Trans

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Alterego
Sepulka
Posty: 16
Rejestracja: wt, 26 maja 2015 22:40
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: Alterego » czw, 28 maja 2015 09:41

Ten tekst to taki mały potworek. Ciekawa jestem Waszych wrażeń.

Zmierzch zaskoczył ich w pełni ożywionej, choć prowadzonej przyciszonymi głosami dyskusji. Nadchodząca godzina policyjna zamieniła wnętrze eleganckiego mieszkania w okazałej warszawskiej kamienicy w przypadkowy areszt domowy. Gospodarze nalegali, by goście zostali na noc; rozmowa niepostrzeżenie zeszła z polityki i wojny na przebrzmiały i niemodny już spirytyzm. Ktoś rzucił niby żartem propozycję, że to dobra okazja, by wuj pani domu dał pokaz swych nieprzeciętnych, ale zapomnianych zdolności. Ktoś inny przyklasnął, reszta podchwyciła i pomimo wyraźniej niechęci wiekowego medium poczyniono przygotowania do seansu. Stół powędrował pod okno, w centrum pokoju ustawiono krzesła w okrąg, gospodarz przyniósł z gabinetu maszynę do pisania. Gospodyni zasunęła szczelnie zasłony i narzuciła na secesyjną lampę w kącie gęsto tkany, czerwony szal. Służącej surowo nakazano zachowanie ciszy, a gdy zamknięto drzwi do salonu na klucz i zgasły zbędne światła, obecni nagle spoważnieli.

Zochorowicz i Zochorowiczowa, Cisowiecki z narzeczoną Zofią Klich i radca Mruzik zajęli miejsca i wzięli się za ręce. Medium, niegdysiejsza sława metapsychiki Antoni Płoński wciąż się opierał tłumacząc, że wyszedł z wprawy, ale błagalny wzrok Zochorowiczowej skłonił go wreszcie do ustępstw. Ulegając prośbom siostrzenicy z ociąganiem dołączył do zebranych, zatapiając blade, chude palce w dłoniach siedzących obok ludzi.
Wszyscy zamknęli oczy.

Przez długą, odmierzaną tylko ciężkimi uderzeniami serc chwilę nie działo się nic. Nawet Warszawa zamilkła, omotana więzami godziny policyjnej. Zochorowiczowej zdawało się co prawda, że rozpoznaje odgłosy krzątania się gosposi, ale wkrótce i one umilkły. Głowa Płońskiego bezwładnie opadła na piersi; medium weszło w trans, który niepokojąco przypominał zwykły sen albo omdlenie. Upływały minuty i gdy już niecierpliwy Cisowiecki miał otworzyć oczy, gdzieś w półmroku rozległ się szelest. Z początku niewyraźny, przypominający ocieranie ciężkich zasłon o podłogę lub ściany; w ślad za nim zebrani poczuli lekki podmuch wiatru na policzkach, karkach, łysinach. Ciało Zofii opanowały dreszcze, przedramiona Zochorowiczowej okryła gęsia skórka na samo wspomnienie seansów w których uczestniczyła jako młoda dziewczyna. Szuranie powtórzyło się raz jeszcze, tym razem wyraźnie dobiegając zza pleców medium, po czym przeistoczyło się w odgłos kroków: z początku posuwistych, ociężałych, potem coraz donośniejszych, sprężystych.

Ktoś nieznany wyłoniwszy się z niebytu krążył po pokoju wokół trzymających się za ręce ludzi.
Serca zabiły, na policzki zebranych wstąpiły wypieki, oddechy przyspieszyły, gdy ten i ów poczuł na skórze muśnięcie widmowej dłoni. Zochorowiczowa jęknęła, gdy coś nieokreślonego zmysłowo dotknęło jej kolana, wprawiając ciało w przyjemne drżenie; ktoś zwichrzył Zochorowiczowi włosy, klepnął Cisowieckiego w ramię, szarpnął ucho Klichówny i połaskotał łysinę radcy.

Potem kroki nagle ucichły, ale dojmujące wrażenie bycia obserwowanym przez milczącą obecność nie ustało. Obecni robili co mogli, by wstrzymując przyspieszone oddechy wyłowić z ciszy cokolwiek poza hukiem szumiącej w uszach krwi. Dopiero dźwięk dobiegający spod okna przyprawił wszystkich o dreszcz przerażenia.

Krótkie, urywane, szybko następujące po sobie stuki zabrzmiały prawie jak seria z karabinu. Maszyna do pisania pozostawiona na stole pod oknem nagle ożyła; gość pisał na niej pośpiesznie jakby obawiał się, że zostanie powstrzymany i nie zdąży przelać myśli na papier. Wszyscy poza medium w jednej chwili otworzyli oczy. Przy maszynie nie dostrzegli nikogo, a jednak coś naciskało jej klawisze i przesuwało powrotnik, wyzwalając dźwięczne echo z jakim metal uderzał o metal.

Skończyło pisać tak nagle, jak zaczęło. Pogłos brzmiał jeszcze w uszach oszołomionych uczestników seansu, gdy z ulicy dał się posłyszeć inny, niepokojący hałas. Przed kamienicą zatrzymał się samochód, szczęknęły otwierane drzwi, podkute podeszwy uderzyły o bruk. Ciężkie kroki wielu stóp zadudniły na schodach. Głuche uderzenia w drzwi, przenoszące się drżeniem na ściany nie pozostawiły miejsca na wątpliwości, a niemieckie wrzaski z holu i płaczliwe odpowiedzi służącej nie pozwoliły dłużej się łudzić; mimo to, nikt z obecnych nie ruszył się z miejsca, jakby trwanie w matni seansu mogło stanowić chroniący przed zgubą talizman.

