślał, że zadowolił już wszystkich, ale okazało się że w tej branży należy się jeszcze trybut dla dźwiękowców, kamerzystów i reżysera. Na szczęście panowie potrafili się dzielić i zajęli mu tylko resztę obiadowej przerwy. Uśmiechał się przez cały czas, nie dość, że po dzisiejszym dniu będzie sławny, to jeszcze filmiki przydadzą się nie tylko do szantażu. Jak już dostanie to, czego chce nagrania trafią za sporą kasę do bogatych zboczeńców. Nic tyle nie kosztowało ile porno ze sławami…

*

Ruszyła muzyka. Doskonała jakość i nagłośnienie. Doskonałe światła. Doskonały bezruch tancerza. Nie miał mikrofonu.
Zaczął się ruszać i nawet buraki, wynajęte by za pieniądze udawać widownię, kompletnie zamilkły. Prawdziwa sztuka wymusi uwagę nawet wśród najprostszych umysłów.
Zanim zaczął śpiewać wszyscy na sali byli oczarowani jego tańcem. Gdy usłyszeli jego głos, silny i swoją wibracją poruszający najgłębsze struny ich dusz wiedzieli już, że wygrałby nawet gdyby nie zrobił nic z tego, czego od niego chcieli. Głos donośny mimo braku mikrofonu, mimo dynamicznego tańca i mimo tego, co z nim robili przed występem. Każdy jego ruch był doskonały, swobodny, jakby był czystą emanacją muzyki, którą słyszeli. On był w transie a oni czcili go niczym boga, kontemplując każdy ruch i tembr głosu jakby był kapłanem wykonującym najważniejszy rytuał.
Gdy skończył nie było oklasków. W ciszy słyszeli jego oddech i podziwiali posągową pozę, która zdradzała przejawy życia jedynie intensywnym poruszaniem żeber. Dopiero gdy powstał i ukłonił się nieznacznie pochylając głowę wybuchł cały skrywany dotąd zachwyt i euforia. Nikt nie musiał wyświetlać napisu „tłum szaleje” żeby wszyscy wiedzieli, co robić. Po kilku dniach wiadomości prześmigiwały się w relacjach jak to widzowie spontanicznie zapewniali wykonawcy aplauz na stojąco, nawet jeśli oglądali tylko transmisję siedząc w domu lub w barze.
Przyjął imię Gabriela i w te dziesięć minut stał się najbardziej znanym celebrytą w kraju. Gdy reporterzy po jego występie przyznali, że to on był „cieniem”, który tak spodobał się widowni wcześniej, położyli tylko kropkę nad i. Bilety na jego koncerty sprzedały się w oka mgnieniu a wytwórnie zaczęły się bić o prawa do publikacji jego płyty, pomimo, że były one już dawno przyznane tylko jednej.
Wilk w owczej skórze

Jako Gabriel był pełnoletni. Uchodził za wyjątkowo małego jak na swój wiek chłopca. W rzeczywistości był mały jak na swój wiek, choć miał dopiero szesnaście. Trenował sztuki walki i kulturystykę, jego nagie ciało było piękne niczym manekin, proporcjonalne, umięśnione i smukłe jednocześnie. Pracował ciężko, by mieć chłopięcą sylwetkę. To, co innym chłopcom zapewniał stały dopływ testosteronu on musiał wypracowywać harówką na siłowni.
Geneza
Gabriel nie był jak inni chłopcy. Wiedział, że już od urodzenia nie był jak inni chłopcy. Przyszedł na świat świadomy. Jego niepełnoletnia matka zmarła przed porodem. Jego stary ojciec i dziadek jednocześnie był jasnowidzem i gdy wziął na ręce drobniutkie dziecię wycięte z martwego łona zobaczył, że jego potomek ma ogromny potencjał, który jednak zostanie zmarnowany przez jego seksualność.
Starzec wiedział, jak seksualność może skomplikować życie. Zapałał pożądaniem do swojej przedwcześnie dojrzałej córki. Ona pożądała jego, najpotężniejszego mężczyzny, jakiego znała. Chciała mieć dziecko i wiedziała, że nie może czekać. Kochali się jak wariaci, jakby różnica wieku i stopień pokrewieństwa nie istniały. Starzec wiedział, że tylko potwór mógł powstać z tego związku. Potwór zabił jego kochaną córeczkę. Potwór miał zmarnować potencjał, który mu z takim poświęceniem przekazali. Nie zastanawiał się długo i usunął noworodkowi narządy płciowe. Teraz jego seksualność nie mogła już przeszkadzać. Stał się idealnym obiektem badawczym.
Starzec prowadził eksperymentalny ośrodek dla uzdolnionych dzieci. Chciał je wychować tak, by wierzyły, że wszystko jest możliwe. Sam siebie uważał za uzdolnionego i wyjątkowego, chciał, by jego potomstwo wyróżniało się nawet wśród tych wybranych uczniów. Tymczasem jego żona po urodzeniu córki została bezpłodna. Rozstali się, gdy kobieta uznała, że jej mąż i córka wytworzyli między sobą niezdrową więź. Chciała zabrać dziecko, ale to on miał znajomości. Posiadanie genialnego potomka stało się jego obsesją. Jego kraj potrzebował zdolnych dzieci, więc wybaczono mu nawet kazirodztwo.
Potwór stał się oficjalnie sierotą skierowaną do ośrodka. Nie wiedziałby o swoim pochodzeniu, gdyby nie pamiętał tego, co wydarzyło się przed i po jego narodzinach. Wiedzę tą trzymał jednak głęboko w sercu. Starał się być normalnym, jak każde niekochane dziecko uczył się zachowywać tak, by zasługiwać na pochwałę i uznanie. Robił wszystko, czego od niego wymagano. Był posłuszny jak owieczka, nawet jeśli robili na nim przerażające testy lub kazali mu robić straszne rzeczy.
Dla naukowców zatrudnionych w ośrodku, którzy grali rolę opiekunów i nauczycieli stało się jasne, że chłopiec ma ogromny potencjał ale będzie go rozwijał tylko dopóki nie dostanie tego, czego pragnął najbardziej – akceptacji. Dlatego zaczęto go izolować od rówieśników, a z czasem także od innych dzieci. Nie mógł się zorientować, że wymagają od niego więcej, niż od kogokolwiek innego. Nie mógł wiedzieć, że większość innych dzieci nigdy mu nie dorówna. Nazwano go dzieckiem X i ciągle zmieniano opiekunów, żeby nikt się do niego nie przywiązał emocjonalnie.
Wszystkie ważne decyzje dotyczące dziecka X podejmował jego ojciec, choć w ośrodku uważano go po prostu za wybitnego naukowca. Większość załogi nawet nie wiedziała o tym, że chłopiec jest okaleczony. Testosteron podawano mu w dawkach, które umożliwiały mu prawidłowy rozwój. Gdy chłopiec skończył dziesięć lat ojciec uznał, że jego potomek jest gotów do następnego stadium swojego rozwoju. Miał opuścić ośrodek i zacząć – nieświadomie – infiltrować środowiska gejowskie, w tym społeczność pedofili.
Pod tym warunkiem władza zaakceptowała okaleczenie dziecka. Miało to umożliwić stworzenie szpiega, który wniknie w środowiska zboczeńców, jednocześnie nie stając się jednym z nich. Dziecko przekazano parze homoseksualnej w ramach sfingowanej adopcji. Jego nowe dokumenty określały go jako Jana Nowaka, a parka pedałów usłyszała, że rodzice chłopca zginęli w wypadku, więc powinni unikać rozmawiania o jego przeszłości.
Oczywiście geje nie mogli pochwalić się w środowisku, że kupili sierotę od skorumpowanego pracownika socjalnego. Bardziej wiarygodna była historyjka, że jeden z nich oddał spermę znajomej parze lesbijek a te nie mogły znieść dorastającego chłopca i go oddały biologicznemu ojcu. „Ojciec” tuż po przejściu na homoseksualizm zmienił swoje polskie nazwisko na Deere, gdyż znajomi nazywali go jelonek po tym, jak żona zdradzała go z kim popadnie. Chłopiec za odpowiednią opłatą dostał więc kolejne dokumenty określające go jako Johna Deere.
Szybko znaleźli się „przyjaciele”, którzy chętnie pilnowali malca gdy świeżo upieczeni rodzice chcieli wyjść na imprezę lub po prostu się zabawić. Mały John poznał, czym jest molestowanie. Jego nowi rodzice byli dumni, że tak szybko uczy się rzeczy, które przydadzą mu się do bycia pedałem. Nie wyobrażali sobie dla niego innej przyszłości.
John grał potulne dziecię. Wiedział, co będzie się z nim działo jeszcze przed opuszczeniem ośrodka. Jego prawdziwy ojciec osobiście zadbał o to, by wiedział, na czym będą polegały jego nowe obowiązki. Chłopiec pamiętał doskonale, jak stary doktor w przerażającym białym kitlu kazał mu zdjąć spodnie i się wypiąć. Starzec wsadził mu w odbyt jeden palec tłumacząc, że powinien się rozluźnić i pozwolić, by palec wsuwał się i wysuwał swobodnie. Później rozpiął spodnie i kazał mu polizać swojego penisa. Wyjaśnił, ze jeśli będzie to robił wystarczająco długo i dobrze, to każdemu mężczyźnie do penisa napłynie krew i zrobi z niego długi twardy palec. Jeśli trafi na pedała, to ten długi twardy palec wejdzie do jego odbytu, tak jak palec doktora przed chwilą.

Owca

Chłopiec nie był idiotą. Jego świadomość nie osłabła od chwili narodzin i choć nie zawsze tego chciał to zawsze, nawet we śnie, wiedział, co dzieje się wokół niego i co myślą ludzie, którzy go otaczają. Wiedział, że jest obiektem eksperymentu i wiedział, że teraz wywiad chce go wykorzystać by przedostał się tam, gdzie ich oficerowie nie mogą. Miał robić to co zawsze – chłonąć wszystko i na wszystko się zgadzać, a gdy wrócą po niego – zdać doskonały raport. Nie mógł z tym walczyć. Mógł jednak zrobić coś, co pomiesza im szyki – wtopić się w nowe środowisko jakby było jego własnym.

*

Pierwsze kilka zbliżeń było dla niego po prostu upokarzające i bolesne. On był za mały, oni niespecjalnie wielcy, ale za to pomysłowi i uparci. Po jakimś czasie ciało się przyzwyczaiło i stosunki przestały mu sprawiać taki dyskomfort. Odkrył, że naprawdę wystarczy się zrelaksować. Wtedy odczuwał innych tak wyraźnie, jakby był nimi. Te chwile zbliżenia bardzo mu się spodobały. Zaczęły go irytować granice, które utrudniały mu takie zbliżenie się do innych ludzi poza stosunkiem.
Wtedy też odkrył, że po stosunku z kimś, kto potrafi coś, czego on nie umiał nagle potrafi to robić, jakby potrafił od zawsze. Nauczył się śpiewać i tańczyć, grać na różnych instrumentach, był genialnym fotografem i nie musiał trenować dużo by osiągnąć perfekcję w malarstwie. Ukrywał swoje zdolności gdy zorientował się, że wzbudza zazdrość lub podejrzenia. Mógł jednak robić to wszystko gorzej, wtedy bardzo go doceniano za wysiłki. Odkrył, że bycie perfekcyjnym nie jest kluczem do bycia akceptowanym. Oddawanie swojego ciała komu popadnie – wręcz przeciwnie. Niektórzy mężczyźni potrafili go akceptować godzinami, jeśli zadowolił ich w łóżku.
Dostał nagrodę, o której zawsze marzył i której nie chciano mu dać w ośrodku. Nie mógł sobie wyobrazić powodu, dla którego mógłby się stać choć odrobinę mniej lojalny wobec tych, którzy go tu przysłali. Wysłali go do piekła, niech się teraz martwią, że w towarzystwie diabłów czuje się jak ryba w wodzie.
Czy naprawdę oczekiwali, że pozostanie niewinnym aniołkiem tylko dlatego, że wycięto mu penisa i jądra? Była masa mężczyzn, którym to nie przeszkadzało, tak naprawdę odcięli mu tylko możliwość założenia rodziny i współżycia z kobietą. Nauczył się wprawdzie rzeczy, które dawały im niesamowite orgazmy, ale wiedział, że każda kobieta prędzej czy później i tak wybierze prawdziwego mężczyznę, nie zależało mu więc na kobiecym towarzystwie.

