Who? Doctor Who!

czyli osobno o serialach TV, koniecznie rozdzielnie i przeciwpołożnie

Moderator: RedAktorzy

Awatar użytkownika
Ilt
Stalker
Posty: 1930
Rejestracja: pt, 02 paź 2009 15:45

Re: Who? Doctor Who!

Post autor: Ilt » śr, 15 sie 2012 22:43

Ach. Szczerze mówiąc nie byłem pewien o co ci chodzi, bo na upartego to od wczoraj ten odcinek mógłby być już w sieci (wczoraj był pierwszy prescreen, kolejny za 8 dni). ;)
The mind is not a vessel to be filled but a fire to be kindled.

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Re: Who? Doctor Who!

Post autor: No-qanek » śr, 15 sie 2012 23:03

"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
No-qanek
Nexus 6
Posty: 3098
Rejestracja: pt, 04 sie 2006 13:03

Re: Who? Doctor Who!

Post autor: No-qanek » czw, 13 wrz 2012 21:26

Właśnie obejrzałem Dinozaury :) Doctor Who wreszcie wrócił do formy, a już myślałem, że zniknął na dobre.
"Polski musi mieć inny sufiks derywacyjny na każdą okazję, zawsze wraca z centrum handlowego z całym naręczem, a potem zapomina i tęchnie to w szafach..."

Awatar użytkownika
Ilt
Stalker
Posty: 1930
Rejestracja: pt, 02 paź 2009 15:45

Re: Who? Doctor Who!

Post autor: Ilt » ndz, 10 mar 2013 17:20

Odliczanie do kolejnego odcinka Doktora może umilić Broadchurch z Davidem Tenantem. Pierwszy odcinek wyszedł kilka dni temu, więc świeżynka jest świeżutka. :)
The mind is not a vessel to be filled but a fire to be kindled.

Awatar użytkownika
Ilt
Stalker
Posty: 1930
Rejestracja: pt, 02 paź 2009 15:45

Re: Who? Doctor Who!

Post autor: Ilt » ndz, 19 maja 2013 08:48

John Hurt? Doktor-nieDoktor? Że hę? [/Ilt confused mode off]
Szkoda tylko, że kolejny odcinek dopiero w rocznicę (23.11).
The mind is not a vessel to be filled but a fire to be kindled.

Awatar użytkownika
Cordeliane
Wynalazca KNS
Posty: 2629
Rejestracja: ndz, 16 sie 2009 19:23

Re: Who? Doctor Who!

Post autor: Cordeliane » pn, 05 sie 2013 15:32

BBC ogłosiło dwunastego doktora!
Zabawne, że gość już grał w serialu, wystąpił w odcinku o Pompejach...
Light travels faster than sound. That's why some people appear bright until they speak.

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1583
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Who? Doctor Who!

Post autor: Q » śr, 11 mar 2020 18:25

W świetle najnowszego retconu okazało się, że Doktor był pierwotnie ciemnoskórą dziewczynką z innego wszechświata, i oryginalnym Władcą Czasu (reszta to kopie) z nieskończoną zdolnością regeneracji (mówiąc o której wprowadzono - co gorsza - DNA i klonowanie tam, gdzie nanotechnologia, albo nawet plancktech, jawiły się znacznie sensowniejszymi wyjaśnieniami).
Nie zamierzam się tu bawić w alt-rightowy hejt (zresztą światopoglądowo lata świetlne dzielą mnie od tego środowiska), ale wobec powyższego zastanawiam się kiedy dowiemy się również, iż Tony Stark (wspominam akurat o nim, bo to - z tego co się słyszy - czołowy gieroj popkulturowy obecnej doby) był adoptowanym, nie całkiem białym (vide niejaka Isaura ;)), hermafrodytycznym (i dopiero operacyjnie przerobionym na czystego chłopa) dzieckiem-imigrantem, które w dorosłym wieku pokrywa swoje rozmaite niepewności pozowaniem na stuprocentowo amerykańskiego, heteroseksualnego, macho (który to wątek wprowadzony zostanie oczywiście po to, byśmy zobaczyli w całej krasie kulturową umowność i słabą przystawalność do rzeczywistości amerykańskiej prawicowości) ;D.

Przy czym - by była jasność - nie kontestuję tu samej
zmiany płci i koloru skóry postaci
; raz - uważam, że istota tego typu dalece wykracza poza ludzkie kategorie genderowe czy rasowe (kłaniają się postludzcy bohaterowie Egana z Dukajem), dwa - , śmieszy mnie raczej daleko idąca rewizja kanonu serii, połączona z niezręczną dydaktyką - krzyczącym z ekranu "budowaliście swoją potęgę na wyzysku niebiałych (i) dzieci, brzydale!" (prawda, Brytyjczycy mają tu powody wstydzić się za przodków, ale - w omawianym przypadku - demonstrowanie poczucia winy z tego powodu wypada bodaj jeszcze mniej strawnie, niż kolonialna duma buchająca z utworów Kiplinga), no i stojące za w/w wątkiem "naukowe" wyjaśnienia trudno mi zaakceptować (jako się rzekło: coś, co od biedy można było interpretować sobie w kategoriach bliskich hard SF zostaje nagle sprowadzone do rzędu genetycznych cudów godnych komiksów o X-Men). Jednym słowem: intencje doceniam, ale wykonanie po prostu muuuszę obśmiać.
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

Awatar użytkownika
Q
Pciuch
Posty: 1583
Rejestracja: wt, 25 lis 2008 18:01

Who? Doctor Who!