Pchnięte z rozmachem drzwi otworzyły się z hukiem. Zapłonęły lampy, oślepiając zgromadzonych; do pokoju wpadło dwóch ponurych mężczyzn w cywilu i jeden mundurowy w randze Untersturmführera.
— Wszystkie siedzieć — nakazał, mimo iż uczestnicy seansu nadal trwali na miejscach.
Na czoło radcy wstąpiły grube krople potu. Działający w konspiracji Cisowiecki, mocniej ścisnął dłonie przerażonych kobiet, Zochorowicz zbladł jak trup; jedynie Płoński nie reagował, nadal pogrążony w transie. Niemcy bez przeszkód buszowali po pokoju, przetrząsając szafy, szuflady, regały, zaglądając pomiędzy karty książek i między szeleszczące płachty gazet. Któregoś z cywili zaintrygowała świeżo zapisana kartka, wciąż jeszcze tkwiąca w maszynie. Wysunął ją i oddalając od oczu jak dalekowidz czytał zapisane przez zjawę strofy.
— Patrz — powiedział po chwili do towarzysza. — Polskie świnie bawią się w Nostradamusa.
Mężczyzna w czarnym płaszczu nieśpiesznie podszedł do kolegi, rzucił okiem na papier i krzywiąc się, orzekł:
— To samo durne wierszydło, którym zaczytują się stare baby przy straganach. Z tutejszych żałosnych, patriotycznych gazetek. Jedno gówno.
— Nie. Różni się. „Strzały anielskich łuczników bezdusznego dosięgną kata” — zacytował poprawną polszczyzną, przetłumaczył wers na niemiecki i czytał dalej: — „Grzbiet stalowego rumaka plugawą spłynie posoką...”? „Trzy złote groty czarne serce przebiją...”? I to: „Bruk uświęcony krwią niewinnych...”? Tego w oryginale nie było. Ciekaw jestem, o kim mowa.
— Nie czas na gdybanie — warknął mundurowy, trącił lufą pistoletu łopatkę radcy Mruzika i wycedził łamaną polszczyzną: — No, swinje, która być... Fernyhora? Miałes chamie słoty ruk!
Roześmiał się przy tym, dumny z własnej błyskotliwości; odpowiedziało mu grobowe milczenie. Jakby urażony brakiem odzewu spoważniał, podszedł do drzwi, skinął na czekających w korytarzu podwładnych, po czym wrzasnął na skamieniałych uczestników seansu:
— Wstać! Wszystkie wstać!
Posłuchali rozkazu, podnosząc się jak automaty; wstali wszyscy oprócz medium. Pozwolili wyprowadzić się z kamienicy i zapakować do stojącego pod bramą samochodu. Dopiero wtedy zauważyli, że nie ma z nimi Płońskiego. Czyżby wciąż pozostawał w transie? Zochorowiczowa, zdjęta niepokojem o starego wuja przygryzła palce.

Gdy gdzieś w oddali rozległ się strzał, poczuła w ustach smak krwi.

***

— Długo go trzymają — przerwał milczenie Zochorowicz.
Zabrano im zegarki, zamknięci w ciemnej, obskurnej celi stracili rachubę czasu. Za zakratowanym okienkiem umiejscowionym wysoko pod sufitem wciąż panowała noc. Radca Mruzik poruszył się niespokojnie; zaszokowany aresztowaniem do tej pory siedział na pryczy, nie odzywając się ani słowem.
— I dobrze — wymamrotał. — To przez niego nas zgarnęli. Młody, jak to młody. Gorąca głowa, nazawierał podejrzanych znajomości... Czy ci głupcy naprawdę wierzą, że rozdając dzieciom karabiny zmienią bieg wojny?
Zochorowicz pozostawił to pytanie bez odpowiedzi. Zdenerwowany, od dłuższego czasu miotał się po niewielkiej celi; martwił go los żony, o której od momentu przybycia do więzienia nie miał żadnych wieści.
— To wszystko jego wina — ciągnął dalej radca. — Po coś go, Stasiu, zapraszał? To za nim do ciebie przyleźli. Przecież nie zabrali nas z powodu widmowego pisania!
— Kto wie? Ty wymyśliłeś cały ten seans — wybuchnął niespodziewanie Zochorowicz. — Płoński nie chciał brać w tym udziału, pamiętasz? A teraz...
Zamilkł nagle i zatrzymał się na środku pomieszczenia, nasłuchując. Nawoływania więźniów i jęki pobitych, dobiegające z innych cel urwały się nagle. Z korytarza coraz wyraźniej dało się posłyszeć odgłosy kroków i szurania, jakby ciągnięto po podłodze coś ciężkiego. Ucichły tuż przy progu, ktoś energicznie przekręcił klucz w zamku i odblokował zasuwę. Przez otwarte drzwi dwaj strażnicy wrzucili bezwładne ciało Cisowieckiego, po czym natychmiast zamknęli celę.
Leżący nawet się nie poruszył. Zochorowicz przyklęknął obok i drżącymi palcami zbadał puls nieprzytomnego.
— Żyje — orzekł z ulgą.
— A jakże — odezwał się z pryczy radca. — Trupa by tu nie przynosili, szkoda fatygi. Ale przyjrzyj mu się... Coś za dobrze wygląda. Ani krwi, ani nawet siniaka...
Stanisław ostrożnie odwrócił Cisowieckiego na plecy; radca miał słuszność. Przynajmniej na pierwszy rzut oka ciało młodego mężczyzny nie nosiło śladów przemocy.
— Pomóż mi — skonsternowany rzucił w stronę Mruzika, zakładając sobie ramię leżącego na szyję. — Przenieśmy biedaka na pryczę.
Radca z ociąganiem opuścił posłanie i niechętnie spełnił prośbę przyjaciela. Ledwo jednak mężczyźni nieznacznie unieśli tułów Cisowieckiego nad podłogę, młody człowiek ocknął się i zawył z bólu. Ułożony na pryczy, wciąż pojękiwał, oddychając szybko, płytko, jakby głębsze wdechy sprawiały mu cierpienie. Nie odpowiedział na żadne z pytań, którymi bez zwłoki zasypał go radca, choć ani szczęki, ani język więźnia wydawały się nienaruszone. Zdawało się, że dojmujący ból pochodził głęboko z wnętrza jego ciała.
— Daj mu spokój — żachnął się w końcu Zochorowicz.
— Nie dam — upierał się Mruzik. — Za chwilę mogą wywołać i nas. Musimy wiedzieć, czego chcą i co mamy mówić!
Cisowiecki, słysząc to, zacisnął palce na materiale burego koca i odwrócił głowę.
— Szlag! — wydyszał przez zaciśnięte zęby. — Przyjdą po was... Pewnie, że przyjdą. Był zamach... na dowódcę SS... i policji. Dzisiaj rano... Spytają, skąd wiedzieliśmy... o tym... wczoraj wieczorem.
Wyczerpany zamilkł, pojękując cicho; Zochorowicz przysiadł obok, by otrzeć pot, oficie roszący czoło cierpiącego. Rumiane policzki radcy w jednej chwili okryła chorobliwa bladość.
— Przecież ja o niczym nie miałem pojęcia. Nic nie wiem — wyjąkał. — Nic!
Złapał się za głowę i powoli usiadł na stojącym w kącie drewnianym stołku. Stanisław powędrował wzrokiem ku ciemności niepodzielnie panującej za skrytym we wnęce grubego muru oknem. Dzisiaj rano? To okno musi być zamurowane albo zabite deskami, rozumiał. Więźniom odebrano świt i zmierzch, zastępując światło dnia migotliwym blaskiem zakurzonej żarówki.