Wilk

Odkąd wypuścili go z ośrodka zmieniał tożsamość wielokrotnie. Gdy po dwóch latach wywiad zgłosił się do niego obiecując, że pozwoli mu wrócić do ośrodka za informacje dał im to, czego chcieli. Miał już w swoim środowisku solidną pozycję i wszyscy go znali, szantaż na „seks z nieletnim” otwierał mu każde drzwi, ale nikt o tym nie mówił, więc opinię miał nieposzlakowaną.
Opowiadał agentom takie rzeczy, że uszy im się trzęsły przy notowaniu. Widzieli przed sobą awanse i zaszczyty. Rozgromioną społeczność gejowską i struchlałych celebrytów. Umówił się, że spakuje swoje rzeczy i odbiorą go rano. Dlaczego mieliby mu nie wierzyć?
Rano dzięki swoim kontaktom był już daleko od ojczystej Polski, gził się z Francuskim projektantem w jego paryskiej willi. I tu pełno było narodowców, więc jeszcze tego samego dnia odleciał do Stanów. Tam już od dawna wiedziano, że interesuje się nim Narodowy wywiad. Amerykańskie tajne służby powitały go jak bohatera, choć nie skończył dwunastu lat. Trafił do ich obozów szkoleniowych i odkrył w sobie talent przywódczy, który nie pochodził raczej od żadnego z jego dotychczasowych kochanków.
Niechętnie oddano go wojsku, ale ich szkolenia przydały mu się o wiele bardziej. Nauczył się bić i wzmacniać swoją kondycję. Wojskowi lekarze wiedzieli jak zmodyfikować jego profil hormonalny tak, by zaczął intensywnie rosnąć i nabierać masy. Było już za późno, by miał szanse stać się rosłym mężczyzną, ale nie musiał pozostać do końca życia dzieckiem.
Gdy miał czternaście lat skończył szkołę dowodzenia, wyglądając jak typowy osiemnastoletni rekrut z większego miasta. Tam ludzie rośli mniejsi. Miał metr sześćdziesiąt wzrostu, muskulaturę Bruce'a Lee i poczucie, że nic go nie zatrzyma.
Wojsko dogadało się z wywiadem, dali mu nowe papiery i armię. Polska chciała podbić Czechy. Czechy nie miały szans bez posiłków i Stany dyskretnie je zapewniły. Śmiał się widząc typowy wielonarodowy profil swoich żołnierzy. Oficjalnie wszyscy byli emigrantami z Czech. Użył tego jako żartu na start. Pozdrowił wszystkich podwładnych z Czech, stan Nowy Jork. Jego armia już go kochała.

*

Dwa lata na polu bitwy nauczyły go wiele. Polacy dogadywali się z Niemcami. Wiedział, że wojny nie wygra. Jego ludzie ze Stanów nie chcieli ginąć na obcym, obojętnym froncie. Czesi szczerze woleli się poddać i widząc, jak działania wojenne niszczą ich kraj zapałali nienawiścią do „sojuszników”. Nazwano go nawet Draco, łącząc smoka i Draculę.
Draco odkrył, że łatwiej jest prowadzić umierających niż żywych. Nabierał wprawy i wkrótce prowadził umarłych. Oficjalnie jego wygrane bitwy kończyły się śmiercią wszystkich podwładnych. W praktyce wolał najpierw sam ich zabić, żeby wrogie oddziały były zdezorientowane i poczuły powiew zwycięstwa i łatwiej wpadły w pułapkę gdy definitywnie martwi żołnierze zaczynali im sprawiać kłopoty.
Jego przełożeni chcieli go wycofać, ale on potrafił przedostać się do sąsiednich neutralnych państw i zebrać niezbędne fundusze i rekrutów na kolejne starcia. Mijały miesiące i USA triumfowało twierdząc, że narodowcy nie potrafią poradzić sobie nawet z Czechami. Nie chwalili się, że Czech już praktycznie nie ma a w samobójczych bitwach szalonego generała giną ich – coraz bardziej już nieliczni – europejscy sprzymierzeńcy.
Draco wygrywał bitwy i przegrywał wojnę. Coraz więcej europejskich państw rezygnowało z pozornej obojętności i przyłączało się do frontu. Narodowcy szybko się uczyli. Zorientował się, że coraz częściej walczy z ludźmi, którzy musieli pochodzić z jego ośrodka. Nie byli tacy, jakich ich pamiętał – zagubieni i słabi. Żadne z nich nie było już dzieckiem. Uczyli się od niego i coraz rzadziej zdarzało się, by mógł dwa razy wykorzystać ten sam pomysł lub strategię. Po walkach zombie przeszedł na obniżanie morale przeciwnika. Ustawiał się na bitwę, po czym przeciwnik orientował się, że nikogo tam nie ma. Gdy wracali do obozu donoszono im już o zniszczeniu najbliższego miasta.
Draco inspirował się swoim transylwańskim imiennikiem. Widok, który zostawiał w miastach miał zapaść obrońcom w pamięć do śmierci. Polacy jednak już od dawna byli uczeni, by robić to samo – wzbudzać postrach w przeciwniku. Robili to tak, jak wszystko inne – genialnie. Wkrótce nawet przeciwnicy Narodówki musieli przyznać, że lepiej jest być z nimi niż przeciw nim.
Draco postanowił wyjechać poza Europę i tam szukać nowych możliwości do kontynuowania walki. Gdy szukał odpowiednio „cywilizowanego” miejsca doszły do niego słuchy, że mniejszość europejska w Stanach z powodzeniem przekonuje opinię publiczną, że Stany Zjednoczone, które oficjalnie nie przystąpiły do wojny powinny poprzeć Narodowe tendencje w Europie.
Dla Draco było to absurdem. Wiedział, że to Stany Zjednoczone doprowadziły do wybuchu walk. Gdyby nie one Czechy oddałyby się w dyspozycję Polski bez jednego „ale”. Najprawdopodobniej w takim układzie jeszcze by istniały. Narodówka w Europie nabrała mocy właśnie w opozycji do potęgi Stanów i zalewu ich kultury. Pokój był niemożliwy. Europa nienawidziła Żydów, Masonów i Pedałów, świętej amerykańskiej trójcy. Ameryka z kolei nie mogła pozwolić, by silna Europa zaczęła dyktować warunki na świecie.
Dlatego szukając nowego miejsca werbunku postanowił wrócić do Stanów. Gdy zauważyła go ta dziwna dziewczynka wchłaniał właśnie strukturę Nowego Jorku, nieoficjalnej stolicy USA. Musiał zdobyć sławę i pieniądze oraz najważniejsze – materiały szantażujące wpływowe osoby w państwie. Czy Stany tego chcą czy nie, będzie wojna.
Wyrósł już z cieszenia się akceptacją odmieńców. Zaakceptował to, że nikt go nigdy nie kochał i kochać nie będzie. Tylko walcząc czuł się szczęśliwy. Unicestwianie istnień i przynoszenie cierpienia żywiło potwora, którym tak naprawdę był.

Wojna

Nie był jedynym, który pragnął wojny. Środowisko artystyczne mimo sentymentu do romantycznej walki o niepodległość nie mogło ryzykować swoich przywilejów i swobód, szczególnie seksualnych, dla obcej idei. Politycy nie widzieli innego wyjścia. Przeciwników było wielu, ale ustępowali zarówno bogactwem jak i wpływami lobby pro-wojennemu.
Łączył swoje koncerty z poborem do wojska, mimo, że jego fani nie wiedzieli o jego wojskowej przeszłości. Patriotyczne nuty i idealizowanie wojny w tekstach były wystarczającą zachętą. Współpraca z armią zmieniła jego teledyski w majstersztyki sztuki poborowej. Telewizja była pełna uśmiechniętych twarzy rekrutów, którzy powoływali się na „Gabriela”. W mediach określano go jako anioła pokoju – bo przecież amerykańskie wojska miały jechać po to, by ostatecznie zakończyć wojnę.
Dzięki swojej popularności nawet zbombardowanie Warszawy bronią atomową przed oficjalnym wypowiedzeniem wojny przeszło w Stanach bez echa. Gabriel uspokajał, że takie posunięcie ocali życie całej rzeszy żołnierzy. W istocie ocaliło życie żołnierzy „Rzeszy”, bo choć nowa Europa nie kontynuowała skompromitowanego po Drugiej Wojnie Światowej nazewnictwa, to duchowo kontynuowała dziedzictwo Rzeszy Hitlera.
Nawet amerykańscy dowódcy przed atakiem na Warszawę nie wiedzieli, że do tego czasu stolica Polski stała się swoistym gettem i zbombardowali ostatki swoich sprzymierzeńców. Nowy Polski rząd w Krakowie zacierał ręce. Zanim pierwsi amerykanie zdesantowali się na europejskiej ziemi ostatnie neutralne państwa przyłączyły się do Narodowców. Ekonomia Stanów ucierpiała szczególnie na utracie Szwajcarii, która mimo obietnic skonfiskowała wszystkie zagraniczne konta bankowe.
Był to więc dla ameryki zły start. Gabriel po cichu wspierał badania nad nową bronią, która miała zakończyć wojnę tak, jak ataki na Hiroszimę i Nagasaki zakończyły poprzednią. Jego naukowcy zdradzili go jednak, przekazując wyniki badań frontowi Narodowemu. Była to dla niego gorzka lekcja. Tak bardzo zaufał wiedzy o ludziach, którą zyskiwał w kontaktach z ich ciałem, że za pewnik brał także zaufanie, które wzbudzali w nim naukowcy, z którymi nie utrzymywał kontaktów intymnych.
Wywiad miał dość. Wojna szła źle, Gabriel stał się nagle bardzo wygodnym kozłem ofiarnym i karta przetargową jednocześnie. Oskarżono go o zdradę. Ujawniono jego Polskie korzenie i przeszłość jako Generała w Czechach. Generał był dla amerykańskiej opinii publicznej problematyczny. Wygrywał, choć nie wiedzieli jak i dlaczego. Ogólne skutki jego starań tylko pogarszały sytuację USA, choć nikt dotąd nie wiązał szalonego Czecha ze stanami. Dla oskarżycieli było jasne, że Gabriel był podwójnym agentem, wykorzystującym walkę na Polskiej granicy do zjednania jej sprzymierzeńców, pomimo iż to ona była agresorem.
Wszyscy szantażowani przez niego wpływowi ludzie nagle poczuli, że mogą się od niego uwolnić. Gdy wyszedł na jaw jego udział w tworzeniu nowej broni i fakt, że wszystkie dokumenty zniknęły wyrok był już przesądzony. Zamiast jednak zabijać kogoś, kogo większość szarych obywateli, w tym żołnierzy, uznawała za idola, mogli go sprzedać Narodowcom. Pozbyć się kogoś niewygodnego i jeszcze na tym zarobić – iście amerykański biznes.
Front Europejski po ostatnich starciach miał sporo amerykańskich jeńców, w tym popularnego dowódcę. Zaproponowano wymianę ich wszystkich w zamian za wydanie „Generała”. Taka była propozycja początkowa i posłowie amerykańscy byli skłonni na spore ustępstwa. Mieli bronić zaciekle tylko odzyskania owego dowódcy.
Prowadzenie obozów jenieckich było dla Narodowców kosztowne i ryzykowne. Nie chcieli niszczyć swojej dobrej międzynarodowej opinii plotkami o złym traktowaniu jeńców, a wiadomo było, że amerykanie nawet pięciogwiazdkowy hotel chętnie nazwą nieludzkimi warunkami, jeśli mają w tym interes. Delegacja zgodziła się na warunki amerykańskie bez jednego głosu sprzeciwu.

