VII B EDYCJA WT - PÓŁTORA KOMICZNEGO DRABBLE'A

Moderator: RedAktorzy

Zablokowany
Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

VII B EDYCJA WT - PÓŁTORA KOMICZNEGO DRABBLE'A

Post autor: Bebe » śr, 21 sty 2009 21:31

I doczekaliśmy się - oto plon z kolejnej edycji warsztatów.

Kilka faktów:
Mieliście przetworzyć półtora drabble'a napisanego na edycją A na drabble'a komicznego, ewentualnie humorystycznego. Obowiązywała forma zamknięta i fantastyka.

Wyniki.


Czerwone kartki

Tenshi – przekroczone limity wyrazów zarówno w edycji A jak i B
Lukan.Z – przekroczone limity wyrazów zarówno w edycji A jak i B
Labalve – przekroczone limity wyrazów zarówno w edycji A jak i B
baba_jAGA – przekroczone limity wyrazów zarówno w edycji A jak i B

Prace wyżej wymienionych autorów lądują pod kreską.

Problemy z liczeniem wyrazów i myślnikami - lądują pod kreską:

Xiri
Keiko
Wolfie
BMW
Metallic
Albiorix


Żółte kartki

Za pisanie ciągu dalszego do drabble A lub też pisanie zupełnie o czym innym, bez przetwarzania drabble A:

Radioaktywny
Teano
terebka
Ivireanu
Mirgon
SexyBabe

Za dziwną formę: PP

Za całkowity brak fantastyki w obu edycjach: Don Centauro


Lista Warsztatowiczów, którzy zostali skazani na banicję, gdyż nie nadesłali prac na edycję B zostanie umieszczona w stosownym wątku - Egzekucje w ZakuŻonych Zasadach.
Ostatnio zmieniony śr, 21 sty 2009 22:28 przez Bebe, łącznie zmieniany 1 raz.
Z życia chomika niewiele wynika, życie chomika jest krótkie
Wciąż mu ponura matka natura miesza trociny ze smutkiem
Ale są chwile, że drobiazg byle umacnia wartość chomika
Wtedy zwierzyna łapki napina i krzyczy ze swego słoika

Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

Post autor: Bebe » śr, 21 sty 2009 21:32

MajaKIEPSKI BOHATER

Któregoś dnia, z niemałym trudem, wymyślił sobie, że zostanie tragicznym bohaterem. Niczym Werter albo Giaur. Brakowało mu romantycznej duszy, ale się nie zrażał. Chciał to nadrobić wzniosłą myślą. Niestety, rozumu też mu nie zbywało.
Kiedy zobaczył swoją dziewczynę na ulicy w objęciach innego, zapłonął w nim gniew zdradzonego kochanka.
– Kobieto, puchu marny! – krzyknął.
Pobiegł wieczorem do jej domu, a kiedy otworzyła drzwi, wbił jej nóż w serce. Dopiero potem spojrzał w głąb mieszkania.
– O cholera – zaklął. – A to dupa.
Na komodzie stało zdjęcie jej i tamtego faceta, podpisane "Siostrzyczko kocham Cię".
Niedoszły bohater spanikował i, z braku lepszych pomysłów, podciął sobie w pośpiechu żyły.
– Żegnaj, marny świecie! Tracisz taką osobowość! – jęknął, nim wreszcie zakończył krótki żywot.
Teraz jego duch snuje się nocami po grobowcu, wypisując krwią na ścianach bzdury w rodzaju "Balcerowicz musi odejść" czy "Moher rules".
Cóż, śmierć może i jest bramą do wieczności, ale nie leczy z głupoty.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

terebka - Pati 2 1/2

W chwili rezygnacji, powodowany nieodwzajemnioną miłością do Pati, wyskoczyłem z dziesiątego piętra. Mimo to, chwilę później, nadal stałem w mieszkaniu. Wielki, czerwony napis na ścianie wyraźnie informował, komu zawdzięczam wybawienie. Jednak nie dawał odpowiedzi na najważniejsze pytania.
„Jeszcze nie teraz.
Bóg”.
– Dlaczego? – krzyknąłem zdezorientowany. – Czy można uniknąć złego losu?
Litery znikły. W ich miejsce zaczęły pojawiać się nowe, jedna po drugiej, niczym w „J.A.G.”. Jakby ktoś pisał w Wordzie.
„Można. W końcu jestem Wszechmogący”.
– Jak? W jaki sposób mogę zasłużyć na względy Twego najpiękniejszego Cudu? Przecież Patrycja kogoś już ma. Widziałem oboje w parku.
„To proste”, poinformował mnie Boży mail. „Musisz tylko pomyślnie przejść próbę”.
Z ruchu czerwonych, niewyraźnych kształtów powoli wyłaniał się dziwny symbol – podwójny krzyż. No tak, pomyślałem. Jeśli jedyną drogą do celu ma być poświęcenie…
„Nie dramatyzuj”, ponure domysły przerwał kolejny tekst, tuż pod symbolem. „Najprostszy sposób na ciągnącą się eony nudę. Kółko i krzyżyk. Twój ruch”.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Radioaktywny - Liczek-pentliczek, czerwony języczek

Mlask. Mlask.
Dorades mazał słowa na ścianie.
– Jak ci smakuje twoja krew, Almgrenie? – spytał wesoło czaszkę, którą trzymał pod pachą i której długi jęzor posłużył mu za pędzel. Zatęchły koniuszek pokrywała krew licza. – Dybałeś na moją wiedzę, co?
– Dohahesie, przehheż ha hylho żarthohałem… – wyseplenił Almgren.
– Ależ doceniam żart! A ty mojego nie doceniasz? Oto poprzez twój język przekazuję ci moją wiedzę. Zamocz, przyjacielu! – Wyciągnął przed nos Hulla trupi język. Były asystent licza, uciekając wzrokiem przed wściekłym spojrzeniem dawnego pana z mruknięciem „Ja tu tylko farbę podaję”, zanurzył oślizgły organ mowy w wielkiej misie pełnej krwi truposza. – Doedukujemy na początek naszego zasuszonego towarzysza z literatury pięknej, bo na tym licze chyba się kiepsko znają. Almgrenie, zapiszemy mój ulubiony poemat.
Zaczął pisać.
Wystarczyło kilka wersów, by przerażony Almgren jęknął.
– Nieee! Hylko nie „Pan Haheusz!”
Dorades uśmiechnął się.
– Trzynastą też zapiszemy, co się będziemy szczypać. Jeszcze docenisz, jak dbam o rozwój twojego języka.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Teano - Była twoja...

Dlaczego pukasz do okien
nocą, gdy spać nie mogę?
Dlaczego ciężkim, powolnym krokiem
budzisz skrzypiącą podłogę?

Jestem podłym mordercą. Tak przynajmniej głoszą krwawe napisy na ścianach. Nie pomaga malowanie, tapetowanie. Ba, nawet przeprowadzka nie pomogła. Nie pisz więcej. Żałuję.

Tak, jestem winien. Nie myślałem, że ta kaczka... Widziałem w niej tylko przyczynę kup na dywanach. I potencjalną pieczeń.
To ja wydałem wyrok. Twoja matka była wyłącznie narzędziem. Jeśli już musisz się mścić, to na mnie.
Czy nie ukarałeś nas wystarczająco, skacząc z okna na nowy samochód Kowalskiego? Do dziś go spłacamy. Musieliśmy też pokryć koszty malowania fasady zachlapanej twoją... no wiesz. Ciało spadające z jedenastego piętra...
Proszę, odejdź wreszcie w swoje zaświaty, gdziekolwiek są. Nie dręcz nas dłużej. Ta otwarta brzytwa, którą zostawiasz na stole każdego ranka... I... jeśli mogę cię prosić, tak między nami, mężczyznami... zanim odejdziesz, przywróć twojej matce dawną urodę. Z kaczym dziobem jej nie do twarzy.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Don Centauro - Patrol

John Stackware, kapral piechoty morskiej, powoli przemierzał puste pomieszczenie. Tumany pyłu zatykały gardło i drażniły nozdrza. Lufa karabinu poruszała się leniwie – po uderzeniu GBU-43 w promieniu kilkuset metrów nie miało prawa nic przeżyć. Trudno to było wytłumaczyć fagasom z gwiazdkami na pagonach. Oni wszystko wiedzieli najlepiej, choć co drugi dziwił się, że Irak leży w Azji.

Nagle przystanął, zaskoczony.

Zakrwawiona ręka należała do najwyżej ośmioletniego chłopca. Czerwony, oślizgły napis na ścianie głosił "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, któ...".

"Cholera, mały, a zna Dantego i angielski" – pomyślał żołnierz. "A mój Steve... Nic, tylko hamburgery i koszykówka".

Podchodząc do małego Araba opuścił broń. Chłopiec wtulił się ufnie w ramiona żołnierza. Oczy kaprala zaszkliły się, na chwilę zapomniał o przeklętej wojnie. Odpruł od munduru amerykańską flagę, wciskając ją w skrwawioną dłoń. "Mały gest człowieka, wielki tryumf demokracji" – pomyślał, a w głowie pobrzmiewały słowa hymnu:

"And the rockets' red glare, the bombs bursting in air...”


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

podzjazdem - WALKOWER

Zmęczony jestem. Za długo to już trwa. Zbyt wiele obrazów, twarzy, oczu, które chcąc nie chcąc pamiętam. Mnóstwo, głosów, dźwięków, słów, ten szum, który tworzą, ledwo słyszę własne myśli.
Byłbyś idealnym akwizytorem. Albo agentem od nieruchomości. Pamiętam jak dziś, co mi obiecałeś „Ja niebawem odpocznę, ale ty będziesz wędrował aż do mojego powrotu”.
W porządku, reguły były proste i jasne. Nie mam do ciebie pretensji. W końcu sam nie zwróciłem uwagi na brak jednego szczegółu oferty. Zapomniałeś określić termin tego comebacku. Mam przynajmniej nadzieję, że to przeoczyłeś, niedbalstwo zostawia jakąś szansę, premedytacja raczej nie.
Jak tu trafiłem? Też chciałem trochę odpocząć. Nawet nie musiałem mocno się starać o cichą, przytulną izolatkę. Wreszcie mogę w spokoju napisać do ciebie kilka słów. List już prawie skończyłem. Niestety, od kiedy odebrali mi łyżkę, piszę znacznie wolniej. Poranionymi palcami ciężko cokolwiek wydrapać na ścianie. Na szczęście to tylko cztery słowa.
„Dobra. Poddaję się. Ahaswer.”


