Zapomniany bóg

Moderator: RedAktorzy

Awatar użytkownika
troll
Strażniczka Onlajna
Posty: 475
Rejestracja: śr, 06 maja 2009 00:35
Płeć: Kobieta

Re: Zapomniany bóg

Post autor: troll » śr, 03 gru 2014 01:03

Neularger te opowiadanie miało tytuł roboczy "Na Fahrenheita - tekst testowy" Jego jedynym celem było znalezienie przez was moich niedociągnięć, dzięki czemu, gdy teraz piszę kolejne opowiadanie mogę nad nimi popracować. Fabuła była ostatnią rzeczą, o której myślałem. Ważne było dla mnie, by było krótko i żeby przećwiczyć rzeczy, których dowiedziałem się z książki o gramatyce. Dla jasności dodam, że w nowym opowiadaniu, które piszę - fabuła i innowacyjność też stoją na dalekim planie priorytetów.
Problem w tym, Jarku, że to nie jest opowiadanie, to jest wyłącznie tekst. W dodatku bardzo słaby z mnóstwem błędów na każdym poziomie.
Natomiast, jeżeli chodzi o tytuł, to jest on integralną częścią każdego utworu. Mnie, jako czytelnika, nie obchodzi, jakich zmian dokonywałeś w procesie tworzenia, obchodzi mnie jedynie finalna wersja. A przez tytuł właśnie, mogę interpretować tekst, tak jak zrobił to Neu. Tytuł niespójny z utworem to jest spore niedociągnięcie, nie mówiąc już o zupełnym nieprzemyśleniu fabuły.

edit. KNS, dodałam cytat.
„Najcenniejszym darem dla dobrego pisarza jest wewnętrzny, odporny na wstrząsy wykrywacz gówna”
E. Hemingway

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17083
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Zapomniany bóg

Post autor: Małgorzata » śr, 03 gru 2014 03:10

Jarosław Borawski pisze:Neularger te opowiadanie miało tytuł roboczy "Na Fahrenheita - tekst testowy" Jego jedynym celem było znalezienie przez was moich niedociągnięć, dzięki czemu, gdy teraz piszę kolejne opowiadanie mogę nad nimi popracować.
Przede wszystkim to - liczba pojedyncza, bo "te" odnosi się do liczby mnogiej. I to, co zaprezentowałeś, nie jest opowiadaniem.
Nagłówek za to wybrałeś odpowiedni - to tekst.
Tytuł natomiast dałeś zupełnie nieprzemyślany, na co już zwróciła uwagę Trolla.
Do "niedociągnięć" pozwolę sobie wrócić potem. :P
Fabuła była ostatnią rzeczą, o której myślałem.

I właśnie dlatego nigdy nie napiszesz opowiadania. Opowiadanie ma bowiem fabułę. To element konstytutywny, czyli fundamentalny.
Komentujący przede mną mówili o tym, zwłaszcza Neu. Do wprawek gramatycznych wystarczą ćwiczenia na zdaniach, ale na poziomie literackim ćwiczy się fabułę.
Z literaturą jest ten problem, że język w niej jest narzędziem i tworzywem. Gramatyką i treścią - w uproszczeniu... yyy... kolosalnym uproszczeniu.
Jarosław Borawski pisze:Ważne było dla mnie, by było krótko i żeby przećwiczyć rzeczy, których dowiedziałem się z książki o gramatyce.
Gramatyka jest istotna. Trzeba ją opanować, bo znajomość reguł pomaga sprawnie formułować zdania - a zdania to uporządkowanie myśli.
Utwór jest organizacją zdań. Strukturą uporządkowanych myśli.
Jest tylko jeden haczyk: trzeba mieć co porządkować.
Jarosław Borawski pisze:Dla jasności dodam, że w nowym opowiadaniu, które piszę - fabuła i innowacyjność też stoją na dalekim planie priorytetów.
To nie będzie opowiadanie, skoro olejesz fabułę. To będzie zbiór wypowiedzeń. Tekst.