Post autor: Q » pn, 22 cze 2020 09:49

Szukając optymistycznej rozrywki na trudne czasy wziąłem się ponownie za serial "Doctor Who", tym razem głównie w jego klasycznym, kręconym w latach 1963-89, wydaniu. Jeśli uznać odcinki cieszące się największą popularnością/opinią najlepszych za reprezentacyjne, to nie należy się tam spodziewać głębi na miarę najwybitniejszych odsłon "Kosmosu: 1999" czy "Star Treka" (wczesne epizody "DW" nowożytnego, odgrzewanego, zdają się wypadać pod tym względem lepiej), ale mającym słabość do SF (zwł. staroświeckiej) może się - przy odpowiednio luźnym podejściu*Które jest tu o tyle wskazane, że jest to produkcja traktująca siebie dalece mniej serio niż jej nazwani rywale, znacząco od nich lżejsza. - podobać, tym bardziej, że między scenarzystami przewijają się znane nazwiska z branży*Douglas Adams (pozostający, jeśli wierzyć okładce "Lemistry", pod przemożnym wpływem Mistrza), Terry Nation (który stworzył również "Blake's 7"), (kojarzony z w/w "Kosmosem...") Johnny Byrne; w obecnej erze dołączył do nich również Neil Gaiman (a intencjonalny, i nieintencjonalny, humor idzie czasem w dość lemowatym, tichym, czyli bliskim polskim fanom fantastyki, kierunku).

Pozwólcie, że podzielę się z Wami garścią bardziej szczegółowych refleksji o pilocie i o jednej z najsłynniejszych (i najwyżej ocenianych) historii o czwartej - uchodzącej za ikoniczną (i nie bez powodu, że odwołam się do dwu scen z jeszcze jednej słynnej, a cięższej tematycznie, historii z nią) - inkarnacji bohatera tytułowego.

"An Unearthly Child" (pierwsza story arc "DW") do dziś robi wrażenie. Mamy tam dwoje nauczycieli prowadzących prywatne śledztwo w sprawie dziwnej uczennicy, z jednej strony cechującej się zdumiewająco szczegółową wiedzą historyczną, i zdającą się wyprzedzać epokę wiedzą naukową, z drugiej - mającą kłopot z współczesnymi oczywistościami.
Śledztwo to zaprowadzi ich na śmietnisko, a następnie do wnętrza stojącej na nim budki policyjnej. I wtedy - porwani przez dziadka dziewczyny (tak, Doktora, Pierwszego!), który uzna, że wiedzą za dużo - odbędą podróż w przeszłość, stając się - nolens volens - pierwszymi (znanymi) Towarzyszami.
Prosta historyjka, ale - pomijając... dość skomplikowaną w świetle dalszych retconów sprawę humanoidalności protagonisty i jego
(noszącej w dodatku b. ludzkie imię) wnuczki
- wciąż broni się jako sprawnie napisana, choć (z obecnej perspektywy) staroświecka, traktująca siebie serio, SF. Nieźle wypada też, acz niewiele ma w sumie do zagrania, Hartnell, kreując Doktora jako postać ekscentryczną, charyzmatyczną, superinteligentną, cechującą się wybujałym ego, i... groźną (oraz potrafiącą łgać jak z nut). W każdym razie kradnącą show. (Słowa o narodzinach legendy nie będą przesadą.)
W dalszych częściach jest nieco gorzej -
dostajemy dużo polityki wewnętrznej... plemienia jaskiniowców, a w/w Władca Czasu obrywa w głowę, trafia do niewoli, i niewiele w sumie może dokonać, niemniej więzi między bohaterami się zacieśniają, a zderzenie futurystycznych wątków z epoką, w której ludzka cywilizacja dopiero się rodziła ma swoje uroki
(choć trudno nie sądzić, że doszło do serii chronoklazmów, co nie wydaje się zbyt odpowiedzialne ze strony podróżników w czasie; zwł. najbardziej doświadczonego z nich, wiadomo o kim mowa*Aczkolwiek jego postawę da się częściowo tłumaczyć obojętnością na to czy dokona ew. zmian historii obcej (dlań) planety.).