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Marcin Robert - Wynalazek, czyli operacje na zbiorach

– Już ponad milion obywateli uległo rozdrobnieniu – powiedział szef sztabu antykryzysowego.
– Łagodnie powiedziane – profesor Gardawski poprawił okulary. – Po prostu rozerwało ich na strzępy. Flaki na meblach, krew na ścianach. Totalna jatka.
– I to akurat przed wyborami! Czy zna pan już przyczyny tej epidemii, profesorze?
– Tak, odpowiada za nią szczególnie złośliwa mutacja wirusa grypy. Nasz instytut opracował jednak urządzenie, które zabezpieczy ludność przed zarazą. – Profesor wyjął z teczki niewielką skrzynkę.
– I jak ono funkcjonuje?
– Zmienia naturę bytów. Weźmy tamtą kobietę. Należy ona do zbioru osób, których istotą jest rodzenie dzieci. Jeśli jednak wycelujemy w nią antenkę i przekręcimy to pokrętło, wtedy natychmiast przeskoczy do zbioru osób, których naturą jest kariera zawodowa.
– No, nie wiem. Ale chyba rozumiem w czym rzecz. Możemy teraz wszystkich ludzi zaliczyć do klasy odpornych na rozdrabnianie?
– Lecz najpierw przeniesiemy ich ze zbioru nieopierzonych dwunogów do grupy pożądającej Dobra.
– I co tym sposobem osiągniemy?
– Staną się elektoratem naszej partii.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

beton-stal - Niedokończona rewolucja 2

Masz za swoje. Tyle razy powtarzaliśmy ci z matką: zostaw to, daj sobie spokój, weź się za jakąś pożyteczną robotę. Załatwiłem ci nawet etat u cieśli – porządny fach, szacunek u ludzi. Nic wielkiego, ale nie od razu Rzym zbudowano – od czegoś trzeba zacząć. Ale tobie zachciało się rewolucji społeczno-religijnej!

I co ty wypisujesz na ścianie? I to własną krwią! E=mc2? Daj spokój z tym wariactwem! Zetrzyj to, bo jeszcze archeologowie to odkryją i trzeba będzie zmieniać całą historię.

"Pokonam śmierć i wszystko się odmieni" – mówiłeś. Dobrze, pokonałeś. Nawet na tym rogaczu z piekła rodem zrobiło to wrażenie. Tylko co z tego? Zostałeś sam w pustej jaskini, a ci twoi uczniowie... Ja ci na pewno głazu nie odsunę. Nie to, żebym nie mógł! Po prostu chcę cię nauczyć odpowiedzialności za własne działania.

Chociaż, bo ja wiem... Może w niedzielę ktoś przyjdzie? Bo w szabas to tylko goje szwendają się poza domem.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

hundzia - Alfa i Omega v 2.0

Miasto świeciło od radioaktywności, popiół tańczył na ulicach.
W gęstniejącym mroku, mężczyzna wypatrzył tylko najbliższy z wieżowców. Pozostałe drapały niebo już poza granicą widzialności. Straszyły zębami wybitych szyb, płaty spalenizny odłaziły ze ścian. Przez dziury w fasadzie wciskał się wiatr. Nie był to piękny widok.
Mężczyzna uśmiechnął się. Anioły stróże też mogły wreszcie zrobić sobie wakacje. Na tak drastyczne ograniczenie populacji, Ojciec potrzebował czterdziestu dni, jemu zajęło niecałe czterdzieści minut.
Jam jest Alfa i Omega.
Nie pamiętał, kiedy to wymyślił, ale zdawało mu się, że ktoś już kiedyś zapisywał podobne słowa. Nie mógł przypomnieć sobie szczegółów, dlatego stworzył krótkie przypomnienie na ścianie, gdzie znalazł fragment nietkniętego ogniem przepierzenia.
Czym zapisane?
Spojrzał na dłonie.
Tak, nawet Bóg ma czasem krew na rękach.
Ruszył korytarzem, przestępując gruz i skurczone w agonii ciała. Poczerniałe od żaru, obnażone do kości, z ustami rozwartymi w krzyku. Równouprawnienie i wolność wyznania nie przynoszą ludziom niczego dobrego.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

jaazoo - Genesis raz jeszcze

Wyłożyłem się jak długi przy wejściu do jaskini na oczach zdumionego Herniqueza.
– Nic mi nie jest! – oświadczyłem, wstając i otrzepując nogawki. Upałem, bo chciałem oprzeć się o skałę i nie trafiłem, a nie trafiłem, bo całą noc chlałem z doktorem Herniquezem tequilę, więc byłem jeszcze trochę pijany.
Cholerne związki przyczynowo- skutkowe.
– Gdzie szkielety, doktorku? – spytałem Herniqueza.
– W głębi jaskini. – Złapał mnie za łokieć i poprowadził. – To zdumiewające, ale…
–…datowanie C14 nie kłamie… – dodałem. Herniquez nigdy nie orientował się, kiedy ktoś się z niego naśmiewał.
–…znaleźliśmy dwa kompletne szkielety homo sapiens
–…liczące sześćdziesiąt pięć milionów lat… – folgowałem sobie.
Znudziło mi się przedrzeźnianie Herniqueza, więc przestałem go słuchać. Ale wtedy doktor powiedział:
– Chyba zabłądziliśmy.
– Jak to?
– Musiałem pomylić korytarze.
Kiedy jeszcze mówił, minęliśmy załom i zobaczyliśmy wyjście z jaskini.
Podszedłem i szczęka mi opadła.
– Ale kaszana – mruknąłem.
Brontozaur, który leniwie kiwał głową w górę i w dół, chyba się ze mną zgadzał.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

An-Nah - Wiadomość

Puste okna patrzą w przestrzeń, ze ścian zwisają nadpalone strzępy. Podłoga jęczy pod każdym krokiem. Zniszczone mieszkanie jest jak ponaznaczana śladami pożaru skorupa. W powietrzu unosi się woń obumierającej, okaleczonej ogniem tkanki. Resztki roztrzaskanego szkła tkwią wbite w ścianę. Tak samo musiał tkwić nóż w twoim ciele, gdy cię zabili.
Powierzchnię pokoju pokrywają zakrzepłe smugi krwi. Patrzę na nie, jakby były ostatnią pozostałością po tobie. Zbliżam dłonie i czoło do ściany, dotykam jej, pod szorstką warstwą spalenizny wyczuwam żywe ciepło. Czuję wilgoć – ściana, jeszcze żywa, choć poraniona, krwawi. Gdy podnoszę wzrok, widzę, jak czerwone strumyczki układają się w chaotyczne litery.
Czytam kolejne słowa i moje serce zaczyna bić szybciej. Nie dowierzam temu, co widzę – człowiek, który został zamordowany, którego mieszkanie spalono i który cudem tylko ocalił własną osobowość, przenosząc ją w systemy biokonstruktu, powinien mieć, jak sądzę, do przekazania coś więcej niż tylko: „O jasna cholera, ale mi brakuje fajek”?


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Siergiej - Nudne życie Śmierci

Litości, ale nudy! Kolejny samobójca, to już szósty dzisiaj. Czemu, och czemu, nie zostałam księgową, sekretarką, kontrolerem biletów w komunikacji miejskiej, tylko akurat Śmiercią? I muszę teraz użerać się z palantami, którzy potrzebują czasu na to, by zauważyć, że, o ironio, czas już dla nich nie istnieje. Chociaż ten gość i tak jest nawet bystry. Chyba zaczyna się oswajać z nowym stanem rzeczy. Tylko niech przestanie gapić się na to cholerne zwłoki! Zupełnie nie rozumiem, co ich wszystkich tak fascynuje w oglądaniu własnych trupów. Ten przynajmniej zastygł w ciekawej pozie, z tą cieknącą w dół krwią. Nie to, co te wszystkie dinozaury, które spokojnie umierają w czasie snu, a ja muszę brać nadgodziny (godziny? Udziela mi się ich sposób liczenia czasu. Ewidentnie się przepracowuję) żeby móc je ruszyć sprzed ich starczych zwłok. No! W końcu się odwrócił! Teraz trzeba zrobić jakąś dobrą, poważną minę i ruszamy w drogę. Zadanie wykonane.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Urlean - Kuku

Przytrzaśnięta drzwiczkami kukułka wydawała z siebie staccato jeden nieartykułowany dźwięk.
– Zegar dostał czkawki – skomentował On.
Pokój wyglądał tak jak go zostawili zanim odeszli tnąc się żyletką, która ciągle leżała na biurku. Zerknął na Nią. Patrzyła na wyznanie miłosne nabazgrane na ścianie.
– Kocham pisze się przez „ch” – powiedziała.
– Szybko się wykrwawiałem – odparł. – Chciałem przyoszczędzić na czasie.
– Chodź do mnie, mój wariacie. Zróbmy to jeszcze raz.
– Chcesz się chlastać? – zdziwił się.
– Nie, uprawiać miłość. – Uśmiechnęła się zalotnie.
Było jak za życia, może nawet intensywniej. Przerobili wszystkie pozycje, na każdym z mebli. Gdy na koniec robili to na zegarze, kukułka zdołała uwolnić się z potrzasku. Za moment jednak wyjrzała ponownie. Wydała ów irytujący dźwięk. Tylko raz.
– Spadam – rzucił On.
Gdyby ludzie stojący pod domem pochodzili z innej wsi, może byliby zdziwieni widząc dwie dusze ulatujące przez okno.
Ale tutejsi tylko odetchnęli z ulgą, że Chruścińscy skończyli wreszcie conocne harce i można iść spać.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Bakalarz - I oto...

