Upadek

Moderator: RedAktorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Poc Vocem
Sepulka
Posty: 70
Rejestracja: śr, 01 lut 2012 19:57
Płeć: Nie znam

Upadek

Post autor: Poc Vocem » wt, 30 gru 2014 11:53

Znalazłem to opowiadanie gdzieś w czeluściach tabletu. Ciekawe czy jest choć trochę lepiej niż te parę lat temu.

Upadek

Nad slumsami Lemingradu pojawiły się pierwsze promienie słońca. Stare, zniszczone przez Przemieszczenie budynki spowiła gęsta niczym mleko mgła, nadając im nieco bajkowy klimat. Szare ściany zniknęły w niej niemal całkowicie, podobnie jak ubytki ich zdobień.

I wtedy rozległ się ohydny wrzask przywodzący na myśl okrzyki godowe łosia:

- Wypierdalaj w podskokach i nie wracaj bez browara! - obwieszczała całemu podwórku sąsiadka z drugiego piętra, choć jej słowa przeznaczone były tylko dla wiecznie pijanego męża. Sama zresztą też była wiecznie pijana.

Dwa piętra wyżej przewróciłem się leniwie w pościeli nie pierwszej świeżości. Głupia baba! Jakby każdy lubił wstawać razem z kurami... Zresztą mógłbym się założyć o flaszkę Żytniej, że połowa ludzi tutaj nie widziała nawet kury. Wszystko to byli biedacy z Krony, a tam chyba nie znali kur...

Ech, zacząłem już rozumować jak ci wszyscy biedacy... Nie, wystarczy tej politycznej poprawności! Zwykły motłoch i menelstwo! I ja między nimi. Co tu w ogóle robię? - zapytałem się po raz kolejny, choć dobrze znałem odpowiedź. Od początku tej cholernej wojny wszystko układało się nie tak jak powinno. Wszystkie oszczędności straciłem już na wstępie, przeznaczając je w zrywie patriotycznym na wojsko. Byłem głupi, wierzyłem propagandzie, że odzyskam je po zakończeniu tego całego bałaganu. Jakże się myliłem! Po zakończeniu konfliktu nikt nie chciał słyszeć o zwrocie nawet części zagrabionych pieniędzy. Zdradzili mnie ci, których miałem za przyjaciół, rodzinę... Pozbawiony wsparcia i wszelkich środków do życia skorzystałem z „uprzejmości” króla Fredricha i wymusiłem na nim ulokowanie w jednym z lokali socjalnych w jednym z nowo wytyczanych miast. Gniłem w nim już od dwóch lat.

Przegrałem nowe życie już na wstępie. Oczywiście wciąż byłem młody, przystojny i wykształcony, ale niestety byłem też mieszkającym w slumsach półelfem czy też jak nazywało mnie wielu prominentnych przedstawicieli lokalnej społeczności, elfim bękartem. Ponadto doktorat z historii nieistniejącego świata, niepotwierdzony w dodatku żadnymi papierami - wszystko zaginęło w czasie tego cholernego Przemieszczenia - nie interesował moich pragmatycznych pracodawców, podobnie jak niecertyfikowana znajomość kilkunastu języków - przeszło trzysta pięćdziesiąt lat życia wystarczyło, aby się ich nauczyć.

Gdy już udawało mi się zarobić pieniądze na alkohol, żartowałem, że najbardziej przydawała się umiejętność, którą lubiłem w sobie najmniej - szermierkę. A przynajmniej rzeźnik, u którego pracowałem twierdził, że to zadecydowało o moim zatrudnieniu.

Spojrzałem na stojący na komodzie zegarek. Nadeszła pora, aby powlec się na drugi koniec miasta, do miejsca kaźni niewinnych zwierząt. Przedtem należało jeszcze zająć się jakimś śniadaniem. Dwie kanapki z ogórkiem musiały wystarczyć. Od dwóch lat nie mogłem się jakoś zmusić do jedzenia mięsa.

Na przedostanie się do miejsca pracy potrzebowałem prawie dwóch godzin. Co prawda, mógłbym skorzystać z jakiegoś transportu - wozu lub autobusu sprzed Przemieszczenia przystosowanego do zasilania olejem roślinnym zamiast niedostępnej ropy - ale wtedy nie starczyłoby już pieniędzy na życie.