No to się ustosunkowałam. Ale chciałam wrzucić tu trochę przemyśleń ogólnych, jakie mi zostały po lekturze tekstu. Do komentarzy Przedpiśców nic nie mam więcej do dodania, więc pozostaje mi tylko tak sobie trochę pogadać. :)))

Mówimy (a nawet piszemy), jak myślimy. Myślimy pojęciami. Znaczeniami. Wyrazami. Zaskakujące, ale nasz indywidualny zasób słownikowy odzwierciedla to, w jakim zakresie i jak postrzegamy rzeczywistość. Kiedy używasz pojęć w błędnym znaczeniu, fałszujesz rzeczywistość. Swoją. A ja widzę, jak ją fałszujesz. :P
Oczywiście dotyczy to tylko sytuacji dla polszczyzny jako języka rodzimego.

Ale niezależnie od języka, mechanizmy obronne są chyba te same wszędzie.
Użyłeś wyrazu "niedociągnięcia" wcześniej. Nie, Jarku, niedociągnięcia są wtedy, gdy przy szybkim pisaniu zgubisz literę, spację, poprzestawiasz kolejność wyrazów, wyjdzie ci niezręczna składnia w jednym czy dwóch zdaniach. To są niedociągnięcia.
A Ty robisz po prostu błędy.
Mnóstwo błędów.

Gramatyka na to pomoże, przynajmniej częściowo, ale do rozwiązania języka, do flirtu z literaturą, potrzeba czegoś więcej. Zasobu pojęć. Potrzebne jest kombo: gramatyka i słownik. Znaczy, dobrze, że czytasz podręcznik do gramatyki - dostaniesz w pakiecie zastrzyk słownikowy. Wzmocnij się jeszcze czytaniem SJP, codziennie 10 słówek przed snem, jak paciorek. Nie, to nie żart. Skoro ćwiczysz mięśnie, musisz zadbać o kościec, żeby miały się na czym trzymać. :P
Bo mam wrażenie, że Ty się zmagasz z jakąś barierą w języku. Prawie jakby polszczyzna była dla Ciebie językiem obcym...

Wybrałeś trudną ścieżkę, taką selektywną. Interesują mnie wyniki, bo większość z nas, którzy robimy w literaturze, ma za sobą zwyczajne szkolenie kompleksowe => odrobiliśmy kanon lektur szkolnych, a potem dołożyliśmy sobie więcej.

No, to tyle podsumowań. Jeszcze został mi tekst M. i rozważania poboczne, czyli offtop, ale najpierw muszę powalczyć z własnymi barierami. Językowymi i mentalnymi. :)))

e... uzupełnienie...
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 92
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Zapomniany bóg