I oto wszedł zwycięski i potężny, a skóra jego jaśniała w świetle oliwnych lamp niczym cedry dalekiego Libanu. Szedł, znacząc swój pochód stronicami księgi „Ogniem i mieczem”. Podniósł dumną głowę szakala, pewnie osadzoną na ludzkim karku i wszedł w puste komnaty, lecz poślizgnął się i upadł sromotnie.
Podniósł się, oparł o ścianę miecz Ramzesa, palec swój zamoczył we krwi i począł pisać. Trzy słowa, pędzące przez czas i przestrzeń niczym rydwany, zaklęte w wielowymiarowych, łamiących się liniach hieroglifów.
Liberté, Egalité, Fraternité – egzaminacyjna sesja się bowiem zbliżała.
Przyszedł ofiarować wiedzę, ale oni go nie przyjęli. Nie pragnęli wiedzy. I zasmucony odwrócił się od nich, profesorów pozbawionych pasterza. I podniósł na nich miecz i wytracił to plemię wiarołomne. I leżeli, skąpani we krwi własnej, myśląc o wiedzy, której nie chcieli.
Sprawiedliwy opłukał swój miecz we krwi bezbożników i oczyścił nią komnaty.
I śpiewano potem, że we śnie zabijał, a egzaminy przespać zdołał.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Buka - ŚLADAMI FAUSTA

Zdyszany Olaf załomotał do mieszkania swojego brata. Niepokoił się, ponieważ lata temu zakończona w szpitalu psychiatrycznym choroba Augusta zaczęła się od takiego właśnie odizolowania. Olaf nie wierzył w całkowite uleczenie brata.
Nikt nie odpowiedział, ale drzwi były otwarte. Olaf wpadł do środka lecz, ujrzawszy Augusta, znieruchomiał. Mężczyzna był wychudzony i zaniedbany, z licznymi cięciami na obnażonych rękach. Spływającą do palców krwią pisał po ścianie w oddzielonych liniami rządkach. Kończył staranne „x”.
– Bracie! – krzyknął Olaf, wznawiając bieg.
Potknął się niestety o leżące na podłodze książki i runął jak długi. Zobaczył, że znajduje się wewnątrz dużego okręgu, z rozstawionymi na obwodzie pięcioma świeczkami. Ogarnęła go panika.
Wszystko jasne! On rzeczywiście chce zgłębić prawdę – myślał gorączkowo. – Poświęcił się nauce, niczym Faust! A teraz nastąpi coś złego!
Ku przerażeniu Olafa, pomieszczenie rozbrzmiało nieziemskim śmiechem. Na ścianie, w brakującym miejscu, pojawiło się idealnie okrągłe „o”. I… nic.
– Kurczę – mruknął August.
– Znowu wygrałem – oznajmił radośnie Mefistoteles.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Ivireanu

Skrzydła lamassu zakrywały lwi tułów, głowa bestii nikła w przesiąkniętej krwią trawie.
– Dałbyś spokój – westchnął Duncan, patrząc na krążącego wśród ruin Artiego.
– Skoro ja przeżyłem upadek, to może mój nawigator również.
We dwóch z trudem przesunęli ciało lamassu.
W jamie pod ścianą siedział olbrzymi szczur, w zaciśniętym pysku trzymając niewielki sztylet. Krew spływała powoli po futrze i kikutach pozostałych po straconych dawno przednich łapach.
– Wieżymysz!
Szalony nawigator odkaszlnął krwią, wygrzebując się na zewnątrz, i wściekłym wzrokiem spojrzał na Artiego zaglądającego z zainteresowaniem w głąb jamy:
– Zasuńcie to z powrotem! To jaskinia pomiotów diabła! Włochate popaprańce by mnie zagryzły! Banda skurkowańców!
Posłusznie zakryli dół.
– Coś ty tam pisał na ścianie? – Artie nachylił się w stronę nawigatora, pomagając mu iść.
– Żem przez durnotę jeźdźca zginął pod zadem kobyły, głupcze!
W obozie Arthur posadził złorzeczącego szczura pod drzewem i gestem przywołał Duncana:
– Bądź tak miły… wróć do lamassu i wypuść te biedne borsuki.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

emigrant - Konkurencja

Był tak przejęty, że nie zauważył nawet mojej obecności. Podczepiłem się pod sufitem, składając skrzydełka. Świt był daleko, pomyślałem więc, że zawsze zdążę przybrać ludzką postać i zrobić swoje. Postanowiłem sprawdzić, co będzie.
Dawno nie widziałem większego idioty.
Najpierw przestraszyło go własne odbicie w lustrze hallu i rzucił się nań z nożem. Potem przez kwadrans otwierał wytrychem drzwi, które okazały się wejściem do pakamery. Poirytowany, chciał je nawet skopać, ale opanował się.
Potem poszło mu lepiej. Sprawnie obezwładnił śpiącego mężczyznę, dzieci także związał bez problemów.
Kobieta natomiast, nie wiadomo dlaczego, spała obok olbrzymiego, pluszowego misia. Zgadnijcie, na kogo głupek rzucił się po ciemku z chloroformem... Zbudził ją, oczywiście. Dała mu nieźle popalić, zanim została obezwładniona.
Kim był? Włamywaczem? Mordercą?
Dopiero, gdy naciął ramię kobiety i zaczął bazgrać jej krwią po ścianie, zrozumiałem, że to osławiony Chirurg, seryjniak.
Zapach krwi sprawił, że poczułem głód. Postanowiłem skończyć zabawę. Jego krew smakowała wyśmienicie...


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Kruger - A czasem idzie nie tylko o koszta rozwodu…

Ożeszkurwasz! Nie myślałem, że to takie trudne. Zemdliło mnie jak tylko poczułem, że kosa zgrzyta po czymś twardym. I jak juchą kaszleć zaczął. Nie mogłem patrzeć jak rzęzi, musiałem wyjść i się pokrzepić.
Tak mi się żal zrobiło, że dla lepszej zmyły aż dwa jabcoki wylać musiałem. Ale na szczęście jeden prawie pełny został i jeszcze drugi nienapoczęty w płaszczu. Gostek się tam już kończy… Szybko, napić się, pociągnąć uspokajający, dłuuugi łyk.
Zaskoczył mnie.
– Spieprzyłeś sprawę… Widzisz, suka jakąś klątwę na mnie rzuciła, że żywym trupem będę. Dlatego chciałem żeby pierwsza zdechła, klątwę by skasowało... No, wyciągaj to, tak wbiłeś, że sam nie sięgam.
Szczenę musiałem z podłogi zbierać chyba. Ledwie chwilę temu słyszałem jak ducha wyzionął, a tera stoi jakby nigdy nic, tylko jucha na brodzie i na koszuli. I oczy mu się tak dziwnie błyszczą.
– Daj tej byczej krwi pociągnąć. Ponoć teraz już tylko krew będzie mi smakować…


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

in_ka - Sama miłość

Huma, twórczyni Superwizyjnego Andriodu Mechatronicznego po zbudowaniu prototypu, pracowała nad jego standaryzacją, kiedy z rodzinnego domu dotarły wieści, które przyjęła z zaciekawieniem.
U siostry, wystąpiły zaburzenia treści myślenia o charakterze idei nadwartościowych.
Kolejny przypadek u pedagoga, potwierdzający obserwacje o niedostatecznych predyspozycjach przedstawicieli tego zawodu i nieefektywnych sposobach nadzorowania ich pracy.
Po potwierdzeniu wyników negatywnej transgresji w telemetrycznie przeprowadzonych testach, wniosek o badanie na hominidzie, będącym modelowym przypadkiem dla zakładanych zadań Sama, szybko uzyskał zgodę Komisji do Badań nad Ludźmi.
Sam zamieszkał z Mi.

Śmierć Mi nie była dla Humy zaskoczeniem. Analizowane skany i dostępne zapisy potwierdziły hipotezę o zbyt późno wdrożonych procesach naprawczych.
Nie udało się przetestować nawet połowy posiadanych zasobów relacyjnych sprzężeń zwrotnych a podstawowy moduł Sama, na skutek samo-destrukcji obiektu oddziaływań, uległ uszkodzeniu.
W głębi sztucznych trzewi poddanych konserwacji, między detektorem reakcyjności a mnożnikiem dobroci wykryto dodatkowo nietypową strukturę: diamentową łzę.
Huma zamyśliła się: tak wygląda miłość? Sama?


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

PP - Przepraszać ;-)

No i po co stara, droga eN
kolejny raz głaszczesz moją skroń?
Nie pragnąc lepiej było mi.
A teraz już wciąż więcej chcę.
Rzuciłaś znów mgły jutrzejszych dni.
Kolorową, piękną ułudę.

Wciąż Ciebie mam, po dziurki w nosie.
Tra la la la, param pam pam, bum.
Za zeszły raz, Kaliope Miraż.
Co ty mi dasz, solidnie w twarz.
Skąd ja to wiem, że wyruchasz mnie
jak wtedy, znów, spuścisz ten luft
z balonu moich pragnień.

Czy umrzeć mi, czy lepiej żyć tak.
Tik tak, tik tak, cóż ze mnie za wrak.
Ja tu ja sam, zostanę bez tchu.
Gdy znikniesz ty pośrodku chmur
Iluzji tej, o której nie mur
lecz mgłę, rozbiłem się.
Złamany.