Transfer


Gabriel od czasu pierwszego procesu był w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Nadzieja, że więzienna społeczność szybko go uciszy rozwiała się, gdy już na pierwszym posiłku na wspólnej stołówce zabił kilku najagresywniejszych drabów ostrzem brzytwy przemyconej w odbycie. Była obsydianowa, a więc niewykrywalna i śmiertelnie ostra. Gdy strażnicy chcieli mu ją odebrać, po prostu ją połknął, oblizując wpierw ostrze z krwi. Trafił do szpitala, gdzie chirurgicznie go rozbrojono, po operacji przeniesiono go od razu do więziennej izolatki.
Dochodził do zdrowia szybko, układając sobie treningi jak najlepszy rehabilitant, ale więzienna dieta i brak hormonów robił swoje. Słabł, szykując się na śmierć. Miał nadzieję, że dzięki brzytwie zasłuży na karę śmierci jeszcze w stanach. Tą bardziej humanitarną. Nie udało się. Gdy próbował się powiesić na ramie łóżka zagrozili mu, że wróci do wspólnych cel. Z chęcią by to zrobili, ale wymiana została w międzyczasie uzgodniona i czekał go transfer do Europy.
Spodziewając się próby ucieczki nie powiedzieli mu o tym, co go czeka. Mimo to pogryzł do krwi oficera służby więziennej, który miał go skuć i zabrać na samolot. Spacyfikowali go strzelając nabojami usypiającymi. Oddelegowani do tego strażnicy bali się go tak bardzo, że zamiast przepisowego jednego do dwóch strzałów dostał sześć. Zapakowano go do samolotu w trybie przyspieszonym bojąc się, że nie dożyje wymiany.
Obudził się w samolocie czując okropny, rozlewający się po całym ciele ból. Udawał, że śpi, bo wiedział dokładnie, co działo się gdy był nieprzytomny i co go czeka gdy dotrze na miejsce. Czekał na odpowiednią okazję aż do lądowania. Wszyscy przypięli się pasami i zapomnieli o nim. Przy pierwszym wstrząsie udał, że spada z fotela i poturlał się po podłodze. Jego dozorcy bali się odpiąć. Wygrał. Jak strzała poturlał się do kabiny pilota. Zanim barany poodpinały się i dobiegły za nim wszyscy piloci byli martwi. Od pierwszego goryla zdobył pistolet i mając gdzieś zakaz strzelania na pokładzie zabił następnych. Potem rzuciło nim na drzwi, gdy samolot dotknął ziemi i na szybę, gdy rozpędzony wjechał w jakieś budynki na lotnisku.
Tym razem stracił przytomność do tego stopnia, że obudził się w szpitalu nie wiedząc, jak się tam znalazł ani kim jest. Ludzie wokół niego najwyraźniej też nie wiedzieli. Niewiedza bywa błogosławieństwem, dzięki niej zapadł w pierwszy głęboki sen w swoim życiu.

Rehabilitacja

Odzyskał pamięć dość szybko. Z początku miał koszmary, które zapominał po przebudzeniu. Później przebłyski wracały podczas codziennych czynności, ćwiczeń, rehabilitacji.
Lekarze cieszyli się, że błyskawicznie dochodzi do siebie. Mówili, że to cud, bo po takich obrażeniach praktycznie nie miał szans na przeżycie. Nazywali go Jankiem, nie wiedział jednak dlaczego. Nie mógł wiedzieć, bo i oni nie wiedzieli, że na wylot ze Stanów dano mu jego pierwszy, Polski paszport.
W całym szpitalu nie było ani jednego pedała. Raz przyszedł do niego przystojny lekarz, który wyglądał, jakby coś wiedział. Gdy usłyszał erotyczną propozycję swojego nowego pacjenta tylko się smutno uśmiechnął i pogłaskał go po głowie.
Pod wpływem spojrzenia i współczucia w gestach doktora zrozumiał, że to, co nauczył się robić z mężczyznami jest nie w porządku. Poczuł wstyd i bunt, że go do tego zmuszono. Po raz pierwszy w życiu nie mógł powstrzymać łez. Dziwny doktor wcale sobie nie poszedł, siedział po prostu patrząc gdzieś przez okno, co wcale nie pomogło mu przestać płakać. Teraz już całe jego ciało drżało, nie potrafiąc znieść nowego, wszechogarniającego uczucia. Doktor poszedł dopiero gdy jego pacjent, zmęczony płaczem w końcu zasnął.
Janek pytał później wszystkich, kim był doktor, który nic do niego nie powiedział i wcale go nie zbadał. Powiedziano mu, że to psychiatra. Zaproszono go gdy milicja badając wrak statku odkryła, że celowo doprowadził do katastrofy. Sine ślady na szyi po próbie samobójczej zidentyfikowano jako pochodzące sprzed wypadku. Nikt mu nie chciał powiedzieć, co sądzi o nim doktor po tej dziwnej wizycie.
*
Rehabilitacja szła dobrze. Miał spore szanse na pełne wyzdrowienie. Lekarz prowadzący dowiedział się od milicji, że samolot w chwili porwania był już w pełni przygotowany do lądowania, nie rozbił się więc, po prostu nie został zatrzymany na pasie i zderzył się z magazynem na drobny sprzęt.
Straty nie były duże. Poza pilotami i ochroną na statku nikt nie ucierpiał. Posłowie spokojnie dobili targu modląc się, by ich karta przetargowa nie umarła przed wydaniem wszystkich jeńców. Janek nie rozumiał, dlaczego wymieniono go na tych wszystkich ludzi i pozwolono zdrowieć bez żadnego nadzoru.
*
Przypomniał sobie ostatnie spotkanie ze swoim ojcem. Był już wtedy Generałem. Tylko dzięki niepozorności jego chłopięcego ciała udało mu się przedostać do Polski i odnaleźć ośrodek. Wpuszczono go. Starzec był już prawie ślepy i ledwie go poznał. W ośrodku były same małe dzieci, nikt groźny.
Z lekkim zażenowaniem wspomniał swoją gorącą przemowę obwiniającą ojca o uczynienie go takim potworem. Z satysfakcją przyznał, czym się teraz zajmuje. Obiecywał, że zniszczy Polskę, którą winił za swoje cierpienia na równi ze starym naukowcem. Do dziś denerwowało go, że starzec nijak się nie ustosunkował do swoich zarzutów, pozwolił za to swoim dzieciakom zaatakować napastnika, którego nawet nie rozumieli.
Ich atak był banalnie łatwy do odparcia, choć wiedział, że on w ich wieku by na to nie wpadł. Używali energii jakby byli w filmie lub komiksie. Jakby były pociskami, które mogą go zranić. Po prostu zabrał tą energię, żywił się ich strachem. Chciał zniszczyć cały ten budynek, sprawić, by pogrzebał jego ojca i jego nowe potworki.
Zamiast tego po prostu sobie poszedł. Wrócił do prawdziwej wojny i przeciwników, którzy chcieli z nim walczyć.
Teraz zastanawiał się, co stało się z tymi dzieciakami.
*
Jego ciało było już zdrowe. Lekarze mówili, że nic więcej nie mogą dla niego zrobić. Nie pozwolili mu jednak opuścić szpitala. Zaprosili, by zaczął pomagać innym pacjentom w rehabilitacji. To byłoby zbyt proste. Odmówił. Spędził całe popołudnie spacerując po zielonych i pachnących latem ogrodach wokół szpitala. Pod wieczór był już tak znudzony, że nie mógł wytrzymać sam ze sobą.
Poszedł do stołówki na posiłek. Jakaś pani poprosiła go, by pomógł jej zjeść. Była bardzo zawstydzona tą prośbą, ale była świeżo po udarze i nie kontrolowała jeszcze swojego ciała. Pomógł jej niechętnie, ale cierpliwie. Robił w życiu gorsze rzeczy. Zaimponował tym kucharce, która obiecała, że da mu specjalny deser, jeśli zacznie pomagać na stołówce. Od dawna potrzebowali kelnera.
Zgodził się pod warunkiem, że dostanie też małą pensję. Zdziwił się gdy usłyszał, że nie używa się już pieniędzy. Bardzo zdziwiona kucharka spytała, po co niby mu pieniądze? Odpowiedział, że chciałby sportowe buty i ubranie do biegania, może jakieś kąpielówki, bo widział w oddali całkiem spore jezioro. Pani w średnim wieku rozpromieniła się i powiedziała, że jeśli tego chce w zamian za pracę, to nie ma problemu. Praca okazała się banalnie łatwa, ale przynajmniej nie nudził się już tak bardzo.
Zgodnie z umową dostał swój sprzęt sportowy, teraz wychodząc ze szpitala nie wyglądał już jak pacjent. Biegi po rozległych terenach wokół szpitala go ożywiały. Jezioro było wyjątkowo czyste i przyjemnie chłodne. Zastanawiał się, jak to możliwe, że żyje w kraju będącym w stanie wojny a jest tak spokojnie.