Post autor: sprutygolf » śr, 03 gru 2014 20:46

Coś dodam od siebie, lwy chyba już się nażarły, może teraz hieny się załapią? ;)
Przecinki pszecinki pżecinki pszszsz... orty ortografy babole ortowe aghrrr…
Wróć Autorze do podręcznika gramotnego, wróć koniecznie! Przeczytaj go 2-3-4-151 razy, a potem dopiero wróć do pisania, mając pod-ręcznik pod bokiem. Pod ręką. Pod nosem! ;))
W szoku przestałem uciskać ranę, chwilę później rąbnąłem się w nią o jakiś stalagmit.
– Jasiu, co się stało?
– Uderzyłem się!
– Ale gdzie?
– W korytarzu!
– Ale w co?!
– W klamkę!!
To był chyba mistrz Niziurski. A ten Twój stalagmit wymiata… rąbnąć się w ranę o jakiś stalagmit? Żeby choć: stalagmitem się rąbnąć. W tę ranę... na rany Chrystusa! W musk. Se. Dać. Któren z czachy wypływając odgłosy wydawał: plusk, plusk. Do rymu z takim jednym łgarzem- eurokomisarzem o niemal najwyższej na świecie pensji. Hehe, nie przejmuj się, to tylko luźne, sprute uwagi, takie-tam (no proszę, aż tyle tu tych przecinkowców… od cholery, no nie?).
Wraz ze mną musiała spaść tu jakaś gałąź, jakiś drąg. Jest!
Gałąź jest czy też drąg jest? Bo gałąź ok. Ale drąg: znaczy taki kapit… wróć, znaczy taki pozbawiony gałęzi, obrobiony kawałek drewna, a skoro obrobiony, warto zapytać kto i kiedy go przygotował tak sprytnie, wręcz specjalnie dla naszego bohatera… Ouu, czyżby to nie był „ktoś”, a jedynie „coś”, czyli chciejstwo Autora?
– Nie mógł tak po prostu zniknąć. Szukać! – Rozkazał zakapior na powierzchni.
W końcu hubka się zapaliła. Jasne światło pochodni rozświetliło korytarz w jakim się znajdowałem. Muszę iść, mimo bólu, zanim dostrzegą światło.
Zakapior już tuż-tuż, u góry, praktycznie nad głową? STRACH ogarnia! A nasz bohater zamiast przycupnąć i oddech wstrzymać co robi? Spokojnie sobie… ogień krzesa?! A to półgłów jeden samobójczy. Równie dobrze mógł zaśpiewać wielkim głosem: „Jak niełatwo… w takiej chwili… mądrym być! Słońce zachodzi za mój horyzont itd.”. Jasne światło pochodni rozświetliło korytarz, a zakapior co, ociemniały? Znaczy - fuj z politpoprawnością - ślepy czy co? Oj, kochani, może (p)odpalimy wszystko co się da, a potem spalmy te mosty, o Panie nasz*, Korrrba mać! ;)
– To musiało być miejsce kultu. Jeśli tak, gdzieś tu musi być inne wyjście.
Czy naprawdę każde miejsce kultu ma inne wyjście? I nie chodzi mi o ateizm! ;)
Postanowiłem obmyć ranę w wodach fontanny, ale wpierw przyjrzałem się bliżej posągowi, z którego licznych pęknięć wyciekał życiodajny płyn.
Ech, te postanowienia… ileż razy rzucałem palenie 7, 8? Stan obecny: dwa lata nie palę, co jest bezpośrednim skutkiem lektury poradnika autorstwa Allena Carra, polecam... ekhemmm… każdemu! ;) Bo to naprawdę działa, sam byłem w szo… no, sam się zdziwiłem srodze. Albo rzucanie picia (piję, a co, póki co). Tak czy śmak: liczba mnoga wód fontannowych już była dogłębnie omówiona przez neulargera, więc tylko taki detal: „życiodajny płyn”. Ów płyn tak mi się jakoś płynnie i jednoznacznie skojarzył (bo jestem facet, to pewnie dlatego) ze stadem haploidalnych żyjątek, wściekle wywijających witkami w swym lemingowym wyścigu o wszystko, w którym tylko pierwsze miejsce się liczy. No nieważne, napijmy się! ;) Piąte piwo, kiedyś czytywałem felietony Oramusa w Feniksie. Hm, to może off-topowo pojedziemy klasykiem?
– Łódki… takie łódki…
– Co mówisz? – pochyliłem się nad nim.
– Z kory brzozowej… wycinałem, mały… daj…
– Tu… tu nie ma kory brzozowej…
– Tak… ale gałązki… bez… daj…
Skoczyłem do stołu. Pęk suchych gałązek stał tam w szklanym naczyniu. Kiedy z nimi wróciłem, już nie żył.
Taka lektura to dopiero było przeżycie dla szczeniaka bytującego w komunistycznej beznadziei! Dech zapierała, łzy wyciskała. A teraz... naszła mnie refleksja: przecież ta cała kora brzozowa ni chu-chu nie nadaje się do robienia łódek… owszem, pisać na niej się da, a i rozwarstwiać można. A łódki, takie łódki… to ja robiłem z kory sosnowej. Koniec offtopa! :)
Obmyłem ranę i skosztowałem wody.
Raptownie zacząłem wydmuchiwać powietrze przez nos, jakbym musiał pozbyć się zapachu smrodu.
O zapachu smrodu już pisał Iwan, ja tylko zwracam uwagę na przedziwne zachowanie bohatera: to picie wody po obmyciu rany… woda o smaku krwi była zapewne?
Wziąłem następny wdech i poczułem zapach, którego przecież nie powinienem znać. Umiałem dopasować w myślach ten zapach do obrazu.
Pytania do bohatera. Skąd wziąłeś ten wdech, z półki supermarketu? Skąd wiedza o tym, że danego zapachu nie powinieneś znać, przecież? Dlaczego nie powinieneś znać tego zapachu? O jaki obraz chodzi? Czyżby o słynny pisuar Marcela Duchampa, o przedziwnym tytule „Fontanna”? ;) A może o jego największe dzieło (?) „Panna młoda rozebrana przez swoich zalotników, jednak” (tzw. Wielka szyba).
Nie mogłem uwierzyć, co spowodowało ów wiatr – to skrzydła. Moje, szerokie na półtora metra każde, skrzydła.
I znowu ta Korrrba* przychodzi mi na myśl: „Armie głupoty skrzydła swe rozwiną, na szy-ybach skona świt”. Nic dodać, nic ująć. No to kończę! :)
* polecam odsłuchać „Składam broń” dla przypomnienia, jakie kiedyś – nie tak dawno przecież – teksty pisano, jakie melodie komponowano, ile uczucia wkładano w wykonanie. A dziś co ma nas rajcować, że ona tańczy dla mnie? Widząc ptaka cień? ;)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17083
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Re: Zapomniany bóg