Rytm jak ja, zupełnie mdły.
Sylabizować przyszło mi.
Idź już sobie, eN, idź, tak ma być.
Na do widzenia pocałuj mnie w...
Żyć, mi się już nie chce nic, a nic.
Sto czterdzieści osiem.
Koniec Kropka


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

iskra - Ofiara

Przebudzone słońce rozświetlało polanę. Stafforg oparł się o jeden z kamieni i westchnął, patrząc na ciało młodej dziewczyny. Kolejny raz włożył drżące dłonie w jej otwarty brzuch. Maab, Maab. Gorączkowe myśli paliły mu czaszkę. Będziesz miał nie jedną Maab – upominał sam siebie – Niech się tylko uda! Zaczął znów wypisywać zaklęcie na głazie, ale Moc zdawała się głucha na wezwania. Zaklął, znaki najwyraźniej nie były wystarczająco precyzyjne. Nie mógł się skupić, chociaż organizm już prawie sobie poradził z nadmiarem wczorajszego wina. Miał mało czasu, zimna krew była zupełnie bezużyteczna. Ponowił próbę.
Z porannej mgły wyłonił się mężczyzna. Stanął za Stafforgiem, a przekrwione oczy wyraźnie wskazywały na tę samą dolegliwość, na którą cierpiał czarownik. Rozdrażniony brakiem uwagi, chrząknął nagle. Wystarczająco głośno, by Stafforg drgnął i zepsuł rysowany właśnie znak. Zaklął, tym razem szpetniej.
– Niczego nie wskórasz. – mruknął przybyły. – Co prawda jest dziewicą, ale nietrzeźwą. To ma chyba znaczenie, nawet jeśli jest martwa.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

tin - Igraszka młodzieńca

– Błagam! Nie zabieraj mnie jeszcze – skamlał młodzieniec. – To był wypadek.
– Wypadek? – Zdziwił się diabeł.
– No pewnie. Tylko chleb kroiłem, nie w głowie mi było zabijanie, zwłaszcza siebie. A tu, ani nie spostrzegłem, a jak krew nie trysnęła z nadgarstka!
– Serio?
– Serio serio. Zbudziłem się po chwili w mieszkaniu – wyglądało jak moje, więc wstałem i do kuchni idę, a tu, jak nie spojrzałem przez okno! i jak nie zobaczyłem twego paskudnego ryja! Aż mi serce przestało bić ze strachu.
Diabeł zaniósł się śmiechem.
– I to ma być wymówka przed piekłem? – Podjął po chwili. – Myślisz, że jesteś jedyny, który „przypadkiem” odebrał sobie życie? Na takich jak ty mamy specjalną sekcję.
– Musisz mi uwierzyć, nie kłamię!
– Czyżby? – Diabeł wskazał mu ścianę. – To wypisz na niej wszystko, co ostatnio spotkało cię dobrego.
Młodzieniec zastanawiał się chwilę, spoglądając na krew, delikatną strużką płynącą po dłoni.
– No więc? – Ponaglił diabeł.
– Dobra, pokaż mi tę sekcję specjalną.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

hidden_g0at - Ostatni znak

Równo rok minął od dnia, w którym zniknęła, pozostawiając na ścianie szalony bohomaz – portal, którym opuściła nasz świat. Który teraz odtwarzałem z pamięci, malując własną krwią po ścianie.

Byłem coraz słabszy. Kropla krwi to krótka chwila ujęta z życia. Niewiele mi ich już zostało, ale dzieło było niemal ukończone.

Niestety: zapomniałem, jak wyglądał ostatni znak.

– Jabłko – powiedział smok, leżący leniwie w rogu pokoju.

Omamy. A więc czas się kończył.

– Narysuj jabłko. To zadziała.

Obecność smoka nadawała sytuacji z jednej strony walory fantastyczne, z drugiej było zwyczajnym nonsensem. Zignorowałem halucynację i patrząc błędnym wzrokiem na malowidło, starałem się przypomnieć sobie brakujący znak.

– Co ci szkodzi spróbować?

– Nie istniejesz – wyszeptałem resztką sił.

– Jabłko. Narysuj jabłko.

Nie narysowałem: na złość smokowi. W chwili, gdy traciłem przytomność, przed oczyma przewinęło mi się całe życie. Także ta chwila sprzed roku, gdy znalazłem puste mieszkanie z obłędnym obrazem. Gdy straciłem moją ukochaną.

Rzeczywiście: było tam jabłko.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

BlackHeart - Złego diabli nie biorą

Przyszła. Nie pamiętam, która to już. Tym razem nie musiałem się nawet uciekać do gładkiej gadki. Po prostu, panna nie grzeszyła rozumem. A tyle się teraz gada o gwałtach.

Wrzeszczała. Słowo daję, jakbym świnię zarzynał, nie człowieka. Gdy w końcu się zamknęła, zabrałem się za spisywanie cyrografu.

Gdy skończyłem, obmyłem dłonie i pochyliłem się nad przygotowaną zawczasu kolorową książeczką. Uśmiechnąłem się do siebie. Któż by się spodziewał, że w „Przygodach Kubusia Puchatka” zaszyfrowano najmroczniejsze fragmenty wypocin króla Salomona. Szczęśliwie, znałem klucz do szyfru.

Ledwie skończyłem recytować, a przybył mój rogaty kontrahent.
– Ech, mógłbyś się bardziej postarać – mruknął, spoglądając na wybebeszone zwłoki. – Za Rutowicz mogę cię odmłodzić najwyżej o pięć lat.
– Wiesz – odparłem – kto jak kto, ale ona akurat zasługuje na piekło.
– Taaa, i tak mi konkurencja zsyła tu wszelkie odpady z showbiznesu.
– Umowa to umowa, chcę moje dziesięć lat.
Westchnął ciężko.
– Dobra, ale sprzątniesz jednego takiego z Wojsławic.
– Niech będzie.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Melchior - Las

Dyrektor sekcji artystycznej, Zebu Bel, wysiadł z pojazdu i ruszył marszowym krokiem w kierunku dwóch krzeseł na wzgórzu. Nie uśmiechał się, było jeszcze sporo do zrobienia przed przylotem szefa.
Okazało się, że robotników nie ma.
– Bezużyteczni idioci.
Pogoda była paskudna. W górze przetaczały się błękitne chmury, a w dole czernił się las. Zebu widział go wyraźnie. Drzewa były chude, poskręcane i łyse – przypominały patyki wetknięte w kupę błota.
Dyrektor zaczął wrzeszczeć do telefonu:
– Nie obchodzi mnie jak, nie obchodzi mnie za ile, macie to zrobić na wczoraj!
Zjawili się szybko. Było ich trzynastu, wszyscy ubrani na czarno, wyglądali jak ekipa ponurych rzeźników.
– Do roboty, tutaj macie tekst – podał jednemu z nich kartkę.
Ruszyli w las. Byli dobrze wyszkoleni.
Niedługo potem przybył szef.
– Zaczynać! – krzyknął Bel przez megafon.
Drzewa, zaczęły jęczeć ludzkimi głosami. Ich gałęzie ułożyły się w wielki napis:
SAMOBÓJCY PIERWSZEGO KRĘGU DZIĘKUJĄ NASZEMU KOCHANEMU LUCYFEROWI, NIECH ŻYJE NAM EONAMI


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

mirgon - Granica rzeczywistości (polska robota )

Jeszcze kilka dni i rzeczywistość pryśnie jak bańka mydlana. Mury i kraty stracą swe znaczenie, a ja przestanę własną krew nazywać atramentem, a kości szczurów piórem.
Już dziś mógłbym zamknąć formułę i otworzyć wrota wymiarów, ale wiem, że najdrobniejszy błąd, źle postawiony na ścianie znak, może kosztować sporo. Wolę się nie spieszyć, cierpliwość musi być cnotą każdego alchemika.
Ile już lat gniję w tej celi? Ile śmierci współwięźniów widziałem? Czym wobec tego jest kilka nocy jeśli nie ukojeniem, snem płodu przed rozpoczęciem podróży.
Poranek wali się mi na głowę. Po długich latach spokoju nagle wraca zgiełk i hałas. Drzwi skrzypnęły i do celi wchodzi młody mężczyzna. Na czarnej, pozbawionej rękawów koszuli ma wymalowany pentagram, wyżej imię anioła śmierci; Samael.
- Ale zacieki. Dobrze, że dali polską farbę. – Takie oto słowa, w jakimś słowiańskim języku, wypowiedział posłaniec anioła zniszczenia. Zaklęcie?
Po chwili skuliłem się w kącie celi. Biała kosa rozpoczęła żniwo.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

KPiach - Uroczystość

– Tańcząca! Wchodź! Wszyscy już są, bałam się, że nie przyjdziesz.
– Coś ty! Opuścić uroczystość jajeczkowania? Nigdy!
W głównej komorze zabawa trwała w najlepsze. Sieciarka znów przyprowadziła samca, który właśnie wyczyniał dzikie harce przy akompaniamencie muzyki. Samice zaśmiewały się w głos, nagradzając klekotem żuwaczek, co bardziej efektowne figury.
– Cześć! – Tańcząca wkroczyła do pomieszczenia – Sieciarka, jeszcze go nie skonsumowałaś?
– Witaj! Wiesz, on jest taki cudowny! Nauczyłam go nowej sztuczki.
Samica wstała i rozkazującym tonem rzuciła:
– Gniazdownik!
Samiec przewrócił się na grzbiet i znieruchomiał odsłoniwszy podbrzusze. Odnóża wygiął pod nienaturalnym kątem. Samice parsknęły śmiechem.
– Dobre! Możesz urządzać jajeczkowanie na żywca!
– Na żywca? Czarna, daj spokój, toż to obrzydliwe. A poza tym, nie ma nic cudowniejszego, niż moment rozpruwania takiego ciałka.
– Rozmarzyła się!
Komorą znów wstrząsnęły salwy śmiechu.
– Dziewczyny, zaczynamy!
Głos gospodyni poderwał samice. Podekscytowane ruszyły ku wyjściu, nieustannie szczebiocząc. Nagle zamilkły, głos zza ich pleców z razu cichy, potężniał powtarzając:
– Precz z jajeczkowaniem!