*

Wkrótce spacery i praca, która ograniczała się tylko do godzin posiłków przestały mu wystarczać. Wrócił na dział rehabilitacji i zaczął pomagać pacjentom w treningach. Byli to prawie wyłącznie starsi ludzie. Traktowali go jak terapeutę a nie dziecko, jakim musiał im się wydawać, więc praca go wciągnęła. Rehabilitacja zajmowała mu jednak tylko poranki i gdy przyzwyczaił się do nowych obowiązków znów chciał więcej.
Lekarze widząc, jak dobrze sobie radzi zaproponowali, by pomagał pielęgniarkom. Pielęgniarki były zachwycone nowym pomocnikiem, zlecając mu najróżniejsze zadania. Najbardziej spodobała mu się sala operacyjna. Dowiedział się, że może się starać o przyjęcie na studia pielęgniarskie. W czasie wojny studia takie prowadzili lekarze w szpitalach i polegały one w praktyce na pracy pod okiem starszych stażem pielęgniarek. Gdy student opanował obowiązki na tyle, by być samodzielnym, dostawał dyplom. W międzyczasie musiał jeszcze zaliczyć testy z wiedzy anatomicznej i potrzebnej w danej specjalizacji wiedzy medycznej.
Anatomię znał odkąd zajął się kulturystyką. Wiedzę medyczną chłonął od dawna, podczas każdego pobytu w szpitalu czy zetknięciu się z lekarzem. Najwięcej dowiedział się ze stosunków z lekarzami – pedałami. Teraz nie mógł liczyć na taki sposób zdobywania wiedzy, ale zauważył, że im bardziej jego nowi znajomi go lubią, tym łatwiej może ich czytać i uczyć się od nich. Dostrzegł, że medycyna Polska, mimo pozornie niższego poziomu ze względu na sprzęt jest nieporównanie lepsza niż zachodnia.
Zdał egzamin na pielęgniarza instrumentariusza. Był pewien, że za jakiś czas będzie gotowy zostać chirurgiem. Jeśli tylko wypuszczą go stąd i pozwolą wyjechać na uniwersytet medyczny…
*
Janek zżył się ze szpitalem tak, że prawie zapomniał o swoim wcześniejszym życiu. Nie przeszkadzało mu, że po odstawieniu testosteronu zrobił się mały. Wciąż miał swoje metr sześćdziesiąt i smukłą, choć muskularną sylwetkę, ale wyglądał teraz bardziej jak maratończyk niż kulturysta. Wiedział, że za dużo biega i pływa, ale bez sterydów, których nikt by mu tutaj nie dał i tak nie miał szans na męską sylwetkę.
Nie przeszkadzało mu to, dopóki na rehabilitację nie przybył pierwszy żołnierz. Zbiegło się to z końcem wojny. Wydawało mu się paradoksem, że po podpisaniu traktatów pokojowych do ich szpitala zaczęli napływać wojskowi. Dowiedział się jednak, że ranni i podleczeni byle jak na froncie wracali do walki zaciskając zęby. Gdy konieczność znikła wracały problemy, często zwielokrotnione. Przenoszono też pacjentów szpitali polowych do tych bliskich ich miejscu zamieszkania lub o odpowiednim klimacie.
Szpital Janka miał przed wojną status uzdrowiska, był więc teraz popularnym sanatorium dla weteranów.
*
Pierwszy spotkany żołnierz spojrzał na niego tak, że miał ochotę natychmiast wyjść lub zapaść się pod ziemię. Lekarze i pacjenci mogli nie wiedzieć, kim jest ten nastoletni chłopiec, ale jego twarz znał każdy żołnierz. Rehabilitant prowadzący musiał o wszystkim wiedzieć, bo zawołał Janka i przydzielił go do żołnierza.
Chłopak poczuł, że się denerwuje. Jednym było dowodzenie bitwą, nawet zabijanie wroga a drugim spojrzenie mu w twarz podczas pokoju. Nie potrafił walczyć na spojrzenia. Dotąd albo ulegał mężczyznom, albo ich niszczył. Z tym nie mógł zrobić ani jednego, ani drugiego.
Zamknął oczy i podszedł. Próbował sobie wyobrazić, że wróg jest tylko niegroźnym staruszkiem. Jak zacząłby trening z normalnym pacjentem?
- Jakie miałeś obrażenia? – jego głos zabrzmiał źle. Słabo, drżąco. Chrząknął. Stanął prosto, dodał już z przepony: - Z czym mamy pracować?
Mocne brzmienie głosu pozwoliło mu otworzyć oczy i spojrzeć na żołnierza. Cisza. Mordercze spojrzenie stalowych oczu. Mężczyzna był ogromny, jak nic musiał trenować przed wojną. Janek zdał się na impuls. Zrzucił koszulkę, przyjął pozę kulturystyczną, która ukazuje klatkę i krzyknął z całych sił napinając wszystkie mięśnie.
Żołnierz nie wytrzymał i parsknął śmiechem:
- Z taką klatką to byś nawet żbiczka nie przestraszył. Miałeś już swój debiut?
Janek łapał oddech. Nie potrafił uwierzyć, jak szybko prawdziwy mężczyzna może przejść z bycia wrogiem do bycia przyjacielem, i na odwrót. Postanowił kuć żelazo póki gorące. Po chwili wiedział już, jaki plan treningowy dobrać dla weterana. Odciążyć źle zaleczoną rękę i podreperować formę po strzale w płuco. Będą spacerować i chodzić w wodzie, pływanie na razie odpadało.
Były kulturysta potrafił docenić profesjonalizm. Gdy kilka dni później przyjechali jego koledzy z oddziału i kilku innych wojaków uratował chłopakowi życie ściągając go z paska, który dla niego nowoprzybyli przeciągnęli na drążkach.
Janek miał dość taktu, by nie pytać, dlaczego „kolega” nie zainterweniował wcześniej. Siny na twarzy łapał oddech i grzecznie przepraszał panią sprzątającą za to, że zwymiotował na parkiet. Ślady na szyi trzymały się jeszcze przez tydzień a ponieważ nikomu nie powiedział, jak się ich dorobił zaniepokojeni lekarze wezwali znów pana psychiatrę.

Wizyta

Psychiatra pojawił się w pokoju Janka jak widmo. Chłopiec spał czujnie, szczególnie od przyjazdu weteranów, którzy w każdej chwili mogli zmienić zdanie co do pozostawienia go przy życiu. Nie usłyszał jednak otwieranych drzwi i lekarza, który w dobrze skrojonym białym fartuchu przysiadł na jego łóżku.
Janek uznał, że nieszczęścia faktycznie chodzą parami. Rzadko miewał koszmary, które były tak silne, że zmuszały go do nocnych majaczeń. Z reguły kontrolował się nawet przez sen. Podczas wizyty psychiatry przypomniały mu się jego najgłębiej skrywane tajemnice. Orgazm, który miała jego matka współżyjąc ze swoim ojcem już w ciąży. Doznanie to nie przypominało niczego, co później przeżył, więc gdy je sobie przypominał jego ciało automatycznie reagowało podnieceniem. Po chwili już płakał błagając ojca i dziadka, by nie wkładał mu palców w odbyt. Wił się mówiąc, że jego stary penis śmierdzi i on nie chce go dotykać.
Gdy te rzeczy faktycznie się działy potrafił ukryć wstyd, obrzydzenie i lęk. W snach jednak był bezbronny. Wspomnienia tego, co robił z nim ojciec mieszały się z tym, co robili z nim inni mężczyźni. W jego snach oni wszyscy mieli tę samą, obojętną twarz, którą zobaczył wracając do Ośrodka. Obudziły go własne mdłości, był tak rozpalony podnieceniem, że nie potrafił się uspokoić. Nienawidził się za to, co się z nim działo ale w tej chwili oddałby wszystko by ktoś go zgwałcił i zabrał to okropne podniecenie, z którym nie potrafił nic zrobić.
Ktoś złapał go za rękę. Podniecenie uderzyło go jak młot, zaczął skamleć i błagać by ten ktoś zaspokoił go, nie do końca zdając sobie sprawę, czy jeszcze śni. Silny, męski uścisk objął jego drugi przegub i rozkrzyżował jego ręce. Poczuł czyjś oddech na policzku i ciężar ciała na swojej klatce. Orgazm zalewał go falami wyrywając głośne jęki, choć mężczyzna nie zrobił nic poza unieruchomieniem jego tułowia. Był tak silny, że przypominał bardziej ból niż rozkosz. Zaraz za nim zalała go fala obrzydzenia do siebie i wstydu. Opadł z sił jak kukiełka. Mężczyzna puścił go i przez jedną chwilę Janek zobaczył jego twarz w świetle księżyca. Rozpoznał psychiatrę od razu. Wyraz obojętności i pogardy skrytej głęboko w oczach zadziałał na chłopca jak zimny prysznic.
Leżał w bezruchu z otwartymi oczami aż do rana. Postanowił, że nikt go już nigdy nie zobaczy we śnie. Nikt już nigdy nie pozna jego prawdziwych uczuć.

*
Nie pytał nikogo o wizytę psychiatry. Był uśmiechnięty i radosny jak nigdy. Starał się w każdej z wielu swoich prac i po udanej operacji, przy której asystował poprosił lekarzy o pozwolenie podjęcia studiów medycznych. Powiedział, że chce zmienić swoje życie i stać się przydatnym dla społeczeństwa. Jego dawny lekarz prowadzący poparł jego prośbę. Chirurdzy, którym asystował, też.
Kilka dni później dostał odpowiedź. Miał pojechać na nowo utworzoną uczelnię medyczną we wschodniej Polsce. Na czas nauki miał kontynuować pracę instrumentariusza w szpitalu klinicznym oraz mieszkać i opiekować się tamtejszą kostnicą. Lekarze, którzy popierali jego kandydaturę gratulowali mówiąc, że w ten sposób najwięcej się nauczy. Będąc blisko martwych ciał mógł ćwiczyć ile dusza zapragnie.
Janek uśmiechał się z lekko rozmarzonymi oczami. Nie mogli podejrzewać, że najchętniej sam stałby się martwym ciałem. Jak wygodnie, że lato właśnie się kończyło przynosząc początek roku akademickiego…

Kostnica

Podróż minęła mu szybko, choć okazało się, że miał do przejechania trzy przedwojenne kraje. Kolej wydawała się przedwojenna, ale działała z niespotykaną dotąd precyzją i efektywnością. Krajobraz za oknem zmieniał się szybko. Z krainy lasów i jezior dotarł w góry, które przed wojną nie były Polskie.
Uczelnia była maleńka, zajmowała tylko część starego zamku – warowni. Zamek był dopiero w trakcie przystosowywania do bycia uczelnią, szpital działał dłużej, bo jeszcze trochę przed wojną. Większość napotkanych pomieszczeń wyglądała archaicznie. Niektóre sale z kolei były wspaniale unowocześnione, szczególnie sale operacyjne.
Kostnica wyglądała jak ze średniowiecza. Położona była tak głęboko, że niemal poniżej fundamentów zamku, w skale. Nie potrzebowali tam systemów chłodzenia, bo mimo upalnego późnego lata na dole była temperatura równa lub niższa od zera. Gdy spytał, gdzie w takim razie będzie spał wyraźnie niechętny mu przewodnik pokazał mu tajne wyjście z zamku, które prowadziło na stromy, porośnięty świerkowym lasem stok.
Nieopodal była stara kuźnia, kompletnie zaniedbana. Janek nie mógł uwierzyć, że w środku wciąż był przedpotopowy sprzęt z piecem, kowadłem i skórzaną dmuchawą włącznie. Chata wklejona w skałę góry, na której stał zamek, nie nadawała się do zamieszkania bardziej niż lodowate wnętrze kostnicy, ale uznał, że może być, bo miała lepszy widok.

*

Praktycznie nie spotykał innych studentów. Większość jego spotkań z wykładowcami polegała na odpowiedzi na ich pytania i pogodzenia się z oceną, która rzadko była obiektywna. Wiedział, że go tu nie chcą. Nikt nigdy nie postawił mu dobrej oceny, choć czasami robił rzeczy, na których widok najlepsi chirurdzy robili duże oczy. Nawet bez wyciągania wiedzy z głów innych ludzi miał talent. Samotność i dwie uzupełniające się prace potęgowały jego umiejętności.
Gdy nikt nie patrzył chirurdzy, którym miał podawać narzędzia, pozwalali mu wykonać jakiś element operacji. Później i tak wielokrotnie odtwarzał całość na sprowadzanych z całej okolicy ciałach. Na zamówienie robił też sekcje zwłok, bardzo dokładne.
Przy tej ostatniej pracy odkrył coś, na co nie zwrócił uwagi nigdy wcześniej. Wykorzystywał już kiedyś ciała zabitych ludzi, nie przypuszczał jednak, że może wykorzystać też ich duchy. Ofiary zabójstw często mówiły mu, jak umarły i pomagały znaleźć dowody w swoich ciałach. Czasami duchy, szczególnie starszych albo inteligentnych ludzi, zostawały z nim na dłużej dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniami. Lubił ich towarzystwo, nie dyskryminowali go bowiem przez pryzmat jego przeszłości.
Kuźnia