Zostawała mi zatem piesza wyprawa przez wąskie, skąpane w palącym słońcu uliczki. Wszędzie, poza najbardziej luksusowymi dzielnicami miasta, prawie nie było drzew, w których cieniu można by się skryć. Zawsze pozostawały jeszcze mury budynków, ale te nigdy nie rzucały cienia akurat tam, gdzie przechodziłem. Biednemu zawsze wiatr w oczy...

Na jednym z mijanych budynków jakiś niedouczony rasista napisał „Elfy to geje”. Jak się w takim razie rozmnażali? Przez pączkowanie? Zresztą ta rasa miała tyle wad, że nie było potrzeby uciekać się do tej sfery życia, aby je znaleźć.

Po chwili przez ulicę przemknął jeden z niewielu jeżdżących samochodów. Tylko cudem uniknąłem potrącenia. Miałem ochotę pomstować na idiotę za kierownicą, niestety ubiegł mnie inny dureń, który wyjeżdżał akurat z bocznej uliczki. Wszystko stało się w jednej chwili. Pisk hamulców i jęk giętej blachy.

- Piłeś, nie jedź - skwitowałem ten wyczyn.
- Nie piłeś, to się napij - podchwycił myśl stojący w pobliżu menel.
- Za co? - zapytałem ironicznie. Ów tylko się roześmiał.

Natychmiast ktoś podbiegł do samochodów. Wyciągnięto rannych. Mimo że zazwyczaj nie afiszowałem się ze swoimi miernymi umiejętnościami magicznymi, w tym momencie nie miałem wyboru. Zdecydowałem się podjąć próby uzdrawiania zanim nie zjawia się bardziej przygotowani do tego sanitariusze.

Oceniłem stan obu nieprzytomnych kierowców. Jednego, z całkowicie zmiażdżoną klatką piersiową, od razu spisałem na straty. Drugiemu wystarczyło posklejać kości i zatamować krwawienie. Przynajmniej tyle mogłem zrobić. Wkrótce usłyszałem zbawienne słowa:

- Odsunąć się! Jestem biegłym uzdrowicielem!

Natychmiast wykonałem polecenie osobnika w staromodnej, sięgającej kostek szacie. Była cała w czarnych barwach, co sugerowało, że miałem do czynienia z nekromantą. Ewentualnie przybysz nie hołdował starym zwyczajom aż tak wiernie, jak wydawało mi się to na pierwszy rzut oka. Chętnie bym go o to zapytał, ale czas gonił nieubłaganie. I tak byłem pewien, że będę musiał tłumaczyć się szefowi z plam krwi na ubraniu.

Wkrótce dotarłem do rzeźni. Szef, gruby, czerwony na gębie facet obdarzony wielkimi wąsiskami i cienkim głosikiem, powitał mnie już w wejściu. Natychmiast zorientowałem się, że mam kłopoty.

- Osiem minut trzydzieści siedem sekund - zapiszczał, ostentacyjnie patrząc na zegarek. - To już trzecie twoje spóźnienie w tym miesiącu, Verillion. Razem prawie pół godziny!
- Możesz potrącić mi to z pensji.
- Pozwalasz mi na to, łaskawco? Nie, tym razem przegiąłeś. Zresztą w zasadach zatrudnienia jest napisane jasno, trzy spóźnienia w miesiącu oznaczają zwolnienie. Gdybym cię nie zwolnił, byłbym nie w porządku wobec pozostałych pracowników.

Oczywiście, słynne kroniańskie poczucie sprawiedliwości. Wszyscy oni wychodzili z założenia, że należy wszystkich traktować jednakowo bez względu na okoliczności. Ratowałem człowieka, ku**a! Dlatego zdecydowałem się spróbować:

- Gdy tutaj szedłem, był wypadek i musiałem ratować rannych...
- Nie przypominam sobie, żebyś miał jakiekolwiek talenty uzdrowicielskie. Zapewne bardziej im zaszkodziłeś niż pomogłeś... Nieważne. Chodź, wypłacę ci regulaminową odprawę.

I tak oto zostałem bez środków do życia. Na cholerę mi były te szlachetne popisy?

Po pracy w rzeźni został mi tylko wypchany złotem mieszek. Nie było tego zbyt wiele, ale powinno wystarczyć na wódę, dzięki której będę mógł zapomnieć o kolejnej porażce w życiu. Przynajmniej na jakiś czas.

Zakupiłem dwie butelki trunku i udałem się z nimi między stojące nieopodal magazyny. Picie było w Kronie, tak jak wszystko, co przyjemne, zabronione. Wątpiłem jednak, że jakikolwiek strażnik mógł zapuszczać się do tej dziury i niepokoić samotnego pijaka.

Otworzyłem pierwszą butelkę. Pierwszy łyk natychmiast wypełnił gardło przyjemnym ciepłem, które następnie pomknęło do żołądka. Jedyne ciepło, na jakie mogłem liczyć. Nikt nie był na tyle szalony, aby przytulić kogoś takiego jak ja. A potrzebowałem tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej... kogokolwiek. Niestety mogłem tylko o tym marzyć. Jedynym ciepłem było ciepło wódki, jedynymi objęciami jej objęcia. Przegrałem życie. Trzysta pięćdziesiąt lat poszło na marne. Zostało mi jeszcze mniej niż miałem na początku. Byłem głupi... tyle straconych szans, przegapionych okazji... Nie wiedziałem jak to odkręcić. Potrzebowałem pomocy, odpowiedzi na podstawowe pytania, które znalazły się daleko poza moim zasięgiem. W szklanej, bezbarwnej tafli alkoholu nie znalazłem żadnej z nich. Jedynie otępienie... które także mogło być w tej sytuacji darem... Myśli... umykające daleko jak zające na łące... bez znaczenia...

Obudził mnie ból. Odrętwiałe kończyny miałem rozkrzyżowane i przywiązane do dwóch metalowych regałów. Znalazłem się chyba w jednym z magazynów. I miałem naprawdę poważne kłopoty...

W słabym świetle sodowej lampy, które i tak działało drażniąco, dostrzegłem siedzącego przy metalowym biurku zbira. Przed nim leżał zakrwawiony miecz.

- Chyba się obudził, szefie - stwierdził bandyta. Kierował swoje słowa w stronę nieprzeniknionej ciemności.

Po chwili wyłoniła się z niej postać w czarnej szacie. Jej twarz skrywał kaptur. Obym tylko nie trafił na cholernego nekromantę...

- Witaj, Stanisławie Dien - stwierdził. Jego głos miał nieprzyjemną, chropawą barwę. Mógł zatem być albo starym pijakiem albo demonem. I jedni i drudzy mieli wiele powodów, żeby mnie nienawidzić.
- Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? Jak mnie znalazłeś?
- Pozwól, że odpowiem najpierw na twoje ostatnie pytanie. Zmiana imienia nie wystarczy, aby ukryć się w południowej Kronie, gdzie jest może z pięciu półelfów podobnych do ciebie. Na dodatek jako jedyny nie starzejesz się, co pozwoliło określić dokładnie który z nich jest tobą. Jeśli zaś chodzi o resztę... - Oprawca opuścił kaptur, ukazując rogaty łeb demona. Mojej uwadze nie uszło, że jego skóra była niemal biała, a nie czarna jak u większości tych istot. - To kim jestem i czego od ciebie chcę to dwie powiązane ze sobą kwestie. Zapewne w to nie uwierzysz, ale urodziłem się cztery lata temu, krótko po Przemieszczeniu, gdy demony Lucyfera przybyły do tego świata. Jestem... dzieckiem konieczności... Jedynym sposobem na przetrwanie śmiertelnej teraz, demonicznej krwi było zmieszanie jej z krwią śmiertelnych kobiet.
- Zatem już wiem dlaczego nigdy nie spotkałem kobiety-demona - wyrwało mi się. Demon posłał mi mordercze spojrzenie.

Prawdę powiedziawszy, było mi go trochę żal. Aż nazbyt dobrze rozumiałem ból mieszanej krwi, niemożność dopasowania się do żadnego ze światów... tylko że nie zamierzałem mścić się na kimkolwiek z tego powodu.

- I co w związku z tym zamierzasz zrobić? Zabijesz mnie? Proszę bardzo, moje życie i tak nie ma żadnej wartości. Chcesz wziąć okup? Obawiam się, że nikt nie zapłaci. A może zamierzasz mnie torturować? Egzystencja jest największą torturą. Albo chcesz wyciągnąć tajemnice magii, dzięki którym uzyskasz prawdziwą potęgę? Niestety nie znam żadnych.
- Prawdę mówiąc, chciałem spróbować wszystkiego po trochu. - Półdemon uśmiechnął się złowieszczo. - Na początek trochę pocierpisz.

Podszedł do biurka i chwycił za miecz. Z narastającym przerażeniem patrzyłem jak czubek miecza przybliża się do mojego uda. Wrzasnąłem rozpaczliwie jeszcze zanim ostrze przecięło skórę. Chwilę potem zemdlałem.

Wkrótce otworzyłem oczy. Po udzie wciąż spływała strużka krwi, choć nogawkę spodni miałem już całkowicie przesiąkniętą. Niemal odruchowo sięgnąłem po magię, aby zatamować krwawienie. Na dodatek zupełnie już nie czułem uwieszonych w górze dłoni.

- Bardzo dobrze. Już myślałem, że przesadziłem - usłyszałem jak przez mgłę głos mojego dręczyciela. - Na szczęście elfia krew się nie poddaje. Zatem może teraz spróbujemy czegoś bardziej klasycznego.

Skurczybyk złamał mi palec. A wkrótce także następne.

- Cholerny bydlak!
- Niczego się nie uczysz - mruknął oprawca i powtórzył to z drugą dłonią. Chyba naprawdę koniec był już bliski... Zadowoleni jesteście, elfi zdrajcy? Z jeszcze jednej ofiary waszej dumy? Szlag by to wszystko trafił!

Nagle półdemon padł na ziemię. Z tyłu czaszki sterczał mu bełt.

W odległej części magazynu rozległ się szczęk mieczy. Wtedy pomocnik oprawcy wziął zakrwawiony miecz i pobiegł w sobie tylko znanym kierunku. Usłyszałem łomot, który mógł świadczyć tylko o tym, że przewrócił się jeden z regałów. Potem nastała niepokojąca cisza. Nikt nie wrócił. Wyglądało na to, że zapomnieli o mnie albo nie żyli.

Tak czy inaczej wypadało się ulotnić z tego okropnego miejsca. Wystarczyła tylko odrobina magii, aby przepalić jeden ze sznurów. I... cholera... znacznie więcej bólu do uwolnienia pozostałych kończyn.

- Nie męcz się tak - rozległ się znajomy głos.

Przede mną stał Livian Ravirion. Po twarzy i rękach spływały mu strużki krwi. Ubranie miał w strzępach. Wyglądało jednak na to, że nie odniósł poważniejszych obrażeń.

-Czego chcesz? Wyobrażasz sobie, że padnę przed tobą z wdzięczności na kolana?
- Hmm... Nie. I jeśli mam tego słuchać, lepiej będzie, gdy sobie pójdę. Miłego uwalniania się.
- Zaczekaj... Chyba trochę przesadziłem.

Elf westchnął.

- Wciąż masz żal o te stracone pieniądze?
- Nie musiałeś przechodzić przez to, co ja, prawda? Nie głodowałeś, nie jadłeś resztek, nie spędziłeś ostatnich trzech lat w jakiejś ruderze...
- A także nie stawiałem nierealnych żądań. Wiesz, że nie mieli innego wyjścia. Gdyby chcieli spłacić twoje długi Atlantis już by się nie podniosło. Zresztą co ty możesz o tym wiedzieć? Oszczędzono ci okrucieństw wojny domowej. Gdy ty siedziałeś sobie w ciepłym mieszkanku, ja walczyłem z własnym narodem, więc daruj sobie narzekania.

Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że elf ma rację. Sytuacja na Atlantis po wojnie była tragiczna. Oaza spokoju, jaką była dotychczas wyspa, zamieniła się w piekło, w którym można było dostać nożem w serce zupełnie bez powodu, a gwałty i kradzieże były niemal codziennością. Powołane wtedy dodatkowe oddziały straży tylko powiększały liczbę ofiar, a niezadowolenie przerodziło się w regularny konflikt.

Na dodatek odniosłem wrażenie, że lepiej zrobię, chowając dumę do kieszeni. Może i miałem rację, ale nie byłem też durniem i zdawałem sobie sprawę, że tu, w Lemingradzie nie czekała mnie wielka kariera, dlatego musiałem zrobić wszystko, aby się stąd wyrwać. Stwierdziłem więc dyplomatycznie:

- Chyba masz rację. Nie ma co się unosić z byle powodu. Trzy lata to i tak za długo. Może nawet wrócę z tobą na Atlantis.
- Świetnie. Czego chciał ten dureń?
- Nie mam pojęcia. Chyba chodziło o jakąś traumę z dzieciństwa.
- Aha. Grunt, że to nic ważnego. Chodź, znajdziemy ci jakiegoś uzdrowiciela...

A kto uleczy moją dumę?

Awatar użytkownika
Kordylion
Pćma
Posty: 209
Rejestracja: pn, 18 lut 2013 19:35
Płeć: Mężczyzna

Re: Upadek

Post autor: Kordylion » wt, 30 gru 2014 13:51

Czy to jest fragment czegoś bardziej rozbudowanego? I o co tu chodzi? Mam wrażenie, że powinienem znać bohaterów z wcześniejszych wydarzeń, ale nie pamiętam abym coś takiego czytał.
Są rzeczy ważne, ważniejsze i te do zrobienia

Awatar użytkownika
Poc Vocem
Sepulka
Posty: 70
Rejestracja: śr, 01 lut 2012 19:57
Płeć: Nie znam

Re: Upadek

Post autor: Poc Vocem » wt, 30 gru 2014 15:52

Czy to jest fragment czegoś bardziej rozbudowanego?
I tak i nie. Nie jest to pierwsze opowiadanie z tego uniwersum, natomiast z założenia miało być zrozumiałe też dla osób nie znających innej mojej twórczości i stanowić niezależny utwór.

Awatar użytkownika
neularger
Strategos
Posty: 5197
Rejestracja: śr, 17 cze 2009 21:27
Płeć: Mężczyzna

Re: Upadek

Post autor: neularger » wt, 30 gru 2014 17:12

No to nie stanowi niezależnego utworu. Po prawdzie nie jest to utwór. To coś nie ma zamknięcia, stanowi rodzaj startera do czegoś większego i równie dobrze mogłoby mieć tytuł "Prolog". :)
Dalej byłoby o tym jak z moczymordy robimy wartościowego członka społeczeństwa. :)
Nad slumsami Lemingradu pojawiły się pierwsze promienie słońca.
Przeczytałem oczywiście Leningradu i przez jakiś czas miałem wrażenie, że akcja dzieje się w Rosji/ZSRR
Potem się zastanawiałem jaki cel miał wybór takiej nazwy miasta. Czy to jest polityczne nawiązanie do Lemingów? Czy do faktycznego Leningradu?
Oczywiście, nie wiadomo. Pozostała tylko myląca nazwa.
Oczywiście, słynne kroniańskie poczucie sprawiedliwości. Wszyscy oni wychodzili z założenia, że należy wszystkich traktować jednakowo bez względu na okoliczności.
- Pozwól, że odpowiem najpierw na twoje ostatnie pytanie. Zmiana imienia nie wystarczy, aby ukryć się w południowej Kronie, gdzie jest może z pięciu półelfów podobnych do ciebie.
Wychodzi z tego, że państwo to Krona, a nie Kron. Zatem, kronańskie nie kroniańskie. Gramatyka bywa wredna. :P
Natychmiast wykonałem polecenie osobnika w staromodnej, sięgającej kostek szacie. Była cała w czarnych barwach, co sugerowało, że miałem do czynienia z nekromantą.
Czarne gwiazdki, czarne czaszki i czarne trumny. Wszystko to pochlapane czarną krwią i znakomicie kontrastujące z czarnym materiałem staromodnej sukienki.

Mógłbym pogrzebać dalej, ale, tak naprawdę nie ma tu poważniejszych błędów językowych. Niestety zawiodła na całej linii struktura, więc mamy tekst zamiast opowiadania.
You can do anything you like... but you must never be rude. Rude is being weak.
Ty, Margoto, niszczysz piękne i oryginalne kreacje stylistyczne, koncepcje cudne językowe.
Jesteś językową demolką.
- by Ebola ;)

Awatar użytkownika
sprutygolf
Sepulka
Posty: 87
Rejestracja: ndz, 17 lut 2013 14:05
Płeć: Mężczyzna

Re: Upadek

Post autor: sprutygolf » wt, 30 gru 2014 18:47

„Upadek”. Świetny tytuł! Od razu widzę smakowite sceny z mego ulubionego filmu. Nie, nie tego z Hitlerem. Chodzi o ten z Douglasem w roli głównej. Chociaż z lektury tekstu jakoś niespecjalnie ten upadek wynika. Więc po pierwsze: tytuł coś nam obiecuje, a zawartość obietnicy nie dotrzymuje. To pierwszy zarzut, proszę o odniesienie się doń.
ohydny wrzask
to sformułowanie trochę razi moje ucho. Wrzask może być przerażający, przenikliwy, ochrypły nawet, ale żeby ohydny? Ten przymiotnik raczej jest zarezerwowany do opisu powiedzmy wyprutych flaków lub ruchów czerwi w ścierwie… ścierwi w czerwie... no, jakoś tak! :)
Co tu w ogóle robię? - zapytałem się po raz kolejny
Zapytałem (sam) siebie.
skorzystałem z „uprzejmości” króla Fredricha i wymusiłem na nim ulokowanie w jednym z lokali socjalnych w jednym z nowo wytyczanych miast
Czemu miał tu służyć cudzysłów? Ulokowanie – kogo, czego? Dwa razy „jednym” w jednym zdaniu to o raz za dużo.
najbardziej przydawała się umiejętność, którą lubiłem w sobie najmniej – szermierkę
Hm, szermierka chyba?
Dwie kanapki z ogórkiem musiały wystarczyć. Od dwóch lat nie mogłem się jakoś zmusić do jedzenia mięsa.

Na przedostanie się do miejsca pracy potrzebowałem prawie dwóch godzin.
Uwaga: co łączy te trzy zdania? Tak jest, magiczna liczba 2 :)
Co prawda, mógłbym skorzystać z jakiegoś transportu - wozu lub autobusu sprzed Przemieszczenia przystosowanego do zasilania olejem roślinnym zamiast niedostępnej ropy
Wóz lub autobus to nie jest transport, jeno środek transportu. Przystosowany do zasilania olejem roślinnym zamiast – kim? czym? – niedostępną ropą może?
wąskie, skąpane w palącym słońcu uliczki
o odpowiedniej porze dnia zapewne tak. Bo czy wąskie uliczki mogą być skąpane w słońcu? A kto zajumał cienie otaczających je domów?
Wszędzie, poza najbardziej luksusowymi dzielnicami miasta
No bo dzielnice dzielimy na: luksusowe, bardziej luksusowe, najbardziej luksusowe?
Zawsze pozostawały jeszcze mury budynków, ale te nigdy nie rzucały cienia akurat tam, gdzie przechodziłem. Biednemu zawsze wiatr w oczy...
Mało wiarygodne. Mury w wąskich uliczkach rzucają cienie, słowo! Nawet w samo południe.
jakiś niedouczony rasista napisał „Elfy to geje”
Dlaczego rasista a nie homofob, powiedzmy, no i dlaczego niedouczony, mamy tu jakiś błąd? Geje powinno się pisać przez o (jak odbyt) czy co? ;)
Po chwili przez ulicę przemknął jeden z niewielu jeżdżących samochodów.
Trochę trudno było go zauważyć wśród istnego stada przemykających, choć niejeżdżących aut.
Miałem ochotę pomstować na idiotę za kierownicą, niestety ubiegł mnie inny dureń, który wyjeżdżał akurat z bocznej uliczki.
Dureń miał najwidoczniej znacznie większą ochotę na popomstowanie sobie, no i lepszy refleks skoro ubiegł w nim podmiota lirycznego?
Natychmiast ktoś podbiegł do samochodów
Jeden ktoś, a do obu aut podbiegł. Widać zlały się w jedną całość.
Wyciągnięto rannych.
Jeden ktoś, a w dwóch (wielu?) osobach. Cóż za temat na nowy sobór! :)
I tak byłem pewien, że będę musiał tłumaczyć się szefowi z plam krwi na ubraniu.
Ot, głupawy elf, szef miał w d..e plamy, ale spóźnienie się do roboty obliczył co do sekundy!
Oczywiście, słynne kroniańskie poczucie sprawiedliwości. Wszyscy oni wychodzili z założenia, że należy wszystkich traktować jednakowo bez względu na okoliczności. Ratowałem człowieka, ku**a!
No to dla porządku zapytam: nasz bohater przed swoja akcją ratunkową już dwa razy się spóźnił (w jednym miesiącu), czy też wtedy człowieka ratował? Bo gdzie ma zasady, czytelnik już wie.
Po pracy w rzeźni został mi tylko wypchany złotem mieszek. Nie było tego zbyt wiele
Hehe, „tylko” mieszek, wypchany złotem?!;) Którego nie było „zbyt wiele”, choć mieszek wypchany?? Rozbawiłeś mnie, Autorze! :)
Picie było w Kronie, tak jak wszystko, co przyjemne, zabronione.
O, to ciekawe będzie zestawienie tego faktu z początkowym dialogiem
- Wypierdalaj w podskokach i nie wracaj bez browara! - obwieszczała całemu podwórku sąsiadka z drugiego piętra
Nie mamy informacji, że kobieta była szalona lub miała skłonności samobójcze? Nie mamy. No to pytam, czy jakaś konsekwencja w opisie świata obowiązuje!?
Potrzebowałem pomocy, odpowiedzi na podstawowe pytania, które znalazły się daleko poza moim zasięgiem.

Co się znalazło poza zasięgiem, pytania czy odpowiedzi?
W szklanej, bezbarwnej tafli alkoholu nie znalazłem żadnej z nich.
A ta tafla alkoholu powstała wskutek wylania zawartości flaszki na zmrożoną do minus 115 stopni Celsjusza powierzchnię?
Ok, wystarczy, już mi się nie chce analizować tekstu do samego końca, mam nadzieję, że dzięki mej wiwisekcji Autor dostrzegł pewne ułomności swego dzieła?
PS. Wszystkie poglądy, uwagi i zarzuty tu zaprezentowane są tylko moimi prywatnymi poglądami, mogę się mylić i nie roszczę sobie żadnych pretensji co do używania poprawnej polszczyzny.

Awatar użytkownika
Poc Vocem
Sepulka
Posty: 70
Rejestracja: śr, 01 lut 2012 19:57
Płeć: Nie znam

Re: Upadek

Post autor: Poc Vocem » pt, 02 sty 2015 14:11

„Upadek”. Świetny tytuł! Od razu widzę smakowite sceny z mego ulubionego filmu. Nie, nie tego z Hitlerem. Chodzi o ten z Douglasem w roli głównej. Chociaż z lektury tekstu jakoś niespecjalnie ten upadek wynika. Więc po pierwsze: tytuł coś nam obiecuje, a zawartość obietnicy nie dotrzymuje. To pierwszy zarzut, proszę o odniesienie się doń.
Moim zdaniem tytuł ma odnosić się przede wszystkim do tego, co znajdziemy w konkretnym utworze, a nie korespondować z wcześniejszymi dziełami o tym samym tytule. Oczywiście dobrze byłoby, gdyby taka korespondencja nastąpiła, ale nie uważam tego za obowiązek. Zresztą to, czy czytelnik w ogóle znajdzie tę korespondencję (i jaką) zależy od jego obycia w dorobku kultury, np. większość w tym wypadku odwoła się raczej do filmu z Hitlerem, mnie przyświecała z tego, co pamiętam raczej nuta The Fallan Black Sabbath, a zatem raczej koncentracja na upadku postaci głównego bohatera. Zresztą jak dla mnie ten tytuł jest po prostu oklepany, ale na warsztatach chyba nikt oczekuje pojawienia się oryginalnego i absolutnie niewtórnego dzieła.
Czemu miał tu służyć cudzysłów?
Zdeprecjonowaniu uprzejmości. Bohater oddał ładną sumę na wsparcie państwa, a w podzięce dostał (czy też wyżebrał, ale za to u samego króla, co tylko pokazuje, że przed wojną nie był byle kim, więc miał prawo mieć wymagania) mieszkanie socjalne.
o odpowiedniej porze dnia zapewne tak. Bo czy wąskie uliczki mogą być skąpane w słońcu? A kto zajumał cienie otaczających je domów?
Bohater udawał się do pracy rano, a zatem to jest jedynie dowód na to, że poruszał się ze wschodu na zachód.
Dlaczego rasista a nie homofob, powiedzmy, no i dlaczego niedouczony, mamy tu jakiś błąd?
Aż chyba poszukam przypadkowego murzyna i wrzasnę mu w twarz "Murzyni tu geje!" Ciekawe czy wyzwie mnie od rasistów czy od homofobów ;) A niedouczony z przyczyn, zdaniem bohatera, fizjologicznych, bo jego zdaniem masowy homoseksualizm doprowadziłby do zagłady rasy.
Jeden ktoś, a do obu aut podbiegł. Widać zlały się w jedną całość.
Moim zdaniem jest to dopuszczalne, bo przy zderzeniach z niewielką prędkością, a z takimi mamy do czynienia w mieście odległości między pojazdami po zderzeniu są najczęściej nieznaczne (opis wypadku wskazuje na zderzenie z prędkością około 30-40 km/h, nie ma trupów).
No to dla porządku zapytam: nasz bohater przed swoja akcją ratunkową już dwa razy się spóźnił (w jednym miesiącu), czy też wtedy człowieka ratował?
Nie, ale ma fatalną skłonność do szukania usprawiedliwień i zrzucania winy na innych.
O, to ciekawe będzie zestawienie tego faktu z początkowym dialogiem
Mało jest rzeczy, które są zabronione, a które robią prawie wszyscy? Grunt, żeby władza nie widziała, a policja ma to do siebie, że raczej unika złych dzielnic. Nie bez powodu zakup alkoholu był czynnością tak trywialną, że nie doczekał się narracji na miarę wyprawy z Jedynym Pierścieniem. Zresztą cały tekst miał pokazywać pewną hipokryzję mieszkańców Krony i ich selektywne podejście do przepisów.
A ta tafla alkoholu powstała wskutek wylania zawartości flaszki na zmrożoną do minus 115 stopni Celsjusza powierzchnię?
Tafla:
1. «duża płyta czegoś gładkiego»
2. «równa, gładka, lśniąca powierzchnia»
Tak przynajmniej twierdzi Słownik PWN. Pewnie, wykorzystanie drugiego znaczenia, rodzi niejasność, ale myślę, że w stosunku do zawartości flaszki jest dopuszczalne.

Błędy, do których się nie odniosłem, uznaję za swoją winę i niniejszym posypuję głowę popiołem. Jutro będzie lepiej. Chyba.

Awatar użytkownika
Iwan
Fargi
Posty: 344
Rejestracja: wt, 21 lip 2009 14:18

Re: Upadek

Post autor: Iwan » pn, 05 sty 2015 16:09

Przy ostatniej uwadze masz rację, Poc Vocem. Tafla na przykład jeziora może być przecież jak najbardziej płynna.
Mnie sié nie spodobało coś innego, sam punkt kulminacyjny. Mimo że po zakończeniu lektury wróciłem specjalnie do fragmentu, gdzie pojawia się demon i ponownie, tym razem dokładniej, go przeczytałem, nie znalazłem klucza do rozwiązania zagadki: czego on właściwie chciał?
Jedynym sposobem na przetrwanie śmiertelnej teraz, demonicznej krwi było zmieszanie jej z krwią śmiertelnych kobiet.
To zdanie mnie nie przekonuje. Rozbiłbym je na kilka i nieco dokładniej przybliżył zagadnienie. Jest to chyba jedyna wskazówka do zrozumienia intrygi. Ale i tak nie rozumiem, czy to w takim razie nowy demon, czy może stary, który się jakoś zadomowił w nowym ciele. Pytam, bo młodziak gada jak stary i do tego chowa jakieś stare urazy. No i tu wracamy do punktu wyjścia – demon zadał sobie trudu z wytropieniem bohatera, śledzeniem go, uprowadzeniem i tak dalej. Nie była to przypadkowa akcja, chodziło konkretnie o tego pół-elfa z imienia i nazwiska,nie żadnego przypadkowego przechodnia. Wszystko zostało zaplanowane. Ale gdy docieram do końca, w dalszym ciągu nie wiem, dlaczego. Czego chciał demon? Po co? Zakończenie sugeruje, że bohater tez nie miał pojęcia, o co chodziło, ale skoro porwanie nie miało sensu, to i cały tekst raczej będzie go pozbawiony. Nic z niego nie wynika.
Mam też zastrzeżenia do bardzo ordynarnego deus ex machina w postaci elfa-zabijaki. Powinieneś tę scenę mocno przerobić, by ratunek bohater zawdzięczał choć w części sobie. Dla przykładu: elf wkrada się do magazynu i skrada pod ścianą, bohater go widzi i próbuje odwrócić uwagę demona i jego przydupasów przez jakąś prowokację, lub nieumiejętną próbę uwolnienia. Gdy złowrogie baboki ruszają, by skopać bohatera, dzielny elf-zabijaka pakuje im po bełcie w potylicę. Może coś w tym rodzaju zmieniłoby bohatera z biernego widza w uczestnika całej akcji?
What doesn't kill you, makes you pissed off

ODPOWIEDZ