Z dawnych wieków...

czyli co nam w duszy gra - o muzyce fantastyczniej i fantastyce muzycznej

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Radioaktywny
Stalker
Posty: 1947
Rejestracja: pn, 16 lip 2007 22:51

Z dawnych wieków...

Post autor: Radioaktywny » pt, 21 mar 2008 23:05

Nie mogę uwierzyć, że nie ma tu wątku o muzyce poważnej! Czym prędzej trzeba ten niewybaczalny błąd naprawić. Podzielcie się swoimi wyrafinowanymi gustami (bo nikt chyba nie zaprzeczy, że muzyka klasyczna to muzyka wyrafinowana;-)). A może są wśród tacy, co grają klasykę?
Osobiście uwielbiam Verdiego, Mozarta, Bacha, Berlioza i Griega. Nie mogę też wyjść z podziwu nad oszałamiającym, choć chaotycznym i bezładnym "Świętem Wiosny" Igora Strawińskiego. A ostatnio przeżywam fascynację przepięknym "Kanonem D-dur" Johanna Pachelbela.
There are three types of people - those who can count and those who can't.
MARS!!!
W pomadkach siedzi szatan!

Awatar użytkownika
Nae Mair
Sepulka
Posty: 30
Rejestracja: sob, 15 mar 2008 20:41

Post autor: Nae Mair » pt, 21 mar 2008 23:15

Mozart. :)
Zaczęło się chyba od obejrzanego dawno temu "Amadeusza". Potem w domu pojawiły się płyty i Mozart został moim ulubionym kompozytorem musique clasique. :)
Za to nie potrafię się zachwycić Chopinem. No po prostu nie umiem. :)
"Oko moje! Płacz strumieniami łez
i opłakuj królów, którzy odeszli."

[Imru al-Kajs]

Awatar użytkownika
Ysabell
Mamun
Posty: 175
Rejestracja: wt, 20 lis 2007 14:37

Post autor: Ysabell » sob, 22 mar 2008 00:11

Kanon Pachelbela kocham od dziecka, więc dobrze Cię, Radioaktywny, rozumiem. :-)

A poza tym moja święta klasyczna trójca to Bach, Vivaldi i Mozart, a tak ogólnie to przepadam za niskimi dźwiękami i instrumentami dętymi - także ideałem są dla mnie koncerty fagotowe, szkoda, że jest ich tak mało... Ale lubię też obój i wiolonczelę (nie wspominając już o kontrabasie...).

Za wokalnymi nie przepadam, za wyjątkiem Requiem Mozarta - bardzo zresztą dziś aktualnego... :-)
Ys.
_____
"Kobiety i koty zawsze będą robić to, co chcą, a mężczyźni i psy powinni się zrelaksować i powoli oswajać z tą myślą" - Robert A. Heinlein

Awatar użytkownika
rubens
Fargi
Posty: 442
Rejestracja: sob, 23 lut 2008 00:00

Post autor: rubens » sob, 22 mar 2008 12:08

A ja powiem BACH! :) Bach, Bach, Bach, Bach, Bach! Wzruszające Bist Du bei mir, genialna Aria na strunę G... ach, lecę odkopać winyle :)
Niecierpliwy dostaje mniej.

Awatar użytkownika
Lux Perpetua
Dwelf
Posty: 540
Rejestracja: pt, 23 lut 2007 18:51

Post autor: Lux Perpetua » ndz, 23 mar 2008 17:24

Podobnie jak Nae Mair zaczynałam od 'Amadeusza'. I się w Mozarcie zakochałam po uszy. Potem przyszedł Rachmaninow (tym razem zawinił 'Blask' z Geoffrey'em Rushem:), jego koncerty fortepianowe są genialne.
I am the one who tells the story.
Oh, I don't what made me, what gave me the right,
to mess with your values, and change wrong to right.

Awatar użytkownika
Buka
Psztymulec
Posty: 945
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 16:55
Płeć: Kobieta

Post autor: Buka » sob, 05 kwie 2008 19:35

O, jak miło widzieć taki wątek :)
Muzyka klasyczna jest ze mną od zawsze.
Moi ulubieńcy to (może mało oryginalnie) Mozart, Bach, Beethoven, Vivaldi, Prokofiev, Schubert i Wagner. Po trochu od każdego, w zależności od nastroju^^

No i ze wstydem przyznaję, że często nie wiem, jaki tytuł ma TO, co mi chodzi po głowie i takie ładne jest... Ale cóż zrobić.

A poza tym:
Ysabell pisze:a tak ogólnie to przepadam za niskimi dźwiękami i instrumentami dętymi - także ideałem są dla mnie koncerty fagotowe, szkoda, że jest ich tak mało...
Popieram w całej rozciągłości.

Awatar użytkownika
Dabliu
ZakuŻony Terminator
Posty: 3221
Rejestracja: wt, 22 sie 2006 20:22
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Dabliu » sob, 05 kwie 2008 20:03

Dlaczego nikt tu nie wymienia Mahlera i Paganiniego?

Awatar użytkownika
Buka
Psztymulec
Posty: 945
Rejestracja: sob, 13 paź 2007 16:55
Płeć: Kobieta

Post autor: Buka » sob, 05 kwie 2008 20:05

Bo na kogoś trzeba sięzdecydować :P

Awatar użytkownika
Nae Mair
Sepulka
Posty: 30
Rejestracja: sob, 15 mar 2008 20:41

Post autor: Nae Mair » ndz, 13 kwie 2008 20:11

Wagner u mnie tylko ze względu na genialny "Czas Apokalipsy". :) Hmm. No tak, wychodzi na to, że muzycznie wychowują mnie filmy. :P
"Oko moje! Płacz strumieniami łez
i opłakuj królów, którzy odeszli."

[Imru al-Kajs]

Awatar użytkownika
ElGeneral
Kratistos
Posty: 8408
Rejestracja: pt, 09 lis 2007 18:36

Post autor: ElGeneral » ndz, 13 kwie 2008 20:22

Ysabell pisze:...a tak ogólnie to przepadam za niskimi dźwiękami i instrumentami dętymi - także ideałem są dla mnie koncerty fagotowe, szkoda, że jest ich tak mało...
Posłuchaj sobie, Ysabell, "Ucznia Czarnoksiężnika" Paula Ducasa. Wspaniała patria fagota...
Takie jest moje zdanie w tej materii, a oprócz tego uważam, że Kartagina powinna być zburzona.

Awatar użytkownika
Gesualdo
Klapaucjusz
Posty: 2011
Rejestracja: pn, 01 wrz 2008 14:45

Post autor: Gesualdo » pn, 01 wrz 2008 20:40

Z radością witam wątek poświęcony muzyce klasycznej. Jest to dziedzina bardzo bliska, a jako że bardzo lubię propagować tę dziedzinę sztuki, postanowiłem zabrać głos.
Powiem może parę słów o literaturze skrzypcowej. Sam gram na skrzypcach, (a także troszeczkę na fortepianie, jak zresztą większość muzyków), więc prawdopodobnie potraktuję sprawę dość subiektywnie. Nie będzie to ściąga z historii, a jedynie skrótowy opis moich ulubionych utworów. Ujmę zagadnienie chronologicznie (lecz zapewnie okropnie niespójnie):

Barok:
Cesarzem wśród wszystkich kompozytorów jest dla mnie Bach ( Jan Sebastian, gwoli ścisłości. Precyzuję, ponieważ historia muzyki pełna jest różnej maści Bachów). Nie mówię tu tylko o muzyce skrzypcowej, ale o muzyce w ogóle. Jego kompozycje mają w sobie malutką drobinkę doskonałości. Jako że w przyrodzie nie występuje doskonałość, ten mały pyłek z powodzeniem wynosi Bacha ponad wszystkich kompozytorów. Jestem oczarowany jego Sonatami i Partitami na skrzypce solo. Utwory z pozoru bardzo surowe i ascetyczne w brzmieniu, wykazują cudowne bogactwo niuansów i odcieni (oczywiście tylko w porządnym wykonaniu). Wisienką na torcie jest piąta część II partity d-moll BWV 1004, zwana Chaconną.
Muzykę troszkę lżejszą w odbiorze, ale niezwykle wspaniałą, tworzy Antonio Vivaldi. Nie odkryję Ameryki, gdy wspomnę o jego czterech koncertach skrzypcowych składających się na cykl zwany Le quattro stagioni (Cztery pory roku).
Polecam też Concerti grossi Arcangela Corelliego.

Klasycyzm:
Mozart i jego koncerty skrzypcowe.
Beethoven – sonaty skrzypcowe, koncert skrzypcowy D-dur.

Romantyzm:
Nicolo Paganini. O taaak. Wirtuoz-legenda. Jego 24 kaprysy stanowią klasę samą dla siebie. Ten gość stanowił kamień milowy w rozwoju wiolinistyki. Poza tym był utalentowanym melodystą. Sam Brahms podobno orzekł, iż Paganini w zakresie kompozycji posiada potencjał równy swoim umiejętnościom wykonawczym. Ja bym się nie zgodził, ale nie zmienia to faktu, że facet miał dryg do pisania. Uwielbiam jego koncerty skrzypcowe, w tym najsławniejszy I koncert skrzypcowy D-dur (właściwie Es-dur, ale to inna historia).
Romantyzm jest epoką, gdzie namnożyło się niebywale dużo tzw. hiciorów. Napiszę tylko w skrócie:
Tańce węgierskie Brahmsa, tańce słowiańskie Dworzaka, pełno transkrypcji i fantazji na najróżniejsze tematy ( w tym błyskotliwa fantazja na tematy z opery Carmen Bizeta, którą skomponował Pablo Sarasate – przepadam za tym utworem), no i koncerty skrzypcowe. Do moich ulubionych należą koncert D-dur op.77 Brahmsa i koncert d-moll Sibeliusa. Inne, też piękne, napisali Czajkowski, Mendelssohn, Dworzak i Bruch, a także Saint-Saens (szczególnie polecam III koncert).

XX wiek już trudniej podzielić. Ograniczę się do nieco chaotycznego wymienienia moich ulubionych utworów skrzypcowych:

Szymanowski – cała jego (niezbyt pokaźna) twórczość skrzypcowa. Szczególnie I koncert i Mity. Muzyka Szymanowskiego jest bardzo zmysłowa, rozedrgana, ekspresjonistyczna. No i niebywale piękna.
Schnitkke – IV koncert skrzypcowy
Karłowicz, Khachaturian, Prokofiew, Penderecki – koncerty skrzypcowe

A także zapewne setka różnych miniatur, których namnożyły nam minione wieki.

Sądzę, że nie wyczerpałem tematu muzyki skrzypcowej nawet w jednym procencie. A do tego dochodzi przeogromna ilość utworów, które niewiele mają wspólnego z tym malutkim instrumentem. Wbrew pozorom nie słucham jedynie skrzypiec. Po prostu przedstawiłem wam tylko ten fragment moich upodobań, który wiąże się z nimi.

Prawda jest taka, że muzyka klasyczna może dostarczyć niesłychanie ogromne spektrum doznań, tak więc trudno dyskutować o ulubionych utworach. Wszystko zależy od chwili i nastroju. Raz mam ochotę na kontemplacyjną, minimalistyczną muzykę Góreckiego, kiedy indziej potrzeba mi kapkę brutalnej, pięknej w swoim „prymitywizmie” potęgi Brucknerowskich symfonii.

To tyle narazie. Mam nadzieję, że nie zanudziłem.
"Jestem kompozytorem i coś pewnie chciałem, ale już zapomniałem."

Awatar użytkownika
Radioaktywny
Stalker
Posty: 1947
Rejestracja: pn, 16 lip 2007 22:51

Post autor: Radioaktywny » wt, 02 wrz 2008 21:24

Gesualdo pisze:Sam gram na skrzypcach
Pójdź w me ramiona! Teraz Fahrenheit ma dwóch skrzypków! Ale szczerze przyznam, że choć I i II stopień szkoły muzycznej ukończyłem, nie potrafiłbym fachowo się o muzyce klasycznej rozpisywać, bo zawsze byłem bardziej praktykiem niż teoretykiem;-)
Jestem oczarowany jego Sonatami i Partitami na skrzypce solo. Utwory z pozoru bardzo surowe i ascetyczne w brzmieniu, wykazują cudowne bogactwo niuansów i odcieni (oczywiście tylko w porządnym wykonaniu).
No właśnie dzieła Bacha (Jana Sebastiana naturalnie;-)) to naprawdę wyzwanie dla skrzypka. Niemniej zawsze z przyjemnością go grałem, pomimo - nie oszukujmy się - dużego poziomu trudności i wiążących się z tym błędów w mojej grze;-)
troszkę lżejszą w odbiorze, ale niezwykle wspaniałą, tworzy Antonio Vivaldi. Nie odkryję Ameryki, gdy wspomnę o jego czterech koncertach skrzypcowych składających się na cykl zwany Le quattro stagioni (Cztery pory roku).
Tak, tyle że wszystkie inne utwory Vivaldiego też brzmią jak żywcem wyjęte z "Czterech pór roku":-P
Paganini - uważam jego kompozycje za mistrzostwo, ale grać nie cierpię, a to dlatego, że to dla mnie za wysoka poprzeczka. Nigdy nie aspirowałem do bycia wirtuozem i dlatego nie zamierzam porywać się z motyką na słońce. Wystarczy mi, że grałem kaprys Paganiniego na egzaminie dyplomowym (a i tak w tempie wolniejszym od tego ustanowionego przez Paganiniego). Od tamtej pory pozostajemy z panem Niccolo w stosunkach wyłącznie słuchowych^^
O innych kompozytorach wypowiadać się nie będę, bo niestety mam słabą pamięć do utworów klasycznych i ich twórców.
There are three types of people - those who can count and those who can't.
MARS!!!
W pomadkach siedzi szatan!

Awatar użytkownika
Gesualdo
Klapaucjusz
Posty: 2011
Rejestracja: pn, 01 wrz 2008 14:45

Post autor: Gesualdo » śr, 03 wrz 2008 22:17

Radioaktywny pisze: Tak, tyle że wszystkie inne utwory Vivaldiego też brzmią jak żywcem wyjęte z "Czterech pór roku":-P
Nie do końca się zgodzę. Oczywiście, Vivaldi ma bardzo rozpoznawalny styl. Stosuje często podobne rozwiązania harmoniczne. Nie da się ukryć, że jego muzyka jest dość nieskomplikowana (w porównaniu do Bacha), ale właśnie dzięki temu jest tak przystępna dla ludzi. Vivaldi napisał bodajże ponad 400 koncertów, więc siłą rzeczy musiał czasami sam siebie powielać. Ale daleki byłbym do sprowadzenia jego całej twórczości do "Czterech pór roku"
Co do Paganiniego, to ja też nigdy nie osiągnąłem takiej biegłości technicznej, by radzić sobie z jego utworami. Raz grałem jeden kaprys (też znacznie wolniej, niż w zamierzeniach twórcy). Na dyplomie wykonałem jednak Wieniawskiego. Swoją drogą też niezły kompozytor (chodź daleko mu do Paganiniego) i niezwykły wirtuoz.
Mnie w ogóle fascynują skrzypce. Nie tylko od strony utworów, ale także wykonawców. Youtube to jednak świetna rzecz. Gdzie jeszcze miałbym możliwość wysłuchania (i porównania wersji) tego samego utworu w wykonaniu sześciu najlepszych skrzypków XX wieku. Do tego dochodzą prawdziwie unikatowe nagrania jeszcze z XVIII wieku.
"Jestem kompozytorem i coś pewnie chciałem, ale już zapomniałem."

Awatar użytkownika
Gesualdo
Klapaucjusz
Posty: 2011
Rejestracja: pn, 01 wrz 2008 14:45

Post autor: Gesualdo » pt, 19 wrz 2008 14:18

Nawiązanie do dyskusji z wątku Wewnętrzny krytyk - zmora debiutantów:
flamenco108 pisze:1. W dawnych czasach muzykę i matematykę wykładano na tym samym kierunku studiów, czyli ścisłym (tam była astrologia, matematyka, muzyka i coś, a na humanie była retoryka, erystyka, poezja bodaj, ale nie pomnę jak to dawno było, czyżby akademia platońska?)
Czy przypomniałeś nam, flamenco, o tym fakcie historycznym, ponieważ sam uważasz muzykę za naukę ścisłą? Jeśli tak, to niestety bardzo się różnimy w tym względzie.
Dawno, dawno temu muzyka rzeczywiście miała sporo wspólnego z naukami ścisłymi. Taki Boecjusz – adoptując do kultury chrześcijańskiej tradycję Grecką – twierdził, że muzyka jest ściśle związana z stosunkami liczbowymi. Istniała przecież cała symbolika liczbowa. W Średniowieczu były ściśle określone zasady, którym powinien podlegać utwór muzyczny. Uważano niektóre interwały za przejaw doskonałości (konsonanse), inne zaś za przejaw szatana (najlepszym przykładem jest tzw. diabolus in musica, odległość kwarty zwiększonej, bądź kwinty zmniejszonej, posiadający sześć półtonów). Z czasem coraz więcej interwałów było akceptowanych. Kompozytorzy mieli więcej swobody twórczej. Nie chcę rozwijać tego wątku historycznego, bo nie czas i miejsce na to. Chciałbym tylko powiedzieć, że nawet wtedy muzyka była sztuką, którą niestety nie można posądzić o przynależność do nauk ścisłych. Podam jeden prosty powód - wykonawstwo. Również spętane konwencjami, ale jednak wnoszące do utworu efekt indywidualizmu. Rzecz absolutnie nieścisłą. Aspekt samej inwencji twórczej (procesu, który determinując materiał muzyczny sprawia, że całość przewyższa sumę składników) nie ma nic wspólnego z naukami ścisłymi. Temat można drążyć. W późniejszych wiekach muzyka staje sztuką coraz bardziej wyzwoloną.
flamenco108 pisze: 2. Podobnie jak z fugami w muzyce, w literaturze z jakiegoś powodu tworzą się podziały, acz ponieważ literatura nie jest tak ścisła jak muzyka, podziały muszą być traktowane luźniej, tak sądzę.
Nawiązujesz do fugi, formy, która najbujniejszy swój rozkwit przeżywała w okresie Baroku. Jeśli popatrzeć na literaturę z dawnych wieków, to również podlega dość ścisłym podziałom. W naszych czasach trudno wyznaczyć takowe, ponieważ brak nam dystansu, który zapewnić może jedynie czas. Wierz mi, dzisiejsza muzyka wykazuje równą odporność na szufladkowanie.
Podobnie jak w punkcie pierwszym, twierdzisz, że muzyka jest bardziej ścisła, niż literatura. Wciąż jednak nie mogę zrozumieć, jakim kryterium się kierujesz. Słuchając współczesnej muzyki elektroakustycznej nie mogę wyjść z podziwu, ile niekrytych obszarów kryje w sobie świat dźwięków. A co powiesz na muzykę infinitywną, gdzie kompozytor zapisem sugeruje jedynie kierunek, w którym powinien podążyć wykonawca, a utwór muzyczny jawi nam się w niezliczonej ilości postaci, zależnych od interpretacji? Albo aleatoryzm, gdzie w pewnych sferach dzieło podlega całkowitemu przypadkowi? To są przykłady skrajne, nie mniej jednak mogą nieco powiedzieć o wieloznaczności sztuki muzycznej, która – według mnie – jest zjawiskiem wybitnie nieścisłym.
flamenco108 pisze: 4. Język tym się różni od muzyki, że muzyka jest zasadniczo jedna (podomno Hindusy mają jakąś inną skalę dźwięków, ale nie znam się, za to rytmiki przecież nie oszukasz), a języków wiele - i choćby na tym poziomie o każdym można by stworzyć oddzielną naukę. Języki mają ze sobą wspólne cechy, ale jednocześnie mają silny kontekst kulturowy. Czyli nawet przetłumaczony na polski Tołstoj jest dalej Tołstojem, ale nie tym samym, co w oryginale - o czym można by dyskutować bez końca.

Muzyka zasadniczo jest jedna, hmm… niech pomyślę… nie, niestety również się z Tobą nie zgodzę. W jednym miałeś rację, dźwięki są w pewnym stopniu uniwersalne. No bo w końcu – zakładając, że słyszymy – jesteśmy zdolni do ich recepcji. Gorzej z percepcją. W jakimś pierwotnym, intuicyjnym wymiarze na pewno. No dobra, trochę przekoloryzowałem sprawę, ale idźmy dalej. Potężna gałąź muzyki jest nawet bardzo uniwersalna. Mówię tu o „rozrywce”, która odwołuje się głównie do naszych emocji, sprawuje również funkcję poniekąd użytkową. Prawie każdy człowiek potrafi odnaleźć w niej coś dla siebie. Jest prosta w odbiorze, oparta w dużej mierze na systemie dur-moll, nieskomplikowana. Ale w wielu przypadkach nie wystarczy takie intuicyjne podejście do sprawy. Nie wystarczy powiedzieć: „Oooo, to jest całkiem zajefajne. A to tam, coś mi tak smędzi. Bee.”

I tutaj taka mała dygresja. Nie traktuj literalnie powyższych słów. Lubię czasami rzucić takie mocno przerysowane uogólnienie, żeby uwypuklić problem. Jednakże nie mam zamiaru nikogo obrażać. Potraktuj to z przymrużeniem oka. Podobny przypadek był, kiedy w wątku jak to napisać, czyli: gdy autor się zatnie sformuowłem podobne uogulnienie skierowane do Xiri (dzięki Maximusie za wytknięcie)
Wspomniałem wcześniej o systemie dur-moll? No właśnie. Piszesz o jednym uniwersalnym języku muzycznym. Wspominasz tylko, że „Hindusy” mają inną skalę dźwięków. Otóż skal dźwiękowych jest znacznie więcej. Przykłady (trochę luźne):
- Skale starogreckie (dorycka, frygijska, lidyjska) – posiadały różną budowę ze względu na odmienny ethos. Na ten przykład skala lidyjska była najlepsza do wyrażenia smutku.
-Diatonika średniowieczna – wywodząca się z Grecji, posiadająca również odmiany.
-System dur-moll – początkowo w tylko szczątkowej formie, późnej coraz bardziej rozbudowywany.
- Skale góralskie, cygańskie itd.
-Dodekafonia
-Skala całotonowa
-Modalizm Messiaena
-Itd.

A jeśli by wspomnieć o manifeście futurystycznym, który kataloguje całe spektrum szumów, jako pełnoprawne dźwięki? W takiej muzyce sonorystycznej walniesz otwartą dłonią w pudło kontrabasu i również powstanie muzyka. Właściwa determinacja tego materiału sprawi, że powstanie również utwór muzyczny – artystyczny (polecam przesłuchanie Trenu ofiarom Hiroszimy Krzysztofa Pendereckiego. Mnie osobiście działa na wyobraźnię, mimo że wielu krytyków uznaje ten utwór jedynie za przejaw właśnie „czystej muzyki sonorystycznej”).

Nie chcę, żeby mnie źle zrozumiano. Nie próbuję tutaj (jak i w moich dalszych słowach) stosować analogii w stosunku do literatury, tylko przeczę niektórym sformułowaniom użytym przez Ciebie.

Wspomniałeś jeszcze o rytmice. Jest coś takiego, jak próg percepcyjny (moje sformułowanie, nie wiem, czy poprawne), po przekroczeniu którego dalsze urozmaicenia rytmiczne nie mają sensu. Więc dla naszych badań istnieje dość wyraźna granica. Jednakże rytmika była również traktowana niejednoznacznie. W chorale gregoriańskim istniały jedynie wskazówki co do tzw. oddechów itp. Materiał rytmiczny traktowano bardzo swobodnie. Dopiero rytmika menzuralna pozwalała na określenie dokładnych stosunków między wartościami rytmicznymi.
Mógłbym znów wspomnieć o aleatoryzmie, który w pewnych przypadkach dopuszczał przypadek losowy również w stosunku do rytmiki (przykład: Gry weneckie Witolda Lutosławskiego, gdzie w pewnych fragmentach utworu wykonawcy grali swoje partie w dowolnie przez siebie wybranym tempie i z tylko przybliżoną dokładnością rytmiczną).
Co do kontekstu kulturowego, to również jest obecny w muzyce i bardzo pomocny w zrozumieniu dzieł (jak również kontekst socjologiczny, biograficzny i cała masa innych kontekstów). Np. bardzo ważny jest to dla wykonawców. Sądzę też, że Polacy całkiem inaczej słuchają mazurków Chopina, niż dajmy na to – Chińczycy.
flamenco108 pisze:
5. Albowiem język jest przekazem odwołującym się nie tylko do ucha, a za jego pośrednictwem gdzieś do pierwotnych funkcji umysłu, jak to generalnie jest z muzyką, w której ta część jest niewątpliwie istotniejsza, lecz raczej głównie do wyrafinowanej, intelektualnej części umysłu. Stąd każdy głupi może sobie muzyki słuchać (pytanie pozostaje, jakiej), ale od literatury będzie się trzymał z dala. Chyba, że do literatury zaliczymy pisma urzędowe i faktury ;-)

Muzyka również nie odwołuje się jedynie do ucha i owych pierwotnych funkcji umysłu. Na pewno punkt ciężkości znajduje się bliżej tego. Jak już mówiłem, muzykę można odbierać tylko instynktownie, tylko zmysłowo. Myślę, że w dużej mierze dążyli do tego impresjoniści, tacy jak Debussy. Jak i cała rozrywka. Chociaż z drugiej strony się nie zgodzę. Nawet taka muzyka w pewnym stopniu zawiera przekaz, który – co prawda bardzo subiektywnie – możemy odebrać w bardzo wyrafinowany sposób.
Ale oprócz bodźców odwołujących się do intuicji jest jeszcze nieprzebrane bogactwo impulsów bardzo związanych z „intelektualną częścią umysłu”. Fugi Bacha, oprócz piękna zmysłowego, dają nam przyjemność również intelektualną. Dopiero dostrzeżenie tych wszystkich niezwykle wyrafinowanych niuansów zawartych w jego muzyce daje pełną satysfakcję obcowania z arcydziełami Bacha. Zachwyt nad logiką konstrukcji, misternością tematów, bogactwem przekształceń, którym są poddawane. A wszystko to stworzone z budulca dźwiękowego, jednego z najszlachetniejszych w przyrodzie. Czynne słuchanie muzyki – przeciwieństwo biernej recepcji – daje wręcz nieograniczony zakres doznań intelektualnych. Skrajnym przypadkiem był Hanslik, który za jedyne kryterium :artyzmu” podawał formę. Buntował się przeciw wszelkim romantyzującym tendencjom.
Pomijam wszelkie konteksty historyczne, a także całą muzykę, która łączy się ze słowem (opery, pieśni itp.), bo to temat trochę grząski.

Dobra, kończę. Pozdrowienia

PS Zaryzykuję też stwierdzenie: Każdy głupi potrafi czytać literaturę. Pytanie tylko jaką… no i oczywiście, jeżeli w ogóle umie czytać.
"Jestem kompozytorem i coś pewnie chciałem, ale już zapomniałem."

Awatar użytkownika
kaj
Pciuch
Posty: 1576
Rejestracja: śr, 28 wrz 2005 13:50

Post autor: kaj » pt, 19 wrz 2008 15:26

Dawno, dawno temu muzyka rzeczywiście miała sporo wspólnego z naukami ścisłymi.
Nie muzyka, tylko teoria muzyki.
Mógłbym znów wspomnieć o aleatoryzmie, który w pewnych przypadkach dopuszczał przypadek losowy również w stosunku do rytmiki (przykład:
Gry weneckie Witolda Lutosławskiego, gdzie w pewnych fragmentach utworu wykonawcy grali swoje partie w dowolnie przez siebie wybranym tempie i z tylko przybliżoną dokładnością rytmiczną).
Akurat Lutosławski aleatoryzmu nie stosował. Mu nie chodziło o przypadkowy egekt, tylko konkretny rezultat, uzyskany przy zosatweniu swodoby wykonawcom. To zupełnie co innego niż aleatoryczne utwory Cage'a czy Stokhauzena, gdzie nie wiadomo co wyjdzie.
Sądzę też, że Polacy całkiem inaczej słuchają mazurków Chopina, niż dajmy na to – Chińczycy.
150 lat temu pewnie tak. teraz jedni i drudzy są wychowani na tym samym.

ODPOWIEDZ