Nikt się nie zdziwił, że wkrótce wolał towarzystwo martwych niż żywych i coraz rzadziej pojawiał się na bloku operacyjnym. Nikomu to nie przeszkadzało. Chirurdzy pozwalający mu uczestniczyć w operacjach byli karani towarzysko i woleli nie narażać się dla jednego studenta. Podawanie narzędzi od dawna go nudziło. Trudno mu było znieść, że musi obserwować, jak ktoś inny wykonuje kiepsko operację, którą on zrobiłby dużo szybciej i skuteczniej.
Miał też nową pasję. Śpiąc w starej kuźni poznał mieszkającego tam dawniej kowala. Był to pasjonat marzący o wykonywaniu zawodu jak za dawnych czasów. Chata nie była wcale taka stara jak początkowo myślał. Od nowego znajomego dowiedział się wszystkiego o metalu i jego obróbce. Dostrzegł tkwiące w tym procesie pierwotne piękno.
Spędzał godziny starając się odnowić kuźnię i odrestaurować sprzęt. Najgorzej szło ze skórzanym miechem, postanowił po cichu zastąpić stwardniałą na kamień skórę zszytymi razem warstwami innej, której miał pełno do dyspozycji. Zużyte w sensie medycznym ciała spalał w specjalnym piecu. Nikomu nie przeszkadzało, że niektóre z nich są niekompletne.
W końcu udało mu się uruchomić kuźnię. Wykuł sobie pierwszy sztylet. Później przetapiał i tworzył od nowa elementy, które wymagały naprawy. Eksperymentował z tworzeniem broni białej. Poznał kupca, który obiecał załatwić mu dostawy metalu i w ten sposób zaczął modyfikować od wewnątrz chatę tak, jak podyktowała mu fantazja i bieżące potrzeby.
Zrobił sobie ogrodzenie i komplet zamków, nowe, szczelne okna, w które wprawił lustrzane szyby. Pieniądze nigdzie już nie obowiązywały, ale za dzieła, które tworzył na wymianę zachwycony kupiec dałby mu niemal wszystko. Teraz nie musiał już szukać duchów. Zwabione aromatycznym dymem z jego pieca przychodziły same, dzieląc się wszystkim, co mogło zyskać uwagę niezwykłego młodzieńca.
Jego wiedza o świecie wkroczyła na całkiem nowy poziom. Dowiedział się, że operując odpowiednio sztyletem i swoją jaźnią może uzyskać odpowiedzi na pytania, których nie zna żaden śmiertelnik. Wiedział, że duchy często chcą go podpuścić, by dołączył do nich. Teraz, jak nigdy dotąd, nie chciał umierać. Ostrożność w badaniach na nic by mu się nie zdała. Za to docenił znaczenie szacunku przy zachowaniu poczucia własnej godności i czystości intencji bez popadania w populizm.

Gwiazda


Którejś nocy nie spał. Leżał na deskach kuźni już od kilku dni, nieruchomy i głuchy na wołania ludzi, którzy zaniepokojeni jego nieobecnością w zamku zaczęli go szukać. Zabezpieczenia sprawdzały się dobrze – nikt nie przedostał się do środka.
Leżał nieruchomo zapominając o jedzeniu i piciu. Jego ciało zaczynało tracić ciepło po tym, gdy ugasł ogień w piecu. Nic go jednak nie obchodziło. W jego umyśle ogień gorzał jak nigdy, sięgając z jego ciała do najdalszych gwiazd. Czuł się jednocześnie wędrowcem i ośrodkiem wszechświata, kruchy i potężny, nieskończenie mały i nieskończenie potężny.
Czuł się spokojny jak nigdy, za to w jego astralnych żyłach wrzała wojna. Nie chciał już żyć w świecie, gdzie jest wyrzutkiem. Nigdy nie był dość oddalony od ludzi, by ich obecność nie wpływała ograniczająco na jego myśli i uczucia. Zapragnął przenieść się do innego świata, na jakąś oddaloną gwiazdę gdzie bezmiar jego istoty będzie mógł rozgościć się swobodnie, nieograniczany. Jego pragnienie przeszukiwało planety i galaktyki, napędzane ogniem jego serca oddalało go coraz bardziej i bardziej, aż pozostał tylko pragnieniem i esencją swojej istoty. Czuł, że to, co było w nim ludzkie, zostawił już dawno temu.
Podróż w przestrzeni niepostrzeżenie zmieniła się w wędrówkę po ścieżce śmierci. Czuł, jak pozostawia za sobą wszystko, co znał, co wzbudzało w nim emocje, zarówno te przyjemne jak i bolesne. Czuł, jak ciało reaguje, jakby ktoś poderżnął mu gardło. Otworzył oczy i był jednocześnie w swoim ciele jak i na krańcu świata.
Widział, jak lekarz psychiatra unosi jego sztylet, czuł przed chwilą zimno stali przesuwającej mu się po szyi. Czuł wypływające z rany ciepło, ciepło krwi zalewającej jego ciało. Przez ułamek sekundy poczuł się zdradzony. Jednak wzrok, który posiadał jako istota będąca w krainie Śmierci widziała, że jego katem jest nikt inny jak Śmierć we własnej osobie. Przyjął dar i roniąc ostatnie łzy szczęścia oddalił się, wolny, do swojego nowego dominium.
Widział już jego zielonkawe światło gdzieś w przestrzeni. Wołało go i z radością szybował do niego przez czas i przestrzeń. Nie była to planeta, tak jak się wcześniej spodziewał. Był zieloną gwiazdą, która była już gotowa, by przyjąć go w siebie i eksplodować w nowy wszechświat.

Przebudzenie

Gdy obudził się, głodny i przemarznięty na znajomych deskach kuźni, poczuł rozczarowanie. Myślał, że to co przeżył było tylko pięknym snem. Czuł jednak, że jest w nim jakaś różnica. Nie potrafił jej jeszcze nazwać. Rześko pomaszerował do zamku, jakby nic się nie stało. Spotkane po drodze osoby patrzyły na niego z przerażeniem, jakby zobaczyły chodzącego trupa. Poszedł prosto do szpitala, z trudnego do określenia powodu chciał się zobaczyć z chirurgiem, który zawsze traktował go z szacunkiem.
Stary lekarz czekał na niego na przestronnym balkonie. Byli tam inni ludzie, ale nie zwracał na nich uwagi, bo żaden nie wyglądał znajomo ani wrogo. Stanął przed doktorem bez słowa. Czuł radość i dumę, choć nie potrafił określić podstaw do takiej postawy. Starzec wziął jego głowę w swoje ręce i patrząc powyżej jego oczu nadał mu nowe imię: Marcus.
Zamknął oczy, a gdy spojrzał na świat ponownie był on już innym miejscem. Zgromadzone wokół osoby były jego siostrami i braćmi, a starzec ojcem, którego nigdy tak naprawdę nie miał. Nikt nie patrzył na niego z wyrzutem czy pogardą, czuł, jakby wszyscy byli jednością.
Nie zdziwiło go, że jeszcze tego samego dnia dostał swój dyplom. Mimo krytycznych ocen w czasie nauki dyplom miał z wyróżnieniem, profesorowie gratulowali mu ukończenia nauki w tak szybkim czasie i młodym wieku, gwarantowali, że teraz może się udać gdziekolwiek zechce. Jego nowa rodzina zapraszała go do Krakowa i czuł, że to jest dla niego najlepsze miejsce. Nigdy tam nie był, ale na samą myśl o tym mieście czuł niezwykłą moc i gwarancję rozwoju.
Jeśli coś miało mu dać siłę do stworzenia własnego uniwersum, to był to właśnie Kraków.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: MARGOT

Post autor: Małgorzata » pn, 10 lis 2014 22:24

Margot pisze:Tak sobie myślę, że nie chcę tworzyć nowego wątku dla każdego opowiadania z osobna.
To będzie mój kącik i jeśli zaciekawi was coś, oburzy lub zdruzgocze błędami
to po prostu do komentarza dołączcie tytuł opowiadania.
Jeden tekst - jeden wątek. Taka zasada. Głównie po to, aby tekst łatwo było odszukać później. Nawet mnie (a pochodzę z epoki przedinternetowej) udaje się bez problemu otworzyć nowe okno, gdy chcę porównać kilka tekstów. To o wiele łatwiejsze niż szperanie po jednym wątku.
Twój tekst jest długi, więc komentarze będą się pojawiać z doskoku, z przerwami.

Zacznę - doskok pierwszy.
Zobaczyła go gdy siedział na chodniku, w samym środku tętniącego życiem miasta. Wydawał się zamyślony i nieobecny, miała dziwne wrażenie, że już go gdzieś widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie? Czy to przeznaczenie? Był do niej taki podobny, taki nieśmiały i zamknięty w sobie[,] a jednak bacznie obserwujący świat wokół, jakby nie był jego częścią. Jednocześnie był lepszy od niej – ona nie odważyłaby się tak po prostu usiąść sobie na środku chodnika[,] pozwalając, by tłum przechodniów mijał ją niczym wartki nurt rzeki opływający głaz.
Dla mnie za dużo "być".
Mam też niejasne podejrzenie, że brak podmiotu konkretnego w odniesieniu do bohatera-everymana (w obu rodzajach gramatycznych) zaraz się zemści.
Ona bałaby się, że zostanie zdeptana. Ktoś na pewno by na nią nakrzyczał i nazwał wariatką.
Już się mści, ale pewnie dalej będzie bardziej...
Bycie chłopakiem musiało być cudowne…
Na pewno za dużo "być".

e...zamiast przecinka wstawiłam kropkę... Nawet dwa razy... :X
So many wankers - so little time...

Jarosław Borawski
Sepulka
Posty: 61
Rejestracja: pt, 07 lis 2014 14:19
Płeć: Mężczyzna

Re: MARGOT

Post autor: Jarosław Borawski » wt, 11 lis 2014 00:27

To dawaj te z przemocą :D Masz jakieś ze zjadaniem bobasów?

Nie przeczytałem całości, więc są to błędy, które znalazłem w pierwszym podrozdziale "Aktor". Wiedz też, że nie jestem w żadnym wypadku specjalistą w dziedzinie poprawnego pisania. Dzięki sprawdzaniu twojego tekstu uczę się jak wyłapywać błędy w swoich. Mogłem się pomylić, ale to z pewnością ktoś mi wytknie i poprawi. Możesz liczyć, że następnie doczytam do końca i ocenie tekst od strony fabularnej, bo to jest dla mnie najważniejsze.
Chłonął miasto i starał się zrozumieć je i jego mieszkańców.
Zaimek nie potrzebny "Chłonął i starał się zrozumieć miasto, i mieszkańców".
Nie znał tu nikogo a potrzebował wpływowych znajomych i pieniędzy.
W zdaniach złożonych przed a stawiamy ",".
Cenili trochę pięknych ludzi, których mogli kupić, ale znacznie bardziej cenili tych, których nie mogli mieć nawet jeśli za nich płacili.
Mam wrażenie, że po pierwszym "cenili" powinien być ",". Mam problem z rozróżnieniem czy trochę cenili czy trochę pięknych. Przed "nawet" też bym postawił przecinek.
Jako artysta mógł stać się sławny i bogaty w kilka tygodni, jeśli się postara – nawet w kilka dni.
Następne zdanie i znowu "nawet".
Nawet działalność nielegalna nie dawała mu takiej możliwości i wiązała się z większym ryzykiem.
Trzecie zdanie i znowu "nawet". Raz możesz zmienić na "choćby", ale trzecie zdanie przebuduj.
Potrafił to wykorzystać już w przedszkolu by rozbawić grupę lub doprowadzić wroga do szewskiej pasji upokarzając go na oczach otoczenia.
Przed imiesłowem zakończonym na -ąc stawiamy przecinek. Poza tym dziwnie się czyta na "oczach otoczenia", ale tego już nie potrafię wytłumaczyć.
Była niegroźna, poznała go ale nie potrafiła zidentyfikować.
Przed "ale" przecinek.
Nikt w tym kraju nie potrafiłby; nawet gdyby przedstawił się imieniem generała, którym był w walczącym o niepodległość kraju.
A co tu robi średnik 0.o
Uroczy i wrażliwy… cechy, których według siebie nie miał, ale przypisywano je niezmiennie(...)
Wydaję mi się, że po wielokropku powinnaś zacząć z dużej litery, choć zasady są dosyć mętne i musiałbym siedzieć w twojej głowie, by to rozstrzygnąć.
Takie życie, nigdy nie zależało mu na wyglądzie, za to cenił praktyczne zastosowania swojego ciała.
Ja bym postawił kropkę przed "nigdy" i zaczął nowe zdanie. Powiem więcej, postawiłbym wykrzyknik. :D
W głębi bardzo chciała go dotknąć i upewnić się, że nie jest wytworem jej wyobraźni, ale tego nie przyznała by za żadne skarby, tym bardziej, że jego bliskość niespodziewanie bardzo ją podnieciła.
"jej" zaimek moim zdaniem zbędny. "Przyznałaby" piszemy razem. Zdanie ciężko się czyta.
Wybawił ją z kłopotu tłumaczenia się wstając na spotkanie ferrari, które jeszcze było za zakrętem.
Przed imiesłowami bla, bla, bla...
Wiedział też, że mężczyzna ten zatrzyma się i bez słowa weźmie go ze sobą, choć nigdy nie zrobiłby czegoś takiego.
Zaimek "go" nie potrzebny. Dość często popełniasz błąd wstawiania zaimka w niepotrzebnym miejscu. Inaczej mówiąc, po usunięciu zdanie nie traci na znaczeniu.
Wsiadł do otwierających się jeszcze w ruchu drzwi jakby to był jego samochód.
Tu już ktoś inny musi wytłumaczyć... Nie wsiada się do drzwi, tylko do samochodu, rozumiesz? To jest chyba błąd językowy.
Wciąż patrzył za okno drażniąc go tylko swoim półprofilem.
Przed imiesłowami bla, bla...

