Kroniki Fahren Heita

Moderatorzy: RedAktorzy, ZZT-owcy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
nimfa bagienna
Demon szybkości
Posty: 7204
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:40
Płeć: Nie znam

Kroniki Fahren Heita

Post autor: nimfa bagienna » pn, 15 kwie 2013 17:11

Kroniki Fahren Heita, dzieła zebrane
Posty, jak wiadomo, nie są z gumy, musiałam podzielić.

Radujmy się!!!

Kroniki Fahren Heita

1. Juhani udowadnia
Część pierwsza – zabili go.
Fahren Heit ostatni raz spojrzał w górę. Ciężkie chmury zasnuwały niebo, sypiąc płatami śniegu. Zimny wiatr przenikał podartą bieliznę, w której pozostawili go oprawcy. Fahren ręce skute miał żelaznymi kajdanami, bose stopy zostawiły krwawe ślady, znacząc ślad jego wędrówki na miejsce kaźni. Czekało go jeszcze ostatnie kilkanaście kroków. Poprzez zadymkę widział niewyraźny zarys rusztowania, a nim potężną postać z toporem w dłoniach. „Kat czeka!” pomyślał. Silne pchnięcie jednego z dwóch eskortujących strażników rzuciło go kolanami na niedbale położony bruk. „Niedbaluchy!” pokiwał głową, „nawet bruku nie chce im się porządnie ułożyć! I po co ja tu przyleciałem?!”.
- Nie myśleć! – Warknął grubiański głos zza pleców – wstawaj i na szafot!
- Jeszcze zobaczymy! – Syknął Fahren nienawistnie.
- A zobaczymy, zobaczymy – zarechotał drugi strażnik - jak ci łeb spadnie!
Sytuacja wyglądała na beznadziejną. Złapany podczas eksploracji tej planety Fahren nie miał szans wytłumaczyć, że trafił tutaj przypadkiem. Tym bardziej, że nie była to prawda. Heit został namierzony podczas pobierania próbek geologicznych, jego statek zniszczono, a on został skazany na śmierć za wtargnięcie na tereny należące do króla. Jak się później okazało, nie było to trudne, gdyż ziemia na całej planecie miała tylko jednego właściciela. Przez trzy dni w lochu bohatersko opierał się oprawcom. Najpierw oparł się próbie wydobycia z niego sekretów technologicznych. Skąd miał je do cholery znać?! Nie naciskano za bardzo w tej materii, gdyż Ziemia stała niżej od nauki tubylców. Potem oparł się próbie wody. Bohatersko odmówił mycia się przez cały czas pobytu w lochu. Ale kiedy oparł się też odpowiedzi na pytanie, co też taki ciołek tutaj robi, oprawcy przeszli do czynów. Fahren został skopany, pozbawiony odzieży wierzchniej, ciśnięty na brudną i zimną podłogę, i pozostawiony w samotności w oczekiwaniu na egzekucję. Wszystkie te wydarzenia przemknęły jak błyskawica przez głowę Fahrena, gdy popychany brutalnie wspinał się na szafot.
- Dalej tam! – Ryknął odziany w czerwień kat, patrząc na Farhena z góry – nie płacą mi za godziny!
Tłum gapiów, zgromadzony na dziedzińcu zaszemrał z uznaniem. Rozległy się aprobujące okrzyki, parę gwizdów, ktoś nawet próbował klaskać.
- Zamknijcie się – poradził kat – bo jak mnie wkurzycie, to egzekucji nie będzie.
- Pospiesz się – rozgorączkował się jakiś młodzik. – Mgła idzie!
Faktycznie, szła mgła. Siwe kłęby wpychały się na dziedziniec, pogarszając i tak już kiepską widoczność.
- Szlag! – Zaklął kat – skazańca nie widzę! Pomóż tam który! Podepchnijcie go!
Rzucili się ludzie ochoczo, bojąc się utraty widowiska, jako że widoczność pogarszała się gwałtownie. Kat po omacku sięgnął ręku w dół, chwycił gęstą czuprynę i szarpnął ku górze, rzucając nieszczęśnika na olbrzymi, katowski pień. Błyskawicznie się zamachnął i ciął okrutnie. Krwawe bryzgi ochlapały stojących przy szafocie. Fahren poczuł tępe uderzenie, kiedy stoczył się z szafotu i jego ciało grzmotnęło o ziemię.
Zabili go.

Część druga – zerwał się i ucik.
Poczuł ból, co zaniepokoiło go straszliwie. Odczuwanie bólu po śmierci kłóciło się z jego wiedzą.
Ostrożnie otworzył oczy. Nad nim kładł się posępny cień szafotu, z którego kapała krew. Wokół kłębił się tłum ludzi, popychających się nawzajem, usiłujących dojrzeć cokolwiek. Fahren nie zastanawiał się długo. Starając stłumić jęk, co jak ptak wyrywał się z jego ust, począł wyczołgiwać się na bok pomiędzy nogami gapiów. Zapadający mrok sprzyjał jego zamiarom, i po chwili udało mu się dotrzeć do ściany jednego z murów, okalających dziedziniec. Podpierając się ściany dźwignął się na kolana. Ręka jego wymacała niewielkie drzwi, które uchyliły się pod jego dotykiem. Zerwał się na nogi, i wpadając już w czeluść zbawczego korytarza, słyszał jeszcze za sobą krzyki zgromadzonych.
- Zabili! Zabili! Synka mi zabili!
- Po co się pchał! Ćma taka, skąd miałem wiedzieć, czyją czuprynę ciągnę!
- Co z ciebie za kat! Fachowiec by poznał!
- Zamknij się, bo i ciebie zaraz!
- Ludzieee! Słyszycie?! Kobietę bezbronną chce zaciukać! Synka jej przepołowił!
- Precz z łapami, psie krwie!
- W mordę gnoja! Kat od siedmiu boleści!
- Posadę za łapówkę dostał!
- Oddaj topór, chamie!
- I jeszcze podskakuje, zyzol jeden! We własną dupę byś nie trafił!
- Z bani mu! Partacz!
Umęczony Heit nie słuchał dalej, tylko zatrzasnął za sobą drzwi i ucik w głąb ciemnego tunelu w murze.

Część trzecia – znalazł skarb.
Tunel był niski. Heit, idąc ostrożnie naprzód, macał ściany i sufit. Kilka razy trafiał rękoma na gęste pajęczyny, zasnuwające światło tunelu. „Dawno nikt nie szedł tędy” pomyślał, „ciekawe, dokąd on prowadzi?” Nie mając innego wyjścia, bo zawracać nie zamierzał, zmęczony i spragniony, przedzierał się dalej. Ciążyły mu kajdany, doskwierał brak ubrania. Po godzinie był u kresu sił, nadzieja go opuszczała. Wtedy nagle…zdało mu się, że tunel się rozjaśnia. Rozbudzona nadzieja dodała mu sił. Wykrzesując ostatki sił wyprostował się i runął przed siebie. Nie ubiegł jednakże daleko, gdy potężne uderzenie w ciemię pozbawiło go przytomności.
Ocknął się w jasno oświetlonej jaskini. Światło pochodziło do gęsto pozatykanych w ścianach łuczyw. Pod ścianami zgromadzone były stosy złota, srebra, drogich kamieni. Piętrzyły się kunsztownie wykonane naczynia, broń, monety. Wszystko to mieniło się w światłach , rażąc wzrok Heita swoim blaskiem.
Heit usiadł. Ale co to? Nie miał już na rękach kajdan! Kto mu pomógł? Kim był jego wybawca? I gdzie jest? I w końcu, czyżby zupełnym przypadkiem znalazł skarb?
- Ładne, nie? – skrzypiący głos odezwał się tuz za jego plecami.
Heit skoczył na nogi i odwrócił się błyskawicznie, gotów do walki o życie. Przed nim, na niewielkim skalnym podwyższeniu, siedział niewielki, krępy dziad. Szerokie bary i olbrzymie łapy budziły respekt, mimo siwej brody i trzymanej laski.
- Podziwiaj, podziwiaj – zarechotał dziad – i tak żywy stąd nie wyjdziesz.
- Więc to ty – domyślił się Heit, - mnie w głowę, tam w tym tunelu.
- Pewnie, że ja – dziad się zdziwił. – A kto niby miałby?
- Myślałem, że może miejscowi.
- Miejscowi za nic tu nie wejdą.
- Nie wejdą? Dlaczego?
- Będziesz po mnie powtarzał? – zirytował się dziad. – Nie wejdą, bo nie znają wejścia. Głupi by się domyślił.
Heit nie był głupi, więc się nie domyślił. Chytrze postanowił to ukryć.
- A ty co tu robisz? – zaskoczył dziada pytaniem.
Dziad westchnął.
- Oj, odstajesz ty inteligencją od miejscowych. Skarbu pilnuję, nie widać? A jak kto tu raz na tysiąc lat trafi, to mu pytanie zadaję. A jak nie odpowie, to - dziad zawinął grubym kijem, aż świsnęło – makówkę mu ze łba utrącam!
Oj, nie spodobało się to Heitowi! Z szafotu uciec po to, żeby jego makówka..tfu! głowa strącona kijem została. Postanowił odważnie stawić czoła wyzwaniu.
- Zadawaj – rzucił przez zaciśnięte zęby.
- Dobra – uśmiechnął się obleśnie dziad, wstając – ale masz tylko jedna szansę. Pamiętaj!
- Będę pamiętał! – Heit spojrzał twardym wzrokiem na odrażającą postać.
- Dobra, sam chciałeś! Dokończ zdanie: tam skarb twój, gdzie…..
- Serce twoje!
W dziada jakby piorun strzelił.
- Skąd…skąd…ty… - łapał powietrze, - skąd wiedziałeś?!
Heit wyprostował się dumnie.
- Z Samochodzikowego jam rodu, karle! – Słowa padały jak kamienie – a motto to każdy z nas ma w sekretnym miejscu wytatuowane! I tylko damy motto to podziwiać szczęście mają!
Dziad wypuścił powietrze i ciężko opadł na kamienne siedzisko.
- Musiało się tak w końcu stać – załkał, - trudno, wygrałeś. Wolnym stąd wyjdziesz.
Heit wymusił jeszcze na dziadzie zabranie ze stosu skarbów lekkiej zbroi w sam raz jak na niego, noża wyostrzonego doskonale, a w kieszeń garść monet napuścił. Potem załamany dziad zastukał kijem w ścianę jaskini, i ukazały się drzwi sekretne, snadź czarem wprzódy przed wzrokiem Heita ukryte. Heit obrzucił jeszcze wzrokiem pieczarę, poczem śmiało przestąpił próg.

Część czwarta – wydupczył piersiastą xiężniczkę.
Kiedy tylko przekroczył próg, ściana skalna z hukiem zamknęła się za nim. Zagrzmiało, błysnęło. Całe otoczenie zmieniło się jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. Miejsce tunelu zajęła wspaniała komnata. Ściany obwieszone wspaniałymi arrasami, draperie kapały złotem. Dwunastoramienny świecznik zwisał ciężko z sufitu. Środek komnaty zajmowało ogromne łoże z baldachimem, a na nim leżała piersiasta xiężniczka. Ubrana była w jedynie w leciutki peniuar, nie skrywający jej wdzięków. Ujrzawszy Heita uniosła się lekko, opierając na łokciu.
- Fahren – uśmiechnęła się zalotnie - nareszcie przyszedłeś.
Heit nie przypominał sobie wcześniejszej znajomości z xiężniczką, lecz zachował się jak mężczyzna.
- Kochana – wyciągnął ramiona – wszędzie bym cię odnalazł!
- Fahren – tchnęła na wpół omdlała rozkoszą xiężniczka, - zrzuć tę zbroję i chodź. Tyle się naczekałam!
Heit ruszył w stronę łoża, rozpinając po drodze zbroję.
Niestety, ta część kroniki Fahren Heita uległa zniszczeniu, trzymana zapewne w nieodpowiednich warunkach. Wilgoć i pleśń przeżarły stary pergamin. Tylko niektóre słowa udało się odcyfrować. Ale żeby nie pozbawiać czytelnika szansy na własną interpretację, oraz z poczucia kronikarskiego obowiązku, wydawca podaje poniżej tekst w pisowni oryginalnej, tak, jak się zachował.
Ujął ją……………………..….wsunęła język……………………………… rozerwał niecierpliwie…………………………………….. niby korzeń drzewa…………….……………półkule……………………silnym ruchem………………….…….. wygięła……………………...w ucho…………….paznokciami………………wilgotny………………..wsunął….……………………jej usta………….. w……….y…..d……u……p……c…….z……y…..ł…………. niebie!
Dalsza część kroniki jest na szczęście w stanie pozwalającym na pełne przedstawienie zdarzeń.

Część piąta – odleciał porwanym statkiem fotonowym.
Kiedy Heit wyszedł na dziedziniec, było koło południa. Kręciło się tam sporo sług zamkowych, lecz dzięki jego przebraniu, nikt nie zwracał na niego uwagi. Dopiero teraz poczuł głód. Zatrzymał przechodzącego sługę.
- Którędy do kuchni? – rzucił władczo.
- Pójdziecie Panie prosto, i zaraz za rogiem po lewej stronie – odrzucił służalczo pachołek.
Heit ruszył we wskazanym kierunku. Bez trudu odnalazł kuchnię. Było to ogromne pomieszczenie, zastawione stołami, na których piętrzyły się chleby, kiełbasy, stały misy z mlekiem. Pośrodku, nad ogromnym paleniskiem piekł się wół. Heit krzyknął na kuchcika i zasiadł przy stole. Obok siedziało dwóch rycerzy, jak poznał po rynsztunku. Uprzejmie skinęli mu głowami i przyciszonymi głosami kontynuowali rozmowę. Czekając na jedzenie Heit rozglądał się po pomieszczeniu, gdy nagle do jego uszu doszły słowa „fotonowy statek…..trzeba sprawdzić”. Jak zelektryzowany spojrzał w stronę dwóch rycerzy, ale oni w tym momencie urwali rozmowę. „Fotonowy statek!” Heit myślał gorączkowo, „szansa na ucieczkę!”. Udając niezainteresowanego Heit ziewnął, bacznie jednak śledząc rozmówców. Po chwili jeden z nich wstał i wyszedł. Heit nie czekał na jedzenie. Markując pilną potrzebę osobistą opuścił kuchnię i chyłkiem ruszył za rycerzem. Jakiś czas szli labiryntem wąskich uliczek mijając uliczne stragany. Heit przyspieszył, gdyż rycerz zniknął mu za rogiem. Gdy dobiegł, oczom jego ukazał się zapierający dech w piersiach widok.
Przed rozpościerał się ogromny plac, a na nim stał statek! Rycerz właśnie znikał w jego wnętrzu. Heit w kilku susach dopadł statku, wskoczył i zatrzasnął za sobą właz. Potem dobył miecza i odwrócił się. Wnętrze statku składało się z jednego pomieszczenia. Zapełnione było ciasno nieznaną aparaturą. Na wprost znajdował się pulpit sterowniczy. Przy pulpicie stał znajomy rycerz, oraz druga postać. Zwalisty, muskularny olbrzym. Półnagi, ubrany tylko w skórzane spodnie. Stał przodem do włazu, ręce miał uniesione do twarzy, i coś z nich wyjadał. Słychać było miarowy chrzęst poruszających się potężnych szczęk, miażdżących być może kości. Heit nie chciał stracić elementu zaskoczenia. Błyskawicznie doskoczył do olbrzyma, wyrżnął go lewą ręką w okolice szczęki. Olbrzym zaskoczony opuścił ręce, i na podłogę posypały się kawałki czegoś nieokreślonego, jakby nieduże kulki. Heit przytknął miecz do gardła rycerza.
- Rekwiruję ten fotonowy statek – oznajmił zimno.
Rycerz nawet nie drgnął. Zamiast niego, odezwał się olbrzym.
- Widziałeś? – powiedział do rycerza osłupiały. – Widziałeś narwańca? Rozsypał mi groszki!
Heit przeniósł na niego wzrok.
- Jakie groszki? – zapytał.
- Owocowe – ten spojrzał na niego z góry - moje ulubione! Mam je teraz z ziemi zbierać, czy jak?!
Heit szybko zerknął na podłogę.
- Nie czas żałować groszków! – Wypalił. – Porywam ten fotonowy statek!
W tym momencie rycerz odzyskał mowę.
- Jaki fotonowy?! – Wrzasnął – zwykły wiatracznik! A on – wskazał na muskularnego – jest od kręcenia korbą śmigła! Poza tym, on już jest porwany!
Ręka z mieczem trzymanym przez Heita poszła o pół centymetra do przodu, dotykając gardła rycerza.
- Nie kręć – wycedził Heit – sam słyszałem jak mówiłeś, że fotonowy! I to ja go porywam!
- Nic takiego nie mówiłem! – Upierał się rycerz. – Żaliłem się znajomemu, że OTO NOWY statek, a już porwany! Zresztą sam zobacz!
Wyciągnął rękę pokazując ścianę nad stołem. Faktycznie, tapety ją pokrywające były zniszczone. Ktoś brutalnie rozdarł je wielu miejscach. Smętnie zwisały kawałki.
- Widzisz?! – Pieklił się dalej rycerz. – Chuliganeria, nie upilnujesz! I jak ja teraz powiem księciu, że jego oto nowy statek jest porwany?! A ten – pryskał dalej śliną, - ten jełop zamiast pilnować, tylko te groszki owocowe żre!!!
Jełop z widocznym poczuciem winy smętnie opuścił głowę.
Heit opuścił miecz i podrapał się po głowie.
- To co ja teraz zrobię – zafrasował się, - muszę przecież jakoś polecieć.
- Polecieć można – ożywił się olbrzym, - czemu nie. Tylko korbką trzeba….
Spojrzeli po sobie wszyscy trzej. Potem poszło już szybko. Za garść monet ze skarbu, Heit odkupił statek. Dorzucił jeszcze trochę za groszki, odbył KKKK (Krótki Kurs Kręcenia Korbą), pożegnał się z rycerzem i jego pomocnikiem, i odleciał. A że nie chciało mu się tapet podklejać, odleciał porwanym statkiem.

2. Juhani: Mięśniak, psychopatyczny morderca, koniec świata i złota rybka

Fahren siedział w poczekalni. Czekał już dość długo, choć zjawił się punktualnie. Kiedy przyszedł, sekretarka spojrzała tylko na niego przelotnie i kazała mu czekać. Po czym wróciła do piłowania paznokci. Mimo, że Heit był twardym, zaprawionym w wielu misjach agentem, pokonywał przeróżne przeszkody, zabijał, kradł, palił (nie potrafił jakoś rzucić), rabował i gwałcił…nie, jednak nie gwałcił (postanowił, że musi kiedyś spróbować), to wiedział doskonale, że wobec sekretarki szefa jest bezbronny jak dziecko. Palące dziecko. Tak więc bez słowa protestu czekał, gapiąc się na zmianę w sufit i obserwując kolejnych interesantów. Najpierw wszedł jakiś pomarańczowy czteroręki. Siedział jakieś czterdzieści minut i wyszedł zupełnie zielony. Wszystkie ręce zwisały mu smętnie po bokach, kiedy powlókł się do wyjścia. To dawało pewne pojęcie o dzisiejszym nastroju szefa. Potem dwóch urzędników centrali z jakimiś papierami w rękach. Pierwszy wyleciał dosyć szybko, prawie zabierając ze sobą drzwi. Chwilkę zajęło mu jeszcze zbieranie z podłogi sekretariatu rozsypanych dokumentów. Trzęsącymi się rękoma macał jak ślepiec po podłodze, a z oczu płynęły mu łzy. Drugi z urzędników chrząknął, rozejrzał się nerwowo dookoła, jakby szukając pomocy u sekretarki. Przynaglony jednak jej spojrzeniem wstał i niechętnie zapukał do drzwi szefa. Odczekał chwilę i niepewnie ująwszy klamkę wsadził głowę do środka. Po kilku sekundach zniknął we wnętrzu gabinetu. Fahren w napięciu wpatrywał się w zamknięte drzwi, próbując odgadnąć, czy nastrój szefa uległ zmianie. Po jakichś dwudziestu minutach urzędnik wyszedł spokojnie, starannie zamykając za sobą drzwi. „Jest dobrze” zdążył pomyśleć Fahren. Wtedy tamten podszedł do stojącego obok kosza i zwymiotował starannie przeżute, lekko nadtrawione dokumenty. Następnie wyprostował się, wyjętą z kieszeni marynarki chusteczką przetarł usta, zasięgnął u sekretarki informacji na temat najbliżej rosnącego, a posiadającego rozwinięte i mocne konary drzewa, i wymaszerował. „Nie jest dobrze” pomyślał tym razem Fahren. Zastanowił się przez chwilkę, czy nie za szybko zmienia zdanie, ale postanowił tę kwestię rozstrzygnąć później, ponieważ…
- Pan Heit - sekretarka spojrzała na niego sponad paznokci, - proszę, pańska kolej.
- A czy – Fahren spróbował zasięgnąć języka, - czy wiadomo, w jakiej sprawie?
- Zapewniam, że szef wie – odpaliła zimno i głową skinęła ponaglająco w kierunku drzwi.
- Zostawić broń? – Chciał jeszcze zyskać na czasie.
- Wyglądam na zbrojownię? – zdziwiła się sekretarka, i wyglądało, że szczerze.
- Ależ gdzie tam! – skłamał gładko Fahren. – Ja tylko tak.
- Wchodzi pan, czy czeka, aż szef do pana wyjdzie? – spytała sekretarka ze złowieszczym uśmiechem na ustach.
- Wchodzę – odburknął Fahren zły, że pokazał po sobie słabość. On! Twardy, zaprawiony w wielu misjach agent, pokonujący przeróżne przeszkody, zabijający, kradnący, palący… nie, to już cholera było, przypomniał sobie. Poprawił pas ze spluwą, palcami lewej dłoni sprawdził, czy przedziałek na głowie jest równo, prawą ręką szarpnął klamkę i bezszelestnie znalazł się wewnątrz.
Szef siedział za biurkiem, ca trzy razy większym od niego. Nie było to co prawda aż TAKIE wielkie biurko, gdyż szef miał raptem 152 cm wzrostu. Za to jego wielka, łysa głowa i imponujące wąsy robiły wrażenie! Ale nie na Fahrenie, niestety. Z założenia był hetero, chociaż różnie na misjach bywało. Szczególnie na jednej, trwającej ponad trzy miesiące, kiedy wraz z agentem innego wydziału byli praktycznie skazani na…
- Heit! – rozdarł się szef, - o czym ty, ku**a, marzysz? I dlaczego włazisz bezszelestnie?!
- Przyzwyczajenie – odruchowo odparł Fahren. – A marzyłem o …
- Gówno to kogo obchodzi! – Szef nie zniżał tonu. – Skargi są na ciebie!
- Na mnie? – Fahren wyglądał na bezbrzeżnie zdziwionego. – Jakie skargi?
Twarz szefa poczerwieniała. Zacisnął palce na brzegu biurka.
- Nie, nie na ciebie – wysyczał, - na kogucika z czerwonym grzebieniem.
Fahren szybko przeleciał w pamięci listę agentów.
- Kogucik? Taki u nas nie pracuje – rzucił nieco już spokojniejszy, że nie chodzi o niego. – A co do czerwonych….
Szef pobladł nieco i uciszył go gestem ręki. Sięgnął do szuflady, wyjął garść pigułek, wybrał dwie i połknął.
- Heit – powiedział już spokojniejszym głosem, – powiedz mi, dlaczego was dobierają metodą selekcji negatywnej? Dlaczego, – z głosu szefa zaczął się ulatniać spokój – dlaczego ja mam potem kłopoty ze zdrowiem?!
- Po tej selekcji? – upewnił się Fahren. – To ja nie wiem. A wracając do czerwonych…
- Zamknij się! – zawył szef. – Skargi są na ciebie!
- Nowe? – spytał Fahren.
- Jakie nowe? – zamarł szef.
- No, przed chwilą mówił pan, że są na mnie skargi – wyjaśnił Heit. – Co to okazały się być na tego Kogucika, co go nie znam. A teraz znowu…
Wyglądało, ze szef ma ochotę wstać zza biurka. Zdawał sobie chyba jednak sprawę, że o ile za biurkiem wyglądał imponująco, to bez biurka jakby mniej.
- Heit – głos szefa zaczynał się łamać, - odpowiedz mi na kilka pytań, dobrze?
- Nie ma sprawy, szefie. Na każde pytanie.
- Dobrze – szef przymknął oczy. – No to powiedz, dlaczego przyłazi tu jakaś baba, że po twojej ostatniej misji ma synka w dwóch kawałkach? Dlaczego – głos szefa powoli znów zaczynał wspinać się na wyżyny – mam skargi, że oszukujesz w zagadkach jakiegoś stróża, i jeszcze gracie na pieniądze? Dlaczego, zamknij się Heit!, spółkujesz z xiężniczkami na misjach?! I dlaczego ku**a mać Heit, wylatujesz nowoczesnym fotonowcem, a wracasz jakimś pieprzonym wiatrakiem na korbę?! Dlaczego Heit??!!
- Aaa…, o to chodzi – wzruszył ramionami Fahren – przecież na misji to normalne, nie? Były tam jeszcze dwa wypadki śmiertelne, to jest w raporcie…
- Ja nie o to pytam, Heit! Ja pytam skąd oni wiedzą, że na skargi należy przyleźć tutaj!? Przecież to były tajne misje! Malowałeś drogowskazy? Rozdawałeś, ku**a, wizytówki czy jak?!
Wizytówki! To słowo przemknęło jak wicher przez głowę Heita. Rzeczywiście, rozdawał wizytówki! Ale kto mógł przypuszczać, że oni będą tak perfidni, że je wykorzystają do wyśledzenia kwatery!
- Byli sprytniejsi, niż myślałem – wyjąkał niepewnie.
- Niż co robiłeś? – zapytał szef z niedowierzaniem.
Fahren spuścił głowę. Szef westchnął.
- Dobra Heit – zdecydował, - zawieszam na razie twoją license to kill.
- Moje co? – zdziwił się Fahren.
- Heit – głos szefa był nienaturalnie spokojny, - nie mów, że nie znasz angielskiego.
- Ależ znam – uspokoił szefa Fahren, - ale tylko po polsku.
Chwilę panowała cisza. Potem szef zaczął cos mamrotać. Najpierw cicho, potem nieco głośniej.
Fahren wytężył słuch. Szef coś liczył. Wyszło mu chyba dziesięć.
- Masz oddać twoją licencję na zabijanie – szef sięgnął po słuchawkę telefonu – wychodząc zostawisz sekretarce. Broń też.
- Broni nie weźmie – pospieszył z wyjaśnieniem Fahren, - próbowałem. A co do tej licencji niby, to ja nie mam.
Tym razem liczenie trwało do dwudziestu.
- Dlaczego nie masz? – ledwo słyszalny głos szefa. – Co z nią zrobiłeś?
- Nigdy nie miałem – wyjaśnił prosto Fahren. – Nie dostałem.
Tym razem szef zerwał się zza biurka. Obiegł je błyskawicznie, dopadł drzwi i szarpnął.
- Pani Jadziu! – wrzask poderwał dwóch oczekujących interesantów, a jednego powalił – czy Heit ma licencję?!
Sekretarka zbladła. Stanęła na baczność i jąkając się próbowała coś powiedzieć.
- Ma czy nie!! – powtórzył szef.
- W zasadzie…w zasadzie… - sekretarka cały czas się jąkała – to…bo wie pan….miało być osiem wydrukowanych…ale papier się skończył w drukarce.. i tusz też – dodała szybko – więc tylko siedem miałam…ostatnią wziął jakiś Anglik…więc dla pana Heita…nie starczyło…
Szef powoli obrócił się w stronę Heita.
- Więc to wszystko…wszystko…bez licencji…te jatki…rzeźnie na obcych planetach…ty…ty…ja tobie…- szef powoli podchodził – bez licencji…ja tobie!
Fahren stał przerażony, patrząc na zbliżającego się szefa. Kiedy ten był już całkiem blisko, Fahrenowi zakręciło się w głowie, obraz przed oczami zaczął się kołysać, i wszystko rozpłynęło się w nicość…


Odzyskując świadomość, Fahren usłyszał jakieś głosy dobiegające początkowo z oddali, a potem coraz wyraźniejsze.
- Budzi się.
- To dobrze, chyba nie było żadnych komplikacji?
- Nie. Silny organizm, nie ma obaw.
- Panie Heit! Słyszy mnie pan?
Fahren z wysiłkiem otworzył oczy. Zobaczył na sobą biel sufitu i pochylające się nad nim dwie postacie w kitlach.
- Panie Heit! Jak się pan czuje?
- Dobrze – powiedział z wysiłkiem, - ale gdzie ja jestem?
- W szpitalu. Miał pan operację.
- Operację? – Fahren zaczynał sobie powoli przypominać przebieg spotkania z szefem, - po spotkaniu z szefem?
- Jakim spotkaniu? – zdziwił się jeden z pytających.
- No, szef, gabinet, licencja…
- Ach, to skutki narkozy. – Wyjaśnił drugi. – Miał pan zapewne majaki? Takie objawy często występują.
- To co się stało?
- Po powrocie z misji stracił pan przytomność. Na szczęście szybko zareagowaliśmy. Operacja przebiegła pomyślnie. Niedługo będzie pan znowu na nogach. Zaraz dostanie pan zastrzyk wzmacniający i przyjdzie całkowicie do siebie.
Po zastrzyku zostawili go samego. Leżał na łóżku i rozmyślał. Więc to tylko majaki, nie było żadnego spotkania z szefem, tylko wyobraźnia płatała figle pod wpływem narkozy. Westchnął z ulgą i spojrzał w okno, za którym zieleniły się drzewa szpitalnego parku. Czyli nadal jest agentem, najlepszym z najlepszych! Niedługo znowu ruszy w misję!
Drzwi się otworzyły i weszła pielęgniarka.
- O, widzę, że pan już całkiem wydobrzał, panie Heit – uśmiechnęła się do niego. – Zaraz przyniosę panu obiad.
Odwróciła się, gdy zatrzymał ja głos Heita
- Siostro – zapytał – czy może mi siostra powiedzieć co mi było?
- Mięśniak na sercu – odpowiedziała, - ale już po wszystkim. Parę dni pan poleży i do domu.
Uśmiechnęła się jeszcze raz i wyszła.
Fahren wyciągnął się wygodnie na łóżku. Zapowiadało się kilka dni wakacji. Ta siostra była całkiem, całkiem, może za kilka dni….kto wie? Tym razem to Fahren się uśmiechnął. Za oknem świergotały ptaki. Na ekranie ściennego telewizora psychopatyczny morderca dusił właśnie przygodną znajomą.
Taak…, pomyślał Fahren, jestem dalej w grze. Taka operacja to jeszcze nie koniec świata.
Drzwi się otworzyły , wpuszczając do sali pielęgniarkę, niosącą talerze ze smakowicie pachnącymi potrawami. Fahren uniósł się na łokciu i rzucił wesoło:
- Co tam dzisiaj na obiad moja złota? Rybka?

3. Juhani: Wspólnymi siłami laboratoriów wszystkich państw, udało się odtworzyć następny fragment Kronik Fahren Heita. Ponieważ może on rzucić światło na wiele zdarzeń, zdecydowano się nie zwlekając, go udostępnić.

Budząc się, Fahren miał przeczucie, że ten dzień przyniesie mu nowe zadanie. A przeczucie miał niezawodne. Wielokrotnie ratowało go ono z różnych opresji. Notabene, w które przedtem go wpakowało. Leżał jeszcze kilkanaście minut na swym szerokim łożu próbując odgadnąć, jakie następne zadanie los mu wyznaczy, ale w końcu rozbolała go głowa i postanowił wstać. Przeciągnął się, wstał i podszedł do ogromnego lustra, zajmującego prawie całą jedną ścianę. Z zadowoleniem skonstatował, że jego nowa koszula nocna, bladoniebieska w duże, białe grochy, wspaniale współgra ze szlafmycą z futra srebrnego lisa. Pokręcił się jeszcze trochę po swoim londyńskim mieszkaniu (jednym z wielu, które jako agent wynajmował na całym świecie) kiedy rozległ się dzwonek u drzwi. Fahren nie zareagował, przygotowując sobie śniadanie. Dzwonek zadzwonił jeszcze dwa razy i umilkł. W czasie kiedy jadł śniadanie, kapał się i ubierał, dzwoniono jeszcze kilkanaście razy. Wszystkie dzwonki zostały przez Fahrena zignorowane. Po pół godzinie, kiedy Fahren delektował się cygarem przy porannej herbacie, zadzwonił złoty, stylizowany na XIV wiek, telefon. Tym razem odebrał od razu.
- Heit – rzucił bez wstępów.
- Dzień dobry, panie Heit – powiedział, również bez wstępów, kobiecy głos w słuchawce - dyrektor oczekuje pana o siódmej.
- Teraz jest siódma – zażartował Fahren.
- Właśnie – odpowiedział głos i połączenie zostało przerwane.
„Szlag by to…” Fahren zmełł w myślach przekleństwo. Teraz dopiero uświadomił sobie, że właśnie o tym mówiło mu przeczucie. Było umówiony w Agencji! Właśnie dzisiaj o siódmej! „Taak” – pomyślał ponownie – „Przeczucie to wspaniała rzecz, ale pamięć też bywa użyteczna!”.
Chwycił trencz i runął do wyjścia. Przed samymi drzwiami zatrzymał się gwałtownie, zaklął i zawrócił. Stanął przed wiszącym na kominkiem obrazem, przedstawiającym słynną bitwę na polach Lękomorza (była to bitwa tak wielka, że na obrazie zmieścił się tylko kawałek pola z kilkoma słonecznikami), odwrócił się o 180 stopni, odliczył trzy duże kroki. Potem pochylił się, wsadził rękę pod lóżko i wyciągnął miotacz osobisty. Wetknął go za pasek u spodni i ponownie ruszył do drzwi. Wypadł na ulicę przepychając się przez niedużą kolejkę ludzi, ustawionych do dzwonka i spojrzał na zegarek. Była siódma trzy. „Nie zdążę!” Przemknęło mu przez głowę, „Szybciej, co brać? Taksówkę czy osiołka? Za taksówkę zwracają, ale osiołek szybszy!”. Po krótkim wahaniu zdecydował się na osiołka. Biegiem minął postój taksówek i dopadł pierwszego z brzegu osiołka.
- Do Agencji! – Rzucił osiołkowi, który ruszył z kopyta. „Za szybko działam” pomyślał jeszcze Fahren i rzucił się w pogoń za osiołkiem. Po przebiegnięciu dwóch przecznic osiołek się zatrzymał. Chwilę później nadbiegł Fahren, rzucił osiołkowi dwa funty i wbiegł po schodach do siedziby Agencji. Była siódma pięć, kiedy wkraczał do gabinetu dyrektora.
- Spóźniłeś się, Heit! – Nie unosząc głowy znad papierów warknął dyrektor.
- Była kolejka do dzwonka – sprytnie wykręcił kota ogonem Fahren.
Dyrektor postawił ostatni znaczek na jakimś dokumencie i uniósł głowę.
- Cały czas przyłażą, co? – pokiwał głową. – Ilu ludzi ci mówiło, że Baker Street 221b to nie jest dobry adres w Londynie dla tajnego agenta? A ty co?
- Przytulne mieszkanko – zaoponował Fahren. – A do dzwonków można się przyzwyczaić.
- Mógłbyś też zrobić coś z telefonem – kontynuował dyrektor, z wymuszonym nieco spokojem – stylizacja na XIV wiek…nie było wtedy telefonów, wiesz?
- Wiem. Każdy wie. Dlatego nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby go podsłuchiwać. – Fahren zastanawiał się, czy może już usiąść.
Dyrektor chwilkę trawił ostatnią uwagę Fahrena, po czym machnął ręką.
- Siadaj – rzucił.
Heit usiadł w fotelu naprzeciw biurka i znieruchomiał w oczekiwaniu. Dyrektor schylił się i z prawej szuflady wyciągnął cienką, czerwoną teczkę. Rozsupłał tasiemkę, ze środka wyjął plik kartek.
- Nowa sprawa? – domyślnie rzucił Fahren, wyciągając cygaro.
- Dla ciebie nowa – dyrektor spojrzał na niego znad okularów – dla Agencji trwa to już jakiś czas.
Rozłożył kartki na blacie.
- Pracujemy nad tym od kilku miesięcy, - kontynuował – ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że stanęliśmy pod ścianą. Próbowaliśmy to załatwić bez zbędnego zamieszania, ale – dyrektor chrząknął – jednak musimy w końcu włączyć w to ciebie.
- Rozumiem, – Fahren wydmuchnął dym – że ma być po cichu i dyskretnie?
Dyrektor przez chwilę wpatrywał się w niego wzrokiem bez wyrazu. Heit – powiedział w końcu – gdyby to dało się dyskretnie, nigdy bym cię nie wezwał. Zostawiasz za sobą trupy rozwleczone po połowie galaktyki, a połowa tych trupów to ludzie, którzy chcieli ci pomóc. Gdyby nie to, że jesteś przerażająco skuteczny…
- To były wypadki, – mruknął Fahren – a poza tym lubię pracować sam.
- Ja też lubię pracować sam, a muszę z tobą – przerwał dyrektor – ale słuchaj teraz, bo nie będę powtarzał.
„Ogląda seriale” przemknęło Fahrenowi przez głowę, ale powstrzymał się od komentarza.
- Jakiś czas temu – kontynuował dyrektor – natrafiliśmy na ślad zbrodniczej, wyjątkowo bezwzględnej i morderczo sprawnej organizacji. Ich celem jest obalenie Rządu Światowego.
- Mamy taki? – zdziwił się Fahren.
- Nie mamy – dyrektor westchnął – ale oni o tym nie wiedzą. W związku z tym działają na ślepo. Likwidują każdego, kogo podejrzewają o przynależność. A podejrzewają wszystkich.
- Wyślijcie Batmana – zaproponował Heit – on ma wprawę i doświadczenie.
Dyrektor obrócił się na krześle, z szafki stojącej pod ścianą wyjął plik zdjęć i rzucił Fahrenowi. Ten chwycił je w locie. W czasie gdy je przeglądał, dyrektor napełnił dwie szklaneczki Glenfiddichem.
- Batman sam zgłosił się na te misję, – wstał zza biurka i postawił jedną szklaneczkę przed Heitem – filmowcy wmówili mu, że zawsze zwycięża. Jedno, co zdołał zrobić, to zlokalizowanie planety, na której mają swoją kwaterę. Obejrzyj, w jakim stanie wrócił.
Fahren powoli przeglądał zdjęcia. Przedstawiały Batmana w różnych sytuacjach, diametralnie odmiennych od tych, do jakich przyzwyczaił swoich fanów. Batman w śliniaczku karmiony butelki przez sanitariuszkę, na innym stawiający wieżę z klocków, jeszcze inne przedstawiało go wiezionego przez park w wózku inwalidzkim, zapatrzonego w dużą, kolorową grzechotkę. Heit łyknął ze szklaneczki.
- Mocne – powiedział powoli, nie precyzując, czy ma myśli whisky, czy zdjęcia.
- Chodź – dyrektor odstawił swoja whisky – zobaczysz cos jeszcze.
Podszedł do drugiego końca gabinetu i otworzył małe drzwiczki, ukryte do tej pory za kotarą. Fahren ruszył za nim. Drzwi prowadziły przez długi korytarz, który kończył się w pomieszczeniu przypominającym nieco izbę przyjęć w szpitalu. Na ich widok strażnik zerwał się z krzesła i zasalutował, upuszczając przeglądane właśnie kolorowe czasopismo. Dyrektor udał, że tego nie zauważył, przeszedł obok strażnika i otworzył drzwi do następnego pomieszczenia. Fahren mimowolnie rzucił wzrokiem na tytuł - „Hodowla warzyw w inspektach”. Spojrzał ostro na strażnika, który skulił się pod jego wzrokiem.
- Na służbie? – rzucił ostro. – Takie świństwa?
- Heit! – głos dyrektora przywołał go na ziemię, - Gdzie się podziewasz?!
Fahren pogroził jeszcze strażnikowi palcem i przestąpił próg drugiego pomieszczenia. Pokój był prawie pusty. Białe ściany, świetlówka pod sufitem. Jedyne okno było zakratowane. Na środku stało łóżko, na którym przypięty pasami leżał przystojny mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze. Uniósł głowę na tyle, na ile pozwalały krępując go pasy i wyrzucił z siebie: „Zgłoś się!”. Po czym głowa opadła mu na poduszkę. Fahrenowi wydało się, że zna skądś tę twarz. Podszedł bliżej. Człowiek na łóżku spojrzał na niego szklanym wzrokiem i powtórzył: „Zgłoś się”.
- Kto to? – Fahren spojrzał na dyrektora – Czy to nie..?
- Tak, to on. James B. Nasz dotychczasowy 007.
- Dotychczasowy? A co…?
Dyrektor powstrzymał łzy.
- Zobacz co z nim zrobili. Zabrali mu zero!
- Zabrali zero?! – Fahrenowi zabrakło tchu. – To barbarzyńcy!
- Bezwzględni – potwierdził dyrektor. – Bez zera on już nie 007, tylko 07!
- Zgłoś się! – odruchowo zareagował człowiek na łóżku.
- Widzisz? – Dyrektor otarł rękawem łzę – On nic innego nie mówi, tylko ciągłe to jedno powtarza! Taki agent! Był jednym z najlepszych! A teraz? Jakiś tam zwykły 07!
- Zgłoś się! – zabrzmiało z łóżka jak odzew.
- A nie można mu tego zera przywrócić? – Fahren ciągle wpatrywał się z przerażeniem w twarz dawnego 007.
- Próbowaliśmy, bez rezultatu. To musi być oryginalne. Teraz rozumiesz, Heit?! – Dyrektor chwycił go za rękaw – Musisz! Musisz ich załatwić! Odebrać skradzione 0 Jamesa B. i przy okazji uratować Rząd Światowy!
- Nie mamy Rządu Światowego – przypomniał mu Fahren.
- Prawda, - dyrektor oprzytomniał nieco – ale i tak załatw skurwli na amen! Odzyskaj co nasze, a resztę rozpieprz w drobny mak!
Fahren popatrzał na Jamesa B., wysłuchał jeszcze dwóch wezwań do zgłoszenia się, po czym odwrócił się na pięcie do dyrektora i rzekł twardo:
- Już nie żyją! Kto to jest?
Dyrektor spojrzał na niego z dumą.
- Wiedziałem Heit, że można na ciebie liczyć! Wracamy do gabinetu, tam dowiesz się reszty.
Zamknęli za sobą drzwi. Przechodząc obok strażnika, Fahren mimochodem przydepnął leżące ciągle na podłodze sprośne pisemko o hodowli warzyw w inspektach i jakby przez nieuwagę wyrżnął strażnika łokciem w ucho. Ten przyjął to ze skruchą, bez słowa skargi.
Po powrocie do gabinetu dyrektor wziął do ręki papiery wyjęte z czerwonej teczki.
- Siadaj Heit, zaraz dowiesz się wszystkiego.
Fahren rozparł się w fotelu vis a vis biurka, przysunął bliżej szklaneczkę z Glenfiddichem i wyciągnął następne cygaro. Dyrektor przebiegł jeszcze wzrokiem po dokumentach, poprzekładał niektóre z nich i rozpoczął.
- Jak już wspomniałem, od pewnego czasu zaczęły do nas dochodzić słuchy…
- A to nie są uszy zająca?
- Co „uszy zająca” – dyrektor był zdezorientowany.
- „Słuchy” – wyjaśnił Fahren.
Dyrektor szybko odpalił Gugla. Chwilkę coś czytał.
- Masz rację, są – powiedział. – Wobec tego zaczęły dochodzić do nas pogłoski o uformowaniu się nowej, przestępczej organizacji. Początkowo nie dawaliśmy temu wiary. Rozumiesz, wiara to nie nasz resort, ale po jakimś czasie ludzie zaczęli znikać. W Baltimore zniknął księgowy tamtejszej spółdzielni pszczelarskiej. Z Pekinu doniesiono o zaginięciu dwóch kulis i jednego kulisa, cokolwiek by to miało znaczyć. Potem zbieracz drutu z Nieporętu. Swatka z Kalkuty. Drukarz z Norynbergi.
- Wiemy, dlaczego ich porwali? – przerwał Fahren.
- Nikt ich nie porwał, – dyrektor machnął ręką, odganiając dym – wszyscy oni się później odnaleźli. Dlatego nie będziemy się tym zajmować. Organizacja nie miała z nimi nic wspólnego.
- Acha. – Zrozumiał Fahren.
- No właśnie, – kontynuował dyrektor – przejdźmy do sedna. Ta organizacja, o której wspominałem, skupiła w swoich szeregach najbardziej bezwzględnych przestępców we wszechświecie. Materiały, które mam przed sobą, kosztowały nas życie i zdrowie wielu agentów. Dwóch widziałeś.
- A co z resztą?
- Stali się zupełnie nieprzydatni. Ot, taki Jack The Ripper, szwalnię założył. Do spółki ze Spidremanem. Zresztą, długo by wymieniać. Każdy, dosłownie każdy kto się z nimi zetknął, przestał być sobą. Tylko w tobie nadzieja.
- Ja zawsze jestem sobą – rzucił Fahren, niedbale strzepując popiół.
- Właśnie, – podchwycił dyrektor – zawsze taki sam. A za dywan potrącimy z najbliższej wypłaty.
Fahren spojrzał na wypalone w dywanie dziury. Wzruszył ramionami.
- Trudno, - powiedział – to co wiemy o tej organizacji?
- Niewiele. Siedzibę mają na planecie Phoroom. To niedaleko, zaraz za Perseuszem. Nazwali się Różowym Gangiem, ale bardziej SA znani jako The Cage.
- Od tego aktora? On jest z nimi?
- Nie. Przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. Ale to najdziwniejsze panopticum we wszechświecie. Zobacz.
Dyrektor podał Fahrenowi jeden z dokumentów. Na zdjęciu widniał olbrzymi, pluszowy miś, w różowym kolorze. Fahren spojrzał pytająco na dyrektora.
- To jeden z najbardziej brutalnych przestępców w historii – wyjaśnił dyrektor. – Wybitnie psychopatyczna osobowość. Kiedyś naczytał się Nietschego i postanowił, że zostanie czymś więcej niż nadczłowiekiem. Zdecydował się na tę postać. Obdarzony olbrzymią siłą fizyczną. Specjalność – nękanie różowym biczykiem. Z sentymentu do Nietschego i jego ubermenscha przybrał miano Die Neuegrosser. Tu masz następnego.
Ze zdjęcia patrzał dobroduszny grubasek. W różowym garniturze.
- Niech cię nie zmyli wygląd – dyrektor popukał palcem w fotografię. – Możliwe, że to mózg The Cage. Albo coś koło tego. Ziemianin. Tutaj kończył studia. Należał do Phi Beta Kappa. Potem doszedł do wniosku, że Beta i Kappa się nie liczą, tylko Phi ma wartość. Ogłosił się jej prorokiem. Twierdził, że wszystko składa się z Phi. Stąd jego przydomek – All Phi.
- Ten zaś – dyrektor rzucił następną fotografię, przedstawiającą szczupłego młodzieńca w kolorowym ubranku i różowej apaszce – był sądzony przez wszystkie sądy na cywilizowanych planetach. Nikt nie wie, jak udawało mu się uciec, bowiem za każdym razem uznawano go za winnego. Słyszał to tyle razy, że w końcu przylgnęło to do niego. Nikt już nie zna go pod innym mianem, niż guILTy. Bardzo wszechstronny, można powiedzieć. Nie ma przestępstwa, którego by nie popełnił.
- Ten przyjemniaczek, – następne zdjęcie faceta w kombinezonie, z różową chusteczką w klapie – ma uroczy zwyczaj zwracania się do swych ofiar „my son”, zanim je żywcem zamuruje.
- Tu masz jedną z egzekutorek organizacji. – na kolana Heita spłynęło zdjęcie przedstawiające miłą z wyglądu blondynkę – Morderczo skuteczna dusicielka. Zawsze ma przy sobie różowy sznur, owinięty na udzie. Stąd ksywa – Cord-i. Czasami pomaga jej druga, operująca srebrnym nożykiem do wyłupiania oczu. Zdjęcia nie mamy ale wiemy, że panicznie boi się wampirów – stąd zamiłowanie do srebrnych ozdób, no i ten nożyk. Od tego srebra nazywają ją Ag-i. Mało kto przeżył spotkanie z tym duetem.
Fahren jeszcze raz spojrzał na zdjęcie i przełknął ślinę. Sznur wokół uda… mogło być interesujące.
To wszyscy? – rzucił.
- Jest jeszcze paru – dyrektor ponownie napełnił szklaneczki – o, na przykład ta.
Na zdjęciu widniała nieduża, różowa rakietka.
- Co to ma być? – zdziwił się Fahren.
- To jej pojazd – wyjaśnił dyrektor. – Fanatyczka szybkich lotów. Przemieszcza się błyskawicznie z planety na planetę. Specjalistka od wymuszeń i fochów. Zawsze porusza się rakietą marki Honda, stąd przydomek – Hondzia.
- Ten zaś – zdjęcie przedstawiało starszego mężczyznę w wojskowym mundurze i różowym krawacie – odpowiada w organizacji za taktykę. Chroniony zawsze przez trzy tresowane, zabójcze chiuaua. Nigdy się nie rozstają. Stąd przydomek – Pieski Dziadyga. Są jeszcze Pietrucha i U.Barański, słowianie z pochodzenia – specjaliści od walki wręcz. Specjalnością Pietruchy jest nelson i łaskotki, U.Barański nie ma sobie równych jeśli chodzi gruchotanie i gruchanie.
- Tu – dyrektor rzucił jeszcze dwa zdjęcia facetów w różowych rajtuzach – masz Waterfalla i Kufla. Ich rola w organizacji jest niejasna, ale można się domyślać po ksywach, że specjalizują się w zdobywaniu informacji.
- Ten tutaj – ostatnie zdjęcie wpada w ręce Fahrena, wypisz wymaluj El mariachi z różowym futerałem od skrzypiec w dłoniach,– to miłośnik wybuchowych bębnów, maszynowych skrzypiec, czy pancernej waltorni. Urodzony we Włoszech, w Kampanii, w mieścinie Gesualdo. Poza tym, mało o nim wiadomo. Nie zostawia świadków. To tyle Heit, więcej zdjęć nie ma.
- Czyli wszyscy? – upewnił się Fahren.
- O nie – dyrektor wciągnął głęboko powietrze – pozostało jeszcze troje. Ale są najgroźniejsi.
- Troje czy trzech? – spytał Heit.
- Troje. Dwie kobiety i mężczyzna. Pierwsza z nich to specjalistka o masowego rugowania. Posługuje się banami i bombami atomowymi. Bomby nazywa pieszczotliwie swoimi kulkami. Stąd przydomek A-ball. Rolę szefa pełni niejaka Swampy, dawna striptizerka. Kiedyś podobno uznała, że marznie podczas występów i skończyła z zawodem. Przy okazji skończyła też z właścicielem lokalu i ochroniarzami. Ale że, jak twierdziła, przywiązała się do ich widoku, ich zasuszone główki zdobią kwaterę organizacji. Podejrzewamy jednak, że prawdziwym przywódcą jest ktoś inny. Mamy również powody podejrzewać, że jeden z naszych agentów znał go osobiście. Podobno, zanim zginął, zdołał wyksztusić „it’s you!”. To tyle, Heit. Jedź tam i wyrwij im jaja!
- Kobietom też? – zdziwił się Fahren.
- To była przenośnia Heit! Idź już. Odprawa jutro o 9:00.
Fahren wstał z fotela.
- Aha – dorzucił jeszcze dyrektor – i zmień mieszkanie na mniej rzucające się w oczy.
Fahren wrócił na Bakier Street, rozepchnął kolejkę dzwoniących i zajął się przygotowaniami do misji.
Następnego dnia, punktualnie o 9:00 zameldował się w Agencji. Otrzymał ostatnie instrukcje, odebrał kluczyki do fotonowa, pożegnał się z dyrektorem.
Gdy już wychodził, dyrektor zatrzymał go jeszcze pytaniem.
- Mieszkanie zmieniłeś?
- Oczywiście. Dzisiaj zwróciłem klucze. Wynająłem inne w zupełnie innym zakątku świata. Nawet nazwę tej willi trudno zapamiętać. Taj Mahal, czy jakoś tak.
W fotonowcu znalazł się błyskawicznie. Przez trzy tygodnie podróży grał w bierki z komputerem. A że komputer pozbawiony był manipulatorów, Fahren niezawodnie wygrał wszystkie partie. Pod koniec trzeciego tygodnia komputer zameldował: „Planeta Phoroom na optycznej”. Heit rzucił się do ekranu…
Niestety, mimo wysiłków specjalistów, nie udało się odcyfrować dalszej części Kronik Fahren Heita. Można mieć tylko nadzieję, że w przyszłości technika na to pozwoli. Ale wiadomo, jak to jest z nadzieją…
Tłumaczenie niechlujstwa językowego dysleksją jest jak szpanowanie małym fiutkiem.

Awatar użytkownika
nimfa bagienna
Demon szybkości
Posty: 7204
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:40
Płeć: Nie znam

Re: Kroniki Fahren Heita

Post autor: nimfa bagienna » pn, 15 kwie 2013 17:13

4. Juhani
Portorykańczyk dotrzymał słowa. Okazało się po dokładnym badaniu, że przesłany przez niego manuskrypt, jest jedną z zaginionych części „Kronik Fahren Heita”. Renowacja zajęła sporo czasu, gdyż i lokalizacja jego przechowywania (tajny wychodek w jednym z ministerstw) nie wpłynęło dodatnio na jego stan. Kto i dlaczego podjął decyzję o ukryciu tam dokumentu – nie wiadomo. Po burzliwej naradzie przegłosowano wniosek, aby dokument udostępnić w formie bezwonnej, co też uczyniono…



…komputer, w akcie zemsty za przegrane w bierki, posadził fotonowca na gruncie z takim impetem, że Fahrenowi szczęknęły zęby. Wygramolił się z podłogi i pogwizdując dla niepoznaki pod nosem, ruszył w stronę śluzy wyjściowej. W połowie drogi zatrzymał się, palnął w czoło dłonią i mruknąwszy „Ależ ze mnie zapominalski! Szklanka została”, zawrócił do sterowni. Zabrał szklankę i odniósł do kuchni, rozlewając po drodze - „ach, gapa jestem!” - niedopite fusy herbaciane na klawiaturę komputera. Załatwiwszy w ten sposób porachunki stanął przed śluzą. Przez chwilę z namaszczeniem czytał napisy, znajdujące się nad drzwiami. Pamiętał przypadki, kiedy to roztargniony astronauta pomylił śluzę wyjściową z wejściową. W efekcie całą eksplorację diabli wzięli, a na dodatek na statku nastąpiło niebezpieczne przegęszczenie od ciągłego wchodzenia, przy braku wychodzenia. Powietrza i żywności nie wystarczyło oczywiście dla takiej ilości wchodzących, co musiało skończyć się tragicznie. Takie i inne przykłady wałkowane były nieustannie na kursach.
Tym razem pomyłki nie było, śluza na pewno była wyjściowa. Fahren, sprawdziwszy mimochodem, czy ma wszystko, czyli: miotacz, dwa siekieronoże, ampułki z trucizną, żelazną rację żywnościową, czapeczkę w grochy, drugi miotacz (tym razem działający), buty, spodnie, majtki, koszulkę z napisem „I love Cosmos”, zwykłą rację żywnościową (tej żelaznej nigdy nie udało mu się choćby nadgryźć), długopis, papierosy, zapałki, zapalniczkę, paralizator, wykałaczki, granaty atomowe, chusteczki jednorazowe, takiż papier (w niebieskie gwiazdki wytłaczany), plecak z amunicją, kilka miotaczy rakietowych, zegarek, kalkulator i inne przydatne agentowi drobiazgi, zeskoczył lekko na grunt planety. Metaliczny szczęk za plecami uświadomił mu, że nie wziął kluczy, a komputer złośliwie zatrzasnął drzwi! Fahren jęknął na myśl o płaszczeniu się przed nim, zanim uda się wybłagać wpuszczenie do środka, zostawił jednak te troski na później. Przykucnąwszy poprawił rozwiązujące się sznurowadło, po czym po raz pierwszy rozejrzał się wokoło.
Słabe słońce planety rzucało zamglony blask. Huczący wicher roznosił tumany kurzu nad powierzchnią bezwodnej pustyni, usianej nieregularnie głazami. Po horyzont nic, tylko pustka, szczerząca złowieszczo kły do wiatru i pyłu. Po niebie przewalały się brunatne chmury, potęgując cienie przelatujące na powierzchni. Gdzieniegdzie ciemniejszymi plamami odznaczały się zagłębienia, wybite zdałoby się, stopami olbrzymów, w ich niestrudzonym marszu do granic czasu… Fahren fachowym okiem zebrał myśli i sięgnął do kieszeni. Wyszarpnął gwałtownym ruchem „Podręcznik agenta dla zaawansowanych” wyd. II i otworzył na właściwej stronie. Było to coś, czego nie można się było nauczyć – albo ktoś się z tym rodził, albo nie. Fahren się urodził. ZAWSZE otwierał podręcznik na właściwej stronie.
-Dobra - mruknął do siebie zatapiając wzrok w podręczniku -zaczynamy zabawę!
W tym momencie jakby na hasło pojawiły stoły pospiesznie przez służbę nakrywane, jadła wszelakiego pełne, zajeżdżać poczęły karoce od złota kapiące, z których damy wraz kawalerami wysiadać poczęły. Opodal orkiestra stroiła już instrumenta, podtaczano beczki z winem i piwem, młódź okoliczna z zaciekawieniem ściągać poczęła, gęby rozdziawiwszy.
Tymczasem Fahren odczytał pierwsze zdanie: „Obce planety to nie zabawa” i wszystko tak jak się pojawiło, tak w mgnieniu sczezło oka. Gdy podniósł wzrok, aby się do słuszności odczytanego właśnie zdania upewnić, wokół już tylko pył brudny, wiatrem po pustyni pędzony, pozostał. Wrócił do czytania. „Rozejrzyj się dokładnie dookoła”, brzmiało drugie zdanie. Fahren opuścił rękę z podręcznikiem i ponownie zlustrował otoczenie. Kurz, wiatr, przymglone słońce, głazy po horyzont. Nic. Wrócił do podręcznika. Trzecie zdanie brzmiało: „A za rakietę zajrzałeś?”. Fahren zaklął z cicha, odwrócił się i ruszył dookoła statku. Obchodząc go, rzucił jeszcze tęsknym okiem w okno sterowni, gdzie, nawet z ziemi widoczne, wisiały sobie na gwoździu wbitym we framugę, klucze od statku.
Przestrzeń za rakietą na pierwszy rzut oka nie różniła się od pozostałej części planety. Stary wyjadacz agentury międzyplanetarnej nie zrezygnował. Przykucnął, i, rozkręcając się z półobrotu, wykonał drugi rzut. Teraz dojrzał. Niedaleko, może z pięćdziesiąt metrów od rakiety, stał drewniany baraczek, niechlujnie zbity z desek. Na jednym boku widniały jakby ślady spalenizny. Heit na wszelki wypadek dokładnie zlustrował jeszcze raz otoczenie po czym połączył się ze statkiem.
- Heit – rzucił do mikrofonu.
- Komputer – odrzucił komputer.
- Możesz zbadać ten barak i podać mi analizę składu? – spytał Fahren.
- Jasne, że nie – opryskliwie odparł komputer – jak mam niby to zrobić? Nie mam rączek ani nóżek!
- A podczerwień? Analiza spektralna widma?– nie ustępował.
- Upiłeś się czy jak? – komputer wydawał się zirytowany. – Analizę widma, rozkład wiedźmy i jeszcze może do tego mocz wilkołaka? Ja jestem porządny komputer sterujący rakietami, a nie jakieś laboratorium morfologiczne dla świrów! Kogo oni w ten kosmos posyłają! Nie dość, że oszukuje w bierki, to jeszcze…
Heit szarpnął kabelek łączności i głos się urwał. Stał przez chwilę wysapując z siebie złość na komputer. „Bezczelne liczydło!” pomyślał. „Mądrzy się, a w bierki gra jak dupa!”. Nie było wyjścia, Fahren powoli ruszył w stronę baraku. Podchodząc, zaczynał rozróżniać więcej szczegółów: a to gwóźdź wystający, a to przekrzywiony kurek na daszku, z chorągiewką w malinowym kolorze, a to drzwi nieduże pośrodku, z tabliczką pośrodku przybitą. Po chwili, stanąwszy tuż, zdołał napis odczytać, koślawymi literami uczyniony: „Wchodzić bez pukania”. Heit postał chwilkę przed nimi, zastanawiając się, czy nie obejść baraku dookoła. Wspomniał jednak komputer, który bez wątpienia obserwował go przez okienko, a nie chcąc za tchórza uchodzić, nacisnął klamkę.
Wiatr szarpnął drzwiami, waląc nimi o ścianę. Fahren chwycił je odruchowo. Drzwi odbiły się od ściany i huknęły go w plecy. Zaskoczony runął do przodu, a drzwi zatrzasnęły się za nim.
Twardość podłogi ocenił na jakieś pięć koma trzy w skali Mohsa. Wystarczyło do nabicia porządnego guza i otarcia kolan. Klnąc i otrzepując się wygramolił się na nogi. Jeszcze strzepywał jakiś śmieć z nogawki, gdy usłyszał głos.
- Życzymy sobie bilecik?
Znieruchomiał na mgnienie oka, po czym błyskawicznie wyciągnął miotacz, długopis i konserwę mięsną. Po krótkim namyśle zrezygnował z długopisu i konserwy. Trzymając miotacz w pogotowiu rozejrzał się.
Pomieszczenie nie było duże. Składało się z jednej izby, o ścianach z tych samych, nieheblowanych desek, co na zewnątrz. Wyposażenie stanowiła nieduża ławka (po prawej stronie, licząc od pozycji Heita. Gdyby odwrócił się, ławka znajdowałaby się po stronie lewej. Wykonując zaś pół obrotu w prawo, miałby ją dokładnie przed sobą. Nie ulegało też wątpliwości, że decydując się na skorzystanie z niej, miałby ją dokładnie pod sobą). Wszystkie te alternatywy przeleciały błyskawicą przez jego głowę tak szybko, że nawet ich nie zauważył. Zauważył natomiast PRZED SOBĄ biurko. Przeciętne biurko, troszkę odrapane i niezbyt czyste. Na biurku stała lampka i leżały jakieś papiery. Obok telefon. Za biurkiem siedział znudzony wypłosz, w garniturku i zarękawkach, wpatrując się w niego bez szczególnego wyrazu.
- Bilecik? – powtórzył.
- Jaki bilecik? – wyjąkał zaskoczony Heit.
- Jaki szanowny pan sobie winszuje – ziewnął dyskretnie tamten, zasłaniając rękawem usta, - normalny, ulgowy. A propos, jest pan sam?
- Sam – odruchowo odparł Fahren.
- Szkoda – urzędnik wydawał się zasmucony - w takim razie grupowy panu nie przysługuje.
W tym momencie Heit zdecydował, że chyba już dosyć tego, i pora na przejęcie inicjatywy.
Wycelował motacz w człowieczka za biurkiem.
- Żadnych biletów! – rzekł głosem, w którym pobrzękiwała stal. – Jestem służbowo!
Nie wyglądało na to, żeby tamten się zmartwił. Wręcz przeciwnie, rozpromienił się.
- Służbowo! – wykrzyknął. – Dlaczego od razu pan nie powiedział? U kogo pan robi? Nie – powstrzymał Heita – proszę nie mówić! Sam zgadnę!
- Wolałbym – zaczął Fahren, ale tamten mu przerwał.
- Neugrosser?
- Ależ.. – próbował Heit.
- Nie? – człowieczek wydawał się nieco zawiedziony. – Szkoda, dałbym głowę, że u niego. Ale zaraz, zaraz… dla Kufla pan robi?
- Nie robię, i w ogóle ..- ale tamten nie słuchał
- Cord-i i Ag-i nie zatrudniają facetów – mruczał do siebie – u Hondzi z taką umiejętnością pilotażu długo by się pan nie utrzymał…a propos, dwanaście pięćdziesiąt za opalenie baraku się należy. Pan rozumie, trzeba będzie heblować.
- Heblować? – Fahren zmarszczył brwi.
- No tak. No bo jak to wygląda – facecik uniósł nieco brwi -Trzy ściany dobre, a jedna osmalona. Dopiero by wydziwiali. Pan nie?
- No tak…- powiedział Fahren niezdecydowanie – tylko widzi pan, bo ja…
Urzędnik nagle spoważniał.
- Nie chce pan chyba powiedzieć, że jest pan od którejś z nich…?
- Którejś? – powtórzył Heit.
- No wie pan – tamten ściszył głos – A-ball czy Swampy…Osobiście rzadko mam okazję widzieć, a i nigdy nie dostąpiłem zaszczytu osobistego poznania…ale pan…gdyby pan zechciał…co to dla pana?
Fahrenowi w tym momencie puściły nerwy. Nieuchwytnym ruchem przesunął nieco w lewo lufę miotacza i wygarnął w stojący na biurku telefon. Poleciały drzazgi i kawałki plastyku. Urzędnik odskoczył przerażony.
- Zaraz…zaraz..- jąkał – po co tak nerwowo. Zaraz się zrobi. Tutaj się naciśnie – pokazał dźwigienkę wystająca ze ściany - i przejście będzie. Nie wiedziałem, że to takie pilne. Pan rozumie – rozżalił się nagle. - Siedzę tutaj sam i bilety tylko sprzedaję. Pogadać chciałem, nic więcej.
- Zamknij się – warknął Heit. – I otwieraj!
- Dobrze już, dobrze – mamrotał tamten. – A za osmalenie baraczku nic nie policzę. Jakoś wpuszczę w koszta. Już otwieram.
Mówiąc to pociągnął dźwigienkę. W tym momencie część ściany za jego plecami przesunęła się w bok, odsłaniając wnętrze windy. Trzymając ciągle miotacz wycelowany w skulonego ze strachu urzędnika, Fahren jednym susem wskoczył do środka. Drzwi windy zasunęły się bezszelestnie.
Urzędnik czekał jeszcze chwilę, po czym ponownie nacisnął dźwignię. Ściana ze zgrzytem zasunęła się na swoje miejsce. Jeszcze postał bez ruchu, jakby nad czymś rozmyślając, a następnie jednym ruchem zdarł z siebie podniszczony garnitur. Pod nim miał kombinezon z różową chusteczką w klapie. Wydawało się też, że urósł. Z jego twarzy zniknął przestrach, zastąpiony zamyśleniem. Usiadł na krześle, przysunął do siebie lampkę i nacisnął guzik w podstawce.
- Tu All Phi – zabrzmiało w pomieszczeniu. – Quoi de neuf?
- Uważajcie tam, na dole – powiedział – przysłali agenta.
- A bo to pierwszy? – odpowiedział glos z lampki. – Skończy jak pozostali!
- Nie sądzę – nadal zamyślonym głosem odrzekł facet w kombinezonie. – Lepiej powiadom dziewczyny.
- Zwariowałeś? – krzyknęła lampka. – Pełne pogotowie chcesz robić, z powodu jakiegoś tam agenta?!
- To nie jakiś tam agent – podrzucił w ręku kawałek plastyku po telefonie – lepiej się przygotuj. To był Heit!
- Merde! – słuchawka zagulgotała i umilkła.
- Zrób lepiej co trzeba, ja tutaj już kończę. Bez odbioru.
Wstał z krzesła, niedbale strzepnął w biurka resztki telefonu, wyjął z kieszeni niewielkie pudełeczko, szepnął "zobaczymy jeszcze, my son" i nacisnął guziczek.
Barak zafalował i zaczął nabierać przezroczystości. Jednocześnie począł topnieć, i po chwili rozwiał się zupełnie. Znów tylko wiatr zamiatał tumany pyłu po powierzchni, a przytłumione światło wydobywało z półmroku porozrzucane bezładnie głazy…

Czy Fahren dostał się do gniazda przestępców? Czy udało mu się stamtąd wydostać? Czy nie stracił zmysłów? Czy na zawsze uwięziła go straszliwa planeta Phoroom i jej władcy? Nikt tego nie wie. Nie wiadomo nawet, czy powstały dalsze części Kronik Fahren Heita. A jeśli tak, to czy się zachowały? Ludzie, badający tę zagadkę, nie mają wielkiej nadziei na powodzenie…


5. Juhani
Podrzucona paczka zawierała plik pożółkłych, kruszących się kartek, będących fragmentami Kronik Fahren Heita. Do nich dołączona była zwykła karteczka, na której koślawymi kulfonami ktoś wypisał:”Z podziękowaniami za wczoraj. Madzia..”. W początkowej fazie spowodowało to pewne perturbacje, gdyż zespół ADHD (archeologiczno-deszyfrujący humanistykę dedykowaną) zajął się w pośpiechu przesłaniem z karteczki, a w szczególności ustalaniem personaliów Madzi. Po wyjaśnieniu nieporozumienia przystąpiono jednak do właściwego zadania. Prace były bardzo intensywne, zaaferowani naukowcy nie zwracali uwagi nawet na to, że pili papierosy i palili kawę, zamiast odwrotnie. Na plus trzeba im jednak oddać, że faktycznie nie zwracali. Po trzech miesiącach zaprezentowali rezultaty, które, przepisane na czysto (przy okazji woźna poprawiła od ręki co grubsze błędy tłumaczenia) prezentujemy poniżej….
Planeta Phoroom, drugie starcie.
…winda gruchnęła o podłogę z taką siłą, że Fahren poczuł kolana gdzieś pod brodą. Trwał chwilę w tej pozycji, przygotowany na najgorsze, które jednak nie nastąpiło. Stękając wyprostował się powoli, macając plecy, czy aby wszystkie kręgi są na swoich miejscach. Gdy skończył zauważył, że drzwi windy stoją otworem. Za nimi była ciemność. Ciemność, z której wionęło stęchlizną i wilgocią. Fahren wydobył z torby kieszonkową latarkę i poświecił w głąb tunelu. Nic nie było widać. Kika razy potrząsnął latarką, popukał w nią. Dalej nic.
Fahren pomyślał przez moment, po czym z walnął się w czoło ze zrozumieniem. Sprawa była jasna! Schował latarkę do torby i wydobył ją ponownie, ale z kieszeni. Tym razem zadziałała. Heit ostrożnie poświecił pod nogi. Było dobrze – tunel miał podłogę. „No!” mruknął Fahren do siebie, „Jest dobrze” i wysunął się z windy. Oświetlił resztę tunelu.
Sufit znajdował się na wysokości ca 190 centymetrów- ocenił Fahren- i wyglądał na wybetonowany. Szare ściany pochlapane były niedbale wapnem, widać było na nich kropelki wilgoci. Powietrze było nieruchome. Fahren ostrożnie popukał w ściany, które nie wydały żadnego dźwięku. „Dlaczego?” szepnął do siebie Fahren i popukał ponownie. Odpowiedziała mu cisza. Głucha zresztą, jak to zwykle u cisz bywa. Fahren w zamyśleniu zacisnął zęby. Potem usiadł powoli na podłodze i skrzyżował nogi w pozycji lotosu. Przymknął oczy…Przenikliwy zgrzyt zasuwającej się na nim ściany kryjącej windę poderwał go na nogi! Było za późno! Ściana zamknęła się, odcinając drogę powrotu. Fahren stał przez chwilę, klnąc na czym świat stoi utarte stereotypy, nakazujące postawę spokoju i relaksacji w obliczu stresu. Gdyby nie to, zdążyłby może jakoś zablokować ścianę. Kopnął jeszcze dwa razy w mur, i od razu poczuł się lepiej. „No, skoro tak” pomyślał, „to zabieramy się do rzeczy!”.
Wyprostował się dumnie i huknął głową o sufit. Zaskoczony wyszarpnął z rękawa miarkę. Po chwili wszystko było jasne. Źle ocenił wysokość tunelu! Było tylko 181 cm, a więc za mało na dumne wyprostowanie! Pozostawało więc zwykłe.
Fahren wyprostował się jak zwykle, sprawdził ekwipunek. Twarz mu stężała w postanowieniu. Prawą ręką wyjął miotacz, w lewej zacisnął paczkę chusteczek higienicznych. Sekundę stał, jakby rozważając, po czym odtężył twarz i między zęby wsadził latarkę. Zrobił pierwszy krok. Zatrzymał się, odłożył ostrożnie miotacz i chusteczki. Delikatnie wyjął z ust latarkę i wsadził ponownie, tym razem reflektorkiem na zewnątrz. Podjął z ziemi miotacz i chusteczki, po czym ruszył.
Tunel skończył się za zakrętem, czyli po jakichś sześciu krokach. Zaskoczony Fahren próbował iść dalej, ale drogę uparcie zasłaniały potężne, nabijane żelaznymi ćwiekami wrota, zbite z grubych desek. Spomiędzy szpar przebijało żółte światło. Pośrodku drzwi umieszczona była żelazna kołatka, misternie kuta w motyw przedstawiający jednorożca i pingwina, uprawiających…Fahren przybliżył twarz, ale zbyt słabe światło nie pozwoliło na dokładne określenie, co uprawiali.
Fahren schował kolejno latarkę, chusteczki i miotacz, po czym, ignorując kołatkę, pchnął drzwi. Gdy otwarły się z przeciągłym skrzypieniem, wstąpił do środka.
Pomieszczenie było ogromne. Brudna podłoga z nieociosanych głazów ciągnęła się aż pod zasnute pajęczynami, ceglane ściany, obwieszone bronią ręczną z epoki średniowiecza. Kopuła sufitu ginęła gdzieś w mroku i domyśleć się tylko można było jej istnienia, po zwisającym na grubym, pordzewiałym łańcuchu kandelabrze, w którym tkwiły płonące świece. Umeblowanie pomieszczenia było tak proste, jak zadanie Archimedesa o bykach boga słońca. Składało się z jednego stołu, zbitego z dębowych bali,oraz ławy. Właściwie w samej ławie nie było nic szczególnego, gdyby nie fakt, że siedział na niej ogromny, pluszowy miś. Różowy miś. Siedział nieruchomo, wpatrzony w trzymany w łapie przedmiot.
Fahren płynnym, prawie niedostrzegalnym ruchem, wydobył z kieszonki na piersiach plik fotografii. Jeden rzut oka wyjaśnił wszystko.
- Neugrosser – powiedział cicho.
Na dźwięk głosu miś oderwał wzrok od przedmiotu i podniósł łeb. Paciorki różowych oczu utkwił w stojącej w progu postaci Heita. Spojrzenia się skrzyżowały. Fahrenowi wydało się, że widzi w tych oczach rozpacz i udręczenie. Trwało to tylko przez moment. Różowa paszcza rozchyliła się, ukazując błyszczące zębiska.
- Heit! – syknął miś z nienawiścią.
Olbrzymia łapa z nadspodziewaną szybkością odłożyła na stół trzymany przedmiot, miś poderwał się, chwycił ławę i cisnął ją w kierunku Heita!
Fahren w mgnieniu oka wyszarpnął miotacz i wytrenowanym ruchem rzucił się w prawo.
W trakcie tego nadepnął sobie na sznurowadło i wywalił się jak długi. Ława roztrzaskała się o mur za jego plecami. Zanim się pozbierał, miś był przy ścianie, zdejmując z haka wyszczerbiony topór.
- Poczekaj! – krzyknął Heit. – Porozmawiajmy!
- Już to zrobiliśmy – warknął Neugrosser, ruszając na Fahrena z toporem.
W ciągu następnych kilku sekund akcja nie imponowała rozwojem. Miś się zbliżał, a Heit gorączkowo wiązał sznurowadło.
Skończyli równocześnie.
- Giń – potężny głos misia przetoczył się po lochu.
Tego robić Fahren nie zamierzał.
- Powiedziałeś „gin”? – zapytał.
- Mówiłem „giń” – topór zawisł w powietrzu.
- Aaa…- kontynuował Fahren, zerkając do góry – to przepraszam.
- Nie szkodzi – odruchowo powiedział miś – kontynuujemy?
- Jasne – Fahren był już przygotowany.
Wspaniałym piruetem ominął spadające ostrze topora i znalazł się za plecami przeciwnika. Skoczył w stronę ściany i zerwał z niej miecz. Miecz urwał się razem z hakiem. Wszystko razem runęło na podłogę z piekielnym hałasem.
Fahren nie tracił czasu na schylanie, tylko chwycił trzonek morgensterna, przykutego obok. Szarpnął mocno i przegniłe drewno zostało mu w dłoni. Miś przyglądał się temu z dezaprobatą.
- Walczymy, czy będziesz mi gabinet demolował? – zapytał w końcu. Popluł w łapy i ruszył w kierunku Fahrena, który desperacko rozglądał się dookoła. Jego wzrok padł na stół, gdzie leżał odłożony przez misia przedmiot. Jego kształt coś mu przypominał. Nagle przypomniał sobie!
- Telefon komórkowy! – wyksztusił zaskoczony.
- Zostaw! – rykowi misia towarzyszył potężny sus. W jednej chwili Fahren znalazł się pod ścianą, a potężna łapa dusiła jego gardło.
- Musiałeś?! – głos misia był ogłuszający. – Musiałeś mi to zrobić?! Mam go na moją zgubę, na przekleństwo, nieszczęście!!!
- Aegrh…grąbkh….- rzęził Heit.
Uścisk zelżał nieco.
- Ale o co chodzi? – szybko powiedział Fahren, przełykając ślinę.
- O co chodzi?! – wrzasnął miś. – O co chodzi??!! Od lat marzyłem o tym telefonie! Z androidem!
- Z androidem? Razem marzyliście? – nie zrozumiał Fahren.
- Nie – w głosie misia zabrzmiał niesmak. – One marzą o owcach, pastuchy przeklęte. To system taki. W środku. W tym telefonie.
- No i…? – Fahren starał się opóźnić ostateczny moment.
- Miałem jedno, tylko jedno marzenie – kontynuował miś, - chciałem być rootem w moim własnym telefonie.
- To bądź – poradził błyskotliwie Heit, i zaraz tego pożałował, gdyż uścisk odebrał mu prawie oddech.
- Nie umiem! – zaryczał miś. – Nie umiem! Próbowałem! Ostatnio nic już nie robię, tylko siedzę i patrzę się w ten telefon! Rozumiesz?!
Fahrenowi brakowało tchu. Zamachał gwałtownie rękoma.
- No? – miś poluzował nieco.
- Tylko tyle? – Fahren łapał powietrze. – Tylko to?
- Tylko? – miś uniósł drugą łapę i szykował się do zadania ostatecznego ciosu. – Nazywasz to „tylko”? Moje marzenia?
- Poczekaj! – zdążył krzyknąć Fahren. – Daj mi spojrzeć!
- Na mój telefon? – w głosie misia zabrzmiało niedowierzanie. – Śmiesz …
- To moje ostatnie życzenie! – Fahren wił się rozpaczliwie. – Musisz je spełnić.
Miś zamarł. Zapadło milczenie.
- Dobrze – powiedział w końcu, uwalniając Heita. – Ale nie licz na łaskę!
- Nie liczę. Absolutnie nie liczę – Fahren podszedł do stołu rozcierając gardło.
Delikatnie, pod bacznym spojrzeniem misia, ujął telefon. Przypatrzał mu się dokładnie, musnął dotykowy ekran. Telefon rozpalił się ciepłymi kolorami, mrugając do niego wesoło. Fahren uśmiechnął się, a duszę zalała mu fala wspomnień. Stare targowisko, przeciekający stragan wyłożony telefonami, a za straganem on, Fahren, próbujący zarabiać na życie. Telefony, simlocki, programy. Kochał swój stragan, a każdy telefon był jego dzieckiem…
- Już? – głos misia przywrócił go do rzeczywistości. – Napatrzyłeś się?
- Momencik – nie odwracając się rzucił przez plecy.
Kilka ruchów dłonią, dwa delikatne puknięcia. Cichutkie „kling” telefonu, potwierdzające przyjęcie polecenia, i Fahren stał z nieco zawstydzonym uśmiechem, wyciągając ku misiu rękę z telefonem.
- Co to ma być? – warknął tamten. – Nie mówi się „ku misiu”, tylko „ku misiowi”!
- Wybacz – usprawiedliwił się Fahren, - bujałem przez chwilę w obłokach.
- Tutaj? – miś krytycznie spojrzał w stronę sufitu.
- Nieważne . Trzymaj – Fahren podetkał misiowi telefon pod nos – jesteś rootem.
Miś przez chwilę zachowywał się, jakby nie zrozumiał. Potem nieufnie wziął telefon do łapy, pazurem dotknął ekranu. Po chwili jego ślepia rozszerzyły się w zdumieniu.
- Jestem – wyszeptał z niedowierzaniem. – Jestem rootem! Jestem rootem w moim własnym telefonie – wrzasnął w końcu.
Chwycił Fahrena w potężny uścisk i zmusił go do odtańczenia hopki-galopki po całej sali. Kiedy go wypuścił, Fahren bezsilnie oparł się o stół.
- Heit! – Miś przybrał uroczystą minę – Jestem twoim dłużnikiem. Mogę się nareszcie zmienić! Mogę przestać rabować, mordować i gwałcić!
- Gwałciłeś też? – ocknął się Fahren z zainteresowaniem.
- No nie, to się tylko tak mówi – wyjaśnił miś. – W każdym razie uwolniłeś mnie, spełniłeś moje największe marzenie. Ja już nie Neugrosser, ja Neularger! Rozpocznę nowe życie! Otworzę poradnię i warsztat telefoniczny! Tutaj!
- Tutaj? – Fahren rozejrzał się po komnacie. – Trochę zakurzony ten warsztat.
- Nie szkodzi – machnął łapą miś, - liczy się idea.
- No dobra – Fahren też nie palił się do sprzątania, - właściwie to nie przeszkadza tak bardzo.
- Otóż to! – głos misia był nabrzmiały entuzjazmem. – Będę miał własny, zakurzony warsztat, i będę rootem w moim telefonie! Wyobrażasz sobie?!
- Nooo- powiedział Fahren bez większego przekonania. – Tylko powiedz mi jeszcze, jak trafić do pozostałych.
- Do tunelu i pierwsza w prawo – miś machnął niecierpliwie łapą, zaaferowany telefonem.
- Tunelu? – powtórzył Heit. – Przecież tam nic nie ma.
- Źle patrzyłeś. Po prawej drzwi. Tam siedzi AllPhi.
Fahren opuszczając komnatę obejrzał się jeszcze przez ramię. Miś stał przy stole i bawił się telefonem, zapomniawszy o bożym świecie. Heit uśmiechnął się do siebie i wyszedł.
Uszedłszy niedaleko, zaledwie dwa kroki, Heit natknął się na małe drzwiczki w ścianie tunelu. Były tak dobrze zamaskowane, że łatwo było je przeoczyć. Szczególnie z latarką w
ustach. Fahren pochyliwszy się, pchnął je dłonią. Otworzyły się bezszelestnie. Fahren zajrzał ostrożnie do środka.
Pomieszczenie było skąpane w blasku licznych świec. Umeblowane w stylu Ludwika XIV/V, podłogę przykrywał puszysty dywan. Wszędzie porozstawiane były gustowne figurki i bibeloty, nierzadko rokokowe. Pod ścianami stały regały z książkami. Tysiące tomów. Gdzie tylko spojrzeć, purpura walczyła o pierwszeństwo ze złotem.
Na wprost drzwi, przy bogato rzeźbionym biurku siedział pulchny osobnik w różowym garniturku. Przed nim stała filiżanka z kawą, a na talerzyku leżał rogalik. Przeglądał w zamyśleniu jakąś książkę, gdy nagle zauważył Fahrena.
- O! Bonjour monsieur Heit! – rozpromienił się.- J'ai juste attendu sur…o przepraszam. Chciałem powiedzieć, że właśnie czekałem na pana. Proszę, proszę – zapraszał szerokim gestem. – Może rogalika? Kawy? – zgadywał.
„Trucizna!” pomyślał Heit.
- Nie, dziękuję – wymigał się zręcznie, wchodząc do środka.
- Nisko, prawda? – zafrasował się tamten. – Cóż, ma swoje dobre strony. Przynajmniej każdy musi się ukłonić – roześmiał się.
Fahren nie podchwycił żartu. Zmrużonymi oczyma lustrował pomieszczenie. AllPhi to zauważył.
- Ależ drogi panie! – oburzył się, - chyba nie podejrzewa mnie pan o jakieś ukryte pułapki? Zatrute igły, samopały czy coś w tym stylu?
- Zdarzały się takie rzeczy – odpowiedział oszczędnie Heit.
- Nie u mnie! Zapewniam, że nie u mnie! – Różowy bił się w piersi. – Zamierzam uczciwie pana zastrzelić! W końcu jakieś normy obowiązują, prawda? A tak na marginesie, jak udało się panu wyjść cało od Neugrossera? – zainteresował się nagle. – Zresztą nieważne, dużo o panu słyszałem. Widzę, że nie przesadzano. Ale że Neugrosser pana puścił, no, no – cmokał.
- Nie puścił – sprostował Fahren, - sam wyszedłem.
- Ależ widzę, widzę – wycofał się różowy – niech mnie pan źle nie zrozumie, ale to prawie nieprawdopodobne.
Tymczasem Fahren zakończył lustrację. Wiedział już, na czym stoi. Na dywanie. AllPhi zauważył jego pozycję.
- Ależ monsieur – zreflektował się – proszę się rozgościć, usiąść sobie.
Fahren swobodnie podszedł do stołu i przysiadł. Coś chrupnęło. Heit zerwał się błyskawicznie i obejrzał za siebie. Na biurku walały się jakieś skorupy.
- Jajko Faberge – z widocznym wysiłkiem przełknął ślinę AllPhi – moje ulubione.
- To się sklei – rzucił beztrosko Fahren, strącając jednocześnie łokciem figurkę stojącą obok. Mimo dywanu rozleciała się na dwie części.
- Gips? – zapytał Fahren z fachowym zainteresowaniem.
- Alabaster – odpowiedział ponuro AllPhi. – Gdyby pan jednak zdecydował się nie poruszać...
- To bym nie oddychał! – Fahren protekcjonalnie poklepał AllPhiego po ramieniu, prezentując przy tym łobuzerski wyraz twarzy. AllPhi przez chwilę oddychał głęboko.
- Chyba jednak będę musiał pana usunąć wcześniej, niż planowałem – powiedział z wymuszonym uśmiechem i klasnął w dłonie.
Jakby znikąd zmaterializowało się dwóch drabów w liberii. W ich dłoniach tkwiły pistolety. Jak na komendę spojrzeli na AllPhiego. Ten skinął głową. W tym momencie pokój eksplodował! Fahren wyskoczył w górę, i z półobrotu ulokował prawą piętę na podbródku jednego z drabów. Prawie w tym samym momencie przyklęknął, i nie obracając się uderzył łokciem od dołu w tył. Drugi napastnik, trafiony dokładnie w jądra, zgiął się bez słowa wpół. Fahren wywinął się w lewo, wyniósł ciało na palce i uderzył kantem lewej dłoni mocno w dół, łamiąc kark klęczącemu. W tym czasie pierwszy zdążył oprzytomnieć i wstawał, trzymając się biurka. Fahren poczekał spokojnie, aż napastnik odwróci do niego, zamarkował
cios w podbródek, ale w połowie puścił swobodnie pięść i używając całej siły, wspartej masą ciała, uderzył łokciem. Głowa przeciwnika prawie się rozleciała, jego mózg wzbogacił wzór dywanu, a on sam runął pod nogi Heita! Zapadła cisza.
- Félicitations monsieur Heit – odezwał się w końcu uprzejmym tonem AllPhi, - widzę że zastrzelenie pana nie byłoby sprawą prostą. O ile wykonalną.
- Zawsze można spróbować – odpowiedział równie uprzejmie nawet nie zdyszany Fahren.
AllPhi przez chwile się zastanawiał. Podszedł do biurka, wyjął z kieszonki nieskazitelnie białą chusteczkę, i wytarł z niego kawałek mózgu. Potem schował chusteczkę i potarł podbródek.
- Panie Heit – powiedział w końcu, – pan jest przecież człowiekiem inteligentnym.
Fahren przezornie zmilczał.
- Mam dla pana la petite proposition – kontynuował AllPhi - nazwijmy to układem. Pan wie, że sam pan nigdzie tutaj nie trafi. Rozegrajmy pojedynek. Jeśli pan wygra – wskażę panu dalszą drogę do innych, sam pan wie, jak trudno się poruszać w tutejszym labiryncie. Jeśli wygram ja – zastrzelę pana. To chyba uczciwa propozycja?
Fahren miał nieco inne pojęcie na temat uczciwości. Poza tym nigdy nie ustępował bez targów.
- Jeśli wygram – powiedział, - to porzuci pan drogę zła i wstąpi na ścieżkę uczciwego życia?
AllPhi skrzywił się.
- Sam pan właśnie powiedział, że po stronie zła są drogi, a po stronie uczciwości tylko ścieżki. Nie musze chyba przekonywać, że szybciej i dalej zajedzie się drogami.
- To mój warunek i nie ustąpię – Fahren gorączkowo szukał luki w rozumowaniu AllPhiego, ale nie znalazł. Postanowił jednak być twardy.
Koniec końcem AllPhi uległ.
- Zgadzam się tylko dlatego – powiedział, - że nie wierzę w możliwość pańskiej wygranej.
- Jakie są warunki pojedynku? – spytał Heit.
- O, bardzo proste. Widzi pan tę bibliotekę.
Fahren widział.
- Każdy z nas wybierze sobie trzy pozycje, a następnie będziemy sobie zadawać pytania dotyczące informacji w nich zawartych. Kto nie odpowie – przegrywa.
- To pańska biblioteka – powiedział Fahren.
- Pewnie, ze moja. A czyja miałaby być? – zdziwił się AllPhi.
- Nie to miałem na myśli. Czy mógłbym w tej sytuacji korzystać z mojej biblioteki?
- Pan ma bibliotekę? – AllPhi był zaskoczony. – Przy sobie?
- Owszem, mam coś – Fahren nie zamierzał zdradzać od razu wszystkiego.
- Dobrze – zgodził się AllPhi, - ale uprzedzam, że nie będzie taryfy ulgowej! Wybieramy po trzy pozycje, kładziemy je dla jasności na biurku, i zadajemy.
Marsowa mina Heita jedyną była odpowiedzią.
Stanęli po przeciwnych stronach biurka. Ich spojrzenia były twardsze od stali. Kruszyły tytan. Miażdżyły diamenty.
- Wystarczy tej licytacji – pierwszy nie wytrzymał napięcia AllPhi. – Wybieramy!
Ruszył do półek i bez wahania sięgnął po ciężki tom. Rzucił go na biurko. „Francja w pamiętnikach Polaków”, głosił tytuł. AllPhi spojrzał wyzywająco na Heita.
Ten powoli sięgnął do kieszeni na piersiach i wyciągnął czasopismo. Tytuł brzmiał „Claudia”.
AllPhi drgnął, ale zachował spokój. Poszperał chwilę przy regałach, i wrócił z „Eneidą” w oryginale. Po twarzy przemknął mu triumfujący uśmieszek. Zgasł jednak, gdy Fahren z lewej kieszeni spodni wyciągnął tym razem „Życie na gorąco” i umieścił obok Wergiliusza. Na twarzy AllPhiego pojawiły się krople potu. Wyciągnął chusteczkę, tę samą, którą usuwał z biurka resztki mózgu, i otarł twarz. Na czole została mu czerwona smuga.
- Ostro pan gra – powiedział cicho. – To i ja tak zrobię. To będzie pytanie w stylu, „co ja mam w kieszeni”!
Schylił się i jednym ruchem umieścił na biurku „Dzieła zebrane” Balzaca!
Fahren stał bez ruchu.
- Widzę – powiedział AllPhi, - że wytrawny z pana gracz. Nie podejrzewałem pana o taką erudycję! Muszę pana przeprosić.
Heit nie zareagował. Nie znał żadnego z leżących przed nim tytułów. Pomijając fakt, że słowo „erudycja” nic mu nie mówiło. Postanowił jednak wyciągnąć swego asa atutowego. Patrząc AllPhiemu prosto w oczy sięgnął do rękawa i rzucił na stół. AllPhi spojrzał i zbladł. Na samym wierzchu, pyszniąc się kolorami leżał „Świat seriali”!
AllPhi przez ciężko chwytał powietrze. Zmarszczył czoło i przymknął oczy. Po chwili oddech mu się wyrównał.
- Godny z pana przeciwnik – odezwał się w końcu z wysiłkiem. – Przegrana z panem to zaszczyt – wyciągnął do Heita dłoń.
Fahren ją uścisnął.
- To którędy dalej? – spytał.
- Naprzeciwko. Pukać dwa razy, pytać o Kufla. I jeszcze raz dziękuję, panie Heit. Przypomniał mi pan, że życie to nie tylko sztuka.
- Nie ma sprawy – miękko odparł Fahren. – Ale jeszcze jedno, po co panu to All Phi? Nie wystarczy samo Alfi? Krócej i ładniej.
- Alfi – powtórzył za nim AllPhi – a wie pan, że mi się podoba. Alfi. Ładne!
Gdy Fahren opuszczał pomieszczenie, AllPhi stał pośrodku i powtarzał sobie swoje nowe miano w różnych intonacjach. Znajomy uśmiech zagościł na ustach Heita.
Niestety, rękopisy nie zawierały nic więcej. Tak więc kwestia, czy Fahren poradził sobie z resztą szajki, i czy w ogóle istnieją dalsze części Kronik pozostaje niewyjaśniona. Możliwe, że nie zostanie wyjaśniona nigdy…


6. Juhani
…strzępy, którymi wydano mi resztę w sklepie, posklejałem, jak umiałem. Kawałek papieru posłałem do władz, które na podstawie analizy papieru potwierdziły autentyczność dokumentu. Niestety, z uwagi na wyczerpanie się środków budżetowych właściwych instytucji, musiałem tym razem pracować sam. Dlatego proszę o wybaczenie, jeżeli w dokumencie znalazły się błędy, wynikające z niedokładności tłumaczenia, czy tez niewłaściwej korekty. Licząc na wyrozumiałość, przedstawiam odzyskany fragment „Kronik…”

Planeta Phoroom, trzecie starcie.

…Heit nie poznał tunelu. Szare, betonowe ściany zniknęły. Tunel był teraz obity drewnianymi deskami, niedbale heblowanymi. Tu i ówdzie deski nadżarte były próchnicą, z sufitu zwieszały się liczne pajęczyny. Drzwi prowadzące do kwatery Neugrosera zniknęły. Heit obejrzał się ostrożnie. Nie było też wejścia do gabinetu AllPhi’ego – te same brudne deski, co dookoła. Fahren spojrzał na wprost i stwierdził, że patrzy naprzeciwko.
„Dobrze idzie” pomyślał na wszelki wypadek, i jeszcze raz spojrzał naprzeciwko. Przed nim, ledwo widoczny w półmroku tunelu, widniał obrys drzwi. Chcąc się lepiej przyjrzeć, wyjął zapalniczkę i zapalił latarkę. Latarka zapłonęła od razu, wydzielając kłęby dymu z płonącej, plastykowej obudowy. W jej świetle Heit przyjrzał się lepiej drzwiom. Zbite były z tych samych, grubych dech co w tunelu, i osadzone na potężnych zawiasach. Rzucił dopalającą się latarkę na ziemię i przydeptał stopą. Wymacał w ciemności drzwi i mocno pchnął. Po chwili klnąc podniósł się z podłogi i ponownie stanął przed drzwiami. Tym razem zapukał. Prawie natychmiast usłyszał szuranie nóg i drzwi się uchyliły. Do tunelu wpadło trochę światła, rozjaśniając go nieco.
- Czego?! – rozległ się chrapliwy głos.
Jeden rzut oka wyjaśnił Heitowi wszystko. W szparze uchylonych drzwi tkwiła brudna, zarośnięta gęba. Sadząc po wysokości tkwienia, właściciel gęby znacznie przewyższał Fahrena, aczkolwiek niekoniecznie pod względem intelektualnym.
- Czego? – powtórzyła gęba.
Fahren przypomniał sobie wskazówkę AllPhi’ego. Przysunął się do szpary i szepnął konfidencjonalnie:
- Kufel jest?
Oprych w drzwiach zastanawiał się przez chwilę.
- A kto pyta? – zapytał w końcu.
- Ja – odpowiedział Fahren bez chwili zastanowienia.
- Aha – dryblas w drzwiach podrapał się po zarośniętej szczęce – chyba, że tak. A pidżamę masz?
- Nie mam – odparł zaskoczony Heit.
- To dobrze – rzucił tamten, otwierając szerzej drzwi i robiąc przejście – bo w pidżamie nie wpuszczamy.
Fahren zrobił krok i znalazł się wewnątrz.
Sala w której się znalazł, była spora, co dało się zauważyć nawet przez unoszący się dym tytoniowy. Stało tam kilka stolików z brudnymi blatami, ściany obite były zielonym pluszem. Blaty stolików były porysowane, niektóre poplamione jakimś płynem. Na podłodze leżały trociny. Na przeciwległej ścianie królował ogromny szynkwas, za którym znudzony barman polerował, bezskutecznie zresztą, jakieś szkło. Chuchał do środka i przecierał brudną ścierką. Po lewej stronie baru, wpatrzony gdzieś przed siebie taper, leniwie wygrywał Georgię. Przy barze siedział osobnik w mocno wymiętej marynarce. Głowę miał spuszczoną między ramiona, i wydawało się, że drzemał. Oprócz tego zajęte były dwa stoliki. Przy jednym siedziało mieszane towarzystwo, składające się z dwóch osobników rodzaju męskiego, na oko nieletnich, oraz kobiety w czerwonej sukni i szpilkach o wysokości, która zdumiała nawet Fahrena. Dołączył do nich oprych, który otworzył Heitowi drzwi, po czym towarzystwo zatopiło się w cichej rozmowie.
Przy drugim stoliku, zaraz po lewej przy drzwiach, siedzieli dwaj mężczyźni, na widok których Heit od razu zrobił się czujny. Pozornie nie zwracali na niego uwagi, wymieniając niegłośne uwagi między sobą, ale widok spiętrzonych kufi i butelek na stoliku zdradził ich od razu.
„Kufel i Waterfall!” błysnęło Fahrenowi w głowie, i od tego błysku zapaliło mu się czujne światełko. Zgasił je szybkim ruchem ramienia i ruszył niespiesznie w stronę baru. Przysiadł leniwie na jednym z wysokich stołków, wyjął Camele, wsadził jednego do ust. Drugą ręką wydobył z kieszeni zapałkę i przeciągnął po blacie. Blat stanął w płomieniach. Heit odpalił od niego papierosa, chowając jednocześnie zapałkę. Zaciągnął się głęboko i spojrzał na barmana. Ten westchnął i podszedł, szurając nogami. Trzepnął ścierką w blat gasząc płomienie i zapytał:
- Co podać?
- A co macie? – odpowiedział Fahren, wypuszczając w stronę sufitu kłąb wonnego dymu.
- Wszystko – odrzekł krótko barman.
- To może 7-(3-tert-butylo-2-metylo-5-winylofenylo)-8-etynylo-1-izopropylo-3-metylo-10-metyleno-4,8-metylopentadeka-6,11,13-trifenylo-9-propylo-8,9,10,11-tetrahydro-4H-benzo[de]antracen? – rzucił Fahren.
- 7-(3-tert-butylo-2-metylo-5-winylofenylo)-8-etynylo-1-izopropylo-3-metylo-10-metyleno-4,8-metylopentadeka-6,11,13-trifenylo-9-propylo-8,9,10,11-tetrahydro-4H-benzo[de]antracen? – upewnił się barman.
- Tak – potwierdził – podwójny.
- Robi się – barman odwrócił się w stronę półek. Z jednej z nich zdjął zakurzone naczynie i postawił przed Heitem. Przetarł rękawem etykietę, na której było napisane: 7-(3-tert-butylo-2-metylo-5-winylofenylo)-8-etynylo-1-izopropylo-3-metylo-10-metyleno-4,8-metylopentadeka-6,11,13-trifenylo-9-propylo-8,9,10,11-tetrahydro-4H-benzo[de]antracen. Podwójny.
- Od razu poznać konesera – powiedział – rzadko tutaj tacy bywają. A co do picia?
- Glenfiddich – rzucił Heit.
W czasie gdy barman nalewał whisky, Fahren dyskretnie lustrował salę. Zauważył drugie drzwi, zaraz za stolikiem zajętym przez mieszane towarzystwo po prawej. Nie uszło też jego uwagi, że obok pianisty stał, oparty o ścianę, futerał od skrzypiec. Heit wziął szklaneczkę z whisky i podszedł do jednego z wolnych stolików. Już siadał, gdy z lewej strony dobiegł do głos:
- Może się pan przysiądzie?
Fahren obejrzał się. Jeden z osobników siedzących z zastawionym butelkami stole kiwał zapraszająco ręką. Fahren skinął głową i podszedł. Po drodze przyjrzał się dokładniej obu siedzącym. Jeden, ten który go zagadnął, był dosyć tęgiej budowy.
„Kufel” pomyślał Heit.
- Kufel – przedstawił się tęższy.
Drugi, przeraźliwie chudy, z kapeluszem zsuniętym na czoło, wpatrywał się w kieliszek. „Waterfall” pomyślał Heit.
- Waterfall – rzucił tamten, podnosząc głowę.
- Heit – przedstawił się Fahren, siadając.
- Bardzo nam przyjemnie – skłamał Kufel, a jego twarz rozjaśniła się uśmiechem. – Napije się pan z nami?
- Z przyjemnością – zełgał Heit, również z uśmiechem.
- Co pana do nas sprowadza? – Waterfall oderwał wzrok od kieliszka.
- Jestem tutaj przejazdem – Fahren pociągnął łyk whisky – wpadłem się tylko rozgrzać.
- O! To się świetnie składa – Kufel zatarł ręce – bo widzi pan, mamy z kolegą doroczne spotkanie rozgrzewkowe. Byłoby nam niewymownie miło, gdyby pan nam towarzyszył.
- Ależ dlaczego nie? Zawsze to przyjemniej wypić szklaneczkę w towarzystwie.
- Szklaneczkę! Słyszałeś? – Kufel walnął w ramię Waterfalla, który nieco się skrzywił. – Dobry żart!
Waterfall roztarł ramię.
- Przestań – rzucił kwaśno do Kufa. – Co pan sobie o nas pomyśli?
- A co ma myśleć? Proponuję na początek po kufelku gorzałeczki, co pan na to?
- W zasadzie jestem prawie abstynentem – Fahren wiercił się na krześle – a do tego muszę zaraz lecieć…
- Zdąży pan – Waterfall skinął na barmana. – Poza tym, w razie czego pana odwieziemy.
- Pewnie! – poparł go Kufel – To co? Po kufelku?
Heit przyzwalająco skinął głową.
Pijaństwo trwało już dwie godziny. Barman spocił się i ciężko oddychał, zaganiany noszeniem kufli z wódką. Kufel z Waterfallem wlewali w siebie jeden po drugim pilnując, żeby gość nie pozostawał w tyle. A po nim było już widać trudy spotkania. Oczy miał przymglone, słowa zaczynały mu się plątać. Widać było, że trzyma się jeszcze, ale hamulce powoli puszczają. Jego towarzysze spojrzeli po sobie porozumiewawczo, zamówili następną kolejkę, po czym zaczęli za pomocą sprytnych pytań drenować Heita z informacji. Po następnej godzinie wiedzieli już wszystko!
Wyciągnęli z niego, że jest hodowcą norek z Nowej Kaledonii, że jedzie spotkać się z narzeczoną, która czeka na niego niedaleko, niecałe trzy parseki stąd, że po drodze przypomniał sobie o kwiatach, więc wylądował w na tej planecie w nadziei, że zerwie jakieś na łące. Dowiedzieli się też o buncie komputera pokładowego, który zażądał podwyżki, o heroicznym boju zakończonym zwycięstwem Heita, o przypadkowym natknięciu się na tę właśnie knajpkę, gdzie wstąpił na chwilkę przed dalszą podróżą. Wszystkie te informacje zostały skrzętnie zanotowane na karteczce, którą Waterfall trzymał ukrytą na kolanach, pod stołem.
W którymś momencie, gdy Kufel wznosił właśnie następny toast, Waterfall wstał.
- Przepraszam, ale muszę do toalety – mruknął.
Nie tam się jednak udał. Z karteczką ukrytą dyskretnie w dłoni podszedł do samotnika przy barze. Trącił go lekko w ramie i podsunął mu ją pod nos.
- Mamy wszystko – szepnął – nic nie ukrył.
Tamten rzucił okiem na zapiski i skrzywił się.
- Co mi tutaj dałeś, my son? Przecież to bzdury jakieś. Nie widzicie, że łże?
- W takim stanie? – zdziwił się Waterfall. – To niemożliwe.
- Możliwe – siedzący odwrócił się z powrotem do baru – przecież mówiłem AllPhi’emu, żeby wszystkich uprzedził.
- O czym?
- Że to Heit.
- Wiemy, przecież tak się przedstawił. Chciałeś informacji, no to je masz.
- Gówno mam, nie informacje! – zdenerwował się człowiek przy barze. – A mówił, że na imię ma Fahren?
W Waterfalla jakby piorun uderzył.
- Fahren? – powtórzył powoli. – Fahren Heit? Ten Fahren Heit?!
- Ten, ten! Siedzicie tu na dole, i tylko chlejecie pod pozorem zbierania informacji! Macie rozpracować Fahren Heita, jeśli to do was jeszcze nie dotarło, my son! TEGO HEITA!
Waterfall wyprostował się. Skinął na barmana, a gdy ten podszedł, szepnął mu coś do ucha. Barman zmarszczył brwi, jakby niezdecydowany.
- Jesteś pewien? – prawą dłonią otarł czoło. – Możecie nie wytrzymać.
- My? – Waterfall spojrzał na niego wyniośle. – My? – powtórzył. - A poza tym, nie mamy wyjścia- dodał – albo on, albo my!
- Jak chcecie – ustąpił barman. – Słyszałeś Masonie? – zwrócił się do siedzącego – robią to na własne ryzyko.
- Słyszałem, my son - odparł tamten – ale nie mogę za nich odpowiadać. Zrób, o co prosi.
Barman skinął głową. Odwrócił się, sięgnął pod bar i wyciągnął pękatą baryłkę z napisem „Spirytus techniczny. 99%”. Jeszcze raz spojrzał na Waterfalla i napełnił kufle. Waterfall uśmiechnął się triumfująco i odszedł do stolika.
- Zmienimy trunek – zawołał wesoło, siadając i klepiąc ramię Heita. – Mamy tu coś dla znawców!
Fahren czknął przyzwalająco, obejmując Kufla. Ten odwzajemnił uścisk, ale nagłe spojrzenie zmrużonych oczu, które posłał w stronę Waterfalla świadczyło, że domyślił się wszystkiego. W tym momencie do stolika zbliżył się barman z tacą zastawioną kuflami.
- No to…? – Waterfall zawiesił głos – po całym?
- Po całym! – krzyknął Heit, usiłując trafić papierosem do ust. – Kocham tę planetę!
Sięgnęli po kufle.
Minęła następna godzina. Wszyscy trzej biesiadnicy chwiali się na krzesłach. Blat pozalewany był spirytusem, w którym walały się niedopałki papierosów i piętrzyły sterty pustych naczyń. Kufel oparł głowę na blacie i zdawał się drzemać. Waterfall obejmował szyję Heita.
- Ja już nie mogę – bełkotał – mam tego dość! Kiedyś miałem dom, miałem żonę…dobrze mi było. A teraz? Teraz siedź tu człowieku tylko i pij! Marnuję mój talent – załkał.
- Żonę miałeś? – Fahren łokciem zwalił na ziemię dwa kufle – nie mówiłeś.
- Miałem – pociągnął nosem tamten. – Ale to smutna historia.
- To nic, że smutna – powiedział Heit, gramoląc się spod stołu – opowiedz.
- Piękna była – westchnął Waterfall, wycierając nos rękawem. – Na imię miała Śmiejąca Woda. Indianka z pochodzenia – wyjaśnił.- Pamiętam, jak ją pytałem: "Śmiejąca Wodo, czy kawa już gotowa?", "Śmiejąca Wodo, czy nastawiłaś kartofle?".
Fahren skinął ze zrozumieniem głową.
- Miałem dom – kontynuował Waterfall – piękny dom na wzgórzu. Całe zielone było, pokryte piękną trawą. Byłem redaktorem poczytnego pisma, wszyscy mnie szanowali.
- I co się stało? – zainteresował się Heit, wycierając mokrą dłoń w koszulkę z napisem „I love Cosmos”.
- Niedaleko domu był wodospad, pod którym często kapaliśmy się z żoną – Waterfall wysmarkał się na podłogę. – Uwielbiała podziwiać go z góry. A ostrzegałam ją, że to niebezpieczne! Któregoś razu poślizgnęła się i runęła w dół – spojrzał na Fahrena oczyma pełnymi łez. – Jej ciała nigdy nie odnaleziono.
- I nie wytrzymałeś psychicznie – powiedział w zamyśleniu Heit, zagryzając porcelanowym talerzykiem.
- Nie wytrzymałem. Zacząłem pić. Stoczyłem się – Waterfall siorbnął z kufla. – Wypadłem z obiegu i przybrałem to miano. Na pamiątkę – wyjaśnił.
Fahren siedział przez chwilę w milczeniu. Potem wyjął z paczki Camela, a drugą ręka sięgnął po zapałkę.
- Pan pozwoli – stojący za nim barman podał mu ognia, nie pozwalając na potarcie zapałki o blat.
- Dziękuję – zaciągnął się Heit. – Słuchaj – zwrócił się do kompana – może nie wszystko jeszcze stracone?
- Nie wszystko? – Waterfall wynurzył nos z kufla. – A co mi pozostało?
- Drugi obieg! - powiedział twardo Heit. – Wypadłeś z pierwszego, ale zawsze może być drugi!
- Myślisz, że to możliwe? – zastanowił się tamten.
- Możliwe. Każdy zasługuje na drugą szansę. Wejdź w drugi obieg, zrób to dla niej!
- Nie mogę – sposępniał Waterfall – moje imię zawsze będzie mi przypominało tamto zdarzenie.
- Zmień je – powiedział Fahren - noś pamięć o niej w sercu.
- Jak?
- Noś Śmiejącą Wodę, gdziekolwiek się znajdziesz! Przestań być Waterfallem, a zostań Nosiwodą!
Nosiwoda? Drugi Obieg? – mamrotał tamten, usiłują zachować postawę pionową. Stopniowo twarz mu się rozjaśniała.
- Tak! – wykrzyknął – To będzie moje życie! Nosiwoda i Drugi Obieg! Dzięki Fahrenie!
Fahren położył rękę na jego ramieniu.
- Tylko –zawahał się nagle Waterfall – drugi obieg czego?
- Coś wymyślisz – uspokoił go Heit. – Wierzę w ciebie.
Waterfall zebrał siły, wstał z krzesła, wyprostował się.
- Nosiwoda! Drugi Obieg! Jeszcze o mnie usłyszycie! – rąbnął pięścią w stół, po czym opadł na krzesło waląc głową w blat. I tak zasnął.
Uderzenie obudziło Kufla.
- Coś się stało? – zapytał, rozglądając się dookoła.- A ja miałem taki piękny sen – powiedział nie czekając na odpowiedź i sięgając po kufel.
- O? – zachęcająco zdziwił się Heit.
- Śnił mi się mój rodzinny Breslau – rozmarzył się Kufel – piękne miasto. Tylko prąd tam cholernie drogi.
- A reszta jest tania? – zdziwił się Heit.
- Nie wiem – Kufel upił łyk – nie interesowałem się.
Upił następny łyk i otrząsnął się z obrzydzeniem.
- Brr… Co za świństwo!
- Nie lubisz? – Fahren był zaskoczony. – Jak to?
- Lubię – powiedział ponuro Kufel – ale piwo. Jak myślisz, dlaczego nazywają mnie Kufel?
- Nie rozumiem – Heit zmarszczył czoło.
- To nic ciekawego – Kufel machnął ręką. – Sekretarzowałem tam w jednym periodyku. A wiesz, jak to sekretarz. Załatw to, załatw tamto. No to załatwiałem. A gdzie coś załatwisz bez wódki? – wykrzyknął z rozpaczą. – No gdzie?!
Fahren pomyślał przez chwilę.
- Nigdzie – powiedział z przekonaniem.
- Właśnie – zasępił się tamten – nigdzie. To jak miałem przetrwać? Dostosowałem się – westchnął. – A przecież choćby ze względów historycznych w Breslau powinno się pić piwo.
- Racja – pokiwał głową Heit. – Co było dalej?
- Dalej? Świat przestępczy się mną zainteresował. Zauważyli, że mam mocną głowę. Zaproponowali mi posadę. „Będziesz zdobywał informacje” powiedzieli. Cóż – podrapał się po głowie, wsmarowując w nie musztardę – płacą dobrze, ale to nie to. A wiesz – chwycił Heita za rękaw – że kiedyś nawet pisałem? Mówili, że nieźle nawet.
- Marnujesz się – stwierdził Fahren.
- A żebyś wiedział! – Kufel sięgnął po naczynie. – A tak na marginesie, zauważyłem że też masz niezły łeb do picia.
- Zasługa mojego pryncypała z dawnych czasów – zbagatelizował Heit, zaciągając się następnym Camelem – nie lubił pić sam, a głowę miał … Nabrałem wprawy. Gdzieś noszę nawet jego wizytówkę – pogmerał chwilę w kieszonce i wyciągnął biały kartonik. – Tu mam, zobacz – rzucił go na stół.
Ale Kufel nie spojrzał.
- Gdzie mój Breslau – chlipnął. – Gdzie moje piwo ulubione? Gdzie moja twórczość? Co ja tu robię – zaczynał się rozkręcać. - Ich bin ein Breslauer! – wykrzyknął z rozpaczą.
Fahren spojrzał na niego twardo.
- Nie poddawaj się! – powiedział z mocą. – Pisz dalej, twórz i pij piwo!
- Nie mogę – głowa Kufla opadła – nie puszczą mnie. Podpisałem cyrograf.
- Rób to pod pseudonimem – podsunął Heit.
- Ba! – Kufel pokiwał głową – ale jak to zrobić, żeby od razu wiadomo było, że jestem z Breslau i lubię piwo?
Heit zastanowił się.
- Słuchaj – powiedział – a jak jest po niemiecku kufel?
- Krug. A bo co?
- No…? Pomyśl.
Kufel zmarszczył brwi.
- Krug…Kufel – mamrotał – Kufel…Krug…
I nagle…
-Mam! – wykrzyknął! – Kruger! O tak! Będę pisał i żył jako Kruger! Daj pyska, Heit! – uwiesił się Fahrenowi na szyi. – Bracie! Ja dla ciebie wszystko!
- Po co od razu wszystko? – zdziwił się Heit – wystarczy kilka informacji.
Kufel zakąsił serwetką i otarł usta.
- Pytaj – spojrzał na Fahrena.
- Kto to są ci wszyscy dookoła? Dym taki, że trudno rozpoznać.
Kufel rozejrzał się dookoła.
- Ten przy pianinie to jakiś Włoch.
- Nie urodził się przypadkiem w Gesualdo? – zapytał Heit.
- A tak – Kufel czknął potężnie – skąd wiedziałeś?
- Przypadek – uspokoił go Heit. – A reszta?
- Masona już poznałeś – Kufel wskazał na samotnika przy barze – on trzyma wszystko w ryzach. Jak zauważysz, że sięga po kielnię, lepiej znikaj. Chyba, że chcesz skończyć jako sąsiad przez ścianę z beczką Amontillado.
- Będę pamiętał – zapewnił go Heit.
- Ten, co cię wpuścił, to U. Barański, miłośnik baraniny – Kufel wypluł na podłogę kawałek przeżutej serwetki. – Żeby cię nie kusiło to dodam, że zabija ją gołymi rękami i spożywa na surowo.
- Wygląda na takiego – Fahren z uznaniem spojrzał na olbrzyma. – A te dwa chłyski?
- Chłystki? – Kufel zakrztusił się spirytusem – Chłopie! Jeden z nich to Pietrucha!
- Dlaczego Pietrucha?
- A, miał w życiu incydent z wegetarianizmem, i tak mu przylgnęło. Reaguje też na Marchewę. Ale – tu Kufel podniósł palec, opryskując Heita śliną – pamiętam, jak jednemu takiemu coś się pozajączkowało i nazwał go Parówą. Gdybym sam nie widział, w życiu bym nie uwierzył, że można kogoś żywcem wyfiletować tak, żeby żył jeszcze godzinę.
- Godzinę?! – wzdrygnął się Heit. – Po wyfiletowaniu?
Kufel ponuro skinął głową. Obaj jednocześnie sięgnęli po napitek.
- Ale masz troszkę szczęścia – przełknął Kufel – z tego co wiem, obu wynajęła Margo. To ta w szpilach, z papierosem. Jeśli uda ci się ją unieszkodliwić, to może wyjdziesz z tego cało. Wiesz, u nas dyscyplina jest. Jak cię nie każą ruszyć, nikt nie ruszy.
- A jak ją unieszkodliwić? – zapytał Heit.
- Nie da się – pocieszył go Kufel. – Fachowiec od morderczej gramatyki, ortografii i innych takich. Praktycznie niezniszczalna. Żebyś wiedział, jakie rzeczy jej debiutanci do czytania podsuwali! Niejeden by się powiesił, a ona nic.
- Aha – zmrużył oczy Fahren. – A tamten z nimi?
- Młody dzik literatury. W skrócie Młodzik.
- Chyba wilk?
- Nie, dzik. Ryje po bibliotekach, księgarniach. Bywa niebezpieczny, potrafi zadać powalające pytanie. Aha, jeszcze jedno. Gdyby udało ci się stąd wydostać, a można tylko przez te drzwi za nimi, to tam czeka Hondzia ze swoją rakietą.
- Ma jakieś słabości? – zapytał Heit, poszukując kolejnego papierosa – i co z barmanem?
Nikt nie odpowiedział. Fahren odwrócił się. Kufel spał twardo, odchylony na krześle do tyłu.
Fahren wciągnął głęboko powietrze i wypuścił powoli. Poruszał głową, potem ramionami. Wszystko działało. Sięgnął do kieszeni i wyjął notatki otrzymane w Agencji. Szybko przeleciał listę. Nie wszystko się zgadzało. Pietrucha i Barański najwyraźniej mieli nieco inne specjalności, niż mu podano. Heit nie miał specjalnej ochoty na spotkanie z nimi. Jakoś bardziej wierzył Kuflowi, niż agencyjnemu wywiadowi. I co to za Margo? Nie było jej na liście. Spojrzał w sufit i zamyślił się. Potem jednym ruchem ręki zmiótł ze stolika zastawę, wytarł rękawem blat. Położył na nim kartkę papieru i zaczął pisać. Kończył już, gdy uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu w lokalu panuje cisza. Spojrzał w stronę pianina. Właściwie to chciał spojrzeć, gdyż zamiast tego ujrzał czarny otwór lufy, wystającej z futerału od skrzypiec. Po drugiej stronie lufy znajdował się pianista, Włoch z Gesualdo.
- Tworzysz? – zapytał Heita miłym głosem.
- Aaa…- zawahał się Fahren – taka tam pisanina, nic wartościowego.
- Tak myślałem – tamten przysunął nogą krzesło i usiadł na nim okrakiem pilnując, aby lufa przez cały czas była wycelowana w Heita.
- Literatura – kontynuował pianista, jakby prowadził wykład – to rzecz nie do zdefiniowania. Możesz wymyślać nie wiadomo ile definicji, a i tak nie będziesz zadowolony z rezultatu. Ktoś nawet – tutaj pokazał na notatki Heita – mógłby uznać to za literaturę. To straszne – zwierzył się – przez całe życie poszukiwać właściwej definicji, wiedząc że nie istnieje. Wierz mi, to okrutne.
- Wierzę – powiedział ostrożnie Fahren – tylko po co ci ta strzelba?
- Ta? – Włoch spojrzał na futerał – nic takiego. Zamierzam cię zastrzelić.
- Tak bez powodu?
- Powód mam – odparł tamten. – Nic mnie ostatnio nie cieszy i jestem przez to smutny. Wystarczy?
- W zasadzie tak – zgodził się niechętnie Heit. W prawej ręce trzymał papierosa, podczas gdy lewa nerwowo postukiwała w blat.
- No właśnie – pianista wstał i sięgnął do spustu. – Masz jakieś życzenia może? Z tych ostatnich?
- Żebyś do mnie nie strzelał? – zaryzykował Heit.
Tamten uśmiechnął się tylko i przecząco pokręcił głową. Wydawało się, że to już koniec misji, a także ostatnie sekundy życia Fahren Heita.
- To może chociaż zwymiotuję po tym piciu? – Heit starał się opóźnić moment egzekucji.
Włoch zaczął zginać palec wskazujący. Fahren przymknął oczy. Kiedy po kilku sekundach nic się nie wydarzyło, otworzył je. Pianista stał ze zmarszczonym czołem, i wsłuchiwał się w coś. Potem pochylił się na stołem. Słuchał jeszcze przez moment.
- Co ty wystukujesz? – zapytał w końcu, wskazując na lewą dłoń Heita.
- Co ja wystukuję? – powtórzył za nim Fahren.
- Nie udawaj głupiego!- zdenerwował się tamten. – Przecież słyszę!
- Ach, to – Heit spojrzał na swa lewą dłoń – kiedyś słyszałem. Jakoś tak wpadło mi w ucho.
- Przecież to Atlas Chmur Forbishera! – pianista był wyraźnie podniecony. – Od lat próbuję odtworzyć ten utwór!
Odłożył broń i przysunął się do Fahrena.
- Znam tylko kilka pierwszych taktów – powiedział. – Partytura zaginęła wieki temu. Znasz całość?
- Nie wiem – odpowiedział ostrożnie Heit – może tylko trochę.
Włoch chwycił Fahrena za rękę i pociągnął w stronę pianina.
- Posłuchaj – powiedział błagalnym głosem – daj mi ten utwór, a nigdy nie będzie między nami nieporozumień. Wiesz, jakie to dla mnie ważne?!
- Jak mam ci go dać? – Heit powoli trzeźwiał.
- Wystukaj, a ja zapiszę nuty. Tylko szybko, póki pamiętasz.
Przez następny kwadrans Heit stukał, a pianista notował. Co jakiś czas próbował kawałek na pianinie. Gdy Fahren wystukał już wszystko, co pamiętał, tamten usiadł do pianina, przymknął oczy i zagrał. Mruczał przy tym do siebie „no jasne, że też na to nie wpadłem”, „ no tak, tutaj nie mogło być inaczej”. Gdy skończył, odwrócił się do Heita.
- Opublikuję to – powiedział rozmarzonym głosem. – Stanę się sławny! Koncerty, wywiady i jeszcze raz koncerty.
Chwycił Heita z ręce i uścisnął.
Dziękuję – rzekł z prostotą. – kończę z tym świństwem – tu z obrzydzeniem spojrzał na futerał kryjący w sobie strzelbę – i przerzucam się wyłącznie na muzykę!
Fahren skinął głową.
- Pod jakim nazwiskiem będziesz koncertował? Może kiedyś przyjdę na koncert.
Pianista skrzywił się.
- No właśnie, tutaj jest mały problem. Tak naprawdę nazywam się Porcellino. Wiesz, co to znaczy?
- A w jakim języku?
- Po włosku – westchnął tamten. – To znaczy po prosu „prosiaczek”. Nie wypada chyba, żebym jeździł z Atlasem Chmur jako postać z Kubusia Puchatka raczej, niż z filharmonii.
- Nie bardzo – zgodził się Heit – ale wiesz? Może być występował pod mianem miejsca urodzenia? Mieszkańcom radość byś sprawił?
- Że niby Gesualdo? – Włoch zastanawiał się. – A wiesz, że to nawet dobrze brzmi? Gesualdo – powtórzył.
- Może być – zdecydował w końcu. – To co, pierwszy koncert zadedykuję chyba tobie, Heit?
- Będę zaszczycony – odparł Fahren i oddalił się , pozostawiając Gesualdo pogrążonego w marzeniach.
Heit przechodząc obok stolika jednym ruchem ręki zgarnął z niego swoje notatki. Spojrzał w stronę barmana, beznamiętnie polerującego szkło, oraz siedzącego przy barze Masona. Żaden z nich nie zwrócił na niego uwagi. Fahren przeniósł wzrok na siedzących przy stoliku obok drugich drzwi. Siedzieli bez ruchu, jakby na coś czekając. Heit powoli zbliżył się. Mimo braku wyraźnej reakcji czuło się, że Pietrucha i U.Barański sprężają się do skoku. Na twarzy Młodzika i Margo nie drgnął żaden muskuł. Fahren był już przy stoliku. Czujnie obserwując dwóch najemników, schylił się i powoli, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, położył notatki przed Margo. Jej wzrok powędrował w dół. W miarę czytania jej twarz tężała jeszcze bardziej. Fahren powoli przesunął się w stronę drzwi. U. Barański uniósł się lekko, a prawa ręka Pietruchy zsunęła się ze stołu. Jednak widząc brak reakcji ze strony Margo, rozluźnili się. Gdy Heit przesuwał się obok Młodzika, po tym drugim widać była, że bardzo, ale to bardzo pragnie zadać jakieś pytanie. Nie zdecydował się jednak. Fahren uchylił drzwi i cicho wysunął się z lokalu. Dwaj zabójcy spojrzeli po sobie, wzruszyli lekko ramionami i sięgnęli po szklanki. Młodzik wstał z krzesła, stanął za plecami zesztywniałej Margo i zajrzał jej przez ramię do notatek. Wargi poruszały mu się bezgłośnie, gdy je odczytywał. Zapiski zaczynały się tak:
„ Dwaj ócznie przebywali na wagarah. Curz zobimy z wolnym czasem? Zapycił jeden drógiemu. Pożucamy do patkuf, co? Odżek drógi. Hyba, rze nas pżependzom, odpar pierwszy. Co taki strahliwy jezdeś? Zaśmiał siem tamten. No dobrze, pujćmy i ruszyli na skruty. Dzień zapowiadau siem códowny….”

Podczas gdy Młodzik odczytywał notatki, które zmieniły Margo w bryłę lodu, Mason skinął na barmana.
- Nalej mi, dobrze? – poprosił.
Barman podszedł z butelką opatrzoną napisem „Armagnac”. Nalał odrobinę do pękatego kieliszka i podał Masonowi. Ten ujął go w dłoń, i czekając, aż napój się rozgrzeje, zapytał:
- Nie wyszedłbyś kiedyś na zewnątrz?
- Nie mam ochoty – odparł barman. – Tu mi dobrze. Wiesz, te lata, a właściwie zimy, kiedy biegałem na mrozie do wygódki…Tutaj mam ciepło.
- Twój wybór – Mason zbliżył kieliszek do nosa i powąchał. – A tak na boku, zauważyłeś, że Heit połowę ludzi nam już wykończył?
Barman pokiwał głową.
- No nic – Mason łyknął nieco płynu – idę dalej. Muszę mieć go cały czas na oku.
- Dlaczego go po prostu nie załatwicie? – zapytał barman.
- Nie można – potrząsnął głową Mason. – W życiu muszą być jakiej reguły. Czym byłby świat, gdyby nie było żadnych? Musimy z nim walczyć zgodnie z zasadami. Do tej pory zawsze wygrywaliśmy.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz – zauważył barman. – pamiętaj, że to Heit.
- Pamiętam – Mason skinął mu dłonią. – Muszę już lecieć.
- Powodzenia – powiedział barman.
- Dziękuję Hipolicie, i do zobaczenia.
Mason odwrócił się. Przechodząc obok stolika, przy którym odbywała się libacja, zauważył na podłodze przemoczony, biały kartonik.
„Ciekawe u kogo praktykował Heit, że takie picie wytrzymał” pomyślał do siebie, schylając się po wizytówkę. Ujął ją w dwa palce, uniósł do światła i odczytał „Inż. Albert Wilga. Mechanika samochodowa.” Zaklął i rzucił kartonik na podłogę. Barman polerował szkło.

Za drzwiami rozciągała się znajoma równina. Słabe słońce planety rzucało zamglony blask. Huczący wicher roznosił tumany kurzu nad powierzchnią bezwodnej pustyni, usianej nieregularnie głazami. Po horyzont nic, tylko pustka i tak dalej… Opodal stała rakieta Heita.
Z jednym wyjątkiem – obok stała druga rakieta. W pięknym różowym kolorze, a na boku złotymi literami pysznił się wielki napis „Honda”. Obok rakiety, oparta o nią niedbale ramieniem, stała postać w różowym skafandrze, ale bez kasku. Fahrenowi od razu rzuciły się w oczy jej włosy – ogniście czerwone, jak zachodzące słońce.
- Jesteś nareszcie – rzuciła Hondzia, bo to ona była we własnej postaci – myślałam, że nigdy nie wrócisz. Już miałam strzelić focha!
- Lepiej nie – Heit nie czuł się jeszcze dobrze. – A czemu na mnie czekałaś?
- Żeby z tobą skończyć raz na zawsze – odparła swobodnie, – oczekiwałeś czegoś innego?
Fahren pominął to milczeniem.
- No dobra – kontynuowała Hondzia – zasady są takie. Ścigamy się jedno okrążenie. Kto przegrywa, wypada z gry. Sposób wypadnięcia do wyboru: anihilacja albo zmiażdżenie pogardą. Na jedno wychodzi.
- Ale – Heit próbował jej przerwać – ale…
- Ja mówię! – zmroziła go Hondzia. – Zajrzałam do Twojego rupiecia. Zostawiłam w sterowni opis trasy. Tu masz klucze, łap!
- Jak ci się udało? Przecież drzwi były zatrzaśnięte!
Hondzia pokiwała tylko z politowaniem głową.
- Nieważne, startujemy za trzy minuty, pospiesz się!
- A co, jeśli się nie zgodzę? – zapytał Fahren.
- Strzelę focha – odparła. – Zapewniam, że nie przeżyjesz tego!
Heit pomyślał o swoim kacu i dołożył do tego obraz Hondzi, strzelającej focha. Bez słowa odwrócił się i ruszył do rakiety. Hondzia wskoczyła do swojej.
Po chwili dysze obu pojazdów stanęły w ogniu, i wystartowali. W atmosferze szli jeszcze łeb w łeb, ale wyjściu w przestrzeń rakieta Hondzi przyspieszyła gwałtownie i po chwili była już daleko. Heit z mozołem wykonywał narzucone manewry, starając się nie wypaść z toru. Omijał meteoryty, przeskakiwał księżyce myśląc tylko o tym, jak nie stracić z oczu Hondzi. Nie udało się. Gdy po półgodzinie lądował na Phoroom, rakieta Hondzi zdążyła już ostygnąć, a ona sama czekała na niego z wyrazem triumfu na twarzy. Heit wysiadł z rakiety i podążył w kierunku Hondzi.
- I co – wołała już z daleka – załatwiłam cię, Heit! Co wybierasz? Anihilację? – nad piaskiem pustyni niósł się jej chichot.
Fahren nie odpowiedział. Gdy znalazł się przy niej, gwałtownym ruchem wyciągnął z kieszeni jakiś papier i podsunął jej pod nos.
- O ku**a! – wyjąkała zaskoczona Hondzia.
- Zgadza się – suchym tonem powiedział Heit – Ochotnicza Kontrola Uprawnień Ruchu Wizowo-Astronautycznego. Poproszę o kartę pilotażu – dodał służbowym głosem.
- Nie mam – z Hondzi zeszło powietrze.
- Tak myślałem – powiedział Fahren. – A więc po pierwsze przekroczenie prędkości. Po drugie nie zatrzymała się obywatelka przy trzecim księżycu. Tam był znak stopu.
- Znak stopu?! – Hondzia łapała oddech – Jaki znak?!
- Nawet nie zauważyła obywatelka. Ładnie – kontynuował Heit. – A później wymusiła obywatelka pierwszeństwo.
- Ja wymusiłam? Na kim?!
- Tam przechodziła kobieta z zakupami. Między drugim pierścieniem ostatniego satelity na wirażu, a sąsiednią planetą. A wyraźnie oznaczone jest. I informacja, że przejście dla pieszych.
Hondzia malała w oczach.
- Nie zauważyłam – szepnęła słabym głosem.
Fahren pokiwał głową.
- A niedawno, kiedy zepsuł się szkolny kosmobus, kto zaklinował rondo, wioząc dzieciaki do szkoły?
- O tym też wiecie? – Hondzia była bliska łez.
- Nie tylko o tym wiemy, obywatelko – Heit był bezlitosny. – A kto rozjechał piknik mikołajkowy w zeszłym roku?
- Nie było takiego pikniku w zeszłym roku – zauważyła nieśmiało Hondzia.
- A gdyby był? – naciskał Fahren. – I wyście by go rozjechali?
Hondzia spuściła głowę.
- Zresztą – machnął ręką Heit – tego, co wiemy, i tak wystarczy na dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów!
- Nie! – w oczach Hondzi malowała się trwoga – To całe moje życie!
Fahren zawahał się.
- Może i by było wyjście… - zaczął.
- Zgadzam się z góry! – zawołała Hondzia.
Heit milczał, jakby coś rozważając, po czym sięgnął po telefon komórkowy. Hondzi rozszerzyły się oczy.
- Stąd chcesz dzwonić? Z komórki?!
Fahren nie odpowiedział, tylko wystukał numer na klawiaturze.
- Wall-e? – rzucił w słuchawkę – Co tam u ciebie, stary? Nie, u mnie wszystko dobrze. Tak…tak.. Słuchaj, mam tu jedną kursantkę, przyjmiesz? Ale…zrób to dla mnie, po starej znajomości. Tak. To kiedy? We wtorek? Dobra, trzymaj się! – Fahren zakończył rozmowę i zwrócił się do Hondzi, która stała, jakby nie wierzyła własnym uszom.
- Rozmawiałeś z Wall-e’em ? – głośno przełknęła ślinę. – To mój idol! Zawsze marzyłam o spotkaniu z nim!
- Będziesz miała okazję – Heit szukał czegoś w kieszeni. – o, jest. Tu masz adres. Masz się zgłosić we wtorek. Przejdziesz kurs pilotażu pod osobistym nadzorem Wall-e’go. Tylko nie zrób mi wstydu!
- Nie zrobię! – Hondzia złożyła ręce jak do modlitwy. – Poznam Wall-e’go! Będzie osobiście mnie uczył! Heit! Ja dla ciebie…
- Wiem – przerwał jej – wszystko, tak? Nie trzeba. Powiedz tylko, gdzie znajdę pozostałych.
- Za tą wydmą – machnęła ręką za siebie. – Poznam Wall-e’go. Ojej! – Podskoczyła z radości jak mała dziewczynka.
- Dobra już – ostudził ją Fahren – powiedz mi jeszcze , na „chu” ci to „Ho” w nazwie? Nie lepiej, żeby się na „Hu” zaczynało? Lepiej brzmi.
- Że niby Hundzia zamiast Hondzia? – Hondzia zastanowiła się. – Wiesz, faktycznie jakby lepiej się rymuje. Ok, od dzisiaj nie ma Hondzi, jest Hundzia. To we wtorek, mówisz? A co dzisiaj mamy?
- Czwartek – odparł Heit.
- Ojej! – zawołała Hondzia – To nie zdążę się umalować! A zakupy? Przecież nie pokażę się Wall-emu w takich ciuchach! Musze lecieć! Pa!
W dwóch skokach dopadła rakiety, i wystartowała łamiąc przy tym co najmniej trzy przepisy ruchu. Fahren popatrzał za nią i westchnął. Potem odwrócił się i ciężkim krokiem ruszył w kierunku wydmy…..

….na tym kończy się odnaleziony fragment. Zapewne niektórych nurtują pytania o dalszy los Fahren Heita na misji. Przecież nie spotkał jeszcze wielu członków tej przestępczej organizacji. Czy natknął się na GuILTa? Czy wyszedł cało ze spotkania z A-gi i Cord-i, morderczym duetem? Czy wygrał starcie z Pieskim Dziadygą? Dożył spotkania z A-ball i Swampy? A z innymi? Niestety, piszący te słowa obawia się, że dalsze części „Kronik…” nie istnieją. Pamiętać należy, że napisane były dawno temu, a przypisywanie ich autorstwa mnie, jako zbieraczowi dziedzictwa po Heicie, jest zupełnie nietrafne, a wręcz śmieszne. Wyczerpały się po prostu moje możliwości pogoni za dokumentami, pozostałymi po Heicie.
Doszły mnie co prawda słuchy, że niektóre zawistne osoby rozgłaszają plotki, o ukrywaniu przeze mnie części dokumentów, które miałbym rzekomo ujawnić po otrzymaniu propozycji wydania ich drukiem, złoconymi literami na fińskiej kredzie. Nic bardziej mylnego! Komuż bardziej mogłoby zależeć na ukazaniu się „Kronik…” jak nie mnie? Jaki mógłbym mieć cel w ich ukrywaniu? Czasami trzeba się pogodzić z faktem, że niekiedy dokumenty ulegają zniszczeniu, i przestają istnieć w sposób fizyczny. Nie można ich odtworzyć, a sama myśl o pisaniu falsyfikatów, o co jestem posądzany, jest mi wstrętna. Wszystkie przedstawione do tej pory części oparte były wyłącznie na dokumentach autentycznych. Tak więc reasumując, cieszę się, że mogłem razem z Wami cieszyć się tym skąpym zbiorem, będącym zaledwie drobnym wycinkiem z epickiego dzieła, jaki przed lat stanowił pełen zbiór „Kronik Fahren Heita”.

Chyba że……?
Tłumaczenie niechlujstwa językowego dysleksją jest jak szpanowanie małym fiutkiem.

Awatar użytkownika
nimfa bagienna
Demon szybkości
Posty: 7204
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:40
Płeć: Nie znam

Re: Kroniki Fahren Heita

Post autor: nimfa bagienna » pn, 15 kwie 2013 17:15

7. Juhani
Ten kawałek „Kronik…” odnalazł się zupełnym przypadkiem. Pewien mieszkaniec N., podczas zrywania starych tapet zauważył, że część z nich pokryta była od wewnątrz pismem. Przekonany, że producent użył do produkcji tapet surowców wtórnych, zamierzał je spalić, jednak rzuciło mu się w oczy powtarzające się słowo „Heit”. Ponieważ słyszał o mojej pasji zbierania wszystkich dokumentów, mogących mieć związek z agentem wszechczasów, wielkodusznie mi je odstąpił, po naprawdę okazyjnej cenie.
Nieco nieufnie przystąpiłem do analiz, podejrzewając apokryf. Jakież było moje zdumienie, gdy porwane kawałki tapet okazały się autentycznymi fragmentami „Kronik Fahren Heita”! Nie wiadomo, kto i dlaczego zdecydował się ukryć je w taki sposób. Czyżby komuś na tym zależało? Wszystko możliwe.
Z pomocą specjalistów zapiski doprowadzone zostały do stanu pozwalającego na ich odczytanie. Niestety, nie były to najbardziej poszukiwane przeze mnie fragmenty, dotyczące misji Heita na planecie Phoroom. Z uwagi jednak na fakt, że rzucają one nieco światła na inne misje agenta, zdecydowałem się je upublicznić.



Szły Święta. Ulice miast, obwieszone kolorowymi lampkami, zapełniały się Mikołajami. W witrynach powystawiane były choinki, pokryte łańcuchami, bombkami i łakociami. Dzieci przechadzały się radośnie, rzucając śnieżkami w okna i wyłudzając słodycze od przechodniów. Zewsząd dobiegały świąteczne melodyjki oraz dźwięki dzwoneczków. Nastrój panował pogodny, i nawet pracownicy Urzędu Skarbowego uśmiechali się do petentów, zabierając im ostatnie oszczędności.
Heit przebywał w N. prywatnie. Po ostatniej misji otrzymał przymusowy urlop. „Dla uspokojenia nastroju”, jak mu wyjaśniono w Agencji. Sam Heit utrzymywał co prawda, że nie ma takiej potrzeby, gdyż jest zupełnie spokojny, a na nastrój nie zwracał nigdy uwagi. Dopiero Szef postawił sprawę jasno, mówiąc że zarówno spokój, jak i nastrój Heita nie jest czymś, co spędza mu sen z powiek. Natomiast nastroje w mieścinie, gdzie Heit wykonywał ostatnią misję, mogą być pewnym problemem. Nawet jeśli ludność nie jest w stanie wyrazić niezadowolenia w sposób szczególnie zauważalny choćby z tego powodu, że populacja, która i tak nie była zbyt liczna, podczas pobytu Heita spadła tam o połowę.
Przyczyna tego faktu była prozaiczna. Heit pojechał wyeliminować groźnego przestępcę, który zaszył się w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu. Dokładny rysopis poszukiwanego miał zostać przesłany faksem. W Agencji zaczęto coś podejrzewać dopiero wówczas, gdy ktoś bystrzejszy skojarzył ze sobą dwa fakty: pierwszy – że Heit działa już od tygodnia, oraz drugi – że mieścina nie dysponowała faksem. Pocieszeniem było, że wśród ekshumowanych mieszkańców zidentyfikowano również owego przestępcę.
Tak więc Heit przebywał na urlopie, a dokładnie rozkoszował się kąpielą, gdy zadzwonił telefon. Agent odczekał siedemnaście dzwonków, po czym sięgnął po stojący przy wannie telefon.
- Agent Fahren Heit przy telefonie – powiedział do słuchawki, przeciągając się leniwie w wannie.
- Każdemu się tak przedstawiasz? – warknął w słuchawce głos Szefa.
- Ależ skąd! Tylko dzwoniącym – odpowiedział Heit, siadając.
Słuchawka zagulgotała. Fahren przyjrzał się jej z zaciekawieniem, potrząsną nią, i ponownie przyłożył do ucha.
- Halo! Szefie? Coś się chyba popsuło – powiedział.
Temperatura słuchawki spadła o dziesięć stopni.
- Heit – głos Szefa był niewyraźny – podpisywałeś klauzulę tajności?
- To był ten dokument razem z umową na najem garażu? – spytał Heit. – Podpisywałem. Nikt nie wie, gdzie trzymam auto.
W słuchawce przez chwilę słychać było sapanie.
- Zostawmy to – powiedział w końcu Szef – wrócimy do tego przy innej okazji.
- Dobrze – powiedział Heit i odłożył słuchawkę.
Potem stanął w wannie, wytarł się starannie i wyszedł z łazienki. Stanął przed szafą i dokonał szybkiej lustracji. Wybrał czarne bokserki w różowe pajacyki oraz skarpetki frotte w kolorze „Pustynna burza”. Gdy je zakładał w łazience zadzwonił telefon. Fahren z niezadowoleniem poszedł do łazienki, odczekał siedemnaście dzwonków i odebrał.
- Agent... – zaczął.
- Zamknij się, Heit! – rozdarł się w słuchawce Szef. – Czemu odłożyłeś słuchawkę?!
- Odłożyłem? – zdziwił się Fahren – Przecież trzymam w dłoni.
Ryk w słuchawce zmusił Heita do odsunięcia jej od ucha. Odczekał chwilkę i ponownie przysunął słuchawkę do ucha.
- Fatalną linię tu mają – poskarżył się Szefowi – raz nic prawie nie słychać, a za chwilę…
- Posłuchaj mnie Heit, wysłuchaj mnie chociaż raz uważnie, bo sprawa jest delikatna,
i naprawdę nie można jej spieprzyć.
- Oczywiście. Czy ja kiedyś zawiodłem?
Słuchawka zazgrzytała.
- To nie ma teraz znaczenia, Heit. W TEJ sprawie nie możesz zawieść.
- Może pan na mnie liczyć, jak zawsze – zapewnił Heit.
- Tego się właśnie obawiam – Szef westchnął – ale nie mam innego wyjścia.
- Jakieś kłopoty, Szefie? – domyślił się Fahren – Żaden problem, mogę zacząć działać od razu.
Po drugiej stronie rozległ się stuk, jakby słuchawka spadła na ziemię. Heit odczekał moment
i rozłączył się.
„Będę musiał złożyć reklamację” mruknął do siebie, „przerywają mi każdą rozmowę!”.
Wrócił do pokoju, zarzucił na siebie jedwabny szlafrok kolorze bladoróżowym, wykończony białym, puchowym futerkiem. Potem przyniósł z łazienki telefon, postawił na ławie i poszedł do kuchni. Nalał sobie mocnej, aromatycznej herbaty. Do prawej kieszeni szlafroka wrzucił pistolet, do lewej Camele. Wyjrzał przez okno i skonstatował, że śnieg przestał sypać. Miasto pokryte było białą kołderką, iskrzącą się w słońcu. Fahren przeszedł do pokoju, rozsiadł się na fotelu i zapalił Camela. Sięgał właśnie po herbatę, gdy zadzwonił telefon. Tym razem Szef nie dał mu czasu na przedstawianie się.
- Nie przerywaj mi, Heit – zabrzmiało w słuchawce.
Fahren zmilczał, wypuszczając pod sufit kółka z dymu. Kółka kręciły się wesoło, ganiając wokół żyrandola. Co jakiś czas wpadały na siebie, powodując zabawne karambole, i gnąc się na wszystkie strony traciły kształt. Heit wydmuchnął właśnie następną partię kółek, gdy uświadomił sobie, że Szef cały czas coś mówi.
- Jesteś tam Heit? Słyszysz mnie? Heit! Odezwij się!
- Jestem. Oczywiście, że jestem – Fahren zmarszczył brwi obserwując kółko, które nie chciało wziąć udziału w zabawie, zwisając nieruchomo pod sufitem.
- Dobrze. Powiedz, co się tam u ciebie dzieje?
- Nic, Szefie.
- Heit – głos był spokojny – czytasz gazety?
- A, o to chodzi – odetchnął Fahren – czytam.
- I co o tym sądzisz?
- Też pan zauważył, Szefie? – Heit się ożywił – Ta ostatnia kreacja Sandry Doe! Rozcięcie sukni do linii bioder było genialnym posunięciem! Do tego perły na przemian z brylantami! Odważne zestawienie, ale moim zdaniem, broni się.
- …?!
- Fakt – kontynuował Heit – fryzura nie najlepiej wyszła. Platynowy kolor nie dawał efektu kontrastu, za blada kompozycja. Powinna zdecydować się na zieleń lub krwistą czerwień.
- Heit – głos był wyraźnie słabszy – ja mówię o innej prasie.
- Mają tu inną prasę? – zdziwił się Fahren.
- Mają. I piszą o przestępstwach. Mało tego, przedrukowuje to prasa krajowa. Która ląduje codziennie na moim biurku.
- Całość przedrukowują? – zainteresował się Heit, wstając.
Moment milczenia w słuchawce Fahren wykorzystał podchodząc do żyrandola. Sprężył się
i wyskoczył do góry, machnięciem ręki likwidując uparte kółko, które nie chciało wziąć udziału w zabawie.
- Dlaczego ty to robisz, Heit? – zabrzmiało w słuchawce.
- Nie chciało latać – wyjaśnił Heit, siadając.
- O czym ty mówisz?! – głos zaczynał być nieco chropowaty – Ja się pytam, dlaczego chcesz mnie wpędzić w nerwicę?!
Fahren znał Szefa na tyle, że postanowił nie odpowiadać. Przełożony chyba nie oczekiwał odpowiedzi.
- Heit – kontynuował Szef – kupisz gazety. Zwykłe gazety. Przeczytasz i oddzwonisz. Jasne?
- Nie ma sprawy – rzucił do słuchawki Heit. – Czy to znaczy, że nie jestem już na urlopie?
- Jesteś, dopóki ci nie powiem, że nie jesteś!
Połączenie zostało zakończone.
Agent przez chwilę siedział w milczeniu, drapiąc się po brodzie. Potem dopił herbatę, narzucił płaszcz i wyszedł z mieszkania. Gdy znalazł się na ulicy rozejrzał się ostrożnie na boki. Oprócz zalegającego śniegu, ulica była pusta. Heit wrócił do mieszkania, zrzucił z siebie płaszcz i szlafrok. Założył spodnie, koszulę i marynarkę. Ciepłe bambosze zamienił na półbuty. Zarzucił ponownie płaszcz i wyszedł po raz drugi.
Ulica była zatłoczona. Przechodnie kłębili się robiąc świąteczne zakupy i szukając prezentów.
Kolorowe plakaty zachęcały do wzięcia udziału w zabawach, widowiskach, zachęcając do kupowania na okazyjnych wyprzedażach.
Fahren wmieszał się w tłum. Popychany i potrącany przez spieszących się przechodniów, obserwował wszystko dookoła. Wystawy, ludzi, lampy uliczne, fasady budynków. Myszkował w bramach i bocznych uliczkach. W pewnym momencie jego uwagę przykuł ogromny plakat, otoczony girlandą lampek. Lampki przez przerwy gasły i się zapalały, wabiąc wzrok. Heit podszedł bliżej. Wielkie litery głosiły:
„NIEPOWTARZALNY SHOW! TYLKO U NAS! STRIP-TEASE! WEJDŹ I ZOBACZ! WYSTĘPUJE SŁYNNA SWAMPY!” a niżej, mniejszymi literkami było napisane: „Codziennie od 22:00”. A jeszcze niżej, zupełnie już malutkimi: „Dzwonić dwa razy”.
I jeszcze dopisek ołówkiem: „Listonosz tym razem trzy razy. Mikołaje cztery”.
Heit postał przez chwilę przed plakatem, zastanawiając się, czy „niepowtarzalny show” nie kłóci się ze słowem „codziennie”. Po chwili machnął jednak ręką, kupił sobie loda pistacjowego i poszedł dalej.
Wędrował głównym deptakiem zaglądając do sklepów. W jednym przymierzył kapelusz Borsalino, a w innym etolę z norek. Zatrzymał się na chwilę przy strzelnicy, gdzie oddał dwa niecelne strzały do kwiatków, i jeden celny do właściciela, co stało się powodem do ożywionej wymiany zdań. Heit rzucił parę luźnych uwag na temat jakości broni używanej na strzelnicach, właściciel strzelnicy zaś, nie wiadomo czemu, poruszył temat ludzi, których nie powinno się wypuszczać na ulice. Potem Fahren wolnym krokiem wrócił do mieszkania, kupując po drodze plik gazet.
Po powrocie rzucił gazety na ławę, nalał szklaneczkę Glenfiddicha i zasiadł do czytania.
Zaraz na pierwszej stronie rzucił mu się w oczy tytuł:
„Zuchwałe kradzieże w N.! Czy plaga nigdy się nie skończy?”. Fahren szybko przeleciał treść artykułu. Kiedy skończył, spojrzał w sufit, zapalił Camela i zaczął czytać jeszcze raz. Tym razem ze zrozumieniem. Autor artykułu opisywał mrożące krew w żyłach kradzieże Mikołajów. W zasadzie, w normalnych okolicznościach, w takich kradzieżach nie ma nic fascynującego. Co roku część społeczeństwa wpada na myśl, że dużo korzystniejsze od rozdawania prezentów, jest ich zbieranie. W tym celu pod przebraniem Mikołaja (zapewniającym notabene zadziwiająco skuteczną anonimowość) włamuje się do sklepów, uprawia doliniarstwo, a nawet od czasu do czasu nieśmiałą napaść z bronią w ręku. Co roku też staje się to przedmiotem zabawnych nieporozumień, gdy zrozpaczona policja pakuje
w końcu wszystkich napotkanych Mikołajów do kicia . Powstaje kilka filmów na ten temat, rodzinki przed telewizorami kulają się ze śmiechu, i tylko kilku facetom w mamrze nastrój świąteczny się nie udziela.
Tym razem było inaczej. Autorowi artykułu nie chodziło, jak mogło się początkowo zdawać, o kradzieże dokonywane przez Mikołajów. Frazę „kradzieże Mikołajów” należało rozumieć dosłownie. Ktoś kradł Mikołaje. Z kilkudziesięciu wynajętych przez Radę Miejską Mikołajów, jedna trzecia zniknęła. Szybkie śledztwo przeprowadzone przez policję wykluczyło bumelkę, skok w bok czy porzucenie pracy. Gdy wieść się rozniosła, pozostali Mikołaje zażądali: a) podwyżki b) ochrony. Otrzymali jedno i drugie. Mimo tych kroków kradzieże trwały nadal. Przerażeni Mikołaje przestali odwiedzać peryferyjne dzielnice N., skupiając się wyłącznie w okolicach centrum. Kłębili się tam niespokojnie, nerwowymi ruchami rzucając cukierki nic nie podejrzewającej dzieciarni, która cieszyła się, widząc tylu Mikołajów naraz. Nie obyło się bez wypadków, gdyż spięci Mikołaje działali często pochopnie. W artykule wspomniano kilka incydentów, ot, jak choćby poturbowanie czekoladą przechodnia, który chciał zapytać Mikołaja o godzinę, czy zmasowaną akcję obronną, zakończoną zasypaniem dziecka krówkami i toffi. Jednym słowem, sytuacja była poważna.
Fahren skończył czytanie, zapalił następnego Camela i sięgnął po telefon. Wykręcił numer Agencji. Szef odebrał od razu.
- Heit – przedstawił się Fahren.
- Co ty wyprawiasz, Heit! – Szef nie bawił się w powitania. – Dlaczego wykręciłeś numer?
- Miałem zadzwonić – Fahren usiłował drugą ręką nalać whisky. – Sam pan kazał.
- Ja się pytam, czemu wykręcasz numer, skoro masz telefon na przyciski! Powinieneś go wybrać,
a nie wykręcić!
Heit rzucił okiem na telefon. Faktycznie, nie miał tarczy, tylko przyciski.
- Pomyliłem się – rzucił skruszony do słuchawki, - to już się nie powtórzy, obiecuję!
- No dobrze – Szef przeszedł do meritum – czytałeś prasę?
- Czytałem, ale przyznam się, że jednej rzeczy nie rozumiem.
- Co tam jest niejasnego? – zdziwił się Szef.
- Nie rozumiem, do czego pan przed chwilą przeszedł, Szefie.
- Do meritum. Nie mów, że nie znasz tego słowa!
- Nie znałem – wyznał Heit.
- Sprawdzisz sobie sam – zadecydował Szef, – a teraz powiedz, co myślisz.
- O tych kradzieżach? – upewnił się Heit.
- Dokładnie. I postaraj się krótko.
- Kradną – odpowiedział Fahren.
Przez chwilę trwało milczenie. W końcu odezwał się Szef.
- To wszystko?
- Mikołajów kradną – doprecyzował Heit.
- I…? – podsunął łagodnie Szef.
- Nie jestem już na urlopie? – zaryzykował Fahren.
- Nie jesteś. Od tej chwili. Możesz działać.
- Mam wolną rękę?
Szef głośno przełknął ślinę.
- Czasami masz za szybką… dlatego proszę cię …Heit… postaraj się…
- Bez obaw, Szefie – Fahren zaczął wstawać z fotela – zacznę od małej prowokacji, a potem się zobaczy.
- Cóż – zrezygnował Szef – masz doświadczenie, rób jak uważasz. Tylko mała prośba, miej przy sobie telefon, dobrze? Tak na wszelki wypadek.
- Załatwione – Heit odłożył słuchawkę.
Sprężyście powstał z fotela, w jego oczach pojawił się błysk. Fahren podszedł do szafy
i wyciągnął z niej świąteczne przebranie. Sprawdził, czy wszystkie fałdki są wygładzone. Rzucił okiem, czy gaz jest wyłączony, a woda zakręcona. Z tapczanu wyciągnął worek foliowy, opatrzony napisem: „ Autentyczny worek na prezenty”. Wyciągnął z niego czerwony, bawełniany worek i zarzucił go sobie przez plecy. Z zadowoleniem przyjrzał się sobie w lustrze. Już miał wychodzić, gdy przypomniał sobie o telefonie. Podszedł do ściany, wyciągnął z gniazdka kabel. Okręcił nim telefon i całość wrzucił do worka. Potem wyszedł jak duch, zatrzaskując z hukiem drzwi.
Kręcił się po mieście ponad godzinę. Odwiedzał ciemne uliczki i podejrzane zaułki. Kluczył pomiędzy domkami. Zaglądał w podejrzane miejsca. W końcu dotarł do centrum, gdzie wmieszał się w tłum Mikołajów. I nic. Nikt go nie zaczepił, nikt nie próbował napaść. Nikt podejrzany go nie śledził. Chociaż… było coś, na co zwrócił uwagę – czasami miał wrażenie, że przechodnie ukradkiem mu się przyglądali. Lecz gdy próbował baczniej ich obserwować, natychmiast spuszczali wzrok. Zniechęcony przemierzył jeszcze kilka ulic i wrócił do mieszkania.
Pozbył się przebrania, założył praktyczne, flanelowe spodnie od dresu i jedwabną koszulę – żółtą
w zielone palemki, a do tego ciepłe papucie z pomponikami. Usadowił się wygodnie
w fotelu ze szklanką herbaty i Camelem, po czym zatopił się w rozmyślaniach. Po kilku godzinach wzruszył ramionami, przebrał się w koszulę nocną – satyna, bladofiołkowa, wykańczana dołem białą koronką, na głowę wsunął swoją ulubioną, bawełnianą szlafmycę - niebieską z haftowanym żółto napisem „Śpij harcerzu!”, i położył się spać.
Ranek zastał Heita na dywanie, śpiącego w pozycji znanej jako „Przyczajony lotos obserwujący samuraja wracającego z nocnej schadzki”. Obudziwszy się, Fahren porozplątywał kończyny, zrobił sobie śniadanie i wrócił do myślenia. Po kilku minutach klepnął się w czoło. Podszedł do worka, wyjął z niego telefon okręcony kablem i podłączył do gniazdka. Ten zadzwonił niemal od razu.
- Agent Fahren Heit – rzucił odruchowo do słuchawki.
- Czy to prawda, co piszą w gazetach? – warknęła słuchawka.
- To jakiś quiz? – spytał Fahren. – W zasadzie, to raczej….- urwał, uświadamiając sobie, ze to głos Szefa.
- Nie przeciągaj struny, Heit! – Szef nie był w dobrym humorze – Wiesz, co piszą?
- Nie.
- Piszą, że wczoraj po N. kręcił się wielki zając wielkanocny z workiem na plecach. Zapytam wprost – czy to ty?
- Nie Szefie – powiedział z ulgą Heit. – Zapewniam, że to nie ja.
- No to przynajmniej tyle – Szef westchnął – bo przyznam się, że miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że to byłeś ty. A swoją drogą, co za debil mógł przebrać się za zająca przed Wigilią?
- A, to – chrząknął Fahren – no..to możliwe...że ja. Myślałem, że pyta pan o autora artykułu.
-Ty?!
- No tak – potwierdził niechętnie Heit – bo kiedy wpadłem na pomysł, to mi się przebrania trochę pomieszały. Pomyliłem. Każdemu się może zdarzyć.
- Każdemu? – w głosie Szefa słychać było furię – Co ty gadasz? Zając z Mikołajem może się pomylić? W Wigilię ? Każdemu?!
Fahren przezornie milczał.
- Heit! – Szef kończył tyradę – masz mało czasu, zrób coś!
Połączenie zostało przerwane.
Fahren postanowił przejść się jeszcze raz po mieście. Tym razem bez przebrania.
Kiedy po wieczór dotarł w okolice centrum, trwała tam gorączka przedświątecznych zakupów. Kupujących było sporo, nie brakowało też dzieci. Tylko Mikołaje jakby się nieco od wczoraj przerzedzili. Niby chodzili jeszcze z workami, rozdawali łakocie, ale widać było, że są niespokojni. Przy każdym głośniejszym krzyku dzieciarni podskakiwali i rozglądali się trwożliwie dookoła. Heit przechodząc obok jednego z nich, potrącił go niechcący ramieniem. Mikołaj krzyknął i siadł na ziemi. Zakrył dłońmi oczy, a worek z cukierkami rozsypał się na trotuarze. Podczas gdy dzieciarnia łakomie rzuciła się na łup, gryząc i drapiąc się nawzajem, Fahren czym prędzej się oddalił. Przystanął przed jedną z witryn, żeby otrzepać się ze śniegu. Przy okazji zerknął przez szybę. Wewnątrz ktoś mozolił się przy komputerze. Co chwilę walił w klawiaturę, wstawał i siadał ponownie. Drapał się po głowie i zaczynał od nowa. Potem znowu z wyrazem rozpaczy na twarzy kasował wszystko. Odchodząc Fahren zerknął na szyld. Napis głosił „Marcin & Robert. Pocztówki, wizytówki, karty okolicznościowe. Szyldy w Wordzie.”
Nieco dalej niebieszczył się neon sklepu z zabawkami. Heit wszedł do środka. Sklep wyglądał jak zbrojownia. Regały zawalone były bronią. Karabiny, pistolety, rewolwery. Skrzynie z amunicją. Za biurkiem siedział mężczyzna w słusznym wieku, odziany w generalski mundur.
- Dobry – rzucił Fahren.
- Jaki tam dobry – skrzywił się tamten, - kiedyś były dobre czasy. A teraz? Wszystko do…ale ja pana zanudzam, a pan pewnie coś dla dziecka?
- Z tych rzeczy? – Heit krytycznym wzrokiem obrzucił asortyment.
- A niby z których? – zdziwił się wojskowy. – Teraz na nic innego dzieciaki nie chcą nawet popatrzeć. Kiedyś, to były dobre…
- Działają? – przerwał mu Fahren.
- Gwarantowane – powiedział z mocą sprzedawca – chce pan wypróbować?
- Mogę – Heit chwycił pierwszą z brzegu rusznicę i bez celowania nacisnął spust.
Huknęło. Odrzut cisnął nim o ścianę, a w suficie pojawiła się dziura, przez którą zaczął padać śnieg. Fahren wstał i otrzepał się.
- Na pewno dla dzieci? – zapytał umundurowanego, który nawet nie drgnął w tym czasie.
- Oczywiście – odparł sprzedawca bez zmrużenia oka, - ta akurat dla dzieci do lat pięciu.
- Nie za duży odrzut? – Fahren nie wydawał się przekonany.
- To specjalnie. Przy takim odrzucie minimalizujemy prawdopodobieństwa trafienia. Przecież nie chodzi o to, żeby małe dziecko w kogoś trafiło, prawda?
- Niby nie…
- No właśnie – tamten wydawał się usatysfakcjonowany – chce pan obejrzeć coś dla starszych?
Heit podziękował uprzejmie i wyszedł, żegnany jeszcze słowami, że kiedyś to były święta, a teraz…
Stanął na chodniku i zapalił papierosa. Miał niejasne wrażenie, że wpadł na jakiś trop, że coś tu się nie zgadza, tylko co?
Gdy tak myślał, wpadł na niego dryblas w kożuchu, z wielkim workiem na plecach. W worku coś się szamotało i wydawało zduszone okrzyki.
- O, przepraszam – powiedział – nie zauważyłem.
- Nie szkodzi – odpowiedział uprzejmie Fahren.
Facet postawił worek na ziemi i wyjął z kieszeni kawał pieczonej baraniny.
- Ciężkie, to i jeść się chce – westchnął, wgryzając się w pieczyste.
- A co w tym worku? – zainteresował się uprzejmie Heit.
- Świnka morska – odpowiedział tamten.
- Duża – fachowo zauważył Fahren. – A gdzie pan ją niesie?
- Na pastwisko.
- Na pastwisko? - zdziwił się Heit – W taki śnieg?
- Co robić? – wzruszył ramionami typ. – Pogoda nie wybiera, a zwierzę jeść musi.
Następnie stękając zarzucił sobie wór na plecy i ruszył w dalszą drogę. Fahren popatrzał za nim jak znikał za rogiem. W ostatniej chwili zauważył, jak w szamoczącym worku zrobiła się dziura, i wypadła z niego czapka Mikołaja! Heit błyskawicznie rzucił się w pogoń. Chwytając po drodze czapkę z ziemi, dopadł tamtego.
- Panie! – szarpnął go za ramię – Czapka wypadła! Przeziębi pan świnkę!
- Och – dryblas wziął od Fahren czapkę – serdecznie dziękuję! Nie ma nic gorszego, niż przeziębiona świnka!
Kiwnął na pożegnanie głową, i pomaszerował dalej.
Heit wrócił na deptak. Spacerując rozglądał się dookoła. Nic się nie działo. Z nudów zaczął znowu gapić się na szyldy. Reklamowały produkty spożywcze, wyroby rzemiosła, usługi wszelakiego rodzaju, ot, nic specjalnego. Jak to w przeciętnym, nieco sennym miasteczku, ożywającym tylko z okazji świąt lub imprez okolicznościowych. Fahren bez wyraźnego celu, raczej żeby się ogrzać, wstąpił do sklepu z galanterią i ozdobami.
Wewnątrz obsługiwały dwie sprzedawczynie. Jedna była blondynką, ubraną w obcisłą, długą suknię z rozcięciem, druga brunetką w czerni, ze sporą ilością srebrnych ozdób.
Heit rozejrzał się po sklepie. Asortyment był raczej przeciętny, jak na ozdoby. Na ścianach porozwieszane były pejcze, kajdanki, poręczne garoty. W gablotach lśniły srebrne nożyki, szpikulce, nieduże maczety.
- To na choinkę? – upewnił się Fahren, zwracając się do blondynki, bawiącej się jedwabnym sznurkiem.
- Jakby inaczej - odrzekła z olśniewającym uśmiechem, wykonując jednocześnie ruch, jakby zaciskała na czymś sznur. – Prawda, Ag-i? – Zwróciła się do towarzyszki.
- Oczywiście – w rękach brunetki pojawił się znikąd srebrny nożyk, którym ciachnęła z góry na dół, aż świst poszedł. – To takie urocze, zarzucić sznur na choinkę, a potem ją nieco przystrzyc.
- A to? – Heit dotknął ostrożnie palcem metalowego łańcucha, z zaostrzonymi ogniwami.
- Nowość – blondynka zdjęła łańcuch z wieszaczka. – Tylko trzeba delikatnie, najlepiej w rękawiczkach. Te ogniwa są naprawdę ostre. Za to przechodzą jak przez masło!
W ramach szybkiej demonstracji zarzuciła zręcznie łańcuch na szyję manekina i pociągnęła. Głowa manekina potoczyła się po podłodze.
- Widzi pan? – powiedziała, – żadnego wysiłku nie trzeba.
- No tak – Fahren nie wydawał się do końca przekonany – ale nie każdy ma za wysoką choinkę.
- Proszę mi wierzyć – wtrąciła się brunetka – że każdą choinkę można skrócić o głow…to znaczy o czubek, prawda Cord-i – zwróciła się do blondynki i obie zachichotały.
- Wolałbym coś bardziej tradycyjnego – wycofywał się Heit – gwiazdkę może?
- Hmm…- zamyśliła się blondynka. – Ag-i, gdzie mamy shurikeny?
- Te srebrne? – upewniła się druga. – Były na zapleczu, zaraz sprawdzę.
- Nie trzeba – szybko powiedział Fahren – myślałem raczej o takiej zwykłej, z papieru.
Kobiety wymieniły szybkie spojrzenie.
- Aaaa…takiej… - powiedziała powoli brunetka – to chyba mieliśmy jedną. Zdaje się na tej półce pod sufitem, Podasz, Cord-i?
- Z przyjemnością.
Blondynka płynnym ruchem prawej dłoni rozchyliła rozcięcie spódnicy po lewej stronie. Heit głośno przełknął ślinę. Tymczasem sprzedawczyni ujęła owinięty wokół uda kolorowy sznur. Sznur wystrzelił w stronę półki, zawinął wokół niedużego pudełka, które wylądowało przed nią na ladzie. Wszystko razem trwało może pół sekundy. Blondynka zaś wygładzała już spódnicę, uśmiechając się mile do Fahrena.
Potem zdmuchnęła kurz z pudełka, wyjęła wstążeczkę i zrobiła kokardkę.
- Przytrzymasz? – poprosiła koleżankę, przytrzymując palcem wstążkę.
- Oczywiście, moja droga – brunetka wykonała prawie niezauważalny ruch dłonią, i srebrny nożyk utkwił pośrodku kokardki, przytrzymując węzeł. Fahren ponownie przełknął ślinę.
Po chwili wręczono mu gustownie opakowaną gwiazdkę. Wyszedł ze sklepu żegnany wylewnie przez obie kobiety.
Heit, zniechęcony brakiem rezultatów, pokręcił się jeszcze po centrum. Przeszedł obok antykwariatu „AllPhi&Co”, sklepu z bombkami „A-ball. Fajerwerki i bombki. Satysfakcja gwarantowana”. Kiedy przechodził przez ulicę, mało nie został rozjechany przez pędzące auto marki Honda. Fahren pogroził pięścią kierowcy, ale samochód zniknął już w tumanach śniegu. W końcu nadszedł wieczór i Heit poczuł zmęczenie. Rozejrzał się za jakimś barem i zauważył, że stoi dokładnie na wprost wejścia do lokalu. Zadzwonił dwa razy.
- Pan na Swampy? – ubrany w liberię portier zapraszał szerokim gestem. – Prosto i po schodach do góry. Na końcu schodów znajdowała się nieduża salka, zastawiona stolikami. Prawie wszystkie były zajęte, ale udało mu się znaleźć jedno miejsce. Goście byli hałaśliwi, stoliki zastawione kieliszkami, karafkami, butelkami. Gdzieś ktoś głośno opowiadał dowcip, ktoś domagał się kufla likieru. Dwa stoliki dalej brunetka w glanach żaliła się na bezsenność.
Ledwo Fahren zdołał się usadowić, światła przygasły. Na scenę wyszedł konferansjer.
- Proszę państwa – przywitał gości ciepłym, aczkolwiek nieco metallicznym głosem – cieszę się, że razem będziemy mogli obejrzeć ten niezapomniany spektakl. Ale bez długich wstępów: oto ona! Mistrzyni strip-teasu! Powitajmy Swampy!
Wszystkie światła zgasły, pozostawiając tylko skierowany na scenę reflektor. Goście unieśli się z miejsc, klaszcząc i wiwatując. Heit powstał z innymi, potrącając leżącą na brzegu stołu paczuszkę z gwiazdą. Zaklął i wszedł pod stół, szukając zguby. Niestety, nie mógł jej znaleźć w ciemnościach. Burcząc pod nosem szukał po omacku, przesuwając rękoma po podłodze. Nad nim sala drżała od gwizdów i okrzyków zachwytu. W końcu Fahren wymacał pudełko,
i stękając wynurzył się spod stołu. W tym momencie światła się zapaliły. Rzucił okiem na scenę – była pusta. Sąsiad trącił go ramię.
- Widział pan? Widział? – mówił rozentuzjazmowany. – Każde pieniądze było warto dać!
Heit mruknął cos pod nosem i wściekły zaczął przepychać się do wyjścia. Po drodze łowił jeszcze urywki rozmów: „mistrzyni w swoim rodzaju”, „wspaniałe, po prostu brak słów!”, „…gdyby moja żona wiedziała..”.
Do hotelu wrócił taksówką. Odświeżył się i zadzwonił do Agencji. Szef, mimo późnej pory był na miejscu.
- No? Heit? Co masz? – zapytał bez ogródek Szef.
- Mam pewien ślad – rzucił twardo Fahren – niech pan posłucha…

Na tym urywa się znaleziony fragment Kronik. Nie daje on nadziei na rozwiązanie intrygi znikających Mikołajów, ale przynosi nowe pytania mające związek z misją na planecie Phoroom. Czy można podejrzewać, że Heit zetknął się wcześniej z niektórymi członkami gangu? Niewykluczone, przecież Neugrosser, AllPhi czy Hondzia rozpoznali Heita podczas misji. Jaką rolę odegrała A-Ball? Czy Riv i Regis byli tą samą osobą? Czy metalliczny głos konferansjera miał ukryte znaczenie? Kto prowadził warzywniak w miasteczku? Pytania się mnożą, a nadziei na odpowiedzi nie ma…


8. Juhani
Umilkły echa batalii i krzyki gawiedzi
Opuszczona klatka, pordzewiały pręty
Na kamiennych ławach widownia nie siedzi
Zastygł krwią stęchłą piasek przesiąknięty

Odeszli walczący o prymat tej ziemi
Rzucili swe miecze i bicze pluszowe
Na Bagna wrócili, tęsknotą niesieni
Od klatki żelaznej odwrócili głowę

Nie ma dawnych herosów, ni krwawego znoju
Nie zadźwięczą już tarcze, łańcuchy, kajdany
Coś odeszło w przeszłość, nie będzie już boju
Wiatr rozwiewa kartki „Kronik..” zapomnianych…

9. Juhani
…przebywając służbowo na delegacji, umilałem sobie wolne chwile zapoznając się z lokalnym folklorem. Ponieważ folklor przebywał głównie w jedynej czynnej restauracji, zmuszony i ja byłem tam zaspakajać moje poznawcze pasje. Początkowo traktowany byłem nieufnie, jako obcy. Po krótkim jednak czasie udało mi się przełamać lody, zastępując je płynami. Przysłuchując się już bez krępacji rozmowom, zauważyłem ze zdziwieniem, że miejscowi często używają zwrotów typu „Heit nigdy nie śpi” , „Przyjdzie Fahren i wyrówna”, czy też „Jeszcze się taki nie urodził, co by Heitowi zaszkodził”. Pióro nie opisze mojego zdziwienia, gdy zorientowałem się, że ludność miejscowa nie tyle gawędzi sobie bez celu, ile snuje nieznany wątek „Kronik Fahren Heita”! Szybko chwyciłem za pióro i pospiesznie spisałem zasłyszaną historię. Z uwagi na okoliczności, do notatek mogły wkraść się będy, za co z góry ewentualnych czytelników przepraszam...

...stanąwszy na szczycie wydmy, Heit spojrzał w dół. U podnóża, wyraźnie odcinająca się czernią od szarej płaszczyzny podłoża, ziała dziura w ziemi. Fahren miał wrażenie, że jej kształt coś mu przypominał... Ostrożnie zszedł i stanął na krawędzi. Przykucnął i zastanowił się. Przymrużył oczy, sięgnął i podniósł z ziemi kamyk. Wstał i cisnął nim na drugą stronę. Nic. Pomedytował chwilę, wyjął z kieszeni skafandra zwijaną miarkę krawiecką. Odwrócił się w prawo, po czym pieczołowicie zaczął odmierzać obwód. Po zakończeniu zapisał wynik w kajeciku, a następnie odmierzył obwód ponownie, tym razem krokami, kierując się w lewo. Ponownie zapisał wynik. W kajecie naszkicował kształt otworu, zaznaczając odległość od wydmy. Wyliczył średnice i naniósł je na szkic. Następnie, trzymając wyrwaną kartkę przed oczyma, porównał z oryginałem. Jakiś czas stał bez ruchu, myśląc intensywnie, rzucając tylko okiem raz na szkic, raz na grunt. Po kilkunastu minutach był już pewien – wrażenie było mylne. Kształt otworu nic mu nie przypominał. Zniechęcony zmiął kartkę i cisnął za siebie. Postanowił zmierzyć głębokość jamy. Wyjął z kieszeni sznurek i wrzucił do środka. Chwilę stał ze zmarszczonym czołem, nasłuchując, po czym wyjął z kieszeni drugi sznurek, obciążył go z jednego końca i ponownie wrzucił do środka, trzymając tym razem drugi koniec w ręku. Huknęło!
Z jamy uniósł się kurz i dym, otulając sylwetkę Heita. Gdy kurz opadł, Fahren krztusząc się i pokasłując wydobył sznurek z otworu, po czym przyjrzał mu się uważnie. Na końcu dyndała smętnie zawleczka od granatu ręcznego. „No tak” mruknął do siebie i spojrzał na spodnie skafandra. Pomyłka była oczywista. Zamiast sięgnąć do zielonej kieszeni, opatrzonej napisem „Ciężarki do rzucania i obciążania sznurków”, użył kieszeni granatowej! Pochylił się nad jamą, usiłując przebić wzrokiem kłębiący się kurz. W końcu machnął ręką i wskoczył do środka.
Jama nie była aż tak głęboka. Kilka chwil i Fahren gruchnął o twarde podłoże. Wewnątrz było dosyć ciasno, za ciasno, by przetoczyć się po podłodze wyszarpując broń. Zresztą w przypadku Heita, nie było to takie istotne. Jego główną bronią zawsze był intelekt. Fahren poprawił spluwę, sprawdził stan amunicji, przeładował miotacz , odruchowo przeliczył granaty w kieszeni i rozejrzał się dookoła.
Kurz jeszcze nie opadł do końca, ale do dna dochodziło dosyć światła, żeby Fahren mógł zauważyć przed sobą potężne, żelazne drzwi, kołyszące się na jednym zawiasie. Drugi został brutalnie wyrwany w wyniku badania głębokości jamy. Za drzwiami było ciemno. Heit rzucił okiem na drzwi, i zauważył niewielki napis, sporządzony niebieskimi literkami. Głosił on: „Pomieszczenie prywatne – pukać”. Fahren sięgnął do plecaka, wyjął z niego nowiutkie półbuty – brązowa skórka z żółtymi wstawkami, założył je. Wydobytą z kieszonki na piersi chusteczką w kolorze cytrynowym, z misternie haftowanym różowym napisem „Kochaj mnie!”, otrzepał się z kurzu. Do ust wrzucił miętówkę. Jeszcze tylko pobieżnie przejrzał się w lusterku kieszonkowym, przygładził niesfornie sterczący lok, i zapukał. Nic, cisza. Już miał zapukać drugi raz, gdy spostrzegł leżący opodal sznurek, zrzucony przez niego podczas pierwszej próby sondowania jamy.
Zrobił krok i schylił się po niego. W tym momencie za jego plecami coś walnęło. Fahren dokończył zwijanie sznurka, schował go do kieszeni (zielonej!), wyprostował się i obejrzał. Wyrwane z jedynego pozostałego zawiasu drzwi wbite były w przeciwległą ścianę. Jeszcze przez chwilę słychać było lekki zgrzyt kołyszącego się zawiasu, a potem wszystko ucichło.
Heit podszedł bliżej, przyjrzał się drzwiom, a potem wyciągnął rękę i zapukał w nie.
- Otwarte! – rozległ się skrzekliwy głos zza jego pleców.
Fahren odwrócił się i spojrzał w głąb korytarza. Dwie jarzeniówki, przymocowane pod betonowym stropem, oświetlały teraz krótki odcinek tunelu, który skręcał w prawo mniej więcej dwa metry dalej. Na niechlujnie wygładzonych ścianach, pokrytych zaciekami wilgoci, wisiało kilka zapleśniałych tablic. Heit wsunął się do środka i przyjrzał im się z bliska. Przedstawiały głównie schematy udzielania pierwszej pomocy i zachowania się w przypadku ataku nuklearnego. Fahren przestudiował je z zainteresowaniem, w pewnym momencie wyjął nawet ołówek, i dorysował sanitariuszce brakującą nogę. Po krótkim namyśle dorysował drugą. Przy ostatniej tablicy zatrzymał się na dłużej, zaintrygowany treścią. Przedstawiała z grubsza coś pomiędzy grupą Laokoona, a wnętrzem tramwaju w godzinach szczytu. W przeciwieństwie do poprzednich schematów, tutaj artysta przyłożył się do realizmu szczegółów. Heit, studiując obraz, przekrzywiał głowę raz w prawo, raz w lewo, próbując nadążyć za wyobraźnią artysty. W końcu potrząsnął lekko głową i cicho gwizdnął z uznaniem. Odchylił się, aby ogarnąć całość dzieła, i dopiero wtedy zauważył czerwonymi literami wymalowany napis nad tablicą: „Strzeż się Organu!”. Fahren rozejrzał się ostrożnie, po czym wyjął z plecaka niewielką książeczkę w kolorze fioletowym (Words Factory 21...r., stron: 304 cena: 34,90), z wytłoczonym zielonymi literami „Foe Secrets – how to defend yourself”, i otworzył ją. Szybko przekartkował początkowe hasła, takie jak koklusz, świnka, upierdliwy lokator, i przeszedł do poważniejszych - podstępne umowy telefoniczne, krótki przegląd min lądowych i kobiecych, czy piszczące myszy. Przy każdym haśle zamieszczona była krótka charakterystyka zagrożenia oraz kilka porad, jak należy postępować. Ostatnie hasła dotyczyły najpoważniejszych przypadków – broni nuklearnej, namolnych autorów, czy kwestii glanów. Hasło „Organ” znajdowało się na samym końcu książeczki. Obok piktogramów ostrzegających między innymi, że nie nadaje się do spożycia, znajdowała się tylko krótka uwaga „Lepiej nie mówić!”, a na marginesie ktoś dopisał koślawo ołówkiem „Ja pierdolę!”. Zniechęcony Heit zamknął książeczkę i ruszył dalej. Skręcił w załom tunelu, i po przejściu kilku metrów znalazł się na progu obszernego, jasno oświetlonego pomieszczenia. Sadząc po wystroju, pełniło ono funkcję czegoś pośredniego, pomiędzy dyspozytornią, a gabinetem. Przez chwilę, patrząc na ściany obwieszone bronią, Fahren miał wrażenie deja vu, tym bardziej, że „za biurkiem siedział mężczyzna w słusznym wieku, odziany w generalski mundur”. Zanim wzrok Heita zdążył zarejestrować więcej szczegółów, mężczyzna nacisnął guzik na konsolecie stojącej obok biurka, i za plecami Fahrena rozległ się głuchy łoskot, buchnęło pyłem. Wyglądało na to, że korytarza już nie było.
„Jak mogło wyglądać?” uczepiła się Heita natrętna myśl „Przecież tam nikogo nie było, więc komu mogło wyglądać?” Krótkim szarpnięciem Fahren uwolnił się od myśli.
- Dużo ma pan tam tych guzików? – zapytał mundurowego.
- Trzy – odpowiedział odruchowo tamten, nie patrząc na Heita, - trzeci wysadza ten gabinet.
Dopiero teraz podniósł głowę i spojrzał w kierunku wejścia.
- Aaa... – zawiesił głos – pan już tutaj...To po co ja wysadzałem? – oskarżycielsko wycelował palec w kierunku Fahrena.
Heit nie odpowiedział i rozejrzał się po pomieszczeniu. Oprócz wiszącej na pokrytych boazerią ścianach broni, stały tam dwa białe, skórzane fotele, przy których stała pociągnięta lakierem drewniana ława. Obok ławy stał regał z książkami. Z tyłu, po prawej za biurkiem, wydać było zarys drzwi. Fahren jeszcze raz spojrzał na ściany, po czym utkwił wzrok w siedzącym.
- Przepraszam – zaczął z wahaniem – ale czy myśmy już kiedyś ze sobą...
Tamten przestał majstrować przy konsoli i podejrzliwie łypnął okiem na Heita.
- Raczej nie – powiedział z niesmakiem – jestem zdecydowanym hetero.
- Nie to miałem na myśli – pospieszył z wyjaśnieniem Fahrem, – tylko czy myśmy się już kiedyś ze sobą nie spotkali?
Mundurowy uniósł brwi.
Czy nie prowadził pan kiedyś sklepu z zabawkami? – kontynuował Heit. - W mieście N.?
W czasie świąt Bożego Narodzenia?
- Nigdy nie byłem w N. – potrząsnął głową mężczyzna. – W życiu. A wracając do rzeczy, dlaczego nie dał się pan wysadzić?
- Nie miałem pojęcia, że trzeba – szczerze odpowiedział Fahren.
- Ech – westchnął siedzący – gdybym ja miał moje Chiuaua.... A tak? Sam muszę wszystko – mówiąc to pogrzebał w szufladzie i wyciągnął wielki rewolwer.
- Już wiem! – powiedział Heit – Zmylił mnie ich brak! Pan jest Pieskim Dziadygą!
- A jestem – przyznał tamten. – Chociaż nazywają mnie też Generałem.
- A gdzie one – Fahren rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Niby Chiuaua? – upewnił się Generał - Nie ma. Urosły i poszły na swoje. Normalna kolej rzeczy – wzruszył ramionami, po czym sapiąc wycelował w Heita rewolwer.
Fahren, nie zwracając uwagi na broń, podszedł do regału.
- Ho, ho! – rzucił – niezły zbiór.
- Pan czytuje takie rzeczy? – lufa broni nieco opadła.
- Czy czytuję? – Heit wydawał się oburzony. – Przecież to same perełki tu widzę!
Pieski Dziadyga wstał i podszedł do Fahrena. Sięgnął ręką i otworzył sprytnie ukryte w ścianie drzwiczki małego sejfu. Wyciągnął egzemplarz ksiązki i podsunął Heitowi pod nos.
- A co pan powie na to? – powiedział z dumą w głosie.
Fahren odczytał tytuł i aż się zachłysnął.
- A niech to! Przecież to Niezwykłe przygody Anatola stukniętego na początku! W całym zbadanym wszechświecie istnieje tylko jeden znany egzemplarz!
Generał pokiwał głową.
- To prawda – powiedział – jeśli chodzi o unikalność, to chyba tylko Kroniki Fahren Heita mogą się z nim równać.
Heit nadal z podziwem wpatrywał się w książkę. Przełknął ślinę.
- Czy będę mógł...– powiedział nieśmiało – nie, żeby od razu pożyczać...ale zerknąć choćby do środka.
W tym momencie zorientował się, że nie spogląda już na książkę, tylko w otwór lufy.
Nikooomuuu – głos Generała przeszedł w syk – Mój sssskaarb...nikomu!
- Tak tylko zapytałem – wycofał się szybko Fahren. – Tak naprawdę wystarczy, że mi pan ją streści.
Dziadyga uspokoił się, z namaszczeniem postawił książkę na miejscu, po czym zamknął sejf.
Usiądźmy – zaproponował – w końcu muszę to komuś powiedzieć.
W czasie kiedy Heit usadowił się na fotelu, Generał podszedł do biurka, wyciągnął butelkę
Glenfiddicha.
- Pod ławą powinny być szkiełka – powiedział do Fahrena – może pan sprawdzić?
Heit pogrzebał po ławą i wyciągnął dwie szklaneczki z grubego szkła.. Jedna była czysta, a druga, opatrzona napisem „Uwaga! Szkło!” nosiła ślady szminki. Fahren dyskretnie przetarł ją rękawem. Generał podszedł z butelką i usiadł w drugim fotelu.
- Żebym ja miał te oczy, co kiedyś – westchnął, napełniając szklaneczki – niestety! Kiedy ją zdobyłem, nie mogłem już czytać. Wiek, szanowny panie, wiek robi swoje.
- A te – Heit zmarszczył brwi i wskazał na regał – jak pan je czyta?
- Ach te – Generał łyknął ze szklaneczki – z tymi nie ma problemu.
Fahren upił łyk.
- Wspaniała – westchnął – ale jak mam to rozumieć?
- Zwyczajnie – odparł Dziadyga – znajmy obiecał mi kiedyś podrzucić kundelka. Wie pan, takiego do czytania. No i dotrzymał słowa. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez niego. Od razu uzupełniłem bibliotekę!
- Mógłbym go zobaczyć?
- Ależ oczywiście! – ożywił się Generał – Może mi pan podać którąś pozycję?
Heit uniósł się z fotela i sięgnął po pierwszą książkę z brzegu i podał Generałowi. Ten podziękował, otworzył książkę na chybił trafił i gwizdnął cichutko.
Pod biurkiem coś się poruszyło. Słuchać było jakby ziewnięcie, po czym wygramolił się stamtąd nieduży, czarny pies. Przeciągnął się leniwie i podszedł do Generała. Usiadł przez fotelem, podrapał się tylną łapą po boku i znieruchomiał. Generał posunął mu otwartą książkę. Kundel przez chwile wpatrywał się w stronice, po czym otworzył pysk i zaczął głosno czytać:„...- Piękne uderzenie - skomentował zimno białowłosy, dłonią w czarnej rękawicy osłaniając oczy od słońca. - Piękne uderzenie zerrikańskiej szabli. Czoło chylę przed wprawą i urodą wolnych wojowniczek. Jestem Geralt z Rivii.
- A ja - nieznajomy w brunatnej tunice wskazał na wyblakły herb na przodzie ubioru przedstawiający trzy czarne ptaki siedzące w równym rzędzie pośrodku jednolicie złotego pola - jestem Borch, zwany Trzy Kawki. A to moje dziewczęta, Tea i Vea. Tak je nazywam, bo na ich prawdziwych imionach można sobie język odgryźć. Obie, jak słusznie się domyśliłeś, są Zerrikankami...”.
- Wystarczy – powiedział Generał zamykając książkę – możesz iść.
Pies jeszcze raz ziewnął, odwrócił się po wpełzł pod biurko, gdzie zakopał się w legowisku.
- Sam pan widzi – Dziadyga zwrócił się do Heita – że jest wprost nieoceniony.
- Faktycznie – przyznał Fahren z podziwem – jestem pod wrażeniem! Swoją drogą, teraz rozumiem, dlaczego nie może pan Przygód Anatola...
- Właśnie – wpadł mu w słowo Generał – nie chcę go narażać.
Łyknęli.
- Właściwe to szkoda – chuchnął dyskretnie Dziadyga – bo widzę, że mam do czynienia z człowiekiem kulturalnym, ale obowiązek...rozumie pan...zło wzywa.
Mówiąc to powoli uniósł lufę rewolweru i wycelował w Heita. Zanim Heit zdążył zareagować, drzwi za biurkiem otworzyły się z trzaskiem, i do środka wpadły śmiejąc się dwie dziewczyny. Jedna była blondynką, ubraną w obcisłą, długą suknię z rozcięciem, druga brunetką w czerni, ze sporą ilością srebrnych ozdób.
„Znowu mam deja vu!” pomyślał Fahren, zrywając się na nogi.
- Hej Generale! – krzyknęła blondynka – Wpadłyśmy pożyczyć...
Dostrzegła Heita.
- O! - powiedziała – masz gościa, widzę! Ależ proszę nie wstawać, po co te subiekcje!
Odwinięty z uda sznur świsnął, oplatając stopy Heita. Krótkie szarpnięcie i Fahren wylądował z powrotem w fotelu. Blondynka przysiadła bokiem na biurku, kołysząc w powietrzu nogą.
Patrząc na nią Heit potwierdził swoje pierwsze wrażenie, że rozcięcie sukni sięgało naprawdę wysoko. Kundel wystawił łeb spod biurka, spojrzał w górę, i nie wiadomo dlaczego zaczął się ślinić. Tymczasem czarna podeszła do nich i bezceremonialnie wpakowała się Generałowi na kolana.
- Chodzi o Organ – powiedziała przymilnie – robimy imprezę, i sam rozumiesz, bez Organu...
- Poczekaj – przerwała blondynka – wypadałoby się przedstawić, nie?
- Ach – roześmiała się czarna – zupełnie człowiek głowę traci w tym ferworze!
Przy słowach „głowę traci” wykonała ruch srebrnym nożykiem, który pojawił się, wydawałoby się znikąd, w jej dłoni.
- No właśnie – zreflektował się Generał – sam nie zdążyłem właściwie zapytać...
- To czemu chciał mnie pan...? – Fahren wymownie wskazał brodą w stronę rewolweru.
Generał wzruszył ramionami.
- Żyję już wystarczająco długo – wyjaśnił – żeby zdążyć zorientować się, że dziewięćdziesiąt procent ludzi nadaje się do zastrzelenia, bez potrzeby ustalania, kim są. To po co mam sobie głowę zawracać nazwiskami? Statystyka stoi po mojej stronie.
- Niech mu pan wierzy - blondynka pokiwała głową – ma dużo racji. No, ale skoro aż tak daleko zaszliśmy....Cord-i jestem – dygnęła zeskakując z biurka.
- Ag-i – skinęła mu dłonią czarna.
- Heit – przedstawił się Heit.
Srebrny shuriken pieszczotliwie zmierzwił mu włosy, wbijając się w boazerię za Fahrenem. Następny przybił do niej jego lewy rękaw.
- Heit? – powtórzyła przeciągle Cord-i, trzymając w ręku jeden koniec jedwabnego sznurka. Drugi owinięty był ciasno wokół szyi Heita. Pies schował łeb pod biurko. Ag-i poprawiła sie na kolanach Generała.
- Dlaczego on jeszcze żyje? – spytała, sięgając po szklaneczkę z whisky.
Generał wzruszył ramionami i odebrał Ag-i szklankę.
- Bo mi przeszkodziłyście – burknął.
Dziewczęta spojrzały na siebie.
- Założę się, że chwaliłeś się Przygodami Anatola.. – powiedziała Cord-i i obie zachichotały.
- Nic wam do tego – rozeźlił się Generał – i złaź mi z kolan! Ale już! – zwrócił się do Ag-i.
- Już, już – sfrunęła na podłogę – daj tylko Organ i lecimy!
- To już bez Organu bawić się nie umiecie? – Generał wyglądał na nieprzekonanego.
- Umiemy – uśmiechnęła sie zalotnie Cord-i – ale wolimy z nim.
- No dobra – uległ Generał – ale imprezę robimy razem?
- Pewnie – wzięła go pod brodę Ag-i – jakże tak bez ciebie?
- No tak, jakże tak beze mnie – Dziadyga wyglądał na udobruchanego – a kto jeszcze będzie?
- Och, całe mnóstwo – Cord-i wyciągnęła dłoń i zaczęła liczyć na palcach – Alfi będzie, Neu obiecał wpaść, Nosiwoda z Krugerem, Mason.
- Margo wspomniała, że wpadnie – przerwała jej Ag-i – razem z Pietruchą i U.Barańskim.
- Podobno Troll i Keiko – wyliczała dalej Cord-i – a możliwe, że jeszcze ktoś.
- A Hipolit?
- Obowiązkowo! Przecież to u niego się spotykamy! Bez niego nie byłoby imprezy.
- No to już – rzuciła Cord-i – kończymy Heita, a ty bierz Organ.
Generał zakręcił się dookoła.
- Gdzie to ja go ostatnio...- zafrasował się, drapiąc po głowie.
W tym momencie drzwi za biurkiem uchyliły się i w szparze pojawiła się głowa Młodzika.
- Co jest? – krzyknął – Idziecie? Przecież wszyscy czekają!
- Już – uspokoiła go Ag-i – tylko z nim skończymy a Generał znajdzie Organ.
- A kto to – głowa Młodzika wsunęła się głębiej, popatrując ciekawie na Heita, który juz zaczął sinieć.
- Heit – wyjaśniła krótko Cord-i.
- Aha, a dalej?
- Dalej – Ag-i zmarszczyła brew – nie wiemy. Ty – zwróciła się do Heita – jak masz dalej?
Fahren tylko pokręcił głową, usiłując bezskutecznie wydobyć z siebie głos. Cord-i wykonała delikatny ruch dłonią.
Fgheheheeeee – wycharczał Fahren.
- Jak? – zdziwiła się Ag-i.
- Fahren! – wyrzucił z siebie Heit.
- No to juz wiesz -Cord-i spojrzała na Młodzika – zadowolony?
- No – odparł – to ten, co go Bagienna z A-ball chcą widzieć?
W zapadłej ciszy sznur zsunął się z szyi Heita jakby go tam nigdy nie było.
- Jego chcą widzieć? – powtórzyła Ag-i, miękkim ruchem uwalniając Heita od shurikenów – Jesteś pewien?
- Jestem – powiedział Młodzik – Mamy go zabrać do Hipolita. I jeszcze Organ też.
Rewolwer Generał stuknął o podłogę.
- Nie rozumiem – pokręcił głową – nie rozumiem już tego świata. Zabrać jego? Do Hipolita? Razem z Organem?
Wzruszył bezradnie ramionami i sięgnął po Organ....

....niestety, dalszej części historii nie udało sie zanotować, gdyż ludność gremialnie opuściła lokal, tłumacząc się koniecznością porannego wstawania na pole. W związku z tym pytania czym lub kim był Organ, dlaczego Nimfa i A-ball chciały widzieć Heita, jak przebiegła impreza u Hipolita, oraz wreszcie czy Hundzia wróciła z kursu pilotażu u Wall-ego, pozostaną na zawsze bez odpowiedzi...


10. Juhani
Po czym wrzask nastąpił rozdzirający y rozpacz wszelaka…
...drzwi do knajpy „U Hipolita” otworzyły się cicho i do środka wsunął się Mason, w swojej brązowej, wyświechtanej marynarce. Nikt z siedzących przy stolikach nie zareagował. Mason powoli rozejrzał się dookoła. Rozgadani zwykle Kruger z Nosiwodą siedzieli w kącie sali, w kieliszkach zielono mienił się likier miętowy. Nosiwoda w zamyśleniu pocierał dłonią podbródek, Kruger zaś, wpatrzony w sufit, bezmyślnie kreślił lewą ręką figury na blacie stołu.
Mason przeniósł wzrok na sąsiedni stolik. Alfi machinalnie kartkował „Świat seriali”, ale patrzał gdzieś dalej, na jakiś punkt podłogi poza stolikiem. Przy jego łokciu stała wystudzona już całkiem szklanka herbaty. Obok niego Neu udawał, że czyści z kurzu telefon komórkowy. Jakby czując na sobie wzrok Masona podniósł głowę, posłał w jego stronę wymuszony grymas uśmiechu, i zaraz powrócił do swojego zajęcia. Mason cicho zamknął za sobą drzwi i podszedł do baru. Stolik przy samym barze zajęty był przez Generała, układającego pasjansa. Mason przechodząc położył mu dłoń na ramieniu. Generał oderwał wzrok od kart, spojrzał na niego i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Zrezygnował jednak i tylko skinął Masonowi głową, po czym wrócił do kart.
- Możesz mi nalać? – Mason oparł się kontuar.
- To, co zwykle? – Hipolit sięgnął po butelkę.
- Tak, tylko podwójny.
Hipolit bez słowa nalał bursztynowego płynu do szklaneczki i posunął Masonowi. Potem sięgnął pod ladę i wyciągnął zapalonego papierosa. Zaciągnął się głęboko.
- Palisz? – zdziwił się Mason.
- Palę – przyznał ze skruchą Hipolit – Nie wytrzymałem.
Mason wziął szklaneczkę i upił łyk.
- W sumie to ci się nie dziwię – mruknął. – W takich okolicznościach.
Hipolit nalał do drugiej szklaneczki, pociągnął z niej i przysunął się do Masona.
- Co teraz będzie? – zapytał półgłosem. – Spójrz tylko na nich.
Mason, trzymając szklankę w dłoni, powoli obrócił się w stronę sali i oparł plecami o kontuar.
Przy stoliku po lewej, pod samą ścianą siedziała Margo, przed którą piętrzył się stos niedopałków. Właśnie zapalała następnego papierosa, mimo że poprzedni tlił się jeszcze w popielniczce. Pochylony w jej stronę Młodzik coś jej cicho klarował. Przytakiwała mu machinalnie. Stolik dalej siedzieli milcząc Pietrucha z U.Barańskim. Pietrucha w zamyśleniu wyginał w dłoniach stalowy pręt. U.Barański wpatrywał się w ścianę, i tylko po zbielałych kostkach zaciśniętych w pięści dłoni można było poznać, że jego spokój jest pozorny.
Ciszę przerwał pojedynczy dźwięk. Siedzące przy podwyższeniu Cord-i, Ag-i i Troll jak na komendę podniosły wzrok na pianino, przy który Gesualdo uderzył palcem w klawisz. On jednak zastygł w bezruchu, i z odchyloną do tyłu głową, wsłuchiwał się z zamkniętymi oczami w milknący głos gasnącego tonu. Spod ściany oderwała się postać Ilta. Podszedł do pianina i uderzył palcem w klawisz, jakby zachęcając Gesualdo. Ten otwarł oczy, spojrzał na Ilta i przecząco potrząsnął głową. Znowu zapadła cisza.
Mason odwrócił się Hipolita.
- Nie wiem – powiedział ciężko – zupełnie nie wiem.
- Skoro ty, admin, nie wiesz – zgarbił ramiona Hipolit, - to co my? Co my mamy powiedzieć?
Generał podniósł głowę
- Widział ktoś ostatnio A-ball czy Swampy? – rzucił półgłosem w przestrzeń.
Stojący przy pianinie Ilt parsknął krótkim śmiechem.
- Myślisz, że w czymś pomogą? – rzucił szyderczo.
- A masz lepszy pomysł? – wzruszył ramionami Generał, wpatrując się w niego.
Ilt skrzywił się i spuścił wzrok na pianino.
- Margo? – Mason spojrzał na stolik przy ścianie. – Może ty?
Potrząsnęła przecząco głową. Potem wstała i podeszła do baru. Wzięła podany jej przez Hipolita kieliszek, i opróżniła jednym haustem.
- Jakby nie patrzeć – pochyliła się nad posuniętą przez Hipolita zapalona zapałką – jakby nie patrzeć – powtórzyła wypuszczając smugę dymu – nieźle tu Heit namieszał.
Alfi prasnął o stół kolorowym pismem.
- Nie narzekam – powiedział – przynajmniej poszerzył mi horyzonty.
- Nazywasz to poszerzeniem horyzontów? – zapytała zgryźliwie Margo. – Kolorowe pisma?
Umilkła pod ciężkim spojrzeniem Alfiego. Przeniosła wzrok na Neu.
- A ty? – wyciągnęła oskarżycielsko palec w jego stronę. – Kiedyś postrach połowy galaktyki? Czym się teraz zajmujesz? Siedzisz w tym swoim zakurzonym warsztacie..
- A siedzę – przerwał jej Neu, patrząc na nią wyzywająco, – i dobrze mi tam! Robię przynajmniej to, co lubię.
Margo bez słowa wzięła do ręki napełniony tymczasem ponownie przez Hipolita kieliszek, i wróciła do stolika.
- Do niczego w ten sposób nie dojdziemy – powiedział odstawiając szklaneczkę Mason. – Mamy tak siedzieć?
- Możemy postać – rzucił zgryźliwym tonem Generał.
- Przestań – Cord-i obróciła się na krześle – sam wiesz, że to do niczego nie prowadzi.
Od strony pianina dobiegł dźwięk. To Gesualdo, nie otwierając oczu znowu uderzył w klawisz i zastygł zasłuchany. Wymiana zdań się urwała.
Mason oderwał się od kontuaru i przysiadł do stolika dziewcząt.
- Jednego nie rozumiem – zwrócił się do nich – jak on się urwał? Przecież był tutaj, na imprezie, a potem miał spotkać...
Ag-i westchnęła.
- Racja – błysnęła nożykiem – ale znasz Heita. Nikt z nas nie miał szans. Przekonał nas błyskawicznie, że marnujemy życie. No i...
- Chciałyśmy otworzyć sklep z ozdobami – wtrąciła się Cord-i.
- Nie tylko – Troll spojrzała na niego. – Ogólnie taki z pamiątkami. A teraz...
Mason pokiwał głową.
- A kto w ogóle miał go pilnować? – Margo odwróciła się w ich stronę.
- Generał – rzucił Ilt.
- I pilnowałem! – Generał gwałtownym ruchem zgarnął karty ze stołu.
- Pilnowałeś? – Kruger spojrzał na niego. – A kto zaklinał sie, że porzuci Phoroom i założy hodowlę kundelków? A kto, obejmując Heita za szyję śpiewał na cały głos „Mały biały pies, bez łap”, zanim rymnął na podłogę?
- Taak? – Generał powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć – A kto zaklinał się, że do ust więcej likieru nie weźmie?
- Nosiwodo! – głos Masona uciął kłótnię – może ty coś?
Nosiwoda oderwał rękę od brody.
- Co ja? – powiedział niechętnie – Ja już jestem w drugim obiegu. Dzięki Heitowi – dokończył już ciszej.
Z głębi rozległo się głośne uderzenie. Wszystkie głowy zwróciły się w tamtym kierunku. U.Barański, bo to on trzasnął pięścią w stolik, siedział wyprostowany. Pietrucha przerwał wyginanie stalowego prętu.
- Napisałem – słowa z ust U.Barańskiego wydobywały się z trudem – opowiadanie. Wojenne. Chciałem...- przełknął slinę – żeby je przeczytał, sprawdził. A teraz – wykrzyknął głośno – co teraz!
Zapadło milczenie.
Drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem, i do środka wpadła Hundzia.
- Zdałam! – krzyczała rozradowana. – Zdałam u Wall-e’go! Mam celujący z minusem! Pilotaż! Kolejka dla wszystkich!
Odpowiedziała jej cisza. Hundzia przeleciała wzrokiem po sali.
- Co jest? – roześmiała się. – Ależ macie miny. Nie spodziewaliście się, co? Hipolicie – krzyknęła w stronę baru – nalej wszystkim.
Hipolit nie poruszył się.
- Zaraz – Hundzia zmarszczyła brwi – co tu się dzieje. Margo? – podeszła do stolika.
Margo wydmuchnęła dym i odwróciła się do ściany.
Hej, to jakaś zabawa? – Hundzia po kolei przyjrzała się wszystkim twarzom. – Alfi? Kruger? Gesu? O co chodzi?
Podbiegła do Masona.
- Ty mi powiesz – spojrzała na niego – jesteś adminem, tak? No to mów!
Mason popatrzał na nią krótko i odwrócił się do Cord-i.
- To jak się urwał? – spytał.
Cord-i spuściła wzrok – powiedział, że musi...no i...
- A wszyscy byli już nieźle – podchwyciła Troll – jak to na imprezie...no i...poleciał
- Gdybyśmy wiedzieli, to na pewno byśmy zareagowali – pomogła jej Ag-i.
- Nie ma co się winić – wzruszył przy swoim stoliku ramionami Alfi – Heita i tak byśmy nie zatrzymali. Robił, co chciał.
- Prawda – Mason w zamyśleniu pokiwał głową.
- Co znaczy „nie zatrzymali”? – Hundzia była zdezorientowana – Poleciał, ale wróci, prawda?
Przecież muszę mu pokazać mój dyplom.
- Nie pokażesz – Pietrucha podszedł z tyłu do Hundzi – nie jemu.
- Ale co...? – Hundzia nie mogła wyksztusić zdania.
Kruger z obrzydzenie przewrócił kieliszek z likierem. Zielona ciecz rozlała się po stole.
- Był tu na imprezie – zaczął – miał potem spotkać się z ...sama wiesz, z kim.
- Ale co dalej? Nie spotkał się? – do Hundzi nie dotarł jeszcze sens słów Hipolita.
- Dostał wiadomość – kontynuował Kruger – że musi pomóc. Statek wycieczkowy z dziećmi na kursie kolizyjnym z kometą. Czysty przypadek, nie do przewidzenia.
- Kosmos to najniebezpieczniejsze miejsce we Wszechświecie – od strony pianina dobiegł ich gorzki głos Ilta.
Kruger westchnął.
- Masonie – poprosił – może ty...
Mason skinął głową.
- Operacja dosyć prosta, jak dla Heita – powiedział – dogonić kometę i rozpylić miotaczem. Tylko...
- Tylko co?! – Hundzia wpatrywała się w niego z napięciem.
- Tylko miotacze zawiodły – Cord-i spojrzała Hundzi w oczy.
- I..?
- I Heit znalazł sposób – Margo zgasiła papierosa – uderzył w kometę własną rakietą. Musiał to zrobić na ręcznym sterowaniu, żeby ominąć zabezpieczenia komputera pokładowego. Rozbił kometę na proch. Razem z sobą. I uratował te cholerne dzieci – syknęła.
- Hundziu – Pietrucha położył dłonie na jej ramionach – nie wiemy, jaki będzie świat bez Heita, ale...
- Świat bez Heita? – Hudzia siedziała bez ruchu. – Świat bez Fahrena? Świat...?
Generał wstał od stolika i podszedł do Hundzi, ale gdy spojrzał jej w twarz , cofnął się. W jej oczach zobaczył tylko pustkę...
Tłumaczenie niechlujstwa językowego dysleksją jest jak szpanowanie małym fiutkiem.

Awatar użytkownika
nimfa bagienna
Demon szybkości
Posty: 7204
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:40
Płeć: Nie znam

Re: Kroniki Fahren Heita

Post autor: nimfa bagienna » pn, 15 kwie 2013 17:17

11. Juhani i jego tren

Na Phoroom zimny wicher dmie
Wśród piasków wydm się żali
Że minął już herosów czas
że Heita pochowali...

Planeta Phoroom wolna jest
Nie będzie po niej chodził
Mieszkańcom w działalności ich
Nie będzie więcej szkodził.

Nie musi Kruger piwa pić
O Breslau nikt nie pyta
W likierze może moczyć twarz
Gdzieś w barze Hipolita.

Wyrzucić Alfi pisma może
O płytkim życiu celebrytów
Racine’a do swej dłoni wziąć
Lub zgłębiać tajemnice bytów.

Znów błysnąć może Agi nóż
Czy Cordi świsnąć pętla
O sklepie z pamiątkami ich
Już żadna nie pamięta.

Zapomnieć Hundzia może fakt
Że u Wall-e’go zdała
Bo do jej dyspozycji jest
Kosmosu pustka cała.

Nie musi zważać na przepisy
Czy zwalniać przy sputnikach
Już nigdy więcej Fahren jej
O dyplom nie zapyta.

Spokojnie Nimfa może śnić
O światach niepoznanych
Nie będzie Fahren szukał dróg
Do bagien zapomnianych...



12. Neularger pisze donosik
Droga Ebolu,

Z przykrością donoszę, że nasz współforumowicz, Ju, kierowany zazdrością, zawiścią i zjadliwośćią w stosunku do F. Heita, naszego bohatera (który prawie równać się może ze Stefanem - bohaterem IV, V i VI RP), ukrywa zawistnie manuskrypty i pisma dotyczące losów Heita, daje wiarę oszczerczym i oczywiście oszukańczym apokryfom oraz rozpowszechnia pogłoski jakoby Heit nie miał rodziny, rodzeństwa i rolmopsów. Pomieniony Ju, twierdzi, że żadna Moneypenny za Heitem nie płacze (a Bagnisty Rzecz to co???)
A co najgorsze, zbrodzień Ju, ukrywa przed nami Tajemnicę Punktu Szóstego!!!
Taki crimen laesae maiestatis ujść płazem nie może!
Prosimy zatem Ebolu o wywarcie Bardzo Aktywnego Nacisku na pomienionego Ju.
Edit. Wtedy to Bagnisty Rzecz się kochała w Stefanie... :D

Życzliwy

13. Juhani
…zrozpaczony sytuacją, w jakiej się znalazłem, wyszedłem na ulicę. Nie mogłem usiedzieć w domu. Po zdążyłem przejść dwóch kroków, gdy zaczepiła mnie przechodząca staruszka. Okazało się, że jej zmarły niedawno mąż, zostawił w biurku jakieś szpargały, które ona niesie teraz na śmietnik. Ponieważ było jej ciężko, poprosiła o pomoc. Zgodziłem się oczywiście, ale mimochodem zajrzałem do środka, i…zamarłem. Od razu rozpoznałem! O pomyłce nie mogło być mowy! To były fragmenty Kronik Fahren Heita! Szybko pobiegłem do domu, i z zetlałych papierów przepisałem dające się rozszyfrować fragmenty.

Poranne słonko przygrzewało przyjemnie. Łagodny szum liści palmowych splatał się z odgłosem przyboju. Powietrze pachniało świeżością i kwiatami pomarańczy. Lazurowe niebo zapowiadało kolejny, przyjemny dzień. Heit rozparł się na leżaku i poprawił rozsuwający się na piersiach szlafrok. Delikatny, szmaragdowy odcień atłasu idealnie współgrał ze złocistym piaskiem plaży i kolorem fal gasnących ze szmerem na linii brzegu. Fahren spojrzał na szlafrok z zadowoleniem, zsunął na tył głowy fioletową kaszmirową czapeczkę z daszkiem, na którym srebrnymi cekinami wybity był misternie rysunek orła, nalewającego sobie szklaneczkę whisky, i sięgnął po Camela. Zapalił i zaciągnął się głęboko. Powoli wydmuchując dym, opadł na oparcie leżaka i zasłuchał się. Tuż nad nim, na palmie, przesiadł ptak i rozpoczął dźwięczne trele, wplatające się w muzykę natury. Heit płynnie sięgnął ręką do małego stoliczka obok, ujął przyjemnie ciężką i chłodną rękojeść blastera, po czym jednym strzałem rozwalił natręta. Resztki piór, kołysane ciepłym wiaterkiem, sfrunęły na ziemię. Fahren nadsłuchiwał jeszcze przez chwilę, po czym uspokojony przymknął oczy. Gdy skończył papierosa wstał, przeciągnął się leniwie i rozejrzał dookoła. Na maleńkiej wyspie, oprócz luksusowego szałasu, kilku palm i niewielkiego ogródka egzotycznych krzewów, nic nie zakłócało widoku. Dookoła był tylko ocean, z szeregami sunących równo fal. Promienie słońca igrały, załamując się na wodzie, a na grzbietach fal, gdy docierały do atolu, tworzyła się biała piana. Hen, daleko, na linii horyzontu, delikatna mgiełka wskazywała na obecność lądu. Heit wszedł do szałasu i po chwili wynurzył się z niego, trzymając w jednej ręce butelkę Glenfidditcha, a w drugiej szklaneczkę z grubego szkła. Postawił obie na stoliczku przy leżaku, nalał na dwa palce i umościł się z zadowoleniem. Ujął szklaneczkę i podniósł do oczu. Przez zachwycał się nieskazitelnie bursztynowym kolorem płynu, po czym przyłożył ją do ust i upił niewielki łyk. Delikatnie odstawił szklaneczkę i sięgnął po następnego Camela. Wypuścił błękitny dym i spojrzał na fale. Na oceanie, kilkaset metrów od wysepki, ktoś płynął. Właściwie płynął, to było za dużo powiedziane. Nieduży chłopczyna, siedząc na połówce łodzi, szaleńczo pracował wiosłem. Połówka łodzi nie posuwała się naprzód, tylko kręciła jak fryga. Co jakiś czas tonęła. Jednak dziwnemu podróżnikowi zdawało się to nie przeszkadzać. Z uporem walił wiosłem, co raz wpadał do wody, gramolił się na swój sprzęt i dalej wiosłował. Fahren przyglądał mu się od kilku dni, zastanawiając się, czy następnego dnia rano znowu go zobaczy w tym samym miejscu. Jak dotąd nie doznał zawodu. Przez chwilę zastanawiał się, czy strzałem z blastera nie skrócić męczarni nieszczęśnikowi, ale zrezygnował. Ponownie przymknął oczy, oddając się lenistwu.
Z szałasu dobiegł odgłos dzwonka. Heit uniósł się lekko i przekręcił głowę. Dzwonek rozległ się ponownie. Fahren westchnął, odstawił szklaneczkę, wstał i poszedł do szałasu. Gdy się z niego wyłonił, trzymał nieduży wideofon, który postawił na stoliczku. Rozsiadł się ponownie i nacisnął guzik odbioru. Na ekranie pojawił się obraz gabinetu Szefa.
Szef najwyraźniej przepracował całą noc, co było widać po nieogolonej twarzy i pomiętej koszuli. Na biurku przed nim stała szklanka z herbatą, na talerzyku leżało kilka kromek chleba i dwa jajka w skorupce.
- Jesteś! – rzucił bez przywitania Szef.
- Jestem – potwierdził bez entuzjazmu Heit – czułem, że mnie pan znajdzie, Szefie.
- Dobrze czułeś – Szef wziął kromkę do ręki i zaczął ją smarować masłem.
- Z drugiej strony jednak – kontynuował Fahren z wahaniem – to jednak numer zastrzeżony…
Szef przerwał smarowanie i spojrzał na Heita.
- Jasne, że zastrzeżony – pokiwał z ubolewaniem głową – w końcu jesteśmy tajną Agencją.
- No właśnie, więc jak…
- Heit – Szef mówił bardzo wyraźnie – naprawdę myślałeś, że nasze własne numery są dla nas zastrzeżone?
- Nie – odpowiedział szybko Fahren – ale…a nie są?
Szef nie odpowiedział i wrócił do smarowania chleba. Powolnymi ruchami. Potem odłożył ją z namaszczeniem na talerzyk, wyjął dwie tabletki, połknął i popił herbatą.
- Pomówmy o czymś innym – zaproponował – na przykład dlaczego przerwałeś misję?
Heit westchnął i zapalił Camela.
- Pojawiły się problemy – powiedział niechętnie.
Szef wziął do ręki jajko i zaczął obierać je ze skorupki.
- Na przykład?
- Rzucają ostrymi przedmiotami, sznurkami oplątują. Czasami wysadzają. A jeden to skargę nawet napisał. Oficjalnie, kursywą.
- Chyba nie chodzi o przemoc? – zapytał podejrzliwie Szef - Przemoc to ty masz we krwi.
- No wie pan, Szefie – obraził się Fahren. – Ja mam przemoc? Podczas akcji opieram się na moim intelekcie!
- No właśnie o tym mówię – skrzywił się Szef – opierasz się na twoim intelekcie. A on zawsze dyktuje ci jedno rozwiązanie. Najprostsze.
- To czemu nie mogę ich…? Sam pan mówił, że to organizacja przestępcza!
- Wiem, co mówiłem – Szef otarł czoło papierową chusteczką – Tylko czy ty mnie słuchałeś?!
- Zawsze pana słucham, Szefie! – Heit poderwał się z fotela, aż zafurkotał jedwabny szal, pomarańczowy, z delikatnie zaznaczonym amarantowym deseniem, przedstawiającym inkaską księżniczkę w otoczeniu dam dworu, zmywającą naczynia po obiedzie. Heit poprawił szal, którego końce opadły na ziemię, i usiadł.
- Heit – Szef sięgnął po sól – masz odzyskać utracone zero Bonda, tak? Jak chcesz to zrobić, jak nie będzie od kogo? Poza tym, nie przekonałeś mnie. Te wszystkie rzeczy, to dla ciebie betka. O co jeszcze chodzi?
Fahren zakręcił się niespokojnie w leżaku.
- Mówić nie pozwalają.
- Co znaczy „nie pozwalają”?
- Normalnie. Jak chcę coś powiedzieć mówiąc, to wrzask. A ja nie potrafię czegoś powiedzieć, nie mówiąc.
Szef zamyślił się.
- Masz rację – potarł ręką policzek - nikt nie potrafi.
- Chyba, że telepata – posunął Fahren.
- Telepata może – zastanowił się Szef – i jeszcze mim może.
- Albo brzuchomówca.
Szef zorientował się, że temat im zbacza
– To wszystko?
Heit chwilę wpatrywał się w twarz Szefa.
- To było jajko?
- Które? – niezbyt przytomnie zapytał Szef.
- To, czym potarł pan policzek – wyjaśnił Fahren.
Szef spojrzał na swoją dłoń i zaklął.
- Heit – zaczął złowróżbnie – jeśli mi w ciągu dwóch minut nie przedstawisz powodu...
- No dobrze – skapitulował Heit – chodzi o punkt szósty.
Zapadła cisza. Fahren spokojnie nalał sobie następną porcję Glenfiddicha. Po chwili odezwał się Szef. Głos miał poważny.
- Wiedzą o punkcie szóstym?
Heit pokiwał głową.
- Ale…? - Szef zawiesił głos.
- Nie – pospiesznie powiedział Fahren – nie ode mnie.
- Poczekaj chwilkę – powiedział Szef wstając – nie rozłączaj się, zaraz wracam.
Heit wstał z leżaka i zrobił kilka kroków. Popatrzał w niebo, potem na ocean. Zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś. Potem strzelił palcami, odwrócił się, szybkim ruchem zgarnął ze stolika blaster, i bez celowania wygarnął w stronę wody. Z oddali rozległ się wrzask. Trafiona ładunkiem połówka łódki rozleciała się na drzazgi, i zatonęła. Na wodzie widać było unoszącą się głowę chłopaczka, który szybkim crawlem oddalał się od wyspy. Wyraźnie spokojniejszy, Fahren odłożył broń i zapalił Camela.
- Co to było? – z ekranu rozległ się głos Szefa, który zdążył wrócić.
- Takie tam – machnął ręką Heit – nie warto mówić.
Przysiadł na leżaku.
- Sprawdziłem – Szef przekładał jakieś papiery – ale muszę się upewnić. Mówiłeś, że był donos.
- Był – potwierdził Fahren – kursywą.
- A o odrąbaniu ręki?
- Wspomnieli. Że jak ktoś podniesie, to…
- Niedobrze – zafrasował się Szef – a proroctwa i bogini?
- Coś w tym guście – Heit podrapał się po głowie.
- Pamiętasz, kto jeszcze interesował się punktem szóstym?
- Niedokładnie – przyznał Fahren – zdaje się, że bejcej…i troll..
Szef szybko spojrzał na dokumenty.
- Mogłem się spodziewać – powiedział – naprawdę robi się niedobrze. Poza tym Generał, Neu, Alfi i ktoś jeszcze?
- Bagienna – powiedział ponuro Heit.
Szef pokiwał głową.
- Hudzia? – zapytał.
- Nie – ożywił się Fahren – ona nie. A-ball też chyba jest neutralna. Nie wiem, jak Cord-i, nie odzywała się.
- Rozumiem, że Pietrucha, Ilt, U.Barański, Gesualdo i inni też nie?
Heit pokręcił przecząco głową.
- Hipolit, Mason, Kruger?
- Nie.
- To nam daje nadzieję – westchnął Szef – niewielką, ale zawsze. Pamiętaj, za wszelką cenę nikt nie może się dowiedzieć, co jest w punkcie szóstym!
- Za wszelką? – podchwycił Fahren.
- Tak – głos Szefa był zdecydowany – tym razem tak!
Na twarzy Heita pojawił się drapieżny uśmiech.
- Jest jeszcze coś, Szefie.
- No?
Fahren szybko opowiedział o spotkaniu z Generałem.
- Fiuu – cicho zagwizdał Szef – takie buty! Wiesz, że jedyny egzemplarz Niezwykłych przygód Anatola widziany był wiele lat temu, w Twierdzy Persil. Ostatnio miał go w rękach Żarłoczny Stef…
- Właśnie! – przerwał Heit – wspominali o jakimś Stefanie!
Szefa jakby zmroziło.
- Heit – powiedział, gdy odzyskał mowę – jeżeli on współpracował z Generałem, to…Baczność! – krzyknął.
Fahren zerwał się na nogi i stanął wyprężony.
- Natychmiast podejmiesz misję! Musisz załatwić Gang z Phoroom! Nic innego się nie liczy!
- Ale Szefie – zaprotestował Heit – oni myślą, że ja zginąłem…ta kometa…
Szef popatrzał na niego.
- Nawet ten kundel, co mieszka pod biurkiem Generała, nie uwierzył. Nie lekceważ ich, Heit.

…i to był koniec. Nie wiadomo, czy Gruby Stef i Generał byli w zmowie. Nie wyjaśniła się tajemnica punktu szóstego, ani czy Heit wrócił do akcji. Pozostały pytania, czy grabki Margo miały coś wspólnego z pływającą połówką łódki, czy Neu otrzymał odpowiedź na donos od Eboli, dlaczego Bagienna interesowała się Heitem, czy też skąd Alfi wiedział, że należy odrąbać rękę… Historia milczy o losach baru Hipolita, tajemniczym adminie Masonie, cynicznym Ilcie i innych. Czy spotkanie Hundzi i Wall-e’go rzeczywiście było takie niewinne? Pytania się mnożą, materiały zaginęły bezpowrotnie, a ja jestem zmęczony, taki zmęczony…

14. Margot dopinguje
Była późna zimowa noc. Ołowiane chmury kłębiły się nisko, nad miastem powoli władzę przejmowała cisza i tylko wiatr zawodził jak zranione zwierzę pozbawione błogosławieństwa snu.
Juhani też nie mógł zasnąć. Snuł się po ulicy w nadziei na spotkanie z jakąś przyjazną duszą, której towarzystwo rozproszy niespokojne myśli. Może powinien zajrzeć do Demona z Bagien i spróbować tych zachwalanych energizerów?
W zimnym powietrzu unosiła się słaba woń spalin zmieszana z o wiele lepiej wyczuwalnym zapachem strachu. Jego strachu.
W ciemności zamajaczył cień - niewyraźna sylwetka, strzęp czerni w gęstniejącym mroku. Zbliżała się.
Długi płaszcz kołysał się w rytmie nieśpiesznych kroków, stukot wysokich szpilek nikł w jękach wiatru. Spod szerokiego kaptura błysnęły czerwone oczy.
Niepokój jak garota zacisnął się Juhaniemu na gardle. Wiedział, że o czymś zapomniał... O czymś bardzo ważnym.
Ta, Która Przechadza się Między Słowami skinęła głową. Błyskawica przecięła niebo, nad dachami przetoczył się grom. Oślepiony i ogłuszony Juhani mógł tylko stać i patrzeć na niknącą w ciemności sylwetkę. Zdawało się, że za nią nadciąga burza. Nad głową Ju powoli gasły gwiazdy...

I wtedy sobie przypomniał. Od niego, od jego pracy, zależał los tego świata...

15. Refleksje Juhaniego z czołem rozpalonym
<Ju zamknął księgę o przygodach Stefana i odłożył ją ostrożnie na stojący przy nim obok. Przed odłożeniem ucałował okładkę i oparł o nią rozpalone czoło. Potem przykrył książkę wraz z obokiem chusteczką trójrożną. Spojrzał w niebo żałując, że przez ołowiane chmury nie widać gwiazd. "Czyż można poprawić ideał?" zamyślił się. Wtedy chmury rozstąpiły się na moment i głos rozległ się z góry, który pytał: "Pojebało cię?!", zaczem nieboskłon zaciągnął się znowu. Ju pokiwał głową - miał już jasność, brakowało tylko ciemności. Wyciągnął rękę do kontaktu, zrobił ciemność i zasnął, marząc o Stefanie>

16. Neularger i jego Mistyczne Olśnienie

Twarz śpiącego Ju w świetle księżyca wyglądała niemal dobrotliwie.
- Więc to ten, co ukrywa się pod ksywą Juhani? - zapytała stojąca w nogach łóżka mroczna zakapturzona postać.
- Tak - rozległ się szept. Z cienia w rogu pokoju wypłynął bezforemny kształt, by po chwili zawisnąć koło pytającego przyjmując ten sam wygląd co on.
- Chce być postacią literacką - stwierdził ten, który wcześniej dopytywał się o śpiącego. Przepłynął do wezgłowia. - Wygląda niewinnie. Czy Ona nie jest zbyt surowa? Taka prośba...
- Kwestionujesz wyroki Tej, Która Przechadza Się Pomiędzy Słowami?!
Zerwał się gwałtowny wiatr, błysnęło i grom przetoczył się po niebie. Niepewny blask księżyca zniknął i cienie w pokoju zgęstniały. Słychać było tylko potępieńcze wycie wichru.
Ju przewrócił się na drugi bok. Mlasnął.
- On pisze - druga z przybyłych postaci podpłynęła do biblioteczki.
- Naprawdę?
- Tak, widać tytuły i autora. - W pokoju rozległ się cichy śmiech. - Myśli, że Ona nie wie.
- Czyli zamiast pisać chce być... pisany. Zabawne...
Oba mroczne cienie unosiły się przed półkami pełnymi książek.
- Spełnimy jego życzenie. - Spod kapturów błysnęły czerwone oczy, a sypialnię znów wypełnił ten sam cichy, złowrogi śmiech.
- Śpij spokojnie autorze. Wypoczynek ci się przyda.
Kiedy chmury odsłoniły księżyc, Ju był znów sam w pokoju.


17. Juhani komentuje

Gdy tylko cienie opuściły pokój, śpiący otworzył oczy i uniósł lekko głowę.
- Poszły? - szepnął.
- Poszły - wionął z Zewnętrza cichy głos, szmer krwi płynącej z rozciętego gardła.
- To jak? Zrobimy to? - oczy leżącego wpatrzone były w pustkę.
- Musimy - poszum wiatru w wierzbie płaczącej krwawymi łzami - a właściwie ja muszę. Ty byś i tak nie zdołał. Nie w takim stanie.
Postać w łożu przymknęła oczy.
- Mogę coś jeszcze? - głos zawisł w powietrzu.
- Możesz, ale szybko - głos z Pustki zadzwonił kryształkami gałek ocznych, zestalonych mrozem. - Mam porachunki z niektórymi bogami. Przy okazji zajrzę do Neu.
- Tak sobie myślałem... - leżący kaszlnął krwawą pianą - powiedz mi, czy ja mlaskam, kiedy śpię?
- Nie - łagodny chlupot wnętrzności wylewających się z rozciętego brzucha - to fikcja literacka.
- Szkoda - owinięty brudnym bandażem, zaropiały kikut , podnosi się do oczu leżącego, i przeciera je. - To jeśli możesz, zabierz te zgęstniałe cienie po nich. Bo wiesz, ktoś przyjdzie, nastroju narobi, a sprzątać nie ma komu.
Cienie znikają.
- Odchodzę - syk powietrza uciekającego z przebitych gwoździami płuc - a jeśli będziesz miał kłopoty...
- Wiem - Ten, Który Nie Zasypia otwiera na chwilę oczy - mam szukać odpowiedzi w Kronikach...
- Dobrze - bulgot lejącego się w gardło roztopionego ołowiu - i nigdy nie wolno wyjawić tajemnicy punktu szóstego.
Leżący nie ma siły odpowiedzieć. Kiwa głową.
Pokój znika, na jego miejscu pojawia się pokryta kwiatami łąka. Jest upalny dzień, pośród kwiatów dzieci uganiają się z siatkami na motyle. Neu śni sen o lecie.

18. Margot pieści ektoplazmicznego gluta

Lśniąca bryła ektoplazmy kołysała się w bezsłownym bezczasie i śniła o lecie.
W świecie utrwalonych pojęć i kształtów Juhani w zamyśleniu spoglądał w okno. Szarą rzeczywistość miasta zabarwiały promienie słońca zwiastując wielkie nadzieje i nowe wyzwania. Juhani wymamrotał przekleństwo, zapalił papierosa i zabrał się za parzenie kawy. Nowy dzień, nowe plany, ta sama harówka...
Po jaką cholerę Ta, Która Przechadza się Między Słowami w ogóle się wtrącała? Prosił ją ktoś? Niech sama pilnuje świata, który stworzyła. Typowa baba - zrobi coś, a potem szybko straci zainteresowanie i mężczyźni muszą pilnować, żeby wszystko kręciło się dalej. Słowa, też coś! Życie byłoby o wiele prostsze bez słów - i pisma również. Ludzie mogliby porozumiewać się telepatycznie. Właśnie! Przekaz bezpośredni, same zalety. Gdyby to facet tworzył rzeczywistość...
Zaraz, zaraz... Juhani zmarszczył brwi. Zapomniany papieros sparzył mu palce. Czajnik chyba gwizdał już dość długo, bo w powietrzu zrobiło się trochę parnie. Nie, żeby to miało znaczenie. Juhani zgasił peta, nalał wody do kubka i raz jeszcze przeanalizował zdarzenia z pamiętnej nocy. Bezsenność. Burza. Milcząca wizyta albo coś podobnego... I losy świata spoczywające w rękach Ju.
Aha... Czyżby...? Nie... A jednak!
Ta czerwonooka łazęga w przydługim płaszczu dała Juhaniemu władzę nad rzeczywistością!

W bezpojęciowym bezczasie Ta, Która Przechadza się Między Słowami z uśmiechem pogłaskała ektoplazmę i we śnie o lecie pojawiła się poprawna interpunkcja...

19. Neularger śni o kiju i marchewce

Lśniąca bryła ektoplazmy kołysała się w bezsłownym bezczasie i śniła o lecie.
Czerwonookie cienie zmaterializowały się tuż po tym jak Ta, Która Chadza Pomiędzy Słowami poprawiwszy senną interpunkcję - zniknęła.
- Kara została zawieszona... - stwierdził jeden z cieni patrząc na śpiącego Neu.
- Jak Miecz Damoklesa - wyjaśnił drugi bawiąc się niewielkim kryształem - przecież Jej chodzi o to, żeby on pisał. Prawda?
- A teraz - kontynuował pierwszy w lot łapiąc myśl drugiego. - Ona ma kij i marchewkę...
- Ju otrzymał wszelkie moce. Będzie pisał...
- Albo obudzimy Neu. I innych też!
- I wtedy Ju będzie pisany.... Przemyślna jest Tak, Która Przechadza Się Między Słowami.
Dwa cienie zaśmiały złowrogo jak to miały w zwyczaju.
- Miałem zapytać... Co to jest? - zapytał jeden wskazując kryształ.
- Pamiętasz tego małego demona co mówił głosami? Głos cieknącej rury, odgłos dartych gaci...
- Aha...
- Ju go wynajął. Miał nas zlikwidować.
Bezsłowny bezczas zatrząsł się od gromkiego śmiechu.
- Zakląłeś go w kryształ...
- Świetny breloczek do kluczy. Jak zagwiżdżę to udaje głos demona pieczonego na wolnym ogniu...

20. Juhani podgląda drzemiącą ektoplazmę

Demon zawiesił na chwilę wzrok na śpiącym Neu. Sięgnął widmową dłonią w głąb jego snu i usunął przeczucia rzeczywistości, zastępując je marzeniami o potędze. Potem jedną myślą przedłużył sen Neu do nieskończoności. "Co oni widzą w tych Kronikach?" pomyślał znikając "Przecież one tak naprawdę nie istnieją". Poprawienie interpunkcji w poprzednim zdaniu pozostawił Tej, Która Przechadza Się Miedzy Słowami.

...Fahren oderwał się od czytania, podszedł do komody, i poprawił wiszącą nad nią makatkę z pięknie wyhaftowanym napisem:
"All that we see or seem
Is but a dream within a dream"
- Co oni jeszcze tam wymyślą? - westchnął do siebie, wracając na fotel. Zapalił Camela, przysunął bliżej szklankę ze świeżo zaparzonym Earl Grey'em (jednotwarzowym), rozsiadł się wygodnie przy dźwiękach Ommadawn i sięgnął po odłożone papiery...

21. Margot śni o swym idolu

Ta, Która Przechadza się Między Słowami, zerknęła Juhaniemu przez ramię. Pochylony nad skrawkami starych dokumentów mężczyzna zadrżał lekko, ale nie oderwał wzroku od wyblakłych liter. Miał zbyt wiele pracy, żeby przejmować się przeciągami. Cholerna zima...
Ciekawe, czy mógłby zmodyfikować pojęcie lata? Na permanentne?
Czy słowa władają nad prawami fizyki, czy to prawa fizyki władają słowami? Podobno na początku było słowo, więc...
W ciemnym kącie błysnęły gorejące oczy i Ju wrócił do czytania. Ta, Która Przechadza się Między Słowami niemal niezauważalnie poruszyła dłonią. Na makatce elegancko wyhaftowane litery zmieniły się w przekład:
Co widzimy, co się zdaje -
Snem we śnie wciąż pozostaje.
Tylko w pozbawionym pojęć bezczasie język nie miał znaczenia...
Ta, Która Przechadza się Między Słowami wyciągnęła rękę, jakby chciała Ju pogłaskać po włosach, szybko się jednak cofnęła. Za oknem niebo zaczynało ciemnieć. Za dużo czasu tutaj spędzała. Nie powinna przeszkadzać kronikarzowi w pracy...
Ta, Która Przechadza się Między Słowami rozpłynęła się w cieniu. Chmury przesłaniające słońce zaczęły się rozwiewać.

22. Juhani i Margot – dwugłos
M: "...Magiczna siła słowa tkwi w jego zdolności wywoływania obrazów. Jest ono niewidzialnym znakiem rzeczy spostrzeganych zmysłami. Na jego zaklęcie pojawiają się osoby, przedmioty dalekie lub nieistniejące, a bliskim i obecnym daje ono prawdziwą rzeczywistość... Słowem opanował człowiek przestrzeń i czas. Ono wyodrębniało przedmioty z chaosu zjawisk, dawało im kształt i barwę, zbliżało lub oddalało, mierzyło. W nim ocknęły się zdarzenia, chwile, godziny, lata, czas teraźniejszy, przeszły i przyszły.".
J: :)))
...Wiedział, że w tym nudnym i niezglebionym przedmiocie, polegającym na uczeniu się prawdziwych imion każdego miejsca, rzeczy i stworzenia, moc, której pragnął, leży jak klejnot na dnie wyschniętej studni. Albowiem magia zawiera się w tym właśnie - w nazywaniu rzeczy ich prawdziwym imieniem.

23. Juhani pieści wewnętrznego poetę

A new plot has held the Cage
About the Word and the Dream
What put Swampy in a rage
And she said with wryly grim:

‘Tis interesting, why, absorbing
This debate under the star
But beware and I am warning
That your deeds astray too far!

While you’re playing your own game
Which is brilliant, by the way
You keep writer out of aim
Out of annals, one could say

Dusty Master, Queen of Words
Listen closely what I say
Let him back to proper works
Give’im just a couple of day

‘Cos if not we’ll never find
What achievements once Heit did
When he fought with Phoroom’s kind
Had he won or had he fled?

24. Juhani

…kiedy zmęczony siedziałem nad papierami, próbując odnaleźć w nich choćby najmniejsze wzmianki na temat Heita, do moich drzwi ktoś zapukał. Po otwarciu okazało się, że to dostawca pizzy. Mimo moich zaprzeczeń, że pizzy nie zamawiałem, uparł się i wcisnął mi do rąk pudełko. Wymusił zapłatę i zniknął. Kiedy zrezygnowany zdecydowałem się jednak pokrzepić dostarczonym fast foodem i otworzyłem opakowanie, zobaczyłem wewnątrz plik pożółkłych kartek. Serce mi drgnęło, bo….przeczucie mnie nie myliło! Przede mną spoczywał nieznany fragment Kronik…


…Młodzik zniknął w drzwiach za biurkiem, zostawiając je uchylone. Heit zerknął do środka – ciągnął się tam wąski korytarzyk, jasno oświetlony lampami sufitowymi. Korytarzyk mógł mieć około sześciu metrów długości, ale nie miał. Miał tylko cztery, ale za to kończył się następnymi drzwiami. Wyglądały na drewniane, z judaszem pośrodku i właśnie zamykały się za Młodzikiem. Fahren obejrzał się – za nim Generał grzebał w wielkiej skrzyni mocując się z Organem, dopingowany radosnymi pokrzykiwaniami Cord-i i Ag-i. Heit położył palec na ustach i porozumiewawczo mrugnął do kundla, który wychylił kosmaty łeb spod biurka. Kundel spojrzał na niego badawczym wzrokiem, po czym nieznacznie skinął jednym uchem i zniknął pod biurkiem. Fahren bezszelestnie przysunął się do drzwi. Gdy wsuwał się w korytarzyk, z tyłu rozległy się krzyki: „Idzie przodem!”, Sam idzie!”, Nie pozwolić!”. Coś się zakotłowało! Heit błyskawicznie wskoczył do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Usłyszał jeszcze syk rozwijającej się linki, miękkie uderzenie noża, wbijającego się w drewno, a zaraz potem huk wystrzału! Fahren jednym ruchem zasunął ciężką, metalową zasuwę i oparł się plecami o drzwi. Grube drewno tłumiło większość dźwięków, dało się jednak usłyszeć co nieco. Ktoś wywrzaskiwał, żeby ktoś inny wsadził sobie ten samopał w (Heit nie zrozumiał słowa), a ktoś odpowiadał, że gdyby inni, zamiast zajmować się Organem, bardziej uważali na tego (tu znowu drzwi przeszkodziły w zrozumieniu), to może świat byłby odrobinę lepszy. A jeśli nie lepszy, to przynajmniej bardziej poukładany. W czasie, gdy za drzwiami trwała wymiana poglądów, Fahren delikatnie odsunął się od nich, i przemierzywszy korytarzyk, znalazł się pod następnymi drzwiami. Ujął mosiężną klamkę i nacisnął. Nic, drzwi nie ustąpiły. Heit cofnął się pół kroku, zmierzył drzwi wzrokiem. Nic. Zmierzone drzwi nadal nie ustępowały. Fahren cofnął się o następne dwa kroki, sprężył się i runął do przodu! Gdy znalazł się przy drzwiach, ponownie nacisnął klamkę! Bez rezultatu, masywna przeszkoda trwała niewzruszona. Tymczasem z tyłu towarzystwo doszło chyba do porozumienia, gdyż krzyki ucichły, a zamiast nich dały się słyszeć miarowe łupnięcia.
- Ty jakiś cofnięty jesteś, czy co? – usłyszał nagle Heit.
Spojrzał do góry. Judasz gapił się na niego z niesmakiem.
- Co ty wyrabiasz? – zapytał – Jak za pierwszym razem nie puściły, to za drugim razem też przecież nie pozwolą.
- Zamknij się! – odwarknął Fahren – Judasz nie będzie mnie uczył, też mi doradca! – splunął na podłogę.
- Bo patrzeć nie mogę – wyjaśnił judasz – tamci zaraz drzwi wywalą i co wtedy zrobisz?
Heit wzruszył ramionami.
- A masz jakiś pomysł? – spytał z niechęcią.
- Pewnie – judasz z politowaniem przymknął oko – wyważ je po prostu.
Fahren milczał przez chwilę. Za jego plecami słychać było coraz mocniejsze stuknięcia.
- Dobra – zdecydował wreszcie – ale jak się okaże, że mnie oszukałeś, to….
- Słyszałeś, żeby Judasz kogoś oszukał? – oburzył się judasz.
- Pogłoski tylko – mruknął Heit – a teraz przymknij się na moment.
Szybkim spojrzeniem ocenił wielkość drzwi. Dodał wysokość do szerokości. Postukał w nie lekko palcem i oszacował grubość. Z bliska zbadał słoje, określił gatunek drzewa i ustalił ciężar właściwy. Potem raz, dwa przemnożył przez objętość i uzyskał wynik. Drzwi zostały wyważone! Uchyliły się bezsilnie.
- Jak tyś to zrobił? – osłupiały judasz wpatrywał się w Fahrena – przecież powinno się pomnożyć wysokość przez szerokość, a nie je dodawać! Nie miało prawa ci się udać!
- Widocznie jest więcej, niż jedna metoda – wzruszył ramionami Heit – i przymknij się, bo nie lubię takich mędrków.
Poprawił ekwipunek i wsunął się w ciemną szczelinę. Po chwili wysunął się z powrotem. Spojrzał jasnym wzrokiem na judasza i zaaplikował mu fangę w oko.
- To za cofniętego – wyjaśnił i wsunął się z powrotem, zostawiając za sobą wrzeszczącego judasza.
W środku było ciemno. Fahren wyciągnął przed siebie rękę szukając kontaktu, gdy nagle czyjaś dłoń chwyciła go za prawe ramię.
- Ciii – rozległ się szept przy jego uchu – to ja, Ilt!
Heit nie drgnął nawet.
- Skąd mam wiedzieć, że to prawda? – zapytał twardym głosem, macając się lewą ręką po udzie, gdzie miał przypięty wykrywacz osób, podających się za Ilta.
- No przecież właśnie ci powiedziałem! – odszepnął głos.
- Faktycznie – lewa dłoń Fahrena zaprzestała poszukiwań – czego chcesz?
- Nie tutaj – tamten nadal trzymał Heita za ramię – zbyt niebezpiecznie! Idź za mną!
Ruszyli. Ilt przodem, a za nim Fahren, kierując się słuchem. Podłoga była nierówna, Heit kilka razy wdepnął w coś mokrego, dwa razy prawie się nie wywalił. Po kilkunastu metrach Ilt się zatrzymał.
- Jesteś? – szepnął.
- Do mnie mówisz? – upewnił się Fahren.
- Do ciebie. Zobacz, którędy szliśmy.
Zabłysło światło. Heit obejrzał się, i zobaczył obskurny tunel, niedbale wygrzebany w ziemi. Ściany nie były oszalowane, po mokrej ziemi spływały strumyczki błota. Po obu stronach pokrytej gnijącymi deskami podłogi płynęły rynsztokami ścieki. Wyraźnie widać było miejsca, gdzie Fahren zboczył i wdepnął w rynsztok. Górą tunelu biegł gruby kabel, do którego podwieszone były pokryte zielonkawym nalotem żarówki. Obok stał Ilt, trzymając rękę na wyłączniku.
- Robi wrażenie, co? – zapytał.
- Robi – przyznał Heit – ale widziałem już elektryczność. I co teraz?
- Mam dla ciebie istotne informacje – powiedział Ilt – ale nie za darmo.
Dwa miotacze, trzymane przez Fahrena w wyciągniętych rękach, mierzyły prosto w oczy Ilta.
- Obawiam się , że nie skorzystam – powiedział Heit miękkim głosem.
- Źle mnie zrozumiałeś – pospieszył z wyjaśnieniem Ilt, delikatnie odsuwając ręką lufy miotaczy – chodzi o ochronę.
Fahren uniósł brwi.
- O ochronę? – powiedział powoli.
- Możesz opuścić brwi? – poprosił Ilt – Jakoś mi to nie pasuje do twojego wizerunku. I mów troszkę szybciej, bo czasu nam zabraknie.
Heit opuścił brwi.
- Teraz lepiej – uśmiechnął się Ilt – gdyby jeszcze trochę ten kosmyk…i troszkę wygładzić..
Heit uniósł miotacz.
- Dobra, dobra – Ilt zrezygnował z dalszej poprawy wizerunku Fahrena – podejdziemy jeszcze kawałek i wyjaśnię, ok?
Ruszyli. Tunel skręcił ostro w lewo. Sufit obniżył się, i musieli iść pochyleni. Żarówki pod sufitem dawały słabe światło, rynsztoki zlały się w jeden. Szli brodząc w nieczystościach.
- Nie wiedziałem, że aż Phoroom to aż takie szambo – mruknął Heit.
- Sam nie podejrzewałem – Ilt przystanął i odwrócił się do Fahrena – Myślisz, że już się czegoś dowiedziałeś? Mylisz się. Tu nikt nie jest tym , za kogo się podaje. Dzieją się takie rzeczy…
- Na przykład? – Fahren lufą miotacza zeskrobał z buta przylepione błoto.
- Posłuchaj.
Heit wytężył słuch. Początkowo nie słyszał nic niezwykłego. Potem jednak przez szmer płynących ścieków doszedł go dziwny dźwięk, wydobywający się gdzieś jakby spod ziemi. Gniewny, ale przesycony rozpaczą. Jakby jakaś nieokreślona istota, ni zwierz, ni człek, ni upiór, miotała się w potwornym szale.
- Co to? – spytał, wsłuchując się, Fahren.
- Nie wiadomo – wzruszył ramionami Ilt – Ni to zwierz, ni to człek, ni to upiór. Podobno Swampy go tam trzyma, gdzieś w podziemiach. Sama go karmi. Cholera wie. Po co.
Heit namyślał się chwilę.
- Nie słyszałeś, żeby wymieniała kiedyś takie nazwy, jak Troip albo Cipun? – zapytał Ilta.
- Nie – odpowiedział Ilt – i nie chcę słyszeć. Lepiej chodźmy dalej, to już niedaleko.
Fahren skinął głową. Po dwudziestu minutach marszu Ilt zatrzymał się nagle. Pogmerał przy ścianie z prawej strony, zeskrobując ziemię. Ukazał się fragment szalunku. Ilt przeczyścił odsłonięty kawałek ściany rękawem i skinął na Heita.
- Zobacz – szepnął – tu jest otwór po sęku, tylko cicho.
Fahren zbliżył się i przysunął oko do otworu.
- Ależ to …- odwrócił się.
- Oczywiście – pospieszył z wyjaśnieniem Ilt – bar Hipolita.
Heit pokiwał z uznaniem głową i ponownie zajrzał przez dziurkę. Wnętrze był prawie puste, zajęty był tylko jeden stolik. Siedziała przy nim Margo, trzymając przy twarzy chustkę. W tej właśnie chwili podszedł do niej Hipolit, i postawił na stoliku butelkę wody selcerskiej. Otworzył i napełnił sporą szklankę. Margo oderwała rękę od twarzy i umoczyła w chustkę w szklance. Fahren przeniósł wzrok na jej twarz i….zobaczył! Pod lewym okiem rozlewał się potwornej wielkości siniak. Margo wycisnęła lekko chusteczkę i przyłożyła z powrotem do twarzy. Lewą ręką sięgnęła po papierosa z leżącej na stoliku paczki. W milczeniu przyjęła ogień od Hipolita. Potem coś do niego powiedziała. Hipolit bezradnie rozłożył ręce, chwile jeszcze konferowali, po czym Margo wstała i wyszła z baru. Hipolit sprzątnął ze stolika butelkę wraz ze szklanką i zniknął za kontuarem. Heit oderwał się od ściany.
- Co jej się stało? – spojrzał na Ilta.
- No właśnie – Ilt przeciągnął ręką po głowie – przechadzała się między słowami. No i ktoś, rozumiesz, pozamieniał jej te słowa, tak dla żartu. Potknęła się, wywaliła…akurat na słowo „ŁUP”. Efekt widziałeś.
- Ktoś pozamieniał? – dociekał Fahren.
- Nieważne kto – machnął ręką Ilt – ważne, że ona myśli, że to ja. Widziałeś jak wygląda. A tu impreza u Hipolita wieczorem. Myślisz, że ona odpuści?
- Imprezę czy ciebie?
- Oba.
- Nie odpuści – stanowczo powiedział Heit – i równie stanowczo potrzebujesz ochrony. Albo przynajmniej wiarygodnego wyjaśnienia – dodał.
Fahren spojrzał w górę. Coś kapnęło mu na czoło. Zmienił zamiar i spojrzał w dół. Westchnął.
- Zobaczę, co się da zrobić. Co masz w zamian?
- Informację. Wiem, gdzie trzymają zero Bonda!

….Czy Ilt wiedział, gdzie jest trzymane zero? Czy bejcej sprowadził na Phoroom Stefana, żeby przeciwstawić się Heitowi? Czy Neu faktycznie zaszył się w swoim zakużonym warsztacie? Kogo w zamknięciu trzymała Swampy? Czy Alfi pojawił się w barze Hipolita? Czy Generał przyniósł na imprezę Organ? Te i inne pytania stawiane są bez nadziei na odpowiedź…


24. Ebola nadaje

Nagle z ciemności wychynęła ręka, trzymająca nieduża kartkę. Ju przełknął ślinę, która znienacka i całkiem bez powodu wypełniła mu usta, wzdrygnął się i otrząsnął. Kiedy dopełniał tego starożytnego rytuału, znanego w wąskim kręgu specjalistów pod nazwą "Nie boję się nic a nic", ręka zniknęła, a skrawek pożółkłego papieru łagodnie wirując opadł na podłogę. Ju powtórzył rytuał. Zacisnął powieki. Im bardzie Ju powieki zaciskał, tym bardziej kartka BYŁA. Ju nie był naiwny, wiedział, że kartki nie pojawiają się znikąd, podszedł ostrożnie, nachylił się...
Wiadomość była krótka i nieczytelna:

...fan wie, gdz... uważaj... 6...


25. Neularger: interludium

Mówiłem, że zostanie bohaterem literackim, mruknął do siebie czerwonooki demon i mocniej okręcił szyję kanarkowym szalikiem przedstawiającym jakąś kobietę myjącą w gary w otoczeniu innych kobiet, które myjącą namaszczały wonnymi olejkami i wachlowały. Demonowi wydawało się to odrobinę dziwne, ale dziwna była generalnie cała ludzkość, więc trochę więcej dziwności nie znaczyło wiele.
Czerwona klepsydra zawieszona w bezsłownym bezczasie, zdobiona motywem czaszek, piszczeli i grabek obróciła się majestatycznie. Krew z górnego zbiornika zaczęła kapać do dolnego. Ju znów miał trochę czasu.
Demon westchnął, spojrzał na śpiącego Neu i wrócił do robótki. Planował gobelinowy tryptyk pt."Ta, Która Przechadza Się Pomiędzy Słowami spotyka Juhaniego". Czerwonooki spojrzał na koszyk z nićmi i syknął z niesmakiem - znów czerwone wyszły.

26. Neularger śni, że ktoś go śni

- Ta, Która Przechadza Się Pomiędzy Słowami dała nam zadanie dodatkowe - oznajmił czerwoonoki demon, tuż po tym jak się zmaterializował w bezsłownym bezczasie.
- Co? Co mówiłeś? - drugi z demonów był wyraźnie rozkojarzony. Sprawiał wrażenie oderwanego od jakichś ważnych spraw i jeszcze nie do końca przywróconego rzeczywistości.
- Mówiłem, że mamy dodatkowe zadanie - powtórzył cierpliwie przybysz. - Pewna redaktorka. Zobacz.
Drugi z demonów przez chwilę studiował dane z teczki oprawnej w piękną czerwoną skórę. Złoty napis "Do Eliminacji" lśniłby w słońcu, gdyby jakieś tu było.
- Przecież ona jest nieszkodliwa - stwierdził demon, gdy skończył czytać. - Nawet pożyteczna czasami.
- Najwyraźniej jej zasługi nie równoważą jej przewin. Chcesz, to idź zapytaj bogini...
- Dobra, dobra. - drugi demon poniósł ręce w geście zgody na wszystko. - Przynajmniej trochę się rozerwiemy. Ju ma jeszcze trochę czasu. Mam nadzieję, że nowe Kroniki... szybko się ukażą. - dodał z nadzieją.
- Ty, nie pomyliły ci się strony? Dopóki płynie krew - wskazał na klepsydrę - dopóty nie możemy obudzić Neu i bawić się Ju. Znaczy, z Ju.
- Tak, Tak..., to miałem na myśli - szybko skorygował pierwszy demon. - Jak ofiara ma na imię?
- Nie używa imienia. Każe na siebie mówić... Troll...? Trolla...?
- Tortilla...?
- Nieważne. Lećmy. Póki mięsko ciepłe...
Śpiący Neu został sam. Śnił o lecie.

27. Margot i jej Wizja

Ta, Która Przechadza się Między Słowami, rozejrzała się ponuro. Bezpojęciowy bezczas zaśmiecało mnóstwo przedmiotów - brudne kubki śmierdzące zgniłym zielskiem, zdezelowany wielki tamborek z kanwą, porozrzucane igły i kłębki poplątanej kolorowej włóczki.
Czerwona się skończyła... - Tej, Która Przechadza się Między Słowami nie umknął żaden szczegół.
I jeszcze ta koszmarna apaszka. Co prawda z naturalnego jedwabiu, ale kanarkowa?! W takim kolorze to chyba tylko demonom do, powiedzmy, twarzy... Pseudo-prekolumbijski obrazek na tkaninie przedstawiał nieco kanciastą kobietę pochyloną nad kotłem, z którego wystawały różne naczynia. Kobietę otaczały mniejsze postacie niczym tancerki wokół primabaleriny - wyciągające ręce, jakby jej dotykały. Wszystkie były nagie, ale za to nosiły mnóstwo fikuśnej biżuterii. Poplątany wstążkowy szlaczek dopełniał całości.
Demony dziwne są...
I do tego jeszcze ta klepsydra.
Ta, Która Przechadza się Między Słowami przyjrzała się bliżej finezyjnym zdobieniom. W zasadzie czas w bezczasie to oksymoron, ale klepsydra prezentowała się naprawdę nieźle. Zwłaszcza grabki - grabki oddano z wyjątkową dbałością o szczegóły, nie zapomniano nawet o rdzy przy śrubie mocującej obejmę do drewnianej rączki. Majstersztyk, bez dwóch zdań.
Hm... Przydałaby się popielniczka do kompletu.
Chociaż jak tak dalej pójdzie, to z bezczasu bez pojęć zrobi się zwykła graciarnia. Demony to bałaganiarze. Nic dziwnego, rodziły się w chaosie. Porządek mógłby je zabić. Albo zamienić w anioły, co na jedno wychodzi.
Ta, Która Przechadza się Między Słowami machnęła ręką. Ostatecznie, bez pojęcia żaden przedmiot długo się nie utrzyma - czego oczy nie widzą, to z języka znika, jak głosi jedna z rymowanek. Ha!
Za to demon by się teraz przydał. Oczywiście, nigdy ich nie ma, gdy są potrzebne...
Ta, Która Przechadza się Między Słowami smętnie popatrzyła na złamany obcas. Przeklęte onomatopeje, nie tylko język można sobie na nich połamać.
Bezczas wypełniła emocjonalna czerwień. Pewien kronikarz powinien już dawno wziąć się do roboty - jego rzeczywistość wymagała utrwalenia w słowach. Przeklęty leń.
I jeszcze ten, jak mu tam? Jakiś z trzyliterowym i trudnym do wydławienia imieniem. Takie piękne szpile.. Zapłaci za to...
Z namysłem podniosła gorejące oczy na pogrążoną we śnie ektoplazmę. Sen o lecie powoli się spełniał... Może zatem pora obudzić Neu, żeby poszukał jakiegoś szewca?
Tłumaczenie niechlujstwa językowego dysleksją jest jak szpanowanie małym fiutkiem.

ODPOWIEDZ