Posmutniał; już wiedział, że czekają ich nieskończone męki bezczasu, odmierzanego interwałami przesłuchań.

***

— Zofia Klich — odczytał z dokumentu gestapowiec, a siedząca przy drugim biurku protokolantka natychmiast zaczęła pisać. — Urodzona... Imiona rodziców... Zamieszkała...

Narzeczona Cisowieckiego zadrżała, słysząc własne nazwisko. W ustach krępego, łysiejącego mężczyzny o nieprzystępnym wyrazie twarzy zabrzmiało prawie jak słowa patologa, przystępującego do oględzin zwłok. Jak tylko mogła, starała się unikać kontaktu wzrokowego z funkcjonariuszem, choć na razie nawet nie spoglądał w jej stronę. Na razie.
Koncentrowała spojrzenie na ciemności za oknem; jeszcze nie świtało. Szyby do połowy zamalowane zostały nieprzezroczystą farbą i nawet gdyby nie jasna lampa w pokoju przesłuchań, jedynym co mogłaby dostrzec byłby fragment ponurego, zasnutego ciężkimi chmurami nieba. Z cel wywleczono ich nad ranem, gdy więzienna karetka zajechała pod gmach urzędu bezpieczeństwa wciąż panował mrok. To, że wciąż nie wstało słońce oznaczało, że czas płynie tutaj powoli i niczym tortura będzie wlókł się w nieskończoność.
Zatopiona w myślach, jakby nieobecna, nie od razu usłyszała pierwsze skierowane do siebie pytanie. Gdy gestapowiec powtórzył je podniesionym głosem, zatrzęsła się jak w gorączce, serce zabiło na trwogę, kolana zadrżały jakby stąpała na wąskiej kładce nad przepaścią.
— Nie wiem — szepnęła.
Mężczyzna wstał i na moment zatrzymał przed jej oczami zapisaną na maszynie kartkę, po czym cisnął papier na biurko i ponowił pytanie:
— Kto to napisał?
Zofia głośno przełknęła ślinę. Powiedzieć prawdę? Przecież ten tępy służbista nie uwierzy.
— Nie wiem — powtórzyła, wbijając wzrok w podłogę.
Gestapowiec cofnął się o krok i oparłszy się o blat, przyglądał się ofierze z oddali, założywszy ręce na piersiach.
— Jak myślisz, Ilse? — zwrócił się po chwili do protokolantki.
Kobieta w mundurze służb pomocniczych wstała i dołączyła do przełożonego, przybierając podobną do niego pozę.
— Kłamie — orzekła. — Ale jeśli mogę coś podpowiedzieć... Jest w ciąży.
Zofia słabo posługiwała się niemieckim, ale to stwierdzenie zrozumiała dobrze. Galopujące w panice serce nagle zwolniło, odmierzając upływ ciszy głuchymi, ciężkimi uderzeniami. Skąd ta paskudna Niemra o tym wie? Przecież ona sama dowiedziała się kilka dni wcześniej i brzuch nie zaokrąglił się jeszcze na tyle, by stać się widocznym dla postronnych. Więc skąd?

Zrozumiała niedługo później.

Gdy oszołomiona leżała na więziennej pryczy, obejmując dłońmi podbrzusze pulsujące przeszywającym bólem, wciąż czuła palce gestapowca zaciskające się w ciele i mnące wnętrzności niczym gąbkę. Wbijając nieruchome spojrzenie w szarość sufitu i ignorując Zochorowiczową, z troską głaszczącą ją po włosach, unikała zbędnych poruszeń, zwłaszcza nogami, bo zbyt dotkliwie czuła wtedy lepką wilgoć krwi, przesiąkającej przez bieliznę, oblepiającej uda, zdającej się ciepłym strumieniem wypływać z rozharatanej macicy. Nie starczyło jej sił nawet na to, by łkać — łzy same wypływały z oczu. Na samo wspomnienie wnikającej w ciało włochatej dłoni gestapowca żołądek podchodził jej do gardła; do tej pory nie potrafiła uwierzyć, że ubranie, skóra czy mięśnie nie stanowiły dla niego przeszkody. Może to ogłupiony strachem umysł sam podsuwał jej takie nieprawdopodobne obrazy, a spustoszeń dokonano w zwykły, choć bestialski sposób?