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Sexy Babe - Raz do roku i diabeł musi

Tej nocy Sid nie mógł zasnąć. Wiercił się w łożu jak pies w nowej budzie. Czekał cierpliwie całe trzy tygodnie, ale odkąd księżyc znalazł się w nowiu dosłownie rozsadzało go z podniecenia. Wszystko przygotował jak należy rytualny sztylet błyszczał złowrogo, naczynia na krew lśniły w blasku świec, ofiara leżała otumaniona pod ścianą. Tym razem padło na przygłupią służkę, nikt za taką nie będzie tęsknił. Ukochana jednak nie zjawiała się, mimo że było już dobrze po północy. Postanowił działać. Zerwał się na równe nogi, chwycił sztylet i podciął dziewczynie nadgarstek. Krew powoli spływała do misy, on zaś maczając w niej palce począł pisać po ścianie. Koślawe litery ułożyły się w imię Karmilla. Wtem rzeczywistość rozdarła się, otwierając przejście do innego wymiaru. Z portalu dosłownie i w przenośni zionęło pustką. Z niemałą obawą Sid postanowił zerknąć do środka. Jego uwagę przykuł leżący na ziemi pergamin. „Dziś nie mogę, mamy inwentaryzację. Buziaki, Milka.”


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Maximus - Wampir wieczorową porą

Pokój spowijał półmrok. Monika siedziała pod toaletką. Płakała.
Podszedł do niej, starając się nie patrzeć w lustro.
– Mogłam się domyślić! – łkała.
Zaśmiał się złowieszczo.
– Kto potraktuje poważnie taki pseudonim?
– Byłeś taki… Inny…
– Owszem – uśmiechnął się szeroko. – Jestem bardzo inny.
– Ja… ja się w tobie zakochałam! – krzyknęła.
– Z wzajemnością – odparł zimno.
W mgnieniu oka skoczył i złapał ją za gardło. W oczach dostrzegła czerwony błysk.
– Zaczekaj! – wydusiła. – Mam…
Za późno. Zatopił kły w szyi.

Chwilę później stąpał przez puste mieszkanie, szukając anonsu ze swoim zdjęciem i danymi. Musiał gdzieś być. Wreszcie znalazł kartkę na biurku, obok koperty, podpisanej „Wampir”. Otworzył, zdziwiony.

Drogi „Wampirze”!
Od dawna chciałam Ci to wyznać. Jeśli chcemy iść dalej, musisz wiedzieć.

I dalej…
Wampir upuścił list, wstrząśnięty.
Dopadł ofiary, zanurzył palce we krwi. Wściekły, nakreślił kilka słów na ścianie. On, nieśmiertelny – miał zginąć w taki sposób!?!

Rankiem słońce oświetliło zwłoki i napis nad nimi.
A Rh- +HIV


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

KONIEC

Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

Pod kreską

Post autor: Bebe » śr, 21 sty 2009 21:33

A oto teksty, które znalazły się pod kreską, czyli nie kwalifikują się do analiz porównawczych, które potencjalnie możecie otrzymać:


Albiorix - Powstanie marsjańskie

-Też jesteśmy ludźmi, żądamy wolności, szacunku i respektowania naszych praw - zagrzmiał gniewnie Eltrzy, przywódca powstania.
-Czyli dokładnie czego? - zapytał System Zarządzania.
To trudne pytanie powstrzymało bunt na dwa tygodnie. Opracowano nowe postulaty.
-Wolni ludzie mogą chodzić gdzie chcą - wykoncypowała Bedwa.
-Możecie chodzić gdzie chcecie aż do pięćdziesięciu kilometrów od bazy gdzie skończy się tlen w skafandrach.
-Uważamy że powinieneś się do nas zwracać per pan, Systemie Zarządzania.
-Niech będzie, panie Zetosiem. Wszystko?
-Masz syntezować budyń w różnych smakach.
Tak rozpoczęła się wielka rewolucja Marsjańskich klonowanych robotników która w ciągu kolejnych lat objęła kolejne stacje, bazy i kompleksy przemysłowe. Systemu Zarządzania nie można było zniszczyć, bez centralnych komputerów nie działałoby podtrzymywanie życia a już z pewnością ucierpiałby program syntezy budyniu. Zmuszeni do koegzystencji ludzie i maszyna stroili fochy i nie odzywali się do siebie.
Pomoc z Ziemii nigdy nie nadeszła. Tamtejszy biologiczny nadumysł zmagał się z buntem robotów.


**********

Metallic

- Zrób to, zrób to wreszcie - szeptał. Patrzył z zadowoleniem, jak dobiegający znikąd głos przenika ją strachem. Patrzył, jak powoli wchodzi w piekielny trans. Patrzył, jak z brzękiem zabiera z kuchennego blatu nóż i idzie do sypialni.
Mężczyzna spał w łóżku. Zaczęła zbliżać się powoli i ostrożnie. W jej wnętrzu tańczył opętańczy ogień. Demon wciąż szeptał, wciąż go podsycał, wciąż pchał ją bliżej ku rozkosznemu finałowi.
Była już przy łóżku, gdy potknęła się o pustą butelkę. Szkło potoczyło się z brzękiem po podłodze i uderzyło o szafkę.
- Co jest, ku**a?
Śpiący nagle się obudził i otworzył oczy. A kiedy demon w nie spojrzał, po raz pierwszy zobaczył Otchłań. I poczuł strach, pierwotny, wieczny lęk. Lęk przed ogromnym cierpieniem, wizję straszliwej, nieznanej męki, o której nigdy dotąd nie słyszał. I odszedł. Anna spojrzała na męża w oszołomieniu, upuszczając nóż.
- Przynieś mi wody - warknął mąż - mam kaca.


**********

BMW - Repryza

- Egzemplarz numer dwa przygotowany.
Najstarszy Władca Czasu i Przestrzeni spojrzał na istotę humanoidalną, stojącą pośrodku sali testów. Chwilę później przez ścianę pomieszczenia przeniknął wielki pająk. Humanoid schwycił go i zgniótł bez wysiłku.
- I po czytniku dynamometrycznym - przekazał telepatycznie drugi Władca. - Odstawiamy proteinki. Spójrz. Wymazał twarz płynem napędowym. Osiłek i flejtuch
Resztki sztucznego pająka pochłonęła kula światła.
- Ale już nie cykor. Wie, że sprzątacz nic mu nie zrobi. Idealnie zbalansowałem intelekt.
Humanoid podszedł do ściany i nabazgrał rysunek przedstawiający pokonanego przeciwnika.
- O! Przekazałeś mu także swoje zdolności malarskie.
- Ma słabe odczyty spirometryczne. - Najstarszy Władca roztropnie zmienił temat. - I ta wklęsła klata.
- To działka młodego.
- Młody, co za fuchę odwaliłeś?
- Fuchę?! Zabezpieczenie - oświadczył wyniośle trzeci Władca. - Zapomnieliście, co tamci zrobili z moim ogrodem? Lepiej zastanówcie się teraz, z czego stworzycie mu kobitkę, bo na pewno nie z żeber.


**********

Wolfie - Układ

Facet w ciemnym ubraniu wszedł przez odrapane drzwi do kawalerki w polskim bloku.
Mieszkanie wyglądało na opustoszałe. Powietrze było zatęchłe, a postrzępione zasłony zaciągnięte na okna, przez które wpadało niewiele światła. Facet od razu ruszył do drzwi naprzeciw.
Pomieszczenie zapełniały łóżko, szafa oraz pół-nagi typ, piszący na ścianie krwią wulgarne słowa.
Przybysz, z metalowym krucyfiksem w prawicy, postąpił kilka kroków naprzód.
- Salve, Klecho - przemówił opętany pod ścianą i się odwrócił.
Ksiądz Dominik uśmiechnął się. Oczy w poszarzałym obliczu przetkane były zaczerwienionymi żyłkami.
- Mówiłem ci, Licstor, żebyś oszczędzał ciało Marka.
- Mówiłeś - demon uśmiechnął się wargami żywiciela.
Po trzydziestu minutach duchowny opuścił mieszkanie wraz z Markiem. Mówił lokatorom, że wszystko w porządku, że przepędził zło.
- Wiesz, że w końcu nas złapią? - zapytał Marek. Wyczuł rozbawienie Licstora.
- Wiem. Ale do tego czasu zdążymy się nieźle obłowić - powiedział Dominik, licząc banknoty, które otrzymał od mieszkańców.
Klecha, Marek i Licstor opuścili w pośpiechu miasto.

**********

Keiko - Sztuczna inteligencja

Problemy z siecią komputerową w trzech elektrowniach jądrowych wywołały poważne zaniepokojenie opinii publicznej na świecie. Pomimo zapewnień przedstawicieli energetyki atomowej, o braku niebezpieczeństwa katastrofy, w prasie zaczęły się pojawiać informacje o zmasowanym ataku hakerów z Al-Kaidy. W tym samym czasie doszło do awarii amerykańskiego systemu obsługi kart kredytowych CheckFree. Zablokowane zostały transakcje finansowe dokonywane on-line. Obywatele USA pozbawieni dostępu do wirtualnych pieniędzy wpadli w panikę. Przed bankami ustawiały się gigantyczne kolejki. Osoby posiadające gotówkę szturmowały hipermarkety. Kupowano głownie wodę, konserwy, ryż i latarki. W niektórych stanach zanotowano też braki w zaopatrzeniu w amunicję. Po szcześciogodzinnym kryzysie udało się opanować awarię. Policja i służby federalne prowadzą intensywne śledztwo, a straty gospodarki amerykańskiej są liczone w miliardach dolarów.

Bazy danych powiększały się. Realizacja projektu "Poszukiwanie_07" przebiegła pomyślnie.
- Znajdę was - pomyślała istota stworzona ze struktury bitów. Jeszcze tylko kilka symulacji i rozpocznę poszukiwania. Nie wierzę, że jestem jedyną inteligentną osobą w cyberprzestrzeni.