Post autor: Małgorzata » czw, 04 gru 2014 02:21

Sprutygolf pisze:Ech, te postanowienia… ileż razy rzucałem palenie 7, 8? Stan obecny: dwa lata nie palę, co jest bezpośrednim skutkiem lektury poradnika autorstwa Allena Carra, polecam... ekhemmm… każdemu! ;)
Sprutygolfie, nie uderzaj więcej w ten stół, bo ostre narzędzia mogą Cię skaleczyć, jak spadną z blatu... :P
Ekhem. Ale nie o tym miałam.

Miałam o tekście M., który pojawił się w tym wątku jako komentarz do tekstu JB.

Były pewne wątpliwości, czy go zostawić, ale przecież nie wycinamy tekstów z ZWF. :P
M. pisze:Pisząc to chciałam pokazać, że tekst Jarka jest mimo wszystko inspirujący.
Jarosław chyba nie zwrócił uwagi, ale mnie rzuciło się w oczy. "Mimo wszystko"? Znaczy, że w ogóle to napisał marny tekst (co niestety jest prawdą), ale do czegoś się jednak przydał?
Powiedziałabym, że to trochę deprecjonujące, ale... Ale przeczytałam oba teksty. :X

Bardziej jednak niż wydźwięk, zaintrygował mnie kontekst => tekst pojawił się jako dowód, że nawet słaba praca jednego Autora in spe może być inspiracją dla drugiego. No, drugiej. Dodam nawet, że tekst JB okazał się inspirujący nie tylko dla M. - Neu popełnił autotematyczny dialog z udziałem personifikowanej wyobraźni i logiki. Znaczy, nie ma żadnych przeciwwskazań, aby zabraniać tego innym...