edit: usunięcie odstępów

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: MARGOT

Post autor: Małgorzata » wt, 11 lis 2014 01:02

Licho nie śpi... Znaczy, czytam. :P
Jarosław Borawski pisze:
M pisze:Chłonął miasto i starał się zrozumieć je i jego mieszkańców.
Zaimek nie potrzebny <tu znak interpunkcyjny by się przydał, choćby dwukropek>"Chłonął i starał się zrozumieć miasto, i mieszkańców".
Podkreśliłam błąd, który mnie wku...za. :X
NIEPOTRZEBNY (wyjątek, np. nie potrzebny, ale konieczny).
Ostrożnie z "nie". Jest NIEbezpieczne... :P
JB pisze:
M pisze:Potrafił to wykorzystać już w przedszkolu[,] by rozbawić grupę lub doprowadzić wroga do szewskiej pasji[,] upokarzając go na oczach otoczenia.
Przed imiesłowem zakończonym na -ąc stawiamy przecinek
Dorzuciłam ten przecinek.
Stawia się go nie tyle przed imiesłowami, co przed imiesłowowymi równoważnikami zdania. Znaczy, ten przecinek (lub inny znak interpunkcyjny) wynika ze składni zdania, nie z formy wyrazu => wszystkie części podrzędne zdań wielokrotnie złożonych oddziela się... zawsze.
W myśl tej samej zasady potrzebny jest też ten drugi przecinek, który również dostawiłam w omawianym zdaniu.
Tak tylko precyzuję, bo lepiej rozumieć ogólny mechanizm, nie tylko poszczególne przypadki. :)))

e... spacje zeżarło, poprawkę zeżarło... głodne jakieś...
So many wankers - so little time...

Margot
Sepulka
Posty: 11
Rejestracja: pn, 10 lis 2014 08:02
Płeć: Kobieta

Re: MARGOT

Post autor: Margot » wt, 11 lis 2014 09:10

Dzięki wszystkim za uwagi!

To przekonuje mnie, że jednak autokorekta worda nie wystarczy ;D
Chyba zainwestuję trochę czasu na przypomnienie sobie interpunkcji,
moja intuicja w tym zakresie nie zawsze działa.

Dzięki też za zwrócenie uwagi na "zagmatwane" zdania.
Zdania zbyt złożone to moja pięta achillesowa - sama wiem co chciałam przekazać,
więc nawet sprawdzając tekst często nie wyłapuję takich kwiatków.

Gdybym chciała opisać wszystko bez skrótów myślowych i uproszczeń
opowiadanie byłoby znaaacznie dłuższe. Nie mówię, że to źle.
Dotąd po prostu zapisywałam pomysły, które pojawiały mi się w głowie
kierując się zasadą, by zajęło to jak najkrócej. Najlepiej w jednej, dwóch sesjach.
Zanim inny pomysł przyjdzie mi do głowy. Nim stwierdzę, że poprzedni jest do bani i nie warto
tracić na niego więcej czasu...

Myślę, że to główna wada pisania do szuflady.
Nigdy nie wiem, który pomysł jest na tyle dobry, by popracować nad nim dłużej.
Może teraz się dowiem ;D

Teraz pytanie - jeśli poprawię tekst, to czy mam go zamienić czy wstawić w kolejnym poście?

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 92
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: MARGOT

Post autor: sprutygolf » wt, 11 lis 2014 09:32

Słówko o wielkości literek: piszemy państwo Ameryka, ale np. język polski, a w tekście zauważyłem coś dokładnie odwrotnego. Szanowna Autorka wyraźnie dała nam do zrozumienia, jaką ma opinię o obu państwach, ale bez przesady! ;)
Ja rozumiem, że mamy 2014 rok, więc geje i pedofile muszą (?) się pojawić. Ale chyba niekoniecznie w każdym akapicie? Za dużo tego. Instrukcję obsługi odbytu też można było darować czytelnikowi (niektórzy źle wychowani - ze mną na czele - lubią czytać przy jedzeniu, czy też: jeść podczas czytania?).
Gdzie te czasy Wellsa czy Lema, gdzie te opowiadania i powieści tak cudnie bezzz… seksowne!? ;)
Najważniejsze: nie załapałem, o co Autoru szło, nie pojąłem przesłania, nie zrozumiałem treści i po czwarte „nie”: przez jakiś czas nie mam zamiaru wracać do opowiadania, które wydaje mi się jakimś koszmarnym pomieszaniem z poplątaniem. W dodatku jako „bonus” otrzymałem: sztywny język, brak napięcia, zero dialogów przyśpieszających akcję… To nie dla mnie, z trudem dobrnąłem do końca. A, tego Krakowa też nie załapałem, a ponieważ robił za puentę, zapewne powinienem, tępak jeden!
Czy Szanowna Autorka mogłaby nakreślić krótki (góra na pół strony) opis wyjaśniający?
Może trochę złośliwości mi się tu wdało, trochę żółci ulało, przepraszam. Ale zarazem proszę o zrozumienie: cóż mi złagodzi ten bezmiar rozczarowania, którego doświadczyłem, gdy po kilku sekundach nadziei okazało się, że to nie TA Margot! Eeech, życie. ;)

Awatar użytkownika
Poc Vocem
Sepulka
Posty: 84
Rejestracja: śr, 01 lut 2012 19:57
Płeć: Nie znam

Re: MARGOT

Post autor: Poc Vocem » wt, 11 lis 2014 13:44

To mogłoby być teoretycznie interesujące opowiadanie - jakieś kilkaset lat temu. Motyw bohatera skopanego przez życie w każdy możliwy sposób został już dawno wyeksploatowany. Na dodatek Autorka sobie z prowadzeniem akcji przy użyciu tego sponiewieranego bohatera sobie nie radzi. Ponieważ tekst jest straszliwie długi, a seksem przesiąknięty skupmy się na tym zdaniu
[o orgazmie]Doznanie to nie przypominało niczego, co później przeżył, więc gdy je sobie przypominał jego ciało automatycznie reagowało podnieceniem.
Kontekst narzuca interpretację seksualną podniecenia, a mężczyzna pozbawiony jąder nie jest w stanie go odczuwać.

Zresztą jeszcze odnośnie tego nieszczęsnego seksu w tym tekście, jest go przesadnie dużo. Rozumiem, że Autorka postawiła sobie za cel stworzenie cherubinka, na którego leci każdy łącznie z psem mojej sąsiadki, tylko że to tak nie działa. Nie wszyscy faceci w showbiznesie są gejami i raczej nie będą, co pozwala się łatwo wykazać matematycznie wiążąc liczbę gejów w społeczeństwie i liczbę miejsc pracy. Wreszcie nie każdy gej i nie każda kobieta będą pożądać takiego cherubinka, niektórzy wolą włochate klaty, że tak to ujmę. A odnośnie gejów jeszcze to:
infiltrować środowiska gejowskie, w tym społeczność pedofili.
Jestem raczej osobą o poglądach prawicowych, ale nawet ja wiem, że pedofilia nie implikuje bycia gejem, wręcz niektóre badania wskazują, że więcej pedofili jest wśród kobiet (głównie efebofilia) niż mężczyzn. Ponadto mężczyzna-pedofil zazwyczaj nie przejawia zainteresowania dorosłymi przedstawicielami swojej płci.

Teraz przejdźmy do warsztatu. Ogólnie rzecz biorąc to nie jest opowiadanie, a ciąg powiązanych bądź nie (ewentualnie ja powiązania nie widzę) scen składających się na życie bohatera. Na dodatek narracja strasznie chaotycznie skacze. Niby cały tekst jest pisany zza pleców głównego bohatera, ale gdy Autorka ma chęć opisuje daną scenę bądź jej fragment zza pleców innej osoby. Wychodzi tu na jaw brak konsekwencji. Na dodatek większość akapitów to luźno rozrzucone myśli, cechuje to także opisy myśli bohatera. A to błąd, stworzyłaś osobnika socjopatycznego, kierującego się wyłącznie własnym dobrem. To musi być widać w tekście. Prosta, elementarna logika. Chcę jabłko, którego pilnuje ochroniarz? Zabijam ochroniarza choćby wbijając mu palce w oczy i bez żadnych wątpliwości moralnych zjadam owoc. Tu nie ma miejsca na wątpliwości moralne. Tymczasem to jest osoba, która regularnie ucieka przed przeszłością ("wielokrotnie zmieniał nazwisko") i ładuje się z własnej woli w ten sam bajzel. Bohater miał być rzekomo inteligentny, a przez to zdaje się dorównywać inteligencją kalafiorowi.
sprutygolf pisze:A, tego Krakowa też nie załapałem, a ponieważ robił za puentę, zapewne powinienem, tępak jeden!
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zadziałał tu prosty ciąg logiczny: Kraków -> miasto dresiarzy z maczetami -> idealne miejsce dla socjopaty.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: MARGOT

Post autor: Małgorzata » wt, 11 lis 2014 13:59

Autorko-pseudoniczko, poprawiony tekst możesz zamieścić w tym samym wątku, Doradzam jednak cierpliwość. W Twoim tekście natrafić można nie tylko na błędy językowe. Sprutygolf już zwrócił na nie uwagę, Poc Vocem rozwinął jeszcze, a na pewno pojawią się kolejne omówienia.
Moje pewnie też, choć w doskokach. :)))

Na razie jednak pozostańmy przy prostych zagadnieniach, czyli nadal błędach językowych.
M pisze:Pomruk nagle hamującego ferrari zwrócił uwagę połowy ulicy. Wsiadł do otwierających się jeszcze w ruchu drzwi[,] jakby to był jego samochód.
Pogrubiłam w powyższym fragmencie wyrazy związane ze sobą składniowo. Podmiot konkretny (rzeczownikowy) pierwszego zdania jest określany nie tylko przez orzeczenie w tym zdaniu, lecz również przez orzeczenie w zdaniu następnym. Nie wdając się w kombinacje, przypomnę tylko, że w języku polskim podmiot rzeczownikowy jest "silniejszy" niż domyślny lub zaimkowy => zdominuje każdy zaimek i zgarnie dla siebie każdy pobliski podmiot domyślny (w obu przypadkach wystarczy tylko, żeby zgadzała się liczba i rodzaj). Jak stało się w cytowanym fragmencie...
Wspomniałam, że unikanie rzeczownego podmiotu będzie się mścić coraz bardziej, prawda?
No i właśnie tak wygląda bardziej. :P

Ale to wcale nie koniec. Pomruk wsiada do... Podkreśliłam. Wsiada do drzwi. :X
Mnie się zdawało, że wsiąść można do samochodu. A drzwi trzeba zamknąć, co będzie bardzo utrudnione, gdy ktoś w nich siedzi...