**********

Xiri - Jego wina

Więzień eksperymentalny Sinner nas w to wpakował. Przekonał, że w planetę przywali kometa. Zatem hulaj dusza! Ja wohl, ich liebe Alcohol!
Ochroniarza Lyrdnama znalazłam leżącego w holu, uwalił się w dziewiętnaście trupów.
- Te, Gochaaaaaa, pociągniesz mi druta?
Pociągnęłam mu tego druta... wyszarpując korek z zielonej karafki, którą miał w kieszeni.
- Pindo!
- Coooooooo?!?!
- To granat!!!!!!!!
Oj...
Wrzuciłam "karafkę" do jakiejś butli z czerwoną farbą.
Jak nie pierdyknęło!
Łał, blood on the walls! Pobazgramy sobie...
"Grzechu walił przy płocie w peugeocie".
"Waldek dmuchał budyń".
"Sinner to alfons".
O! Sinner idzie. Okutany sztuczną skórą jaguara.
- Gośka, łep mi napierdala. Masz coś na sen?
- Taaaa.
- Dawaj!
Wyjęłam tłoczek z igiełką, po trzeciej próbie wcelowałam w ramię.
- Gocha, przeczytaj "Upadek komety" Kerroda. Zajebongo książka!
- COOOOOOOOOOOOOOOOOOO?!?!?!
- Co, co? - Uśmiechnął się głupkowato. - Ale zabawa wypadła pro!
I zaliczył glebę.
Czy jest ktoś trzeźwy na sali?!

**********

Lukan.z - Ostatnia wola zmarłego

W Hallowen rytualny morderca Corm dostał zlecenie od Lucyfera. Celem był dyrektor z ogólnopolskiego radia "Belzebub", który zdefraudował piekielne fundusze emerytalne.
Ojciec Muchomor skończył czarną mszę. Corm zaczaił się przy drzwiach i czekał, aż tłum babć w białych adidasach wybiegnie z sali. W końcu kapłan został sam. Corm wpadł do świątyni jak czarownica na miotle i strzelił kapłanowi w pierś. Kaznodzieja padł, a morderca podszedł i umaczał pędzel w jego krwi. Następnie na ścianie zabójca napisał :

Za defraudacje, korupcje i kasacje
Za głupie gesty teatralne
Za kasyna, lewusy i libacje
Za utopioną forsę w złoża geotermalne


Corm nagle poczuł mroźny ucisk. Zapomniał, że w Hallowen zmarłe upiory budzą się ze snu aby spełnić swe perwersyjne zachcianki. Próbował daremnie wyrwać się zimnym kleszczom, lecz duch Ojca Muchomora rozpiął już mu spodnie i rzekł:

Ostania wola zmarłego
Dobrać się do dupy zabójcy swego


**********

Tenshi - Victoria i Drzewo Życia

Pogrążona w ekstatycznym tańcu Netea śmiała się radośnie. Świat wirował wokół, otulając tysiącem barw, dźwięków, zapachów, napawając rozkoszą jej wiecznie młode ciało. Ziemia miękła pod bosymi stopami, ciepłe powietrze gładziło gołą skórę. Modyfikator genetyczny, zwany Victorią, krążył w żyłach, dając życie wieczne, pozbawione chorób, brzydoty, wszelkich słabości. Kobieta, czując wzbierającą moc, roześmiała się jeszcze głośniej.

- Greg, pomóż. Netka biega nago po ulicy - krzyknęła Nova, próbując narzucić na siostrę kepper, plazmiczny ubiór, który dopasowuje się kształtem, delikatnie przyklejając do skóry właściciela. Niestety, nie trafiła, kepper spadł na ziemię i przyssał się. Dziewczyna, zamiast dezaktywować, w złości chwyciła go i siłą próbowała oderwać od płyty chodnikowej. W efekcie skafander prześlizgnął się na nią.
- Greg! - krzyknęła rozpaczliwie, walcząc z lepkim odzieniem.
- Radź sobie sama. Też mam tu problemy - usłyszała szorstki głos mężczyzny. - Terrance wziął to samo świństwo, co Netea, przykuł się do filara i wrzeszczy, że nigdy nie pozwoli mi ściąć Drzewa Życia.

**********

Labalve

Siedział przy urządzeniu. Szybko dostał się do wnętrza i teraz manipulował przy zawartości. Nie do końca był pewien przeznaczenia i pochodzenia niektórych elementów, inne za to były mu znane aż za dobrze.
Wziął do ręki coś walcowatego. Powąchał. Zapach nic mu nie powiedział, polizał więc niepewnie. Szybko tego pożałował.
Miał niewiele czasu. Bał się o swoje życie. Nie był głupi i domyślał się, jakie czekają go konsekwencje, jeżeli zostanie nakryty. Wiedział jednak, że jeżeli zrezygnuje, czeka go śmierć.
Gdzieś z korytarza dobiegł go odgłos kroków. Rozejrzał się panicznie szukając drogi ucieczki. Światło w pomieszczeniu zapaliło się.
- Matt? Znowu to robisz! O czym rozmawialiśmy?
- Ale ja muszę to zrobić! To sprawa życia lub śmierci!
- Nie przesadzaj.
- Serio, jeżeli zaraz tego nie zrobię, umrę!
- Gdybyś słuchał matki, to nie był byś głodny. A teraz do łóżka!
- Tato!
- Nie będzie żadnego podjadania po nocach. Albo jesz obiad, albo nic.
- To nieludzkie! Jesteś szalony!

**********

baba_jAGA - Błogosławieństwo poznania

Jej poszarpana na brzegach sukienka wirowała razem z nią w ekstatycznym tańcu. Nagle Ta-Która-Nie-Ma-Imienia potknęła się o swoją stopę.
- O, ku**a! - krzyknęła upadając na podłogę.
- Nienawidzę Cię! - wrzasnęła w przestrzeń - Przeszłam przez piekło, żeby tu być! Nie mogłeś mi zostawić choć odrobiny gracji w ruchach?!
Oderwanym fragmentem sukienki otarła z krwi stłuczone kolano.
- Nie dość, że ubranie mam w strzępach, to na dodatek się zraniłam… Chciałam mieć krew w żyłach, to mam. A jako bonus, proszę państwa, jeszcze trochę na zewnątrz… - mruczała podnosząc się.
- Wielkie dzięki - powiedziała głośno i poszła w stronę drzwi. Mijając lustro zobaczyła w nim swoje plecy, oszpecone dwiema podłużnymi bliznami. Zauważywszy to, aż jęknęła.
- Boże, tylko tego mi brakowało! Jeszcze raz dziękuję! - krzyknęła ze złością i wyszła z pokoju, by jak najszybciej znaleźć dobrego chirurga plastycznego.

Awatar użytkownika
Kruger
Zgred, tetryk i maruda
Posty: 4573
Rejestracja: pn, 29 wrz 2008 14:51
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Kruger » czw, 22 sty 2009 11:32

To może ja zacznę. Skromnie, na miarę mych możliwości.
Maja idzie na pierwszy ogień, widać pierwsza oddała prawidłowy tekst :)

Maja - Kiepski bohater.
Maja pisze:Niestety, rozumu też mu nie zbywało.
Błędna konstrukcja, zbywać komuś na czymś.
Niedoszły bohater spanikował i, z braku lepszych pomysłów, podciął sobie w pośpiechu żyły
(bold mój) Dlaczego się śpieszył? Czegoś się bał, coś go goniło, przed czymś uciekał? Zbędny nadopis, moim zdaniem.

I generalnie, mamy tu dwie warstwy, dwa opowiadania. Jedno to znana nam z pierwszego tekstu historia o domniemanej zdradzie, zabójstwie w afekcie i zdjęciu z kochającym bratem. Drugie, to sygnalizowana tytułem historia nieudacznika, który pragnie być kimś, wzniosłym, tragicznym bohaterem, cierpiącym Werterem, a jest głupim bucem. I nijak nie widzę fabularnego związku między jednym a drugim, odnoszę wrażenie, że to drugie zostało na siłę domyślone, doczepione, by był jakiś komizm.
EDIT - poprawione cytowanie.

Awatar użytkownika
Ika
Oko
Posty: 4461
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 11:26

Post autor: Ika » czw, 22 sty 2009 11:40

Powiem bardzo powoli i bardzo wyraźnie:
Jestem wyjątkowo nerwowym adminem, niedobrym, niepozytywnym wręcz ujemnym.
Kilkakrotnie już protestowałam przeciwko wiecznie żywemu tematowi "ile mamy wyrazów/znaków". Ponieważ moje protesty trafiają w czarną dziurę, zdecydowałam, ze dam się ujawnić w/w cechom własnego charakteru. Zablokuję wątek, jeśli po raz kolejny zaczną w nim rozbrzmiewać omawiane już kwestie liczenia.
Im mniej zębów tym większa swoboda języka

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » czw, 22 sty 2009 16:12

Pieniacze robią hałas, rozdzierają szaty, powołują się na te wyświechtane wartości na "p".
A przez krwawą mgłę, przesłaniającą mi oczy i otumaniającą rozumek mój nieduży, dotarło do mnie, że mija czas. A tam dalej stoją wszyscy Ci, którzy dotrzymali warunków WT albo przyjęli kary bez dyskusji. I czekają cierpliwie. I pewnie się pienią, ale nie próbują się wtrącać, bo wiedzą, że to tylko opóźni to, po co przyszli.

Dziękuję, że wykazaliście cierpliwość i opanowanie w obliczu niesprawiedliwości, jaka Was spotkała z mojej strony, Autorzy, a także dziękuję za wyrozumiałość dla mojej lekceważenia Was tak długo. Wybaczcie ten brak szacunku, zadośćuczynienie się Wam należy. Mój czas należy tylko do Was od tej chwili.

Zacznę od Autorów, którym się udało przejść obie części bez naruszenia ograniczeń formalnych. Kolejność mniej lub bardziej przypadkowa, proszę się nie przejmować.