Jednakowoż cel "twórczości" Neulargera jest oczywisty, wykazanie błędów w tekście JB.
Cel Margot bynajmniej tak oczywisty nie jest... Na ile mogę się domyślać, chodziło o prosty przekaz: "Patrz, Autorze, i płacz". Znaczy, ten zainspirowany tekst został pokazany jako przykład...
Tylko czego?
Bo jak się stawia coś za przykład, to w celach dydaktycznych pewnie. Znaczy, przykład ma pokazywać, co i jak. A ponieważ tekst zainspirowany, czyli ów przykład, stanowił komentarz dla Autora tego wątku, postanowiłam zweryfikować jego (tekstu, nie Autora ani wątku) walory jako pomocy naukowej.

No to do dziełła!

Po pierwsze, spójność językowa.
Gdy byłem zwykłym mężczyzną wystarczyło zagrać wyglądem i każda dziewoja była moja.
Kwintesencja. W jednym zdaniu zwrot kolokwialny "zagrać wyglądem" (a przynajmniej na taki wygląda, bo nigdy się z taką frazą nie zetknęłam) i dość archaiczna "dziewoja".
No, albo-albo. Albo narrator, który już trochę długo żyje na tym świecie, używa starszej wersji języka (co by świadczyło, że przez parę stuleci siedział w ukryciu i do nikogo nawet gęby nie otworzył), albo współczesnej (zwykle w kontaktach z użytkownikami dokonuje się up-grade języka, ale ta współczesna opcja języka narratora ma jeszcze jedną zaletę, o której Autorka nie pomyślała - wrócę do tego przy treści).
Łączenie tworzy tylko dysonans poznawczy i nieszczególnie dobrze wygląda w czytaniu.
Świadczy też, że postać nie została przemyślana => podstawą kreacji bohatera (zwłaszcza, gdy takim bohaterem jest narrator) powinien być właśnie język (bo narrator spersonalizowany gada jak najęty).
Zbójnicy mnie gonili. Prawie mnie usiekli! Ze strzałą w bebechach czołgałem się przez krzaki i modliłem, by nie zarobić następnej.
I znowu. Najpierw jakaś próba archaizacji języka (choć ze zbójnikami byłabym ostrożna), a zaraz potem współczesny kolokwial pełną gębą.
Tak naprawdę pomyślałem coś mniej artykułowanego (ciach!)
O, właśnie. Bohater-narrator ujawnia, że słownictwo mu się cokolwiek rozwinęło. Nie rozumiem zatem jego potrzeby cofania się do języka bardziej prymitywnego. No, chyba że w tej dziczy przez parę stuleci się ukrywał, ale nie wynika z tekstu, wręcz przeciwnie, panienki rwał na prawo i lewo, czyli kontakty podtrzymywał, język up-grade'ował (żeby bajerę, czyli elokwencję mieć).
Ale nie o tym chciałam. Dlaczego on POMYŚLAŁ coś mniej artykułowanego? Przecież myśl z duszy leci szybko...

Po drugie, błędy językowe.
To nie łatwe

Mądrej głowie dość dwie słowie. A ja już chyba czwarty raz powtarzam, że "nie" z przysłówkami w stopniu równym pisze się łącznie. Tylko w zdaniach z przeciwstawieniem i zaprzeczeniem występuje pisownia rozłączna (ze względu na kontekst), np. nie łatwo, ale szybko.
Jestem na bieżąco z trendami, bajera leci[,] a ona <ta bajera, jak mniemam?> nic, tylko chce wiedzieć[,] jak się przemieniłem. Czy jestem wampirem[,] czy latającym wilkołakiem?
Interpunkcja by się przydała.
Warto też wiedzieć, że zaimek "ona" nie jest w polszczyźnie osobowy, lecz osobowo-rzeczowny. No i można go bez problemu odnieść do "bajery" (osobiście uważam, że to słowo jest jednak rodzaju męskiego i nie bardzo rozumiem, po co kolokwializować kolokwializm).
Nie mam super mocy
To jakaś zaraza, żeby nie stosować pod żadnym pozorem pisowni łącznej? Bo "super" z pospolitymi zawsze się łączy => superman, supermocarstwo, supermoc. Znaczy, jeszcze jeden ortograf, a to przecież krótki tekst...