Pogrążona w majakach, nie zarejestrowała nawet podniesionych głosów z korytarza i trzaskania kolejno otwieranych drzwi. Dłoń głaszcząca głowę Klichówny zastygła drżąc w powietrzu. Wnętrzności Zochorowiczowej ścisnął strach; westchnęła cicho, prawie czując, jak kamienieją. Odwróciła głowę ku towarzyszkom niedoli.
— Zaopiekujecie się nią, gdy mnie zabiorą? — spytała szeptem, po części dlatego, by nie niepokoić Zofii, po części z powodu zesztywniałego z przerażenia języka. — Proszę...
Najstarsza z kobiet pokręciła wymownie głową na znak, że nie widzi dla cierpiącej wielkich szans i powiedziała ponuro:
— Nie biorą na przesłuchania. Za dużo hałasu... Nie wyczytują nazwisk... Pójdziemy wszystkie, jak leci.
— Idziemy na rozwałkę — dodała druga, dotąd mamrocąca w kącie celi słowa cichych modlitw. — Zobaczycie. Nareszcie koniec; prosiłam o to. Panie, zbaw nas ode złego... Maryjo, matko Jezusowa, oszczędź nam cierpienia...
Zochorowiczowa odetchnęła ciężko, ścisnęła dłoń Klichówny i siedząc jak na szpilkach na brzegu pryczy czekała na to, co się wydarzy. Drzwi wkrótce otworzyły się z hukiem, a stojąca na progu strażniczka, machając kijem w przyzywającym geście, wrzasnęła:
— Wychodzić! Wszystkie wychodzić! Szybko!
Więźniarki najpierw zamarły w sztywnych pozach kamiennych figur, ale ponaglane razami kija i narastającą kanonadą wrzasków w końcu ocknęły się z letargu. Rozmodlona kobieta ruszyła pierwsza, Zochorowiczowa i staruszka podniosły z posłania narzeczoną Cisowieckiego i założywszy sobie jej ramiona na barki, wyprowadziły słaniającą się dziewczynę na korytarz. Tam odhaczono każdą na liście, pognano na dziedziniec i załadowano na ciężarówki.

Taniec skaczącego na wybojach samochodu docucił Klichównę; uniosła głowę, dotąd spoczywającą na ramieniu Zochorowiczowej i spytała słabo, z przestrachem:
— Gdzie jedziemy? Znowu... na Szucha...?
— Nie.
— Nie?
— Uwierz mi, poznałabym.
Przez dłuższą chwilę milczały. Inne więźniarki nie odezwały się również; warkot silnika zagłuszał ich jęki, modlitwy i łkania. Zofia otarła zakrwawionymi palcami łzę, spływającą po policzku i wyznała cicho, z rezygnacją:
— Wiesz... Złamali mnie. Powiedziałam im wszystko, co chcieli usłyszeć... Boże, jak bardzo teraz żałuję... Wydałam go...
— Janka?
— Nie. Oni ani razu nie spytali o Janka.
Zochorowiczowa zaczerpnęła powietrza i poczuła, jak mroźna fala spływa jej z gardła wprost do serca. Czyżby chodziło o jej męża?
— Stasia? — wyjąkała.
— Nie. Pytali, kto to napisał...
— Przecież nie wiesz, kto.
— Wiem. Poznałam po szarpnięciu za ucho. Mój... stryjeczny dziadek. Ten... z Tęgoborza. On często tak targał, gdy byliśmy dziećmi. Powiedziałam im... Co oni mu zrobią?
— Ależ on... — Zochorowiczowa chciała powiedzieć: „nie żyje”, ale nie dokończyła.
Ugryzła się w język i powoli pokiwała głową. To nie musiały być tylko gorączkowe majaki cierpiącej dziewczyny. Zaczynała rozumieć: wieczny mrok, tortury bez sińców, niespodziewane pojawienie się gestapo podczas seansu. Niezrozumiałą przepowiednię...
„Bruk uświęcony krwią niewinnych...”

Samochód zatrzymał się na jednej z oczyszczonych z gruzu ulic zrujnowanego getta. W akompaniamencie wrzasków i ujadania psów poprowadzono kobiety ku szubienicom. Rozdeptany przez dziesiątki innych stóp, zmieniony w brudną breję śnieg nie skrzypiał pod podeszwami, wydawał tylko miękkie, przywodzące na myśl bagno pluski. Więźniarki musiały przemaszerować wzdłuż rzędu powieszonych wcześniej mężczyzn. Klichówna mocniej przywarła do boku starszej przyjaciółki; nie starczyło jej sił, by podnieść wzrok, ale Zochorowiczowa bez trudu rozpoznała wśród wisielców swego męża, radcę i Cisowieckiego.

Z podziurawionego kulami samochodu wszystkiemu przyglądał się posępny mężczyzna z dystynkcjami Brigadeführera SS.
Jeszcze gdy zakładali im sznury na szyję, Zochorowiczowa miała nikłą nadzieję, że wszystko to w końcu okaże się wizją. Że ktoś wejdzie do salonu i zbudzi medium, że jakiś hałas z ulicy wyrwie Płońskiego z transu. Nie rozumiała tylko znaczenia tamtego wystrzału, ale w końcu uznała, że musiała się przesłyszeć. Gdyby miała więcej czasu, może udałoby się jej posłać z więzienia gryps do Jadwini; energiczna służąca na pewno coś by poradziła na przedłużający się seans, nawet gdyby miała dać starszemu panu w twarz. W końcu przymknęła oczy, głęboko wciągając powietrze do płuc. To nie powinno się wydarzyć, pomyślała.

Potem ktoś wykopał jej stołek spod stóp.

***

Gdy wezwanemu przez zaniepokojoną służącą Zochorowiczów dozorcy udało się wreszcie rozmontować zamek w drzwiach salonu, na stoliku nadal świeciła okryta czerwonym szalem stylowa lampa. Uczestnicy seansu wyglądali na pogrążonych we śnie, wciąż jeszcze kurczowo trzymając się za ręce. Chwilę później zrozumiano, że żaden z nich się nie zbudzi, choć jak się potem okazało, tylko Antoni Płoński zmarł śmiercią naturalną. Nawet krew wylana do mózgu medium nie zdołała przerwać stworzonego ze splecionych palców, metafizycznego łańcucha, ani uwolnić krewnych z sieci sprowadzonych przez siebie widziadeł. Nierozwiązywalną zagadką okazały się niewyraźne ślady sznura na szyjach reszty denatów, zbyt nikłe jednak, by mogły stanowić pozostałość po powieszeniu.
I skrawek papieru z tekstem niemieckiego obwieszczenia o egzekucji, wciąż tkwiący w maszynie — otwierająca się nazwiskami uczestników feralnego seansu niedokończona lista zakładników, straconych w odwecie za śmierć wysoko postawionego esesmana.

Jedyna niedokończona ze wszystkich podobnych list, sporządzonych w tych dniach w Warszawie.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Trans

Post autor: Małgorzata » czw, 28 maja 2015 14:39

O! Normalnie napisane opowiadanie!
Spójne fabularnie/koncepcyjnie, na dodatek językowo płynne. Znalazłam jakieś przecinki i chyba jeden drobiazg z imiesłowowym równoważnikiem, który warto poprawić*pokażę po drugim czytaniu, ale nic więcej.
Znaczy, nie mam się do czego przyczepić.
I bardzo mnie to cieszy. :P

Nie znoszę tekstów z II wojny, ale to bez znaczenia => GRATULACJE, Alterego.
Niewiele utworów na ZWF się pojawia. :)))
So many wankers - so little time...

Alterego
Sepulka
Posty: 16
Rejestracja: wt, 26 maja 2015 22:40
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: Alterego » pt, 29 maja 2015 12:36

Ups, ja słyszałam, że tu biją, a tu taka niespodzianka ;)
Ale chętnie dowiedziałabym się, który to drobiazg mam poprawić. Gdybyś mogła, Małgorzato, uchylić rąbka tajemnicy...
:)

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » pt, 29 maja 2015 13:15

Typowo redaktorski zwyczaj nakazuje, żeby między czytaniami była przerwa => wrażenia się "ugruntują", łatwiej będzie je ubrać w słowa.
Za pierwszym razem czytałam "tak normalnie"/"rytmem"*nie wiem, jak to ładnie określić: bierze się i czyta, mach-mach i zrobione, za drugim - wywlokę, co mi się w oczy rzuciło - bo trochę zwolnię, przypomnę sobie, co mi zgrzytnęło. Nie, żeby jakoś mocno.
Znaczy, wszystko napiszę, potrzebuję tylko trochę czasu. :P

Bić można za zło literackie. Zło polega na tym, że autor in spe nie panuje nad niczym w swoim tekście - ani nad zdaniem, ani nad akapitem, ani nad epizodem, o fabule nie wspominając (fabuły zwykle nie ma już na etapie akapitu). Nie należysz do tej grupy. Poprawność językowa nie stanowi dla Ciebie wyzwania, a zestawienie epizodów w fabułę to nie jakiś wydumany koncept stworzony przez redaktorów-niespełnionych pisarzy, co się wyżywają z zazdrości => to widać przy czytaniu i wniosek nie wymaga umysłowego wysiłku. Masz opanowaną polszczyznę. Bardzo dobrze opanowaną. I na pewno o tym wiesz (na tym poziomie nie możesz nie wiedzieć, nieprawdaż?).

Powinnam Cię wykopać z ZWF po takim opowiadaniu - wynocha do wydawnictw, publikacje robić, redaktorów i wydawców uszczęśliwiać - ale chętnie zobaczę jeszcze kilka tekstów. Mogę prosić jakieś niewojenne? Wiem, że wojna ma urok martyrologiczny i w ogóle łatwiej budować na mocnych fundamentach (wszyscy potencjalni czytelnicy są już uwarunkowani, jak mają do II wojny się nastawiać, zwłaszcza do II wojny w Warszawie, emocje praktycznie "z automatu" wychodzą*to nie zarzut), ale mnie ten handicap trochę wkur...za. No i nie lubię historii, więc na pewno jestem uprzedzona, nie będę się wypierać.

Znaczy, się wszystkim podzielę już na tekście - bo na tekście najłatwiej, ale już teraz mogę powiedzieć, że nie potrzebujesz ZWF, a już na pewno nie do leczenia się z potrzeby pisania. U Ciebie to raczej nie jest choroba, którą trzeba leczyć. :P
So many wankers - so little time...

Alterego
Sepulka
Posty: 16
Rejestracja: wt, 26 maja 2015 22:40
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: Alterego » pt, 29 maja 2015 23:50

No tak, wiem, że wyrosłam już z poziomu przeciętnego grafomana, ale czy jestem już w grupie, która może zawracać głowy redaktorom i wydawcom, co do tego przekonania nie mam. Udzielam się na forach, moje teksty się (na ogół) podobają, ale jak dowierzać pochwałom, gdy chwalą znajomi? A podejrzliwa bestia ze mnie, więc znalazłam się tutaj.
Niewojenne też mam. Postaram się wrzucić coś w najbliższym czasie, może się trochę forum rozrusza :)

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Trans

Post autor: sprutygolf » ndz, 31 maja 2015 13:33

Tytuł mnie w pierwszej chwili z lekka wkurzył, by za moment ucieszyć, gdy okazało się, że jego znaczenie to nie jest jakieś nowe wcielenie Ryśka Bęgowskiego alias „Anna Grodzka” jeno stary, poczciwy odlot. :)
Lektura była wytchnieniem po wielu poprzednich, w których co drugie zdanie krzyczało o korektę. Jak zwykle zgadzam się z Lady M. W dodatku również nie przepadam za opowiadaniami wojennymi, więc doceń Autorko moje poświęcenie! ;)
Ale… skoro ma być siekanina, spróbujmy coś wyszukać i rozsiekać.
Serca zabiły (...)
Może „serca zabiły szybciej/żywiej” czy jakoś tak, by nie posądzać serc o morderstwa? Druga rzecz: skoro serca zabiły, to znaczy, że przedtem trwały sobie w bezruchu?
Serca zabiły, na policzki zebranych wstąpiły wypieki
Nie nie, wszystko ok, to tylko wyobraźnia złośliwie przedstawiła mi widok stada smakowitych szarlotek pospołu z bajaderkami wstępującymi na policzki zebranych.
Pchnięte z rozmachem drzwi otworzyły się z hukiem.
Drzwi wkrótce otworzyły się z hukiem (...)
Hmm, potrafię trzasnąć drzwiami, ale otworzyć je z hukiem, no nie wiem… ze skrzypieniem to i owszem, z walnięciem o ścianę też, ale huk mnie nie przekonuje.
(...) dwóch ponurych mężczyzn w cywilu i jeden mundurowy w randze Untersturmführera.
Hehe, dwóch w cywilu i jeden w... randze! ;)
Działający w konspiracji Cisowiecki, mocniej ścisnął dłonie przerażonych kobiet (...)
Przecinkowiec do antybiotykoterapii!
Zochorowicz zbladł jak trup
Wedle mojej wiedzy trupy nie są w stanie blednąć. Tak już mają. Podejrzewam, że zachodzi tu jakaś odległa analogia z zatrzymaniem krążenia…
Nie odpowiedział na żadne z pytań, którymi bez zwłoki zasypał go radca, choć ani szczęki, ani język więźnia wydawały się nienaruszone.
Ani-ani mi to nie podchodzi, może raczej coś w stylu:
"Nie odpowiedział, choć szczęki i język wydawały się nienaruszone" lub "(…) nie wydawały się naruszone"?
Tam odhaczono każdą na liście, pognano na dziedziniec i załadowano na ciężarówki.
Niby jak, każdą kobitę wzięto za ręce i nogi, rozbujano ein – zwei – dreeei i… sru na pakę? Czy może jednak jakoś wlazły same? ;)
wydawał tylko miękkie, przywodzące na myśl bagno pluski.
Ten poprzedni, nadmiarowy przecinek mógłby sobie teraz wskoczyć po bagnie, przed pluskami...
Medium, niegdysiejsza sława metapsychiki Antoni Płoński wciąż się opierał tłumacząc, że wyszedł z wprawy
…a jego kolega rozsiąść się na stałe tuż po nazwisku. Przy okazji: medium się opierało, tłumacząc, że wyszło z wprawy, a Antoni się opierał, tłumacząc, że wyszedł z wprawy, jakoś trza to wyprostować może?
(...) szelest. Z początku niewyraźny, przypominający ocieranie ciężkich zasłon o podłogę lub ściany (...)
Ocieranie się ciężkich zasłon.
(...) coś nieokreślonego zmysłowo dotknęło jej kolana, wprawiając ciało w przyjemne drżenie; ktoś zwichrzył Zochorowiczowi włosy, klepnął Cisowieckiego w ramię, szarpnął ucho Klichówny i połaskotał łysinę radcy.
Coś dotknęło, ktoś zwichrzył, może warto ujednolicić.
Więźniarki musiały przemaszerować wzdłuż rzędu powieszonych wcześniej mężczyzn.
Wredne te gestapowce. Żeby jeszcze zmuszać idące na rzeź kobiety do… kroku defiladowego? ;)
W końcu przymknęła oczy, głęboko wciągając powietrze do płuc.
Ciekawe, czy często tak robiła? Takie zamykanie powiek za pomocą wciągania powietrza zapewne było niezłą atrakcją dla otoczenia.
Nawet krew wylana do mózgu medium nie zdołała przerwać stworzonego ze splecionych palców, metafizycznego łańcucha (...)
Niesamowita metoda rozrywania łańcucha, i to metafizycznego: krew wylana do mózgu. Służąca wezwała dozorcę, jak widać niespełnionego lekarza, dorabiającego jako rzeźnik? I mającego w zwyczaju nosić "za parkanem" flaszeczkę krwi (z heparyną zapewne, by nie skrzepła przed zabiegiem?). W jaki sposób ten fachowiec otwierał czaszkę wolę nie wiedzieć! ;)
Na koniec zamiast łapania za słówka trzy słówka o tym, czego mi zabrakło w opowiadaniu.
Skąd ta paskudna Niemra o tym wie? Przecież ona sama dowiedziała się kilka dni wcześniej i brzuch nie zaokrąglił się jeszcze na tyle, by stać się widocznym dla postronnych. Więc skąd?
Zrozumiała niedługo później.
A czytelnik pozostał bez wyjaśnienia, skąd Niemra wiedziała (brzucha nie było jeszcze widać), i co takiego dużo później Zofia zrozumiała.
Może to ogłupiony strachem umysł sam podsuwał jej takie nieprawdopodobne obrazy, a spustoszeń dokonano w zwykły, choć bestialski sposób?
A czytelnik znowu ogłupiały, co to za „zwykły, choć bestialski sposób?”, w jaki dokonano spustoszeń? Skrobanka? Gwałt? Odpadają, bo nie uszkadzają macicy. Kolumbowa butelka wbita w płeć? Co to znaczy „zwykły, choć bestialski”, przecież takie zwierzę nie ma prawa istnieć? Można coś zrobić w sposób zwykły lub bestialski, ale pogodzić się tego nie da. Jeśli już Autorka koniecznie musi opisywać drastyczne szczegóły, wypadałoby lepiej zadbać o poddawanego szokującym treściom czytacza..
Nie rozumiała tylko znaczenia tamtego wystrzału, ale w końcu uznała, że musiała się przesłyszeć.
No i na ostatek: o co chodzi z tym strzałem, padł czy nie, kogoś zabito? Zochorowiczową, stąd smak krwi (a nie z przygryzionych palców), czy może medium, stąd ta krew w mózgu (chodzi o wylew, no wiem) czy ktoś sobie strzelił na wiwat?
Czytelnik trzeci raz pozostawiony bez wyjaśnienia. Albo tylko ja biedny żuczek nie załapałem, tak czy owak proszę o łopatę do łba! ;)
PS. Wszystkie poglądy, uwagi i zarzuty tu zaprezentowane są tylko moimi prywatnymi poglądami, jasne, że mogę się mylić i nie roszczę sobie żadnych pretensji co do używania poprawnej polszczyzny. Ja tu tylko si… siekam! :)

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5194
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Trans

Post autor: neularger » ndz, 31 maja 2015 22:01

Alterego pisze:Ups, ja słyszałam, że tu biją, a tu taka niespodzianka ;)
Ale chętnie dowiedziałabym się, który to drobiazg mam poprawić. Gdybyś mogła, Małgorzato, uchylić rąbka tajemnicy...
:)
Biją jak jest za co. :)
U Ciebie nie ma, znaczy jest trochę niezręczności na początku, na przykład lista płac. Wiem, po co Ci to było, ale należało zrobić to subtelniej. Jest też drobne zaburzenie w opisie zdarzeń, konkretnie chronologii, czegoś jest tu za dużo, albo za mało (mam na mysli przekonywanie Płońskiego). Ogólnie jednak jest dobrze, fajna puenta. :)
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Alterego
Sepulka
Posty: 16
Rejestracja: wt, 26 maja 2015 22:40
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: Alterego » pn, 01 cze 2015 17:12

Sprutygolf,
dzięki. Nie zdawałam sobie sprawy, że wstawiłam w ten tekst tyle głupot.
undefined pisze:Może „serca zabiły szybciej/żywiej”
Racja.
undefined pisze:stada smakowitych szarlotek pospołu z bajaderkami wstępującymi na policzki zebranych.
A rumieńce? To chyba bardziej pasuje.
undefined pisze:huk mnie nie przekonuje.
Hmm, po przemyśleniu mnie też. Powinnam zostawić "z rozmachem", "otworzyły się szeroko", albo coś w ten deseń.
undefined pisze:Hehe, dwóch w cywilu i jeden w... randze! ;)
Faktycznie, głupie to zdanie. Dwóch w cywilu i jeden w mundurze.
undefined pisze:Wedle mojej wiedzy trupy nie są w stanie blednąć.
A zbladł jak papier?
undefined pisze:sru na pakę?
Rzeczywiście, budzi skojarzenia ;)
undefined pisze: jakoś trza to wyprostować może?
Trza ;)
undefined pisze: Żeby jeszcze zmuszać idące na rzeź kobiety do… kroku defiladowego? ;)
A czy maszerowanie to krok defiladowy? Bo do tej pory nie wydawało mi się to jednoznaczne. Ale może się myliłam.
undefined pisze: Takie zamykanie powiek za pomocą wciągania powietrza zapewne było niezłą atrakcją dla otoczenia.
Trza wstawić "i głęboko wciągnęła" ;)
undefined pisze: wezwała dozorcę, jak widać niespełnionego lekarza, dorabiającego jako rzeźnik?
Nie o to chodziło, ale być może skróty myślowe finałowi nie służą ;)
undefined pisze:tak czy owak proszę o łopatę do łba! ;)
Generalnie gestapowcy z "tamtej strony" widzą więcej. Tak jak zjawy, który zdarza się w trakcie seansu przenikać przez ciała żywych. Stąd wiedza i umiejętności, których w innych warunkach by nie posiadali.
Strzał? Nie na wiwat. Odległe echo pękającego w głowie starca naczynka krwionośnego, tak można to w skrócie wytłumaczyć ;)

Neularger,
undefined pisze: Ogólnie jednak jest dobrze, fajna puenta. :)
A ja myślałam, że przeczytam na Fahrenheicie coś w stylu: "a daj sobie spokój z tym pisaniem i zajmij się czymś pożytecznym" :)

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 4053
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: hundzia » pn, 01 cze 2015 21:14

Alterego pisze:A ja myślałam, że przeczytam na Fahrenheicie coś w stylu: "a daj sobie spokój z tym pisaniem i zajmij się czymś pożytecznym" :)
A chcesz? To mogę cię uszczęśliwić i napisać :)

I już mnie tu nie ma
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 14516
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Trans

Post autor: Małgorzata » pn, 01 cze 2015 22:10

Nie mam na razie dużo czasu, żeby się rozpisać, więc tak na szybko jedna sprawa (bo się, jak widzę, przewija).
Znaczy, kwestia bladości.
Zwykle to jest proste: jak ktoś zbladł, pobladł etc., czyli wykonał czynność, zwykle nie używa się porównań. Za to w przypadku opisu stanu: był blady jak płótno/trup/kreda.
Dzięki temu ma się z głowy kwestie niespójności wewnętrznej zwrotu (trupy nie bledną, ale są blade, podobnie kreda czy płótno).
To tylko podpowiedź, nie zasada.

I już mnie tu nie ma, bo do końca zostało mi 20 stron...
So many wankers - so little time...

Alterego
Sepulka
Posty: 16
Rejestracja: wt, 26 maja 2015 22:40
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: Alterego » pn, 01 cze 2015 23:29

hundzia pisze: A chcesz? To mogę cię uszczęśliwić i napisać :)
Chyba właśnie tego mi trzeba :)
Choć, z drugiej strony - komentatorzy nie powinni pisać tego, co autor chce przeczytać, a zamieszczać tylko bezstronne i obiektywne opinie. No chyba, że przypadkiem jedno z drugim się pokrywa :P
Małgorzata pisze:Znaczy, kwestia bladości.
dzięki - będę uważać na bladości. Faktycznie, jest różnica.

Awatar użytkownika
nimfa bagienna
Demon szybkości
Posty: 5717
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:40
Płeć: Nie znam

Trans

Post autor: nimfa bagienna » wt, 02 cze 2015 09:15

Alterego pisze:(...) komentatorzy nie powinni pisać tego, co autor chce przeczytać (...)
O to możesz być spokojna:) Tu było wielu takich, którzy oczekiwali poklepywania po pleckach, a w rezultacie obrazili się śmiertelnie, bo otrzymali kubeł zimnej wody.
Autor, który przyjmuje konstruktywną krytykę (i jeszcze z niej korzysta) to rara avis, zaprawdę powiadam wam.
Tłumaczenie niechlujstwa językowego dysleksją jest jak szpanowanie małym fiutkiem.

Awatar użytkownika
hundzia
Złomek forumowy
Posty: 4053
Rejestracja: pt, 28 mar 2008 23:03
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: hundzia » wt, 02 cze 2015 10:15

Od razu cię lubię Alterego :) Na kredyt :)
Wzrúsz Wirúsa!
Wł%aś)&nie cz.yszc/.zę kl]a1!wia;túr*ę

Awatar użytkownika
Tenshi
Pćma
Posty: 201
Rejestracja: pn, 28 sty 2008 22:19
Płeć: Kobieta

Trans

Post autor: Tenshi » wt, 02 cze 2015 13:32

Tytuł inny, ale treść ta sama. Znam ten tekst z NF - moim zdaniem całkiem przyzwoity, szkoda, że wisi na 4 pkt do biblioteki, ale nie mam jak wlepić dwóch na raz :P Czego nie napisałam tam, a tutaj przy kolejnym podejściu mnie ugryzło - początek nie przykuwa czytelnika. Znaczy, przynajmniej mnie.
Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Trans

Post autor: sprutygolf » wt, 02 cze 2015 17:55

W pierwszych zdaniach mamy PARĘ! ...napędzających akcję atrakcji: „godzina policyjna”, „areszt domowy”, „wojna” – od razu widać, że coś złego wisi w powietrzu. Parę zdań i całkiem żwawa fabuła, więc trudno mi się zgodzić z @Tenshi, jakoby początek nie przykuwał uwagi. Moją jakoś przykuł, choć powtarzam: wojenna tematyka nie jest moją ulubioną. Zresztą w dobie skrótów ze skrótów, streszczeń streszczeń itd. może i ma rację? Z tego wniosek, że już za parę lat nikt nie będzie w stanie przeczytać „Nad Niemnem”! ;)
(…) dołączył do zebranych, zatapiając blade, chude palce w dłoniach siedzących obok ludzi.
Nic takiego, jeno TO zatapianie palców w dłoniach po prostu mi się nie podoba. Zdecydowanie wolę ujmowanie palcyma dłoni! :)
Nawet Warszawa zamilkła, omotana więzami godziny policyjnej.
Noo, a to zdanie mi się spodobało. Zdecydowanie! :) Ale przecież mam siekać, nie chwalić?
zebrani poczuli lekki podmuch wiatru na policzkach, karkach, łysinach.
Najpierw mnie deczko usztywniły te policzki, karki i łysiny, ale potem stwierdziłem, że to w sumie fajne, bo przynajmniej wiadomo, czyją własnością są... łysiny! ;)
Ciało Zofii opanowały dreszcze, przedramiona Zochorowiczowej okryła gęsia skórka
Dreszcze opanowały? Ok. Lecz wolałbym, aby owa skórka raczej POJAWIŁA się na przedramionach. Pokryła może? No bo okrywanie, hm… musiano by ją najpierw jakoś pozyskać, czyli ten tego… łobedrzeć tę biedną gęś ze skóry?! Znaczy pierza... Albo już przynudzam do potęgi.
Dopiero dźwięk dobiegający spod okna (…)
Wiem, o co Autorce chodziło, ale może lepszy byłby dźwięk, dobiegający zza okna? A może i nie? ;)
Głuche uderzenia w drzwi, przenoszące się drżeniem na ściany nie pozostawiły miejsca na wątpliwości, a niemieckie wrzaski z holu i płaczliwe odpowiedzi służącej nie pozwoliły dłużej się łudzić; mimo to, nikt z obecnych nie ruszył się z miejsca, jakby trwanie w matni seansu mogło stanowić chroniący przed zgubą talizman.
Kolejne zdanie, które… podoba mnie się! :) W życiu bym nie wymyślił uderzeń przenoszących się drżeniem na ściany, ani płaczliwych odpowiedzi służącej, i… wcale sobie nie kpię. Poznaję własne ograniczenia, bywa to smutnoprzykre, fakt, ale przecie prawda nas wyzwoli... albo może coś w nas wyzwoli?! ;)
Na czoło radcy wstąpiły grube krople potu.
Znowu to wstępowanie („wstąpiłem na działo… 200 armat grzmiało”), kłania się szarlotka z bajaderką! ;) Może: na czole pojawiły się, czoło pokryło się, z czoła spłynęła gruba niczem …wianka (proszę dopisać nazwisko nielubianej kuleżanki;) kropla potu. Tak se tylko piskam! ;)
(...) czytał zapisane przez zjawę strofy.
Tak dla porządku: czy ktoś z obecnych widział zjawę?
Wszyscy poza medium w jednej chwili otworzyli oczy. Przy maszynie nie dostrzegli nikogo (…)
Czyli nikt? Aaa, nieładnie, bo to znaczy, że Autorka podpowiada czytaczowi… zza kulis! ;)
Posmutniał; już wiedział, że czekają ich nieskończone męki bezczasu, odmierzanego interwałami przesłuchań.
He, qśfa… caukiem ładne to yest! :)
I na koniec: CO Z TĄ CIĄŻĄ? SKĄD NIEMRA WIEDZIAŁA???

PS. Wszystkie poglądy, uwagi i zarzuty tu zaprezentowane są tylko moimi prywatnymi poglądami, jasne, że mogę się mylić i nie roszczę sobie żadnych pretensji co do używania poprawnej polszczyzny. Ja tu tylko si… siekam! :)

ODPOWIEDZ