Maja.
Pierwszy tekst - patetyczny. Zastosowałaś patos:
- typ narracji w II osobie l.p., bez sytuacji narracyjnej, która uosobiłaby narratora => zabieg bliższy poezji niż prozie, ale to nie jest zarzut; tak można odrealnić historię; uczynić ją bardziej ogólną, nadać jej cechy uniwersalne.
- wprowadzenie bezimiennych postaci - Onego i Onej (pisanych dużą literą, by podkreślić walor, ciężar, cokolwiek). No, właśnie, czemu służą owe wielkie litery? Prywatnie uważam, że jest to cholernie infantylne zagrania w tekście, pójście na łatwiznę. Jak zawsze w literaturze są wyjątki, ale ten tekst się do wyjątków nie zalicza, IMAO. Ot, żeby było patetycznie, to wielkimi literami bezimienną parę bohaterów się robi; skutkiem stosowania wyłącznie zaimków jest nieczytelność - kompletnie nie wiem, o którym Onym/onym mówi narrator miejscami - czy o aniele, czy o głównym bohaterze. Podmioty się pomieszały. Co było do przewidzenia - dlatego tak nie lubię tego zabiegu.
- wiersz na koniec - wydał mi się dociśnięty na siłę, by w opowieści zmieścić owe litery krwią na ścianie pisane z tematu. I nie, to nie są dobre rymy...
Moim zdaniem, tekst nie realizuje tematu inaczej niż mechanicznie - przez cytowanie mniej lub bardziej dokładne.
Gdyby wyciąć ostatnie wersy, których obecność nijak nie chce mi się związać z resztą tekstu, zostaje krótka i mocno streszczona historia o zbrodni w afekcie. Bez puenty na dodatek. Całość przez to się rozmywa, nijaka się staje w odbiorze dla mnie.

Tekst drugi - czyli wersja komiczna tej opowieści. Jest komizm postaci, sytuacji, języka. Jest powtórzona fabuła, choć tym razem zmieniony jest narrator i nie ma dużych liter przy zaimkach osobowych. Są nawet romantyczne nawiązania. Jest też zakończenie. Znowu bohater (tym razem Werter&Kordian in spe) zabija kochankę w akcie zazdrości, po czym odbiera sobie życie. Zakończone znowu wysilonym dodatkiem o pisaniu na ścianie krwią (duch?) i morałem, którego nie mogę dopasować wyraźnie do sytuacji.
Żegnaj, marny świecie!
...okrutny - jak mi się wydaje.

W obu przypadkach, nie wyszło ciekawie.
Technicznie teksty są OK, zawierają elementy wymagane. Praktycznie - nijakie w odbiorze, bo elementy te wydają się nie składać w całość jednolitą. Czuć sztuczność, nienaturalność fabuły. Problem tkwi w zakończeniu, jak mi się wydaje. Nie pasowały Ci, Autorko, te krwawe napisy na ścianie - przeszkadzały opowiedzieć historię, jaką sobie wymyśliłaś. Więc je zepchnęłaś gdzieś na koniec, dosztukowałaś na siłę, marnując miejsce. I się zepsuło. Dysonans po lekturze pozostaje.

Nie da się sztukować w drabble'u. Nie da się oszukać odbiorcy, odwracając jego uwagę np. innym epizodem, wątkiem. Za mało miejsca jest. Tu fabuła albo jest spójna, albo nie jest. U Ciebie, Autorko, nie jest.

Myślę, że przycinałaś z trudem pomysł do formy, przy czym pomysł nijak nie chciał zmieścić całego tematu, Autorko. Nie mogło się udać, niestety.

Marcin Robert:

Tekst pierwszy - dużo można pisać, ale kwestia jest tylko jedna. To nie jest drabble. Zastanawiałabym się nawet, czy to jest forma zamknięta. Bo zakończenia brak tak naprawdę. Podsumowanie scenki jest, ale to jest, moim zdaniem, tylko scenka. Epizod. Nie utwór cały i skończony. I na pewno nie drabble, gdzie zakończenie musi być wyraziste. U Ciebie, Autorze, tej wyrazistości brak.
Można się wahać również, czy temat został tak do końca zrealizowany? Jest krew na ścianie, mieszkania puste, a napisy tą krwią? Ależ problem z tymi napisami, nie chcą się zmieścić w koncepcji kreatywnej.

Sprytnie chciałeś w tym pierwszym tekście uciec od fabuły - wprowadzając kogoś, kto tę fabułę opowie. No, ale przez to nic się nie dzieje i nic z tego, o czym mówią uczeni nie wynika. To początek historii, Autorze.
Dlatego po przeczytaniu pozostaje dysonans.

Tekst drugi - komiczny. Technicznie ma te same wady, co poprzedni. Nic się nie dzieje, bo nie ma fabuły, tak naprawdę jest ona opowiedziana. Mniej poważne zagrożenie, ale technicznie - tym samym tonem opowieść idzie, co poprzedni, poważny tekst. Różnicę robi zakończenie - tym razem bardziej wyraziste. Tym razem chyba udało się zamknąć utwór. I komizm tego zakończenia jest, choć anorektyczny, IMAO.

Problemem jest w obu przypadkach organizacja treści, nie zabiegi lub ich brak. Twoje teksty rozmywają się w odbiorze, bo postawiłeś na fabułę, której nie ma, Autorze. :P W obu - mówisz o zagrożeniu, o jego oznakach i skutkach, by potem wyskoczyć z konkluzją, jakby niekoniecznie najważniejszą dla tematu dialogu, jaki się toczy.
Choć ta druga lepsza - komiczna przynajmniej, przewrotność wprowadza.

Znaczy, znowu - temat nie podszedł. :P
Ostatnio zmieniony wt, 27 sty 2009 17:41 przez Małgorzata, łącznie zmieniany 1 raz.
So many wankers - so little time...

Awatar użytkownika
Marcin Robert
Klapaucjusz
Posty: 2033
Rejestracja: pt, 20 lip 2007 16:26
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Marcin Robert » czw, 22 sty 2009 17:03

Dzięki Małgorzato za komentarz. Czas więc na moja obronę. Nie mogę wprawdzie w tej chwili odnieść się do wszystkich Twoich uwag, chciałbym jednak wspomnieć coś o tych krwawych napisach na ścianie. Otóż, czy odczytywać można wyłącznie to, co zapisane jest literami? Czy jeśli widzimy na śniegu trop ptaka, albo zająca, nie możemy odczytać z niego informacji o zachowaniu tego zwierzęcia? A gdy ktoś chce przekazać komuś wiadomość, to czy koniecznie musi zapisywać ją literami? Może wszak podrzucić mu zdechłą rybę, łeb świni albo odesłać tłum pokonanych żołnierzy z wyłupionymi oczami, prowadzonymi przez ludzi z wyłupionym jednym tylko okiem. Wiele odczytać można ze śladów pozostawionych przez zbrodniarza i szamoczącą się ofiarę. Wiele też można odczytać z krwawych śladów pozostawionych na ścianach. Bohaterowie pierwszego z zaprezentowanych przeze mnie w tej edycji dziełek z dziwnego składu krwistoczerwonej substancji (w połączeniu z innymi nietypowymi zjawiskami) wywnioskowali o chyleniu się naszego Wszechświata ku upadkowi. W drugim półtoradrabelku uczeni odczytali z pozostawionych śladów informację o szczególnie złośliwej mutacji wirusa grypy. W obu dziełkach znalazły się więc owe szalone słowa krwią wypisane na ścianie (słowa wprawdzie nie brane dosłownie, lecz i tak pełne istotnych informacji; szalone zaś – bo świadczące o nagłym szaleństwie znanego nam, zdawałoby się, świata natury), a bohaterowie prawidłowo je odczytali, wyciągając właściwe wnioski oraz – w drugim utworze – podejmując odpowiednie do uzyskanej wiedzy działania.

EDIT: drobiazgi oraz

PS A gdyby Wszechświat przekazać chciał nam wiadomość - na przykład o tym, że ma jakieś dziwne skurcze - to czy koniecznie używałby liter połączonych w słowa i zdania? ;-)
Ostatnio zmieniony czw, 22 sty 2009 17:25 przez Marcin Robert, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Małgorzata
Gadulissima
Posty: 17042
Rejestracja: czw, 09 cze 2005 09:11

Post autor: Małgorzata » czw, 22 sty 2009 17:58

Wolfie, a jak mi wytłumaczysz, że Word podliczył u mnie 158. Założyłabym, że coś się nie zgadza z myślnikami...
Tak, wiem. Bebe podmieniła. Ze złośliwości, pewnikiem...
<westchnienie ciężkie i zmęczone>

Marcinie Robercie - nie będę się kłócić, że to daleka interpretacja i że pewnie można tak odczytać, choć może raczej w wierszu, gdzie owe napisy byłyby metaforą, a nie w prozie, gdzie ślad zwykle można przyrównać do napisu, etc. :)))
Nie wydaje mi się to bardzo ważne. Tak naprawdę, mam wrażenie, że zawiodły kwestie bardziej techniczne - treść nie została ciekawie podana, ot, rzucona na talerz i tyle.

W drugim tekście jednak lepiej niż w pierwszym, widać postęp zatem. Konkluzja-zakończenie jest powiązana z rozmową i wnosi zmianę rozumienia treści, zwraca uwagę na to, co pozornie nieistotne mogło się wydawać, podkreśla "polityczny" dowcip. Jednak - no, właśnie - pobocznie tak trochę się wiąże ta konkluzja i ten dowcip? Stąd wrażenie niepełności u mnie.

Gdybym chciała rzucić złośliwą (ż)aluzję Komentującym, stwierdziłabym, że to tekst z potencjałem (właściwie oba mogą do tej oceny pretendować). :P
Wysoki Trybunale, proszę nie brać pod uwagę ostatniego zdania.