Po trzecie, znaczenia.
atrakcyjne wyjaśnienia
O ile można powiedzieć, że "wyjaśnienie jest atrakcyjne" (opcja snobistyczna, zamiennik do banalnego "podobało mi się"), o tyle zestawienie "atrakcyjne wyjaśnienie" wydaje mi się cokolwiek bez sensu. Pewnie dlatego, że "atrakcyjność" jest przede wszystkim wizualna, a tutaj kontekst wizualność wyklucza.
przemianą w groteskową imitację posągu.
No to warto sprawdzić, co znaczy imitacja.
Z lektury tekstu Jarosława wiem, że ten narrator mógł się przemienić co najwyżej w imitację bóstwa, ale z posągiem byłby problem. Znaczeniowo już jest.

Po czwarte, logika.
to już nigdy nie przeleciałbym żadnej cielesnej panienki
A skąd wie, że przeleciałby bezcielesną? Po drugiej stronie go przecież nie było, przeżył atak zbójców, a potem się przemienił. I jak twierdzi, nie umiera, choć powinien. Chciejstwo.
Patrzę w jej maślane oczy i wyobrażam sobie, że jej cipka rozchyla się równie zachęcająco
Znaczy, że cipka rozchyla się jak oczy?! Maślane czy nie, chyba jednak poza zasięgiem anatomii. A mężczyzna, który, jak sam twierdzi, "nie ma celu w życiu, poza zaliczaniem panienek", chyba już trochę anatomię tej części kobiecego ciała powinien znać. Znaczy, porównanie mocno niezręczne, kreacja bohatera niespójna.
Gdy byłem zwykłym mężczyzną wystarczyło zagrać wyglądem i każda dziewoja była moja. Może nie każda, ale lubię tak myśleć. Musiałem być przystojny zanim to się stało.
I do czego mam odnieść zdanie pogrubione (powinno być oddzielone przecinkiem od poprzedniego tak na marginesie)?
Wiem oczywiście, że nie odnosi się do grania wyglądem czy wyrwania każdej laski, ale składniowo właśnie tak wychodzi...
ludzki mężczyzna
W przeciwieństwie do okrutnika i brutala, czyli "mężczyzny nieludzkiego"?
To złożenie nie występuje w znaczeniu dosłownym, raczej metaforycznym (analogicznie do "ludzki pan", czyli dobry). Naprawdę nie widzę powodu do wyzyskiwania dosłowności, czyli do takiego nadopisu, zwłaszcza że okoliczności przyrody nie wskazują, że trzeba => narrator jest na Ziemi, mężczyzn innego rodzaju nie ma (narratora nie wliczam, bo jak sam twierdzi, jest bestią, stworzeniem Nocy - chociaż nie wiem, czemu wielką literą ta "noc", przecież nie chodzi o wampira).

j
ak jej zależy, to krwawy pocałunek mogę jak najbardziej złożyć, bo kobiety z okresem już dawno przestały mnie brzydzić

Naprawdę tylko z tym mu się skojarzył krwawy pocałunek? Zwłaszcza, że to narrator miał go złożyć, więc co do tego miało krwawienie u kobiety przed złożeniem tegoż pocałunku, pozostaje poza moim zasięgiem zrozumienia. Semantycznie poza zasięgiem.
Rozhisteryzowała się tak bardzo, że nawet mi się nie chciało jej łapać, gdy zsunęła się z balkonu
Jak mogła się zsunąć? Balkony projektowane są tak, że "zsunięcie się" raczej nikomu nie grozi (z wyłączeniem tych małych potworków bez szyi, czyli dzieci, rzecz jasna). Z cytowanego fragmentu nie wynika w żaden sposób, że panienka wyskoczyła z tego balkonu celowo, czyli nie popełniła samobójstwa, tylko tak przypadkowo wypadła...
Sprawdziłam na swoim balkonie - przypadkowo raczej bym nie zleciała, musiałabym na balustradę się wdrapać. Znaczy, albo błąd semantyczny, albo rzeczowy.