"City of Death" zaczyna się w stylu pogodno-burleskowym (nie dziwota, wśród scenarzystów był Douglas Adams). Doktor choć
ponownie opiekuje się młodszą Władczynią Czasu
, tym razem nie jest tak skupiony na przetrwaniu, jak u początków swojej ekranowej kariery - przeciwnie, zdaje się stanowić entuzjastycznego przewodnika po Ziemi, który usiłuje przekonać Romanę (czy raczej Romanadvoratrelundar) do wartości miejscowej - liczącej się w skali Galaktyki - sztuki
(z której twórcami - choćby Shakespearem i da Vincim - jak się zaraz okaże, znał się nieźle, miewając istotny wpływ na kształt ich znanych dzieł)
. Przy czym - co dość fascynujące - jego radosna, sprawiająca czasem wręcz wrażenie lekkiego, niegroźnego, obłędu, hiperaktywna błazenada już od pierwszych scen (a z rozwojem akcji coraz mocniej) wygląda na maskę skrywającą umysł świadomy różnych (nieziemskich) spraw, błyskawicznie kalkulujący i prawie mimochodem
prowadzący śledztwo w sprawie potajemnego rozwoju technologii chronomocji, kradzieży "Mona Lisy" i Obcego subtelnie manipulującego historią naszej planety
. Fabuła również z czasem coraz wyraźniej ukazuje swoje drugie dno -
pogodny kryminałek o złodziejach z wyższych sfer planujących skok stulecia, pracującym dla nich, mówiącym z godnym startrekowego Czechowa akcentem (i wyglądającym na prekursora orville'owego Aronova), a stanowiącym dyżurny comic relief, pionierze badań temporalnych, i twardym - acz początkującym - detektywie, którego skłonność do rozwiązań siłowych konfrontowana jest raz za razem z bardziej wyrafinowanym podejściem pary Time Lordów, niepostrzeżenie przechodzi w godną Lovecrafta z Vonnegutem - i wciąż zabawną! - odjechaną wielkoskalową SF, ukazującą naszą cywilizację, jako narzędzie za pomocą którego pewien pozaziemski rozbitek chciał wypracować sobie środki, pozwalające mu zintegrować swoje - rozdarte na ileś, występujących w różnych epokach, wersji (pomysł godny uwagi sam w sobie!) jestestwo - powstrzymać przeszłego samego siebie przed popełnieniem pewnego błędu i uratować ojczysty gatunek
. D.A. z kolegami są jednak dla ludzkości łaskawsi niż wspomniani klasycy literatury fantastycznej. Tamci walili nas po łbie wizją nieistotności Homo sap., oni
finalnie każą uznać boh. tyt. (w całej jego nadczłowieczej mądrości), iż ziemskie stwory na tyle przerosły cel, któremu miały służyć, że zasługują na ocalenie, choćby kosztem swego stwórcy i jego rodaków, co jest na swój sposób krzepiące. (Aha: mimochodem można się dowiedzieć skąd twórcy finalnego odcinka "TNG" - "All Good Things..." zapożyczyli scenę dialogu nad zupą pierwotną.)
A jakby tego było mało zostajemy na koniec z niebanalnie postawionym pytaniem: czym różni się (w malarstwie) bezcenny oryginał od kopii.
Dobra rzecz, choć powolne tempo rozwoju fabuły chwilami irytuje.
(Byłbym zapomniał... na osobne odnotowanie zasługuje występ Johna Cleese'a w roli złośliwie ukazanego konesera nowczesnych form artyzmu.)

ps. Poza raczeniem się starociami zrobilem też sobie powtórkę epizodu "Heaven Sent". Początkowo dość niezrozumiały (jeśli potrafi się przed sobą udać, że się go nie oglądało), choć potężny (m.in. emocjami) teatr jednego aktora i fantasmagorycznych dekoracji (współczesność ma jednak swoje uroki), budujący na pozostałym po poprzednim odcinku w widzu i w bohaterze
żalu po śmierci Clary
przechodzi niespodziewanie w
jedną z najefektowniejszych - i najbardziej przerażających pod pewnymi względami - realizacji schematu pętli czasowej w dziejach SF
, będącą zarazem studium niezłomności Doktora i - co dodam ciszej - rozwiązaniem jednej z tak lubianych przez Moffata fabularnych zagadek ("Who is The Hybrid?" ).
Bardziej szczegółowe streszczanie nie ma sensu. Po prostu obejrzyjcie. (Jeśli dotąd nie widzieliście...)

Powtórzyłem i "Blink". Tu również szczegółowe streszczanie nie ma sensu. Ot,
mało straszny jak się wmyśleć (bo co to za potwory, co przenoszą w czasie, nie zabijają...) horrorek, połączony z inteligentnie rozegraną pętlą czasową, i będący zarazem introdukcją nowego - stanowiącego instant classic - ciekawie technobełkotliwie wyjaśnionego, gatunku antagonistów (wiadomo, aniołki), który dzięki oryginalnej, eksperymentalnej, formie (oto odcinek DW, w którym Doktor, Dziesiąty, prawie nie występuje, a jednak udziela rad epizodycznej bohaterce, robiąc za głos gadający ze starych DVD i przesyłając komunikaty w formie liczących sobie dekady graffiti)
przekracza sam siebie stanowiąc jeden z najjaśniejszych punktów całej serii, i kolejny dowód, że Moffat jak chce - to potrafi.
Znów polecam (jeśli... ;) ).
forum miłośników serialu „Star Trek”, gdzie ludzi zdolnych do używania mózgu po prostu nie ma - Przewodas

ODPOWIEDZ