I jeszcze przecinek dorzuciłam - wciąż wg tej samej zasady składniowej: części składowe podrzędne zdań wielokrotnie złożonych należy oddzielać.
Odczekał <z braku innych w ciągu podmiotem ukrytym będzie pomruk> chwilę, ryzykując, że wpatrzony w niego kierowca rozbije wóz. Jechali <pomruk i kierowca> za szybko. Wciąż patrzył <kto, pomruk czy kierowca?> za okno drażniąc go <do kogo odnosi się ten zaimek, do kierowcy czy pomruku?> tylko swoim półprofilem. Odwrócił się patrząc mu <nie wiemy, do kogo odnosi się orzeczenie, dlatego nie wiadomo, kto ukrywa się pod zaimkiem> w oczy i skręcając kierownicę, gdyż zbliżali się <pomruk, kierowca i pewnie półprofil też> do zakrętu. Wiedział <stawka rośnie: pomruk, kierowca, półprofil lub zakręt>, że nie musi mówić <jak wcześniej, do wyboru mamy coraz więcej potencjalnych podmiotów> już nic więcej.
W cytowanym fragmencie widać, jak unikanie podmiotów rzeczownikowych (konkretnych) wpływa na sens przekazu. Orzeczenia zostały pogrubione, podmioty podkreślone, w nawiasach "ptaszkowych" dopisałam możliwe podmioty domyślne - również podkreślone.
W niektórych zdaniach podmiot jest ukryty w orzeczeniu. Nazywamy go domyślnym, ale to nie oznacza, że mamy się domyślać, który podmiot jest ukryty w danym orzeczeniu => wiadomo, który: najbliższy zgodny.
Inaczej robi się bałagan i nie wiadomo, o kogo chodzi. Nawet gdyby brać pod uwagę tylko kierowcę i tajemniczego "pomruka", nie ma możliwości, żeby się domyślić, o którego z tych dwóch chodziło w orzeczeniu "wiedział".

Wiele razy powtarzałam, że po polsku bardzo trudno jest zrobić "everymana", nieokreśloną postać/bohatera ("każdego"), którego w języku angielskim wystarczy określić podmiotem "he" lub "she" (on lub ona - zależnie od rodzaju). Po polsku to tak nie działa, podmiotu nie można stale ukrywać lub zastępować zaimkiem, nam potrzebny jest rzeczownik w funkcji podmiotu, rzeczownik znaczeniowo ogólny, np. mężczyzna, chłopak, nastolatek, młodzieniec, małolat, osobnik, człowiek... cokolwiek, byle konkret. Bez rzeczownika składnia pogrąży tekst, zrobi z niego klasyczny bełkot. Tobie, M, zrobiła.
I wcale Ci nie współczuję. Zasłużyłaś sobie. :P

No, ale dość o składni. Składnia to suka, ale ortografia... Ach, ortografia to dopiero podstępna bestia. :P
(...) tego <dziewczynka z poprzedniego zdania, przyp.mój> nie przyznała by za żadne skarby (...)
Nie tylko interpunkcję musisz sobie odświeżyć, Autorko...
Pogrubione to błąd ortograficzny. Poprawnie w trybie przypuszczającym czasownika w formie osobowej piszemy: "dziewczynka przyznałaby" (dodałam podmiot, żeby było dobrze widać, jaką formę ma czasownik - nie, żebym musiała, przecież to orzeczenie, ale na wszelki wypadek).

No, ale to tylko "technikalia", treść jest przecież najważniejsza. Czepiam się, bo nic tak dobrze nie mąci treści, jak głupie błędy językowe.

Oczywiście nie tylko błędy językowe źle wpływają na treść.
Był wysportowany, ale pod nieco za luźnym ubraniem nie było tego widać. Już w podstawówce porównywano go raczej do białego Bruce Lee niż Hulka, choć z taką muskulaturą w tym wieku wygrałby każde zawody kulturystyczne.
Utknęłam na tym opisie, ponieważ nie bardzo rozumiem, o co chodzi. Wyobrażam sobie, jak różni się Bruce Lee od Hulka, OK. Ale to porównanie wyklucza kulturystykę, jak mi się zdaje, bo właśnie masa mięśniowa jest tym, czym się szczyci kulturysta (czyli Hulk)... Znaczy, mnie się wydaje, że w opisie jest sprzeczność.
I nadmiar "być" też jest, ale już nie będę podkreślać...

Kolejny opis, którego nie rozumiem.
W samochodzie praktycznie nie rozmawiali, choć po pierwszych kilku niezręcznych chwilach czuł się z nowym pasażerem niesamowicie komfortowo.
Chłopiec w tym czasie chłonął otoczenie. Podobało mu się. Duży, ciemny, bardzo męski salon, ani grama popularnej gejowszczyzny.
Najpierw to, co pogrubiłam, czyli umiejscowienie. Wskazujesz, Autorko, na zdarzenie, które dzieje się w samochodzie. Potem zaznaczasz, że w tym samym czasie bohater podziwia otoczenie - salon. Wychodzi, że ten salon mieści się w samochodzie.
Pochyliłam zwrot, który mi się nie podoba. Co to znaczy "chłonąć otoczenie"?
Podkreśliłam wyraz, którego absolutnie nie rozumiem. Nie mam pojęcia, co to jest gejowszczyzna, tym bardziej nie umiem wychwycić różnicy między odmianą popularną i niepopularną. Skoro to istotne, bo stanowi kontrast dla "męskiego" salonu, oczekiwałabym tutaj właśnie opisu, na czym polega gejowszczyzna i czy termin ten dotyczy tylko wystroju wnętrz (domyślam się, że niekoniecznie).
Nie bardzo też rozumiem, dlaczego ciemny salon jest męski i dlaczego ciemne drewno, skóra oraz kamień to wyznaczniki męskości? Znaczy, jasna płyta MDF, derma i np.poliester to wyznaczniki kobiecego stylu? Pomijając, że wydaje mi się to cokolwiek obraźliwe, przede wszystkim mam problem z percepcją tego, co opisujesz, Autorko. Nie twierdzę, że masz mi opisać dokładnie (duży pokój, ściany pomalowane na ciemne bordo, fotele skórzane ciemnobrązowe, meble z litego hebanu - po czym poznać, że nie płyta MDF? - dywan czarny, podłoga z ciemnej deski...), bynajmniej. Opis, że salon jest ciemny wystarczy zupełnie, ale po czym wiadomo, że męski? To wypada zaznaczyć. No i wtedy wyjaśnić też, dlaczego to nie gejowszczyzna.
Zastanawia mnie również przeciwstawienie, jakiego użyłaś. Znaczy: gejowszczyzna i męskość. Właśnie dlatego przypuszczam, że problematyczny termin dotyczy nie tylko wystroju wnętrz (przez analogię do "męskości", która też nie zamyka się tylko w kontekstach designerskich). Zwróciło to moją uwagę również dlatego, że męskości tradycyjnie i semantycznie przeciwstawiana jest "żeńskość" (kobiecość). Tutaj miejsce "żeńskie" zajmuje "gejowszczyzna", więc mam poczucie nierównoważności zestawienia. Znaczy, semantycznie coś tu nie gra...
I dlatego nie rozumiem, co właściwie opisujesz, Autorko. Brakuje mi nie tyle wartościowania (zawarte w tym opisie oceny są oczywiste), lecz wyjaśnienia, co właściwie jest wartościowane albo chociaż porównywane.

I kolejny opis, którego nie rozumiem. Rozbiję go na części.
Podszedł do leżącej w kącie gitary. Wszystko tu było na swoim miejscu, poza tą gitarą.

Co widać? Gitarę w kącie. OK, łatwo to sobie wyobrazić. Gdyby nie owo "wszystko". Znaczy, co? No, właśnie. Słówko, które od razu opis czyni niezrozumiałym, ponieważ wprowadza jakiś mętny ogólnik pozbawiony znaczenia konkretnego (nie wiem, stojak tam był, aparatura jakaś nagłaśniająca, odtwarzacz), jak również żadnego znaczenia dla opisu (ponieważ dalej nie odgrywa jakiejkolwiek roli w tekście).
Przejechał po strunach i wyczuł, że gitara nie była używana od dawna. (CIACH retrospekcję emocjonalną, bo nie ma znaczenia dla moich rozważań) Zaczął grać korzystając z pamięci gitary.
Kilkanaście lat grałam na gitarze, ale jakoś nie zauważyłam, żeby miała pamięć. Założę się jednak, że skoro długo tego instrumentu nie używano (bohater poznał to zapewne po warstwie kurzu, tak?), to przejechanie po strunach nie wystarczy, stroić trzeba, żeby cokolwiek zagrać czysto (a zagrał czysto, bo gospodarz rozpoznał melodię i nie zareagował zgrzytaniem zębów).
Znaczy, nie bardzo wiem, jaką gitarę opisujesz, na dodatek dla mnie zupełnie niewiarygodnie (ale drugi zarzut wynika pewnie ze zboczenia poinstrumentowego).

Mnie się zdaje, Autorko, że nie panujesz nad porządkiem opisu. Nie robisz selekcji informacji, zakładasz, że czytelnik się domyśli. Oczywistości, wspólnych doświadczeń, kodów kulturowych - tak, zapewne. Tego, co charakterystyczne dla Ciebie, co zwraca Twoją uwagę i Ciebie porusza - nigdy.
Dlatego musisz wskazać istotne elementy opisu czytelnikowi. Choćby to, jaka to gitara była.

Dobra, rozpisałam się. Odpocznę przy robieniu własnych błędów językowych, a potem wrócę... :)))
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 92
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: MARGOT

Post autor: sprutygolf » wt, 11 lis 2014 14:48

Parę zdań obrobię aby Autorka mogła dla kary, dla przykładu zjeść wszystkie pomału. Ferrari, porsche, bentley – marki aut z marzeń „blachary”, nie wiem, czy mam gratulować Autorce gustu? Scena z porszakiem mdła i nieprawdopodobna, oto bohater niedbale wysiada, (patrzcie, jaki jestem luzak), a cała klasa oczywiście przylepiona do okien, no ciekawe, że też nikt nie zakrzyknął: Won prymitywny pozerze!
Z przekąsem spojrzał
...jaaasne, a potem spomiędzy zmarszczonych brwi ochryple wyszeptał? ;)
na starą, grubą i piekielnie brzydką nauczycielkę
uhm, grunt to oryginalny opis postaci (czy przypadkiem nie była również źródłem uderzeniowej fali smrodu, emitowanego naprzemiennie przez spróchniałe pieńki zębów, jak i niedomyte cielsko?)
Zapowietrzyła się, by coś powiedzieć
Nie nie, protestuję! Są dwie możliwości.
1. To, co zrobiła nasza ulubiona belferka, nazywa się naukowo wdechem. Lub?
2. Zapowietrzyła się bidula ze złości - ale wtedy nie sposób słowa z siebie wykrztusić.
Skrót myślowy rozumiem, ale nie pochwalam, podobnie jak kolejnego:
Wyglądała jak gotujący się czerwony czajnik
Otóż gotujący się czajnik, a raczej to, co z niego zostało po stopieniu, można zapewne obejrzeć w porządnej hucie, gdyż temperatura wrzenia stali to jakieś 3 tys. stopni Celsjusza. Zakładam, że albo czajnik z gotującą się w nim wodą był pomalowany na czerwono, albo, co gorsza, chodziło Autorce o rozgrzany do czerwoności czajnik, a więc już bez wody, bo ta oczywiście zdążyła już sobie wyparować zanim czajnik osiągnął czerwoność, więc… niby co miało się w nim gotować? Oj, chyba sam się zagotuję ze złości! ;)
który zaraz wybuchnie.
Acha, więc chodziło o wodę, która mogłaby rozsadzić czajnik? Szkopuł w tym, że nie da się w ten sposób wywołać eksplozji, gdyż para nie wytworzy ciśnienia, albowiem ma aż dwa ujścia z czajnika, proszę osobiście sprawdzić! ;)
Pani Grinder z wybałuszonymi oczami opierała się o tablicę brudząc przydki kostium.
Nie istnieje słowo przydki, coś słabo ten Word sprawdził pisownię. Za tablicą przecinek bym wstawił, niech tam sobie walczy z brudnym i brzydkim kostiumem. Flekowania nauczycielki ciąg dalszy, jak widzę, hmm, jakieś szkolne wspominki? Co kto lubi! :)
Pani Grinder wyglądała, jakby miała się posikać ze strachu, wpadła na to, że może uciec dopiero, gdy policja była już cichutko pod drzwiami.
Jak wygląda osoba, która jakby miała się posikać ze strachu? Przecież ze strachu można się po prostu posikać i tyle, tracąc panowanie nad pęcherzem z powodu zagrożenia. Przecinek powinien być po uciec. Nie policjanci, a jakowaś policja była już cichutko pod drzwiami? Aaa, bo wcześniej owa policja gromko odśpiewała Starszy sierżancie, skąd te łzy? Jedno zdanie, a tak wiele radości! ;)
dostrzegła cień policjanta w mundurze szturmowym
Mało prawdopodobne, rozpoznać rodzaj munduru po cieniu? Ale niech tam.
Krzyknęła, że to nieprawda patrząc w oko kamery, ale Mar zaśmiał się, że z interpretacją jej mowy ciała nikt nie będzie miał problemów a fakty są oczywiste.
Znowu ten przecinek, po nieprawda i po problemów. O co chodzi z tą mową ciała, czyżby powstał jakiś nowy rodzaj dowodu przed sądem? Oskarżony poci się, jest dziwnie nerwowy, a więc jest winny? No, niby tylko w oczach naszego bohatera.
OK, wystarczy, myślę, że załapałaś, Szanowna Autorko? Obszerny tekst niestety wymaga duuuużo uwagi, powodzenia na przyszłość! :)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: MARGOT

Post autor: Małgorzata » wt, 11 lis 2014 16:51

Sprutygolf pisze:
M pisze:Wyglądała jak gotujący się czerwony czajnik
Otóż gotujący się czajnik, a raczej to, co z niego zostało po stopieniu, można zapewne obejrzeć w porządnej hucie, gdyż temperatura wrzenia stali to jakieś 3 tys. stopni Celsjusza. Zakładam, że albo czajnik z gotującą się w nim wodą był pomalowany na czerwono, albo, co gorsza, chodziło Autorce o rozgrzany do czerwoności czajnik, a więc już bez wody, bo ta oczywiście zdążyła już sobie wyparować zanim czajnik osiągnął czerwoność, więc… niby co miało się w nim gotować? Oj, chyba sam się zagotuję ze złości! ;)
Z powyższego wynika, że dobrze, gdy się zna frazeologię. Przydaje się, zwłaszcza przy tworzeniu porównań...
Jako ekspert od przypalania czajników powiem tylko, że czajnik pomalowany na czerwono pod wpływem wysokiej temperatury ma tendencję do zmiany barwy na odcienie ciemnego brązu do czerni. Znaczy, ta farba czy emalia spala się pewnie, ale metal pozostaje rozgrzany, lecz bynajmniej nie do czerwoności. :P

e... Znaczy, kontaminacja frazeologiczna wyszła, krzyżówka różnych zwrotów. "Gotować się ze złości/wściekłości", w tle pewnie był "wrzący gniew", a jeszcze pozostało "rozgrzewanie (się) do czerwoności" i "poczerwienieć z gniewu/wstydu/wysiłku/itp".

Modyfikacja zwrotów frazeologicznych jest OK, gdy ma sens. Zwykle ten sens wiąże się z kontekstem i łatwo dostrzec Autorską kreatywność językową. Kontaminacje jednak należą do przejawów "kreatywności", o której zawsze mówi się z przekąsem...

ee... Nie mogę się ogarnąć, więc o fabule niewiele dzisiaj powiem. Chyba że ktoś za mnie zrobi plan... :/
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: MARGOT

Post autor: neularger » śr, 12 lis 2014 10:06

Małgorzata pisze:e... Nie mogę się ogarnąć, więc o fabule niewiele dzisiaj powiem. Chyba że ktoś za mnie zrobi plan... :/
Ja zrobię. Jak przebrnę... co na pewno nie jest dobrym znakiem droga M.
A brnie się głównie przez orgię latających pogubionych podmiotów domyślnych.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Margot
Sepulka
Posty: 11
Rejestracja: pn, 10 lis 2014 08:02
Płeć: Kobieta

Re: MARGOT

Post autor: Margot » śr, 12 lis 2014 20:33

Przemyślałam sobie to "opowiadanie" jeszcze raz i zdecydowanie nie będę go jednak poprawiać.

Przykro mi, że mój debiut na tej stronie wypadł tak dziwnie.
Chciałam szybko zamieścić coś z dotychczasowej twórczości.
Za bardzo pospieszyłam się z wyborem pliku, padło na ten bo wydawał się w miarę kompletny.

Owszem, kompletny był, bo to w istocie pomysł na coś znacznie większego.
Wydarzenia streszczone w tym tekście powinny w zasadzie dzielić się na trzy części.
Każda z nich miała odzwierciedlać kolejną fazę rozwoju bohatera.

Sam tekst był tylko roboczym zapisem wydarzeń, które wymyśliłam śniąc o tej historii.
Dzięki waszym komentarzom wiem już, że większości z nich nie powinno być w wersji końcowej.
Były nieprzemyślane, niedokładne, ot impresje.

Znalazłam kilka zarzutów co do sensowności wydarzeń pod względem psychologicznym.
Cóż, w tej wersji NIE MA warunkowania zachowań, tła psychologicznego wydarzeń ani śladu po rozwoju osobowości bohatera.
Gdy to pisałam nie było potrzeby, by zamieszczać treści, które będą dla mnie oczywiste.
Oczywiste zaś są dla mnie dlatego, że ta nieprawdopodobna historia jest w zasadzie moim psychologicznym autoportretem.
Nie zapomnę, jak zepsuło mnie dzieciństwo, nie zapomnę nienawiści do świata i stałego poziomu gniewu,
który wywołał trwałe zmiany hormonalne w moim ciele.
Nie zapomnę też ile można osiągnąć jedynie wierząc w to, co się robi i robiąc to dobrze.

Głównym powodem, niekoniecznie świadomym, zamieszczenia tego tekstu właśnie tutaj było sprawdzenie Waszej reakcji.
Czy warto dla tego pomysłu poświęcić około dwa lata życia i przerodzić go w powieść?

Gdyby chociaż brakowało mi pomysłów może nie musiałabym się zastanawiać, ale pomysły tego rozmiaru "dostaję" średnio co dwa dni.
Wytrwała praca nad każdym z nich jest z zasady niemożliwa - pracuję, jestem w związku i w ramach hobby cały czas uczę się czegoś nowego.
Powyższy tekst "opowiadania" powstał w maksymalnie jeden / dwa wolne dni, czyli dokładnie tyle, ile mogłam bez żalu poświęcić.

Myślę jednak, że zrealizowanie tego w sam raz projektu może być dobrym ćwiczeniem.
Będę go sobie realizować w wolnym czasie a na łamach tego forum popracuję w sposób,
do którego zachęcała Małgorzata. KRÓTKIE, KOMPLETNE OPOWIADANIA.

Z tego, co widzę, ZakuŻone Warsztaty Tematyczne chyba już nie bardzo działają.
Spróbuję napisać opowiadania do dotychczasowych tematów ot tak, dla wprawy
i czekać na następne. Myślę, że dobrym pomysłem będzie też pisanie szortów
ćwiczących rady dla pisarzy - nigdy tego nie robiłam. Sądząc po moim niskim poziomie językowym
i stylistycznym raczej powinnam ;D

Awatar użytkownika
neularger
Wielki Cybernator Koronny
Posty: 7011
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: MARGOT

Post autor: neularger » śr, 12 lis 2014 21:03

No, cóż w takim razie nie ma co tego tekstu dalej męczyć. Językowo jest słabo. Fabuły tu nie ma w żadnym sensie, a tekst z każdym zdaniem robi się coraz nudniejszy, bo coraz bardziej jest po prostu zapisem, planem tego co ma być... Zamknięcia, zakończenia tu nie ma. Nie wiem też o czym tekst był, ponieważ nie ma tu także żadnej myśli przewodniej.
No i jeszcze jedno, Autorko, kwerenda zwana też riserczem jest ważna - kwestie medyczne stanowią istotną część tekstu - i niestety nie mają w większości żadnego sensu.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: MARGOT

Post autor: Małgorzata » śr, 12 lis 2014 22:42

Nie będziemy się znęcać?
Czuję się jak wampir, któremu zabrano sprzed nosa worek AB Rh+...
Sam tekst był tylko roboczym zapisem wydarzeń, które wymyśliłam śniąc o tej historii.
Dzięki waszym komentarzom wiem już, że większości z nich nie powinno być w wersji końcowej.
Były nieprzemyślane, niedokładne, ot impresje.
Były nieprzemyślane, niedokładne, sprzeczne, ale impresją nie można ich nazwać. Tekst był snem i impresją - Twoją - gdy należał tylko do Ciebie. Kiedy rzuciłaś go przed nasze oczy, stał się też naszą własnością. I przestał być impresją, bo impresja to takie coś do pobudzania wrażeń odbiorcy... To jedna z najtrudniejszych wypowiedzi literackich czy choćby nawet tekstowych, oprócz ironii, rzecz jasna.
Tak tylko nadmieniam, dla jasności...
Spróbuję napisać opowiadania do dotychczasowych tematów ot tak, dla wprawy
i czekać na następne. Myślę, że dobrym pomysłem będzie też pisanie szortów
ćwiczących rady dla pisarzy - nigdy tego nie robiłam. Sądząc po moim niskim poziomie językowym
i stylistycznym raczej powinnam ;D
Popieram pomysł wprawkowania. Możesz korzystać z tematów warsztatowych, tylko po co?
Gdyby chociaż brakowało mi pomysłów może nie musiałabym się zastanawiać, ale pomysły tego rozmiaru "dostaję" średnio co dwa dni.
No, właśnie. Skoro kreatywność nie jest żadnym wyzwaniem, po co Ci proteza z narzuconego tematu, który już został zrealizowany i omówiony?
Przecież forma opowiadania czy szorta to już wystarczające ograniczenie na początek. Nie jest łatwo sobie z takim ograniczeniem poradzić, gwarantuję. :)))
Tak tylko ostrzegam, bo narzucony temat nie jest ograniczeniem, lecz ułatwieniem. Na dodatek tracisz element zaskoczenia i nowości tekstu...
O prezentowanym tekście M pisze:Czy warto dla tego pomysłu poświęcić około dwa lata życia i przerodzić go w powieść?
Nie.
Być może jeszcze nie, nie wiem. Ty masz wiedzieć.
So many wankers - so little time...

ODPOWIEDZ