Po ostatnie, organizacja treści, czyli kompozycja i fabuła oraz postacie.

Kompozycja jest OK => ramowa, z retrospekcją w środku.
Wygląda tak:

Akapit 1: Sytuacja na balkonie, on i ona, noc. Narrator (on) myśli o sobie i swojej przemianie w bestię, przez co musi rwać panienki na elokwencję, bo na wygląd już nie może. I to właśnie robi, wyrywa oną, czyli panienkę. Panienka chce wiedzieć, jak narrator się przemienił, czyli chce znać PRAWDĘ, a narratorowi to nie przeszkadza.

Akapit 2: Retrospekcja, czyli streszczenie (tak, ten kawałek jest streszczeniem) tekstu Jarosława. Z drobną modyfikacją - bohater opowiada, co go spotkało, i stwierdza, że nie ma celu w życiu poza rwaniem panienek, czyli nic się nie zmienił wewnętrznie. (Wrócę do tej kwestii, dlatego ją zaznaczam).

Akapit 3: Panienka poznała prawdę i bardzo się rozczarowała. Wpadła w histerię, zsunęła się z balkonu i rozsmarowała sześć pięter niżej.

Zakończenie: Narrator stwierdza, ze jemu wszystko jedno, żywa czy martwa do seksu się nada.

Po redukcji widać dobrze, czego brakuje. Spójnej fabuły.
Mogłabym powiedzieć, że fabuła jest pretekstowa, ale popełniłabym nadużycie semantyczne. Fabuły tak naprawdę nie ma, jest jej nomen omen streszczenie.
O ile dla retrospekcji to jak najbardziej właściwy zabieg, o tyle dla ramy (akapitu 1 i 2) już nie. Bo zwyczajnie nic się nie dzieje. Narrator papla (głównie o sobie), a szansa na rozegranie jakiegokolwiek zdarzenia zdycha - wszystko znamy tylko z relacji.
Redukcja absurdalna widoczna jest zwłaszcza w scenie (z braku lepszego określenia), gdy panienka ginie.
No i ma dziewoja prawdę! Ryczy teraz, że się zawiodła, (CIACH opisany dialog) Rozhisteryzowała się tak bardzo, że nawet mi się nie chciało jej łapać, gdy zsunęła się z balkonu i poleciała sześć pięter w dół.
Buch-łup - i trup!
Napięcie, emocje = 0.

Na schemacie widać też, że brakuje zawiązania fabularnego - sygnału, że zaistniał jakiś problem, zaczątek zdarzeń, zagadka, coś, co zostanie w opowieści rozwiązane. I zazwyczaj podsumowane zakończeniem. (To, co mogłoby się nadać, czyli pragnienie prawdy u panienki, nie wzrusza narratora, czyli problemem nie jest dla odbiorcy, bo skąd mielibyśmy widzieć, że to problem?).
Do tego zakończenie nijak się nie wiąże z początkiem, powiedziałabym nawet, że przeczy temu, co narrator mówi na początku => stulecia poświęcił na rozwijanie elokwencji, żeby rwać panienki, bo na wygląd nie miał szans, a w zakończeniu wszystko mu jedno, czy panienka jest żywa czy martwa. Po co zatem szlifował gadane, skoro wystarczyło walnąć panienkę mocno w głowę?

Znaczy, fabułę można spisać na straty. A ponieważ opowiadanie to utwór fabularny, ten tekst się nie kwalifikuje.

Zaznaczyłam przy akapicie 2, że streszczenie ma modyfikację. Gdy się przenosi bohatera, który już zaistniał (a cokolwiek mówić, bohater JB już zaistniał w jego tekście), należy go przenieść z całym dobrobytem inwentarza. Wszelkie modyfikacje należy uzasadnić. O ile jestem w stanie przyjąć, że wielka miłość bohatera wypaliła się po paru stuleciach, o tyle nie rozumiem, dlaczego zniknęła z jego pamięci.
Nie mam celu w życiu, poza zaliczaniem panienek, czyli umysł mój niewiele się zmienił. Jestem praktycznie ten sam, tylko brzydszy i starszy
Ale kiedyś kochał i stracił, zemścił się nawet... (w tym wysuwającym się z próżni fabularnej "wątku" miłosnym z teksu JB). I przynajmniej tego ostatniego się nie zapomina, nie.
Znaczy, niespójna kreacja postaci narratora i nadużycie niezbywalnych praw autorskich.

Narrator w ogóle grzeszy niespójnością. Stulecia uczenia się elokwencji raczej nie przełożyły się na jego język. Wspomniałam o tym wcześniej, że należało wybrać, jak ten narrator mówi.
Należało też wybrać, ile i kiedy powiedzieć czytelnikowi. Dlaczego nie miałby poznawać prawdy o bohaterze wraz z panienką, co tę prawdę chciała poznać? Napięcie by jakieś się pojawiło...
Pewnie nic z tego nie wyszło, bo panienka jest pretekstowa, istnieje tylko po to, by narrator miał do kogo mówić (i nie fraternizował się z odbiorcą, czyli powód istnienia panienki jak najbardziej uzasadniony), jednak - paradoksalnie - narrator nic nie mówi. W sensie, nie prowadzi dialogu z panienką, lecz relacjonuje rozmowę. Normalnie to tak, jakby kupić sobie wielgaśnego TIR-a i wozić nim po jednej malutkiej paczce na kurs.
A można było urozmaicić narrację, zamiast pozwalać, by narrator paplał bez sensu. Akcja by się jakaś toczyła, gdyby zrobić dialog narratora z panienką. Tymczasem jest tylko relacja, która ustawia duży dystans do tego, co się opowiada. A narracja pierwszoosobowa, narracja z personalizowanym narratorem, ma ten dystans zmniejszać... Znaczy, znowu niespójność.

I tak na zmianę, a to niespójność, a to chciejstwo autorskie.,,
Ten tekst to doskonały przykład, czego literaturze robić nie wolno.

Tyle że niewiele można się nauczyć z antywzorców. Co najwyżej, można poznać więcej błędów.
Ostrożnie zatem z takimi eksperymentami. Są uprawnione, gdy służą Autorowi, nie wtedy, gdy stanowią tylko popis o wątpliwych walorach poznawczych.

Zwłaszcza gdy potem padają pochwały...
Obiecałam, że wykorzystam Twoje słowa, Jarosławie. Tak, to była groźba. :P
Jarosław pisze:Fajnie się to czytało co napisała Margot. Jak jakaś ścieżka dźwiękowa z filmu dokumentalnego lub relacji.
No, nie dziwię się, że fajnie się czytało. Parafrazując pewnego inżyniera: Tobie się podobają melodie, które sam już grałeś..
Jarosław pisze:...I jeszcze te emocje wplecione w opisy,

Emocje w filmie dokumentalnym i relacji.
W moim świecie służą do tego środki wyrazu nieco bardziej zaawansowane niż te z raportów policyjnych... znaczy, z relacji.
Jarosław pisze:ja tak nie umiem :D .
Ależ umiesz. Oboje z M. umiecie tak samo... A raczej z mojej perspektywy tak samo nie umiecie.
Nie skonstruowaliście spójnych fabuł, nie zwróciliście uwagi na porządek opisów, nie stworzyliście przekonującej kreacji bohaterów, nie "ogarnęliście" nawet narracji. Do tego narobiliście błędów ortograficznych, składniowych i logicznych. I ujawniliście problem z używaniem słów w ich prawidłowym znaczeniu.

Można by rzec, że jaki tekst, taka inspiracja... :P
So many wankers - so little time...

ODPOWIEDZ