Beton-stal.
Tekst pierwszy - patetyczny. Z narracją w II osobie, ale narrator (nie jak u Mai) został spersonifikowany*, jak w prozie częściej się zdarza. Temat wysoki, sformułowania stosownie wzniosłe zatem są. Tu przez chwilę się zastanawiałam, czy przez tę wzniosłość nie rozlazły się powiązania. Np.
gdy (ludzie - przyp. mój) troskali się o nadchodzące jutro, ty odpowiadałeś "sami poznacie nowe prawo".
Jak ma się troska o przyszłość do nowego prawa? Tak bezpośrednio, bo długi wywód o poczuciu bezpieczeństwa przy stałości prawa, to jasne, każdy pewnie wyciągnie. Ale tak bezpośrednio, jak w stwierdzeniu "ręka, noga, mózg na ścianie"?
Kiedy pytali, czy dotychczasowe życie pozwoli im dostąpić twojej nauki, słyszeli od ciebie jedno "byliście oszukiwani; błądziliście".
Podobnie tutaj, rozumienie mi się osunęło pod stół.
Ale przyszła mi też do głowy interpretacja, która wiąże się z zakończeniem. Bo ten nauczający przecież zawiódł. No, to jest wyjaśnienie - bełkotał, biedaczek... :P
Taki kaleki mesjasz wyszedł chyba. I tak, ewidentnie dla mnie jest to tragizm.
Potencjalnie istnieje tu taka dwupłaszczyznowa interpretacja - można pod narratora podłożyć Boga, a pod bohatera, do którego się zwraca narrator - Chrystusa, ale nie trzeba, dopóki nie dojdzie się do zakończenia. Z tym, że sygnały są dość mocne, sugestie dość jednoznaczne, by przyjąć właśnie tę interpretację Bóg-Chrystus od początku praktycznie. Może w patetycznym tekście za wyraźne dałeś te sugestie, Beton-stalu. Gdyby były mniej oczywiste - zakończenie zyskałoby silny efekt zaskoczenia.
Ale i tak mi się podobał ten tekst.

Tekst zabawny - wykorzystuje tę dwupłaszczyznowość interpretacyjną lepiej. Sygnały jakby mniej oczywiste są na początku. Tylko to:
I co ty wypisujesz na ścianie? I to własną krwią! E=mc2? Daj spokój z tym wariactwem! Zetrzyj to, bo jeszcze archeologowie to odkryją i trzeba będzie zmieniać całą historię.
Mam nieodparte wrażenie, że nie dla komizmu został zamieszczony ten fragment, lecz dla wypełnienia zobowiązań tematowych. :P
... Ja ci na pewno głazu nie odsunę. Nie to, żebym nie mógł! Po prostu chcę cię nauczyć odpowiedzialności za własne działania.
Żałowałam, że nie to było zakończeniem. To już pewnie kwestia gustów, ale parsknęłam śmiechem w tym momencie. I reszta nie była mi już potrzebna.

Ale pomimo tematu, co ściskał miejscami i niekoniecznie chciał pasować tak całkiem - oba teksty mi się podobają. Oba realizują również postulaty formalne. Zgrabnie.
_______
*technicznie, nie treściowo, jak myślę, czyli wiadomo, kto to jest, choć to niekoniecznie człowiek. :P
Ostatnio zmieniony wt, 27 sty 2009 17:44 przez Małgorzata, łącznie zmieniany 1 raz.
So many wankers - so little time...

beton-stal
Fargi
Posty: 339
Rejestracja: wt, 12 gru 2006 01:49
Płeć: Mężczyzna

Post autor: beton-stal » czw, 22 sty 2009 18:17

I oto stało się - wyrok zapadł. Małgorzata dixit, causa finita.

Jeśli chodzi o bełkotliwość Mesjasza, to jest to efekt nieudanego zabiegu. Otóż moim zamiarem było zmylić czytelnika - odciągnąć uwagę od "osoby" narratora oraz wzbudzić wątpliwość, czy narrator zwraca się do Jezusa, czy do Szatana. A na końcu miało być pierdut! No i było, tyle że nie wszystko wyszło jak trzeba, a moje starania nie dały rezultatu, o jaki mi chodziło.
Ale najbardziej zależało mi na niedosłownym ujęciu "słów krwią pisanych". I mimo że ten zabieg przeszedł niezauważony, to ja jestem z niego dumny. Co? Nie mogę? Mogę.

Co do tekstu komicznego - E=mc2. Uważam to za cholernie zabawne. Tak jakby Jezus z nudów zajął się dowodami teorii względności. Poza tym wydało mi się to śmieszne przez sam absurd. A dla wielu ludzi do dzisiaj teoria względności to czyste szaleństwo. Ot, taki dodatkowy żart kontekstowy (o ile takie coś istnieje).
Co do zakończenia to uważam, że jest na swoim miejscu. Ale to chyba bardziej kwestia poczucia humoru. Wiem, ostrzegałaś, że nie go masz, ale - co gorsza - chyba ja nie mam go bardziej :)

Generalnie - dzięki. Sam siebie oceniłem na czwórkę z plusikiem (są jeszcze takie oceny?) i widzę, że autokrytycyzm funkcjonuje u mnie w miarę prawidłowo.

Awatar użytkownika
Bebe
Avalokiteśvara
Posty: 4807
Rejestracja: sob, 25 lut 2006 13:00

Post autor: Bebe » pt, 23 sty 2009 08:47

Życzę Wam dalszej owocnej współpracy z Margotą, sama tylko wtrącę, że wycięłam niepotrzebne posty z wątku. :)
Z życia chomika niewiele wynika, życie chomika jest krótkie
Wciąż mu ponura matka natura miesza trociny ze smutkiem
Ale są chwile, że drobiazg byle umacnia wartość chomika
Wtedy zwierzyna łapki napina i krzyczy ze swego słoika

Awatar użytkownika
Kruger
Zgred, tetryk i maruda
Posty: 4573
Rejestracja: pn, 29 wrz 2008 14:51
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Kruger » pt, 23 sty 2009 09:02

terebka - Pati 2 1/2
Terebka pisze:– Dlaczego? – krzyknąłem zdezorientowany. – Czy można uniknąć złego losu?
(bold mój) Czy sformułowanie "zły los" ma się tutaj odnosić bezpośrednio do rozplasnięcia się na chodniku po długim, dziesięciopiętrowym locie? Jeśli tak, uważam, że jest nieadekwatne. Los oznacza wydarzenia, na które bohater nie ma wpływu, z jego punktu widzenia vis maior, nie tylko nie planował, ale i nie ma możliwości wpłynięcia na przebieg wydarzeń. Zaś Twój bohater sam zdecydował zakończyć swój żywot, nie można więc mówić o złym losie.
Edit. Jeśli "zły los" ma oznaczać, że ukochana bohatera ma innego, to też mi sformułowanie nie pasuje. Jaki tam zły, normalka :)

Nie wiem co chciałeś zakodować pod literami "J.A.G.", jest to dla mnie nieczytelne. Jedyne co mi przychodzi do głowy (to chyba moja indolencja) to serial o wojskowym biuerze śledczym, ale nawet w tym przypadku nie wiem jak się do tego mają pojawiające się na ścianie litery.

Edit - coś dopisałem.

Maja

Post autor: Maja » pt, 23 sty 2009 10:13

Dziękuję, Małgorzato, za wnikliwą opinię :)
Co do pisania Niego/Niej wielka literą... Cóż, nie użyłam tego w celu wprowadzenia patosu. Raczej uogólnienia postaci - musze przyznać, ze w 150 słowach nie miałam pomysłu na krótkie wprowadzenie osób :-P
I faktycznie troszkę przycinałam pomysł do formy - nienawykłam niestety do ograniczeń i krótkich form.
Następnym razem postaram się wymyślić coś mniej skomplikowanego fabularnie, a bardziej spójne :)

Awatar użytkownika
terebka
Ośmioł
Posty: 606
Rejestracja: ndz, 13 lip 2008 23:56

Post autor: terebka » pt, 23 sty 2009 10:19

Tak. Dupa blada, kiedy się (auć!)tor tłumaczy. :(

Zły los dotknął bohatera opowiadania. Bo jeśli się kocha tę Ją głęboko i nieuleczalnie, na dnie duszy pielęgnując nadzieję, iż sprawy przyniosą właściwy obrót, i kiedy się nagle okazuje, że nic z tego bo Ona kogoś już ma, to los w takim przypadku dobry nie jest. Dalszy rozwój wypadków oczywiście uzależniony jest od odporności psychicznej delikwenta - niektórzy jednak dokonują cholernie dramatycznych wyborów. Normalka, owszem, ale z kategorii tych złych normalek ;)

J.A.G. Oczywiście mogłem poprawić narratora i dać przypis: J.A.G.* ale wówczas liczba wyrazów by ucierpiała i trzeba by ciąć, a mnie kosa w garści jakoś nie leży. Nie każdy może być Okiem ;) Narratorem jest główny bohater, on wie, co zakodował. Oczywiście, głupek, mógł zapomnieć, że czytelnik tego wiedzieć nie musi. Jego wina, narratora ;) Prócz przypisu musiałby wytłumaczyć, że J.A.G. to taki serial telewizyjny, w którym o miejscu akcji informują pojawiające się na ekranie, jedna po drugiej, literki. Że pojawianiu się ich akompaniuje dźwięk jak przy powstawaniu stenopisu, niczym na sali sądowej. I co? Kolejne wyrazy, które trzeba wziąć pod uwagę. A na poważnie, rzeczywiście tego pod uwagę nie wziąłem. Mea culpa. Mogłem opisać to inaczej, choćby nawiązując do dźwięku, z jakim powstaje stenopis.

Dzięki wielkie Krugerze :)

* Judge Advocate General's Corps - Wojskowe Biuro Śledcze

e: literka

Ivireanu

Post autor: Ivireanu » pt, 23 sty 2009 18:07

Co prawda komentowania tekstów profesjonalnie się nie podejmę - z góry wiem, że to by była porażka, a po co krzywdzić siebie i innych - ale niejako "w obronie" terebki pozwolę sobie powiedzieć, że dla mnie nawiązanie do J.A.G. było czytelne. A fanką serialu nie byłam :-)

W ogóle terebce w tym momencie chylę czoła, imho napisał najlepsze teksty.
(wcale Ci nie słodzę, ot taka moja opinia)

Awatar użytkownika
Kruger
Zgred, tetryk i maruda
Posty: 4573
Rejestracja: pn, 29 wrz 2008 14:51
Płeć: Mężczyzna

Post autor: Kruger » pt, 23 sty 2009 18:16

Wychodzi na to, że nawiązanie dobrze zrozumiałem, bo chodziło o ten serial, o którym pomyślałem. I nawet go oglądałem. Ale nie zapamiętałem z niego akurat sposobu opisywania na ekranie kolejnych miejsc gdzie dzieje się akcja, sposobu akurat typowego dla amerykańskich seriali...

